wtorek, 17 stycznia 2017

WOJENKA





Mikołaj Radwański

Chodziłem wokół samochodu, pod którym leżał kierowca. Wystawały tylko jego nogi. Jedna ugięta w kolanie, druga wyprostowana. Charakterystyczna pozycja. Słychać było stuknięcia klucza o części pojazdu. Coś jak niedawne metaliczne brzmienia, kiedy zbierało się na burzę, ale nikt nie chciał mi uwierzyć, że właśnie to słyszałem. Śruba. Sprężyny. Ciało jezdne. Unieruchomione ciało jezdne, które nas z siebie wypluło. Więc chodzę wokół, więc leży pod tym wokół którego ja chodzę. Paliłem papierosa. Nerwowe pociągnięcia, żółte paznokcie, brązowy opuszek na wskazującym. Przypalona skóra, którą nie łatwo będzie przywrócić do naturalnego koloru. Cielista barwa mojej skóry to przeszłość. Przynajmniej w dłoniach. Przystanąłem i chmura nade mną zaczęła rosnąć. Było bardzo gorąco, bezwietrznie. Stąd długo utrzymujący się wykwit sinoniebieskiego dymu. Róża? Tak wygląda róża?
Ktoś mógłby mnie pomylić z wróżką. Tyle, że wróżę z oparu. Szklane rozbijam. Umiem nazywać kształty, nie umiem ich odnosić. Znam rzeczywistość.
- Długo jeszcze? – rzuciłem pytanie.
Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi. Kierowca był zajęty, kierowcę zajął hałas. A hałas próbowała zająć cisza. Przedmieścia miasta. Ujechaliśmy ledwie cztery kilometry od jednostki wojskowej, a tu awaria pojazdu. Jakieś szarpnięcie. Do celu dwa razy tyle. Razem to będzie jakieś dwadzieścia cztery kilometry w stalowej skorupie starego samochodu. Taka perspektywa, na razie zawieszona w czasie. Mój wyślizgany mundur, dawno niezmieniony, świecące poły bluzy moro, wypchane kolana spodni, podwinięte rękawy nie przynoszące żadnej ulgi. Krople potu na czole. Ciemne smugi jak barwy kamuflażu. Pierwsze siwe włosy i bruzdy na twarzy. Zmarszczki mimiczne.
Afryka. Dzika Afryka w widłach rzeki Wisły i Wieprza. Co jest zamiast Afryki, jeśli ona przeniosła się tutaj? Na drodze pustka. Nikt nie przejeżdża, żaden nie przejdzie. Krowy leżące w cieniu jedynego drzewa na pobliskiej łące. Jeśli łąka ma chociażby jedno drzewo, to już jest zadatkiem na las. A jeśli to pozostałość po lesie, to niewiele mu brakuje, żeby stać się łąką. Kwestia wycięcia. Stuki, metaliczne brzmienia. Męskie granie? Żadne takie. Papieros parzy mnie już w kciuka i wskazującego. Zrogowaciała skóra. Jakbym uodparniał się na przeciwności losu. Jakbym przyjmował na siebie jakieś obce narzecze. Może to od wiatru wiejącego od strony rzeki Wisły. Zacząłem od palca.
Jedyne drzewo na łące wciela się w drzewo filmowe. Drzewo filmowe wcieliło się Ten wycinek jest przez chwilę adaptacją Konopielki, ale brak pioruna, brak pożaru.
- No, zrobione szefie. – kierowca nagle uciął moje rozważania. Nie zdążyłem dojść do powieści. Klęczał już obok ciężarówki i wycierał ręce. Smar, tłusta substancja konserwująca. Czy nie powinienem być namaszczony smarem po śmierci? Żeby być wiecznie? Nie powinienem.
Kierowca był fachowcem od samochodów. Małomówny. Wsiedliśmy, silnik zaryczał, w lusterku czarny obłok spalin. Nadal nikogo na drodze. Słońce wypalające dziurę w dachu. Otworzyłem właz, żeby mu było łatwiej. Jeszcze gorzej. Słońce wypala dziurę w mojej czaszce, nie mam jak mu ułatwić. Mam tylko tępy nóż składany w mojej bocznej kieszeni. Nie mam broni, żeby zrobić wlot w skroni. Kaliber 9 mm.
W ciągu dwudziestu minut dotarliśmy na miejsce. Zadzwoniłem elektrycznym dzwonkiem przy bramie. Z kontenera wyszli dwaj żołnierze. Powolny, leniwy krok.
- Wolniej tam, najlepiej się połóż. – ale to akurat krzyknąłem w sobie. Wewnątrz. Stłumiłem. Szkoda chłopaków w taki żar.
Honor, odwzajemniłem, wzięli, co mieli wziąć.
- Wszystko u was w porządku? – zapytałem.
- Tak jest. Ledwo żyjemy, ale dajemy radę. – odparli zgodnie.
Ruszyliśmy z powrotem. Piaszczysta droga, którą zapomniałem opisać. Zbyt gorąco. Miałem prawo. Denaturacja białka. Kurz za nami, kręta droga na szerokość kół ciężarowego samochodu. Na skraju jaszczurka zwinka. Jak to możliwe, że ją zauważyłem.
Nikogo w ludzkim ciele po drodze. Czy to nie dziwne, że nikogo po drodze, kogo można najpierw zawiesić na rzęsach i drżeć tym zawieszonym na rzęsach, a później pozwolić mu wślizgnąć się pod powieki i kontynuować jego równoległe życie, kiedy już człowiek leży w łóżku. Odwrotność ronienia łez. Upload? Tak, to przeciwieństwo download.
Przejeżdżając przez granice miasta - fatamorgana. Płynny obraz domów, ludzie jakby mieli za chwilę rozpłynąć się w powietrzu, nieliczni przechodnie, zwierzęta, drzewa, budynki. Przetarłem oczy, kierowca przetarł oczy. Obaj zrobiliśmy to samo.
Ulica Warszawska, na drodze samochód marki Fiat 126p, brązowy, tylko jedno lusterko, po lewej stronie. Kanciaste światła z tyłu, białe litery i cyfry na czarnym tle tablicy rejestracyjnej.
- Ty, ale ktoś zadbał o pryszcza. – odezwałem się, wskazując na Fiata.
- Kurde, zupełnie jak mojego dziadka. Ma taki w stodole, pucuje go, co tydzień, chodzi ze szmatką i sprząta. Teraz to go tylko raz w miesiącu odpala, ale nigdzie nie jeździ. Silnik się rozgrzeje i zaraz go gasi. Powiedział, że kiedy umrze, to sprzedamy go za duże pieniądze. Nikomu nie pozwala wsiąść za kierownicę. Kierowca znowu przetarł oczy.
- Kurwa, to maluch mojego dziadka. To jego rejestracja! – krzyknął.
- Nie gorączkuj się, bo zaraz w coś wjedziemy, spokojnie! – odpowiedziałem i zaraz dodałem – No to co, że twojego dziadka, to już chłopu nie wolno się ruszyć z miejsca?
- Nie o to chodzi, panie chorąży. – kierowca mówił szybko, gwałtownie – Chodzi o to, że chyba ukradli mu auto. On od lat już nigdzie nie jeździł, mówił, że trzyma samochód jako okaz kolekcjonerski. Muszę zadzwonić do domu i powiedzieć, że ktoś jeździ samochodem dziadka po mieście!
- Dobra, ale zatrzymajmy się w zatoce autobusowej, bo zaraz w coś wjedziemy i nas zamkną – poleciłem.
Wyskoczyliśmy na chodnik. Oniemiałem. Zamiast kostki chodnikowej - płyty. Popękane płyty chodnikowe. Zamiast niedawno wymienionego przystanku z pleksy, przystanek jak niegdyś, dwustronny ze ścianą działową obitą drewnianą płytą. Kierowca wyciągnął smartfona i próbował się połączyć, ale w głośniku cisza. Nic. Brak zasięgu.
- Kurwa, co jest grane?! Co za złom sprzedają w tych sieciach! – grzmiał szeregowy.
W tym czasie podszedłem do żółtej tabliczki z rozkładem jazdy autobusów. Połączenie co dwadzieścia minut między dworcem PKP a centrum miasta. Połączenie z miastem Radzyń Podlaski, które już dawno zostało wymazane z planów administracji PKS.
- Co jest?! – krzyknąłem sam do siebie.
Kierowca zainteresował się, przestał przeklinać pod nosem.
- Co się stało, panie chorąży? – stanął przy mnie.
- Nie widzisz?! – zaryczałem.
- O jak bum cyk, cyk, co jest u licha?! Przecież w naszym mieście funkcjonuje już tylko prywatna komunikacja.
Wsiedliśmy do ciężarówki. Wyjąłem kolejnego papierosa. Poczęstowałem żołnierza. Po drodze toczył się stary autobus. Pojazd pękał w szwach. Pełno ludzi. Wszystkie miejsca siedzące zajęte. Wszystkie miejsca stojące zajęte. Kierowca z petem w zębach. Szyby pootwierane, ale na nic się to zdawało. Nie włożyłby nawet szpilki. Wszyscy jak z balu przebierańców, a przecież środek lata. Kobiety - kraciaste chusty na głowach, u niektórych grube oprawki okularów, takie jak kiedyś nosił mój dziadek. Panowie w spodniach w kant, dominowały kolory brązowy i kawa z mlekiem, pożółkłe koszule z krótkimi rękawami, skóropodobne teczki pod pachą, siatki sznurowe w rękach, w siatkach mięso zawinięte w papier, krew zwierzęca. Dzieci w krótkich spodenkach na szelkach, sandały, podkolanówki. Stary autobus pękający w szwach. Marka Jelcz 043. Ogórek.
- Nie wierzę. – syknąłem.
- Nieeeeeeee. To chyba jakiś film kręcą. – powoli wydukał z siebie kierowca.

środa, 21 grudnia 2016

RAFY MARZEŃ






Sławomir Majewski


Wesołych Świąt, Chłopcy Źli!


Podwija rękawy koszuli, zarzuca nogę na nogę, wielkopańsko; zamawia:
- Kasieńko luba, połóweczkę na stół! Tylko - duchem!
Kasia w panterkę-mini odziana, podbiega, podstawia, polewa i mówi:
- Smacznego, chłopcy źli!
Chłopcy źli, bandyckie mordy wy... Poeci, prozaicy, rzeźbiarze, malarze, graficy. Chłopcy źli w panajezusowym wieku są; niektórzy szczerbaci wesoło, niektórzy mają nóżkę niesprawną, jeszcze inni niesprawne serduszka, wątroby i nerki. Zatem - chwaty!

 
"PUNKT" alias "GIPS"


Zaczynali pić w "Gipsie" mniej więcej od południa a kończyli jak zamykano podwoje albo forsa się kończyła. A jak na krechę dali, piło się do zamknięcia albo szło na Mariacką "Pod Holendra", pobocznie - "U Szkota" czy w "Zodiaku". I jakoś tak, ni stąd ni zowąd, budził się człowiek w domku kempingowym nad jakimś jeziorem goły, zmarznięty, skacowany a tu na udręczenie - chrapie jakaś panna kudłata, zapita: Niech chrapie.
Więc gramoli się z trzeszczącego wyrka, wypełza na chwiejnych nogach na ganek, na cykanie świerszczy i szum nocnego wiatru od jeziora. Pan Tadeusz... nie ten Mickiewicza, ten bosman od kajaków i łódek; siedzi sobie na schodkach, flaszkę ma przy nodze; pali i popija, patrzy na jezioro i popija i pali. I nuci Gdzie ta keja... Nie mija pół godziny, nie mija nawet pół flaszki a już - zwiedzeni zapachem szeptów, ściągają inni. Nie mija pół godziny, a na ganku siedzą, leżą, stoją, kucają goli i pół-ubrani przedstawiciele sztuki, jednym słowem: bohema. Co robią ci półnadzy i całkiem nadzy nocą, na drewnianym ganku drewnianego domku nad jeziorem gdzie ta keja...? A nic nie robią, ot - siedzą, wódkę piją, wspominają. A każdy, kogo innego; niektórzy razem kogoś, co szedł, szedł koleinami życia i raptem - BUMS! nie ma człowieka! Zostawił żonę, kochankę, kilkoro sztuk dziatek, papugę, psa, chomika. Jakiś wierszyk, obrazek, dzbanuszek. Niewyprane gacie w pralce, niedogryziony kawałek mortadeli; zabazgrane kartki z telefonami do nikogo. No, bez żalu, umarły nasz Kolego; i tak by nie zadzwonili, frajerze; mieli cię w dupie, Bajonie dla ubogich. Umarł Maxim i chuj z nim!
Artysta jest artystą nie dlatego, że maluje, pisze czy rzeźbi, ale dlatego, że czując inaczej, wyraża swoje odczucia przez sztukę. Czasami dlatego czuje inaczej, że cierpi na jakąś chorobę duszy, która uniemożliwia mu normalne odbieranie otaczającej go rzeczywistości. Nierzadko bywa to choroba umysłowa, na przykład schizofrenia, o której Kazimierz Dąbrowski powiedział, że "jest pozytywną dezintegracją osobowości" i jeszcze, że "bez niej, nie byłoby artystów". Nadwrażliwość na dziś, bolesność codzienności, odmienne stany postrzegania hierarchii wartości - cechy wspólne chyba wszystkim wyjątkowym, wybitnym i obdarzonym tym czymś - talentem, darem bogów - artystom. Właściwie nie spotyka się biografii ludzi utalentowanych w dziedzinach sztuki, których życie prywatne byłoby "pospolite”: praca-dom-rodzina-kapcie-spacery...
Moi Przyjaciele-artyści, mieli za sobą okresy kosmicznych ciągów alkoholowych, nierzadko przeplatanych doświadczeniami z narkotykami, rozliczne i słynne ekscesy w towarzystwie dam upadłych a swawolnych. Rozwody, często wielokrotne, jakieś łamanie stołków, podbijanie oczu, zakłócanie snu sprawiedliwym obywatelom; włóczęgi wielodniowe i wielotygodniowe, hazard i raptem - mordercze zmagania z samym sobą i sztuką! Praca po nocach, udręczenie i umysłu, i ciała w walce z gliną, farbami, ołówkiem... Niedojadanie, niedosypianie, bo sztuka czeka! Na rafach własnych marzeń niejeden z artystów, rozbił jak statek zbłąkany, własne życie, topiąc przy okazji żonę, kochankę, dzieci, psa czy kota... Albo wiele żon, kochanek, dzieci i rozmaitych zwierząt.
Pozostawiali za sobą długi wystarczające ich bliskim na lata biedy, nierzadko nędzy najprawdziwszej. Pozostawiali strzępy siebie, ot, parę łachów, których nie weźmie bradziaga; jakieś kapelusze, dziurawe skarpety, zmięte fotografie podejrzanych kobietek czy facetów (wszak kobiety też są artystkami!). Listy pełne uniesień, ale nie do żony czy męża; jakieś perfumy, strzępki strusich piórek, hotelowe rachunki... Pozostawiali też dzieła życia: kilka obrazów, szkice, rękopisy wierszy splamione wódą albo piwem... Niejedne półki i niejedne ściany - ale nie w ich domach - pełne są ich prac, z dumą prezentowane gościom przez Państwa Domu, którzy wskazując na dzieło, mówią z dumą, głosami ściszonymi przez szacunek:
- Tak. To JEGO...
A za życia „jego”, stawiali mu wódę by wyłudzić cokolwiek: obrazek, rysuneczek, portrecik, figurkę; jakieś manuskrypty, jakieś to, śmo, owo, bo kiedyś to będzie bezcenne! Motto takich? "Przecież to pijak! I tak przechleje, rodzinie nic po tym".
No, tak... Rafy marzeń. Kto pisał wiersz z takim zmagając się bólem, jakby go narywał ząb zropiały, ten wie czym są te niewidoczne rafy.. I każdy, kto stawał przed wszechświatem pustego płótna, albo w palcach trzymał grudę mokrej, śliskiej gliny... Ilu z nich, żeglarzy bezkresów sztuki, spokojnie dobiło do portu, z którego wyruszyli, jak Porwany za młodu, porwani przez jakąś Muzę? Ja nie znam... Jak Maciek z Popiołu i Diamentu zapalam czasem płomień nad kolejną wódką i recytuję
- Basia Jurek Andrzej, Sted... Wojtek, Mietek, Buni.
Ostatnią zapali kto inny...

Kiedy pada deszcz, stawia kołnierz płaszcza i z rękami w kieszeniach, petem w kąciku ust, idzie sobie Nabrzeżem myśląc, że tak, to prawda - prawda zawarta jest w kwiecie lotosu, i że młynki kręcą się nie nadaremno, tylko dla mąki prawdy, choć chleb z niej jest gorzki i rozczarowania pełen, i można sobie zęby duszy wyłamać na zapoznawaniu smaku skórki. I - że gdyby rozumiał cokolwiek z tego, co się dzieje i o co chodzi, to byłby jako anioł, a nie głupi, jak but z lewej nogi; że "a może chodzi o maciupką egzystencyjkę taką"? Taką - praca-dom-praca-dom? Jacyś cieśle stawiają zwyczajne domy, nie zaraz - katedry! Zwyczajne domy, zwyczajnym ludziom. I jacyś inni, równie zwyczajni ludzie, stawiają na stołach tych domów zwyczajnych, dzbanuszki tandetne z kwiatkiem sztucznym i - fajnie jest! Może, więc o to chodzi, o to "fajnie jest"?
Idzie sobie Nabrzeżem, potem skręca w Świętojańską/ Pogapi się w deszczu na poczerniałe mury kościoła, które zdobywał jako szczeniak i gdzie zmartwiał, znajdując żółtą czaszkę z rdzawymi, długimi włosami. Stała w jego domu wiele lat; ukradł kolega, zafascynowany śmiercią.
Wybaczył.



Bez śladu


BEZ ŚLADU

 
Wanda Szczypiorska


Wspominam tych umarłych nie po to żeby schlebiać ich pamięci, ale nie chciałabym narazić się na zarzut kłamstwa, bo przecież to i owo mogę przeinaczyć. Nie wierzę w życie wieczne, wiem że ich już nie ma i nie będzie i chyba oprócz mnie nie ma nikogo kto by mógł ich wskrzesić. Póki żyli widywałam się z nimi rzadko. A więc to tylko z racji dość dalekiego pokrewieństwa, moim zadaniem stała się opieka nad kobietą nazywaną przeze mnie ciotką. W czasie jej choroby. Musiałam więc na pewien czas zamieszkać w domu chorej, która była tylko moją powinowatą. Krewnym był jej syn. To on zadzwonił do mnie i poprosił o to. No cóż, moja rodzina się zgodziła, dadzą sobie radę. Nie jestem pielęgniarką, nie posiadam kwalifikacji, właściwie chodziło tylko o dotrzymanie towarzystwa. Oprócz nas trojga jest gosposia i przychodziła pielęgniarka. Lekarka też, choć sytuacja była beznadziejna. Rak. Szpital był już właściwie niepotrzebny, pozostawało tylko czekać.
Do chorej mówiłam „ciociu” i to zbliżało nas do siebie. Była jeszcze na tyle silna, że mogła przez krótki czas pomimo spuchniętego ciała pół leżeć, pół siedzieć w łóżku otoczona przeze mnie poduszkami. Podnieść ją i posadzić musiałam sama. Jej syn, czyli mój kuzyn nawet nie starał się pomagać. Poruszał się na wózku inwalidzkim. Tak było mu wygodniej, choć do łazienki szedł o kulach. Nie był kaleką od urodzenia, nie miał wypadku, był nieuleczalnie chory, wiedziałam o tym od pewnego czasu, ale i tak kiedy go zobaczyłam, a nie widziałam go już od miesięcy, to było zaskoczenie.
Sypiałam w gabinecie jego ojca, a mojego wuja, który też już nie żył. Zwykle siedzieliśmy z kuzynem w pokoju chorej milcząc, bo drzemała. Była w pełni władz umysłowych i kiedy się budziła można z nią było porozmawiać, a o czym? Nie pamiętam. Bo o coś się troszczyła, coś chciała zabezpieczyć, a mnie nic do tego. Kiedyś jednak przez chwilę szeptała ze swym synem i on potoczył się w stronę szaf w obszernej garderobie. Czegoś szukał, coś wyjął i wiózł w stronę łóżka. To było futro. Karakuły. Przeznaczone dla mnie. Musiałam je przymierzyć. Było w sam raz, ale tak stare i niemodne, że przecież go nie włożę. A zresztą wyglądało tak jak gdyby miało się za chwilę rozpaść. Byłam wdzięczna. Myślę, że nawet w takiej sytuacji, z której zdawała sobie przecież sprawę, rozstanie z czymś, co miało dla niej wartość, sentymentalną, może, było trudne.
Po paru dniach już nie wstawała. Spała? A może tylko zamykała oczy. Trzeba ją było karmić w pozycji leżącej podnosząc głowę wraz z poduszką. Nie jadła prawie wcale. To dziwne, musiała odczuwać ból, ale się nie skarżyła. Jednak cierpienie ją odgradzało, czyniło niedostępną. Będąc w pobliżu niej bałam się odezwać, więc coraz częściej ja i kuzyn siedzieliśmy w jadalni , chociaż przy nim też czułam się skrępowana. Dla niego to był również wyrok.
I wtedy zaczęli pojawiać się znajomi, ot takie wizyty pożegnalne. Zaglądali do jej pokoju, ale spała (a może nie?), więc zasiadaliśmy w salonie, gdzie podawałam kawę i zaczynały się rozmowy. Pamiętam jedną z takich rozmów. To był znajomy męża ciotki, czyli wuja i rozmawialiśmy o polityce. Podobno był funkcjonariuszem pezetpeerowskim (nie mam pojęcia skąd go znali) a ja sprzyjałam opozycji, bo to był stan wojenny. Nie bardzo mogłam się do tego przyznać i kuzyn też nie pisnął ani słowa, ale rozmowa była dosyć dziwna, ponieważ tamten perorował, szydził, a ja musiałam tego słuchać. O chorej, o jej sytuacji nie było prawie mowy, Dopiero kiedy już wychodził zadeklarował swoją pomoc. W razie pogrzebu. Nie, tego nie powiedział tak wyraźnie, ale to rozumiało się samo przez się. Kuzyn podziękował.
Byli też inni. Sąsiedzi może, znajomi jacyś, nie wiem. Stan chorej się pogarszał i widać było że cierpienie jest trudne do zniesienia . Trzeba ją było umyć, podać basen. Nie mogłam, a może i nie chciałam brać udziału w naradzie między lekarką a kuzynem, wiem tylko że zdecydowali dać morfinę. Był pewien kłopot z realizacją tej recepty i nie wiem czemu trwało to dość długo, bo może dzień lub dwa zanim ktoś ją zrealizował. Widać z kupnem morfiny był kłopot taki sam, jak i ze wszystkim wtedy. Mieli nadzieję.. (ja tam nie wiem, bo po raz pierwszy byłam przy kimś kto umierał) że to jej pomoże i po zastrzykach będzie lepiej, że wróci w do rzeczywistości, bo to lek na ból. Zdawała sobie z tego sprawę? Nie wiem. Zastrzyk robiła pani doktor, powolutku, widzę jej nachyloną nisko postać i twarz ciotki z takim wyrazem jak gdyby była nieświadoma tego co się dzieje. A ja i kuzyn mówiliśmy, że będzie dobrze, będzie lepiej. Kiedy zamknęła oczy i zasnęła wyszliśmy z jej pokoju. Wyszliśmy… znaczy ja, bo kuzyn się wytoczył. Potem siedzieliśmy w jadalni. Kuzyn milczał. Ja zaglądałam do sypialni. Mówiłam mu że śpi. Bo spała. Tak mi się wydawało. Długo, za długo chyba. Było już późne popołudnie. Zaniepokoił mnie jej oddech, chrapliwy, przerywany. Zadzwonię po lekarkę, pomyślałam. Kiedy weszłam ponownie do sypialni, może coś zrobić, może pomóc, było już cicho, już nie żyła.
Po pogrzebie czułam się w obowiązku co pewien czas przyjeżdżać do kuzyna, bo był sam. Przynajmniej ja nigdy nikogo nie zastałam oprócz tej gosposi. Żył z renty, ale to przecież nie mogło mu wystarczyć. Nie dociekałam skąd pieniądze na utrzymanie tego domku i za co kupił telewizor Rubin. Niegdyś w rodzinie mówiło się po cichu o zasobach po teściowej wuja. Być może. Ważne, że miał pieniądze na lekarstwa. Te na recepty i te, które sobie ordynował sam, bo bardzo dbał o siebie. Absorbowało go własne zdrowie a mnie się wydawało, że tylko to go absorbuje. Bał się kataru i przeziębień, nie wychodził z domu, nawet na taras. Brał antybiotyki, ot tak, profilaktycznie, żeby nie dostać zapalenia płuc. Kto mu je kombinował bez recepty, nie wiem. Pewno miał jakieś znajomości. Inny znajomy z dawnych czasów, księgarz, przysyłał paczki książek. Nowości. Wydaje się, że bez wyboru. Regały coraz szczelniej zapełniały pokój, ale nie rozmawialiśmy o książkach. Skąd mogłam wiedzieć, że kiedy jest tu sam, jedynie z tą gosposią, coś tam pisze? I tak nie mogłabym ocenić, nie znam się na literaturze. Zwykle mówiliśmy o telewizji i o telewizorze, o tym jak regulować kolor, bo w Rubinie wciąż trzeba było go ustawiać. Czasami chciałam się dowiedzieć jak sobie radzi bez pieniędzy, lecz to był temat tabu. Po babce, to po babce, ale na pewno nie na koncie. Nikt wtedy jeszcze nie miał konta, najwyżej oszczędności w PKO, ale on i tego nie miał. A więc skarb. To było dość prawdopodobne. Po cichu mówiło się w rodzinie, że chyba jednak nie po babce, a po dziadku, czyli ojcu wuja. Że dziadkowi rząd dał na przechowanie tuż przed wojną złoto, a on je gdzieś zakopał. Wojny nie przeżył i rząd też, a więc wykopał ten co wiedział, a to był oczywiście wuj. Ale ja nie wiem jak to było.
O tym, że kuzyn pisał wiersze dowiedziałam się po pewnym czasie, chociaż nie dawał ich do przeczytania, co było chyba bez znaczenia. Prosił mnie tylko o wysłanie listów do redakcji, do rozmaitych tygodników i do takiego pisma Twórczość. Sama je kupowałam czasem a więc wiem, że zamieszczają również wiersze. Lecz nie dostawał żadnych odpowiedzi, bo gdyby któryś z nich wydrukowano, pewno by się pochwalił. Zresztą bywałam coraz rzadziej, bo okazało się, że jednak nie jest już zupełnie sam. Przyjeżdżał ktoś z rodziny jego matki.
Zawiadomiono mnie, że jest w szpitalu. Prosił o to, więc pojechałam tam a jego wygląd mnie przeraził. Był jeszcze bardziej chudy. Sam się przyznał, że ma grzybice płuc. Podobno od antybiotyków. Tak mu powiedział lekarz. Już nie wstawał. To co miał mi do powiedzenia, dla niego było chyba bardzo ważne. Chodziło o zawartość jego biurka, te papiery które tam są, jakby z zażenowaniem dodał, że to wiersze. Więc gdyby coś się stało… prosił żebym je przechowała, Może kiedyś…? A ja gotowa byłam zrobić wszystko, tak bardzo było mi go żal.
Podczas pogrzebu powiedziałam komuś (zjawiła się rodzina ciotki choć nielicznie) że mam od niego polecenie, że muszę zabrać rękopisy z biurka. Właśnie jechało tam tych dwóch, którzy na pogrzeb przyjechali samochodem. Zabrali mnie ze sobą. O żadnych rękopisach nie wiedzieli. Domek wyglądał dość żałośnie, jak gdyby spustoszony. Nie było ani mebli, ani bibelotów. Nie było też telewizora. I coś jeszcze; jak gdyby kuto ściany. Czegoś szukali? Nie znaleźli? W pokoju u kuzyna zastałam jeszcze większy nieład. Książki na kupkach ułożone tak, żeby je można było wywieźć. Biurko puste.
- Gdzie są papiery z biurka – zapytałam jednego z krewnych ciotki.
- A nie wiem, Chyba tam - pokazał coś za oknem. A tam leżały jakieś graty, stare krzesła i były ślady po ognisku.








środa, 30 listopada 2016

Pokrzywka




MIROSŁAW G. MAJEWSKI 


     – Franek...
Co prawda miałem na imię Jacek, ale wszyscy wołali na mnie Franek po moim pradziadku Franciszku, którego znałem jedynie z pożółkłych fotografii, a dla którego mój tato, był najukochańszym wnukiem.
Franek! wołała moja mama z lekka już zdenerwowana brakiem reakcji z mojej strony, a ja przecież nie byłem żadnym Frankiem, tylko Jackiem. I chciałem to w jakiś sposób zaznaczyć.
Jacek ogłuchłeś do jasnej cholery czy co? Mama wreszcie, aczkolwiek z trudem, przypomniała sobie moje imię, a ja poczułem satysfakcję, że mimo wszystko moja taktyka okazała się skuteczna.
Wszedłem do dużego pokoju, który nazywaliśmy stołowym pokojem, ponieważ w odróżnieniu od małego pokoju i sypialni stał w tym pokoju duży, bukowy stół. Mama z ulgą odnotowała moje pojawienie się, i kończąc pisanie na kartce wyrwanej ze środka mojego zeszytu do nauki religii zakomunikowała:
Pójdziesz do pani Frymarczyk i dasz jej tę karteczkę, dobrze?
Nie, nie dobrze! Pomyślałem w duchu, bo wiedziałem co się za tym kryje, a kryło się paskudne wykorzystywanie dziecka (czyli mnie) w celu pożyczenia pieniędzy do wypłaty, a więc do piętnastego. Jak ja tego nienawidziłem, chyba bardziej od nauki religii odbywającej się w naszym wiecznie niedogrzanym kościele, a dokładniej na tak zwanym „chórze”, ale co miałem robić? Dzieciaki w naszych czasach nie miały żadnych praw, były wykorzystywane do wszystkiego, od rąbania drwa w piwnicy, wynoszenia śmieci, robienia zakupów, po kolędowanie z karteczką z prośbą o pożyczkę. Dochodziło do tego znęcanie psychiczne i fizyczne przez rodziców, nauczycieli, katechetkę oraz ministranta Ryśka. Z tym, że jak mi się zdawało, mama wykorzystywała mnie najbardziej do tego ostatniego. Bez dwóch zdań byłem napiętnowany i to na całe życie. (zawsze brakowało mi, jak i mojej mamie jakieś pięć stówek do wypłaty)
Tylko się pośpiesz! To było ostatnie polecenie mamy, która nie za bardzo mogła poradzić sobie z narzuconą jej przez los, czy Boga, trudną rolą mamy. Mówiła jeszcze coś o tym, że musi zrobić jeszcze obiad i zdążyć na drugą zmianę do roboty.
Takich mam jak moja mama w naszym miasteczku nie brakowało, tylko nielicznym mamom starczało od pierwszego do pierwszego, jeżeli było się umysłową, albo od piętnastego do piętnastego, jeżeli było się fizyczną mamą. W sumie kochaliśmy nasze mamy takimi jakimi były, a nasze mamy kochał nas, takimi, jakimi byliśmy, ale, o ile mi wiadomo, nie była to w żadnym wypadku miłość bezinteresowna.
Pani Frymarczyk mieszkała w następnym, bliźniaczym bloku (zwanym przez nas drugim), miała pani Frymarczyk dwóch synów, obydwu starszych ode mnie, Stachu był starszy jakieś siedem lat, albo i więcej, i był po innym ojcu, może dlatego był zupełni inny od swojego przyrodniego brata Ryśka, który był starszy trzy lata ode mnie. Rysiek był ministrantem, co wcale nie przeszkadzało mu w znęcaniu się nade mną i nad moimi rówieśnikami. Ministrant Rysiek specjalizował się w robieniu nam pokrzywek. Pokrzywka polegała na złapaniu naszego przedramienia obiema dłońmi i wykręcaniu skóry w przeciwnym kierunku. Nasze wrzaski wprawiały Ryśka w szampański nastrój, a my, jako już bardzo doświadczone ofiary pokrzywek, wiedzieliśmy, że im będziemy głośniej wrzeszczeć, tym bardziej wprowadzimy naszego prześladowcę w szampański nastrój, a wprowadzony w szampański nastrój Rysiek, summa summarum, zrezygnuje ze skopania nam dupy. I z reguły tak bywało. Jednym słowem nikt z naszej paczki nie życzył sobie wpaść w ręce ministranta Ryśka.
Rozważając o tym szedłem sobie w podskokach do pani Frymarczyk, ale wbrew tym beztroskim podskokom modliłem się żarliwie, aby nie napatoczyć się na Ryśka, (ani też na żadnego z moich kolegów, bym nie musiał tłumaczyć się z mojej, jakże tajnej i upokarzającej mnie misji). Miłościwy Bóg, jak mi się wtedy zdało, wysłuchał moich modlitw, ponieważ bez żadnych przygód dotarłem do drugiego bloku, do drugiej klatki, na drugie piętro i stanąłem przed drzwiami z numerem 11, z tabliczką:

A. A Frymarczykowie

Nacisnąłem dzwonek i po chwili w otwartych drzwiach pojawił się nie kto inny, jak mój prześladowca ministrant Rysiek.
Cześć Rysiek – przywitałem się grzecznie – mogę prosić twoją mamę?
Nie ma mojej mamy – uśmiechnął się ministrant Rysiek.
Dzisiaj wiem, że Rysiek, obecny minister, był sadystą. I tak upokorzony, wracałem (niczym żołnierz z niemieckiej niewoli z wiersza Broniewskiego) do domu z opuszczoną głową, z niezrealizowaną karteczką i pokrzywką na lewym przedramieniu. Wtedy to po raz pierwszy w życiu zacząłem powątpiewać w Boga. No, myślałem sobie, gdyby nawet Bóg nie wysłuchał moich modlitw, to przynajmniej mógłby wpłynąć na to, aby proboszcz, użyję tu eufemizmu, wyrzucił Ryśka z urzędu ministranta. Niestety, nigdy tego nie uczynił, Rysiek jeszcze przez wiele lat, z miną aniołka, służył do Mszy Świętej, co bardzo nadwyrężało moją wiarę w Boga, a nawet w prawo i sprawiedliwość.
Potem, dzięki Bogu, nasze drogi rozeszły się i to na wiele lat… Dopiero jakiś rok temu znów usłyszałem o Ryśku, okazało się (dlaczego mnie to nie zdziwiło?), że został posłem rządzącej partii, tej od 500+. Szkoda że miałem tylko jedno dziecka, Franka, może wreszcie starczyłoby mi do piętnastego…

środa, 19 października 2016

FILUT

Wanda Szczypiorska
 



Nazywaliśmy go Filutem, ale to tylko między sobą. Byliśmy bowiem przekonani, że siostra dobrze wyszła za mąż. Stara rodzina, zasiedziała. Przyjechał do nas tuż po świętach, podobno miał tu coś do załatwienia. Sprawa musiała być poważna bo świadczył o tym jego strój. Zadbany wyjątkowo. Ubrany był w pelisę, płaszcz na futrze. Miał go po zmarłym ojcu, inżynierze. Sam też był inżynierem. Ale cóż, pensyjka inżyniera w Peerelu, kiedy się miało trójkę dzieci… Więc rozmawialiśmy. Właściwie on rozmawiał z mamą, nie przy mnie, gdzieś na osobności. I chociaż zawsze taki pewny siebie tym razem jakby skrępowany i jakby chciał się z czegoś zwierzyć, ale nie mógł. Był u nas tylko jeden dzień, a mnie do głowy nagle przyszło, żeby pojechać z nim do siostry na te ostatnie dni wakacji..
Jechaliśmy z Trójmiasta z przesiadkami. Do Warszawy mieliśmy jedno miejsce na nas dwoje, a w Warszawie musiałam wejść przez okno do wagonu, Filut z kimś jeszcze, obcym mnie podsadził, a sam się pchał przez drzwi. Bałam się, że zostanie na peronie, a ja pojadę dalej sama, ale wszedł, przecisnął się i staliśmy na korytarzu, a on porobił zaraz znajomości, ale nie były to rozmowy przyjacielskie. Filut był niedużego wzrostu i zachowywał się z godnością. Nie można było dać się zepchnąć w kąt. Broniliśmy z determinacją miejsc przy oknie. Podczas podróży w tych warunkach myśli się tylko o tym żeby przetrwać. Wreszcie Skarżysko i przesiadka. A tam już luz\, siedzimy obydwoje, rozmawiamy.
Szwagier traktuje mnie protekcjonalnie, co zawsze trochę onieśmiela. On się na wszystkim zna, nie tylko na produkcji ciężarówek, jest inżynierem od wszystkiego, wolę wyglądać więc przez okno. Znam ten pejzaż, co roku spędzam tu wakacje. Dom szwagra, a raczej chyba jego matki odziedziczony jest po ojcu (jak pelisa). Mnie się wydaje, że to piękny dom. Na dole trzy pokoje, duża kuchnia, a przy niej klitka dla służącej, no i łazienka z wielkim kotłem, a obok klozet z akustyką. Ponieważ miałam zamiar zostać piosenkarką był moim studiem, tam śpiewałam. Matka miała po jednej stronie korytarza, pokój z werandą od ogrodu, a oni dwa pokoje z drugiej strony. Mnie lokowano razem z dziećmi. Kiedy tam przyjeżdżałam w środku lata od razu po śniadaniu biegłam przez ogród w dół ku rzece, tam było moje towarzystwo. .
W zimie to co innego. Co ja tu będę robić, myślę. Brniemy ze stacji. Zimno, ślisko. I wreszcie furtka, powitania. Niezbyt wylewne. Rodzinny zwyczaj, my nie lubimy sentymentów. A może mi się tylko zdaje, że coś tu nie gra. Siostra nie pyta męża o nic. A on ją pyta, czy wyjechał. Nie wiem o kogo chodzi. Być może mi się przesłyszało. Był tu ktoś? Ach prawda, naszej mamie wspominał coś o lokatorze. Jest taki mały pokój na pięterku, jednak nieogrzewany, prawie pusty. Kto by tam mieszkał zimą latem musiałby chyba przesiadywać w kuchni Jak wszyscy, zresztą. Bo w kuchni zawsze było najprzyjemniej. Na środku stoi duży stół wyszorowany do białości, a w głębi piec kuchenny.
Siostra mówi mężowi, że wyjechał, on milcząc przyjął to do wiadomości. I wtedy coś jak gdyby mi się przypomniało. Szepty na stronie z moją mamą i jej zakłopotanie. Jej stwierdzenie, jakby nieśmiałe i niezręczne, że w końcu wszystko się ułoży, przecież są dzieci. Prawda. Dzieci. Gdzie są dzieci? Już śpią? Więc tylko rzucę na nie okiem. Jakie śliczne. Szczególnie ten najmłodszy. Marek
Wszyscy jesteśmy już zmęczeni. Zjemy coś i pójdziemy spać . Ja tam gdzie dzieci na kanapce, a oni w tym pokoju obok. Nie mogę zasnąć, słyszę głosy. Kłócą się? A może tylko rozmawiają. A może to miłosna noc? Tym razem jednak chyba nie. Siostra mówiła kiedyś mamie (podsłuchałam) że on nie daje jej spokoju, że miała kilka razy zabieg. A jaki? Tego nie wiem. To wtedy przyjechała do nas z dwojgiem dzieci i chciała zostać, a jednak mama jej wytłumaczyła, że to jest niemożliwe, że dużo lepiej zrobi jeśli wróci. I wróciła. Nie podsłuchuję, jednak słyszę, Bo chyba ktoś nie domknął drzwi. Jest również mowa o służącej. Jest służąca? Kiedyśmy przyjechali widać spała. Przecież nie musi być na każde zawołanie. Dziwne, że o niej mówią teraz, w nocy. Co ma służąca do ich związku, a jednak jakby czemuś była winna. Bo moja siostra chce, żeby wróciła na wieś (więc jest ze wsi?), a szwagier mówi, że to niemożliwe. Nie wiem czemu i to mnie nie obchodzi wcale, chciałabym zasnąć. Ale nie. Teraz jest mowa o tym lokatorze, który wyjechał przecież, już go nie ma, a mimo to podnoszą głosy, jak gdyby zapomnieli że tu jestem, a może myślą, że ja śpię? A ja domyślam się, (bo przecież jestem już dorosła), coś być musiało między nim, a siostrą i ona wcale temu nie zaprzecza, powtarza że to jego wina. Jego, to znaczy męża. Czyżby pojechał się poskarżyć mamie? A może się usprawiedliwić? No i co? Już dostał rozgrzeszenie – pyta. Tamtego miało nie być, kiedy wróci, no i nie ma. Kłótnia przycicha. Są jakieś nowe dźwięki, szepty, skrzypienie łóżka. Sen mnie morzy.
Rano dzieci się budzą i ja też. Witamy się serdecznie z entuzjazmem. Pomagam im się ubrać. W kuchni zastaje tę służącą o której nie wiedziałam, że tu mieszka. Krząta się, lecz jakoś tak niemrawo chyba. Jest jeszcze młoda, ale brzydka i taka ni to gruba ni to chuda. Wydaje mi się, że jest w ciąży. Dlatego wcześnie poszła spać. Witam się z nią, a ona wie kim jestem, skąd przyjechałam, ale wyczuwam w powitaniu niechęć. Czemu?
W domu jesteśmy tylko my; ja, siostra i służąca, no i dzieci. Szwagier i jego matka już o świcie poszli do fabryki, wielkich zakładów przemysłowych, w których pracują prawie wszyscy w mieście. Ja chciałabym się przejść, ale jest zimno, pada mżawka, wiec siedzę w kuchni . I wtedy robi się ciekawie, bo przyszła ta kobieta ze wsi. Pamiętam ją. Przynosi to, czego nie można kupić w sklepie, no.. może by się dało gdyby trochę postać, lecz nie takie. Rozkłada to co ma. Duża osełka masła w czystej szmatce i biały ser, a także duży bochen chleba. Siostra płaci. Masło i ser odłoży do spiżarni, ale zjadamy po kawałku chleba. Siostra rozpala w piecu w korytarzu. Ten piec ogrzewa dwa pokoje. U matki szwagra taki piec rozpala się dopiero po południu i robi to służąca, bo to służąca tamtej, matki, mówi siostra gdy zostajemy same. Pytam gdzie mieszka mąż służącej, bo przecież będzie miała dziecko, lecz siostra milczy, a potem jakoś dziwnie prycha, na śmiech to raczej nie wygląda i mówi.
- Nie ma męża.
Chcę więc zapytać kim jest ojciec, ale coś mi zaczyna świtać w głowie, wiec milczę. Pewno lokator. Byłoby może lepiej gdyby został ? Może mógłby się z nią ożenić? Ta sytuacja wydaje mi się dość niejasna. A oni jakby mieli w tym swój udział. Siostra i szwagier. O co chodzi?
Bawię się z dziećmi pod choinką w ich pokoju, a one pokazują mi prezenty. Ja nic im nie przywiozłam, trochę głupio, lecz dla nich nie ma to znaczenia. Mały niczego jeszcze nie rozumie, a tamci dwoje są zajęci. Siostra sprząta. Pytam o tego lokatora, a ona waha się a w końcu mówi
- Taki jeden. Pracuje w fabryce
- Młody? - pytam, a ona odpowiada
- Bardzo młody – i zaraz gdzieś odchodzi. A jednak nie. Za chwilę wraca i pyta co tam w domu? Ale ciekawa głównie tego, co on, jej mąż powiedział mamie. A ja nie wiem. A jednak chyba coś ważnego, bo chciał powiedzieć to na osobności..
- Ma jakąś tajemnicę? - pytam. Siostra się śmieje, nie wiem czemu, ale to nie jest śmiech pogodny. W ogóle atmosfera taka sobie. Co ja tu będę robić? Nudzę się. Trwają przygotowania do obiadu Niedługo tamci wrócą z pracy. Obiad gotuje pani Józia (tak ma na imię). Obiad będziemy jedli w kuchni. Dawny stołowy jest sypialnią matki, tam się nie wchodzi bez potrzeby.
No i wracają . On otupując buty z błota w sionce wchodzi pierwszy. Matka robi zakupy gdzieś po drodze, obiad poda się wtedy, kiedy wróci. Wszyscy zasiądą wokół stołu razem pomimo że to stół kuchenny. Kiedy żył jeszcze ojciec szwagra, a on był wtedy jeszcze mały obiady jadło się w stołowym. To były czasy przedwojenne, a jego ojciec był tu kimś. Miał kierownicze stanowisko. W tej fabryce produkującej samochody. Szwagier jest czymś zaabsorbowany, ale nie mówi co się wydarzyło. Może nic. On zawsze ma coś do zrobienia. Majsterkuje. A może to są wynalazki? Kiedyś warsztacik miał w służbówce, kiedy nie było tu tej Józi, a teraz znosi wszystko do pokoju, narzędzia, jakieś kable, płytki, śrubki. Ma wydzielony na to kąt.
Siostra zawsze lubiła pożartować , ot takie sobie złośliwości, pogaduszki, a teraz jakby jej to przeszło. Stół już nakryty, nie siadamy czekamy aż się zjawi pani domu , a ona wchodzi odświeżona, w lepszym humorze , choć na ogół jest dość krytyczna i surowa. Teraz już można usiąść, dzieci też. Józia podaje zupę w wazie. Trochę się głupio czuję, bo z jakiej racji ktoś mi usługuje i to ktoś starszy, na dodatek w ciąży. Filut rozmawia z matką o czymś, co mnie zupełnie nie dotyczy. Bo to o fabryce. Siostra siedząc po przeciwległej stronie stołu karmi dzieci i to ją absorbuje całkowicie, bo jak to dzieci, nie chcą jeść. Jestem w to zaangażowana i też próbuje je namówić, wreszcie patrząc na Józię, która nachyla się po wazę z zupą wpadam na znakomity koncept
- Wkrótce będziecie mieli towarzystwo, braciszka lub siostrzyczkę.. Coś jeszcze chciałabym powiedzieć, lecz nagle słyszę jakiś hałas, to szwagier zrywa się zza stołu, natomiast jego matka przygląda mi się pytająco, a jednak nieżyczliwie, nie wiem czemu. Siostra chichocze. Pani Józia znika w służbówce.. Czyżby zrobiło jej się słabo? - myślę. Kto wobec tego poda drugie? I wtedy słyszę syk Filuta
- Skąd wie?
A siostra pyta go
- Nie ty? Miałeś dość czasu na zwierzenia.
Nie rozumiem. A drugie danie? Sama się przecież nie obsłużę. Na szczęście siostra wstaje, przynosi co tam jeszcze jest, kartofle i kotlety. Filut siada. Jemy w milczeniu. Dzieci zrywają się od stołu biegną do siebie korytarzem.
- Józia się źle poczuła? pytam. Nikt mi nie odpowiada. Cóż… Zjadłam, dziękuję i odchodzę.
Kiedy jesteśmy same w ich pokoju, bo on i jego matka zamknęli się w salonie, widocznie maja coś do obgadania, pytam siostrę
- To co z tą Józią? Kto jest ojcem? Skąd takie zamieszanie, czyżby to ktoś znajomy? A ona mówi
- On
- Jaki znów on?
- Mój mąż.
A ja jej nie dowierzam - co ty? Bo przecież on nie pije. Trzeźwy by zrobił coś takiego? Dużo pali. Mama mówi, że to od tego jest taki chudy, poszarzały. Pytam
- Co teraz? Siostra nie wie. Ja też nie wiem. Ja tego nie rozumiem. Bo przecież on nie kocha Józi .Nie umiem sobie nawet wyobrazić jak to jest, dlaczego tak się dzieje. Ale być może kiedyś będę wiedzieć. Jak będę już dorosła.

piątek, 2 września 2016

Biblioteka Babel



Jorge Luis Borges

Biblioteka Babel



W ten sposób możecie rozważać różne związki 23 liter...



The Anatomy of Melancholy, post. II, sect. 1, mem. 4


Wszechświat (który inni nazywają Biblioteką) składa się z nieokreślonej, i być może nieskończonej, liczby sześciobocznych galerii, z obszernymi studniami wentylacyjnymi w środku, ogrodzonymi bardzo niskimi balustradami. Z każdej galerii widać piętra niższe i wyższe: nieskończenie. Układ galerii jest niezmienny. Dwadzieścia szaf, po pięć szerokich szaf na każdy bok, wypełnia wszystkie boki prócz dwóch; ich wysokość, która równa jest wysokości pięter, przekracza zaledwie wzrost przeciętnego bibliotekarza. Jeden z wolnych boków przylega do wąskiej sieni, która wychodzi na inną galerię, identyczną jak pierwsza i jak wszystkie. Po lewej i po prawej stronie sieni są dwa malutkie pomieszczenia. Jedno pozwala spać na stojąco; drugie zaspokajać potrzeby naturalne. Przechodzą tamtędy spiralne schody, które zapadają się i wznoszą ku odległym okolicom. W sieni jest lustro, które podwaja wiernie pozory. Ludzie wnioskują zazwyczaj na podstawie tego lustra, że Biblioteka nie jest nieskończona (gdyby taką rzeczywiście była, po cóż to złudne podwojenie?); ja wolę śnić, że gładkie powierzchnie przedstawiają i obiecują nieskończoność... Światło pochodzi z kulistych owoców, które noszą nazwę lamp. Jest ich dwie w każdym sześcioboku: na przeciwległych ścianach. Światło, jakie wysyłają, jest niewystarczające, nieustanne.
Jak wszyscy ludzie Biblioteki, podróżowałem w młodości; odbywałem pielgrzymki w poszukiwaniu jakiejś książki, być może katalogu katalogów; teraz, gdy moje oczy nie mogą niemal odcyfrować tego, co piszę, przygotowuję się na śmierć o niewiele mil od sześcioboku, w którym się urodziłem. Gdy umrę, nie zabraknie litościwych rąk, które wyrzucą mnie za balustradę; moim grobem będzie bezdenne powietrze; moje ciało będzie pogrążać się długo i rozłoży się i rozpuści w wietrze wywołanym przez spadanie, które jest nieskończone. Idealiści dowodzą, że sześcioboczne sale są konieczną formą przestrzeni absolutnej lub, przynajmniej, naszej intuicji przestrzeni. Rozumują, że sala trójkątna czy pięciokątna jest niewyobrażalna. (Mistycy utrzymują, że ekstaza objawia im salę kolistą, z wielką okrągłą księgą o nie kończącym się grzbiecie, który obiega ściany; ich świadectwo jest podejrzane; ich słowa niejasne. Tą cykliczną księgą jest Bóg.) Niech wystarczy chwilowo, że powtórzę klasyczną opinię: Biblioteka jest kulą, której dokładnym środkiem jest jakikolwiek sześciobok i której obwód jest nieosiągalny.
Każdej ze ścian każdego sześcioboku odpowiada pięć szaf; każda szafa zawiera trzydzieści dwie książki znormalizowanego formatu; każda książka posiada czterysta dziesięć stron; każda strona czterdzieści wierszy, każdy wiersz około osiemdziesięciu liter czarnego koloru. Są również litery na grzbiecie każdej książki; litery te nie wskazują ani nie zapowiadają tego, o czym będą mówiły stronice. Wiem, że ten brak związku kiedyś wydawał się tajemniczy. Zanim streszczę jego rozwiązanie (którego odkrycie, pomimo jego tragicznych rzutowań, jest być może główną sprawą tej historii), pragnę przypomnieć niektóre aksjomaty.
Pierwszy: Biblioteka istnieje do aeterno. W prawdę tę, której bezpośrednią konsekwencją jest wieczność świata, nie może wątpić żaden rozsądny umysł. Człowiek, niedoskonały bibliotekarz, może być dziełem przypadku czy też złośliwych demiurgów; wszechświat, ze swym eleganckim wyposażeniem w szafy, w zagadkowe tomy, w nieznużone schody dla podróżnego i w ustępy dla siedzącego bibliotekarza, może być jedynie dziełem jakiegoś boga. Aby dostrzec odległość, jaka istnieje między tym, co boskie, a tym, co ludzkie, wystarczy porównać te niezdarne, drżące symbole, które moja omylna ręka skrobie na okładce książki, z organicznymi literami jej wnętrza: precyzyjnymi, delikatnymi, bardzo czarnymi, w niedościgły sposób symetrycznymi.
Drugi: Liczba symboli ortograficznych wynosi dwadzieścia pięć. Stwierdzenie to pozwoliło trzysta lat temu na sformułowanie ogólnej teorii Biblioteki i na zadowalające rozwiązanie problemu, którego żadne przypuszczenie poprzednio nie rozwikłało: bezkształtnej i chaotycznej natury prawie wszystkich książek. Jedna z nich, którą mój ojciec ujrzał w pewnym sześcioboku obwodu piętnaście dziewięćdziesiąt cztery, złożona była z liter M C V, powtarzających się przewrotnie od pierwszego do ostatniego wiersza. Inna, do której często zaglądano w tej okolicy, była po prostu labiryntem liter, ale przedostatnia stronica mówiła: "O czasie, twe piramidy." Wiadomo, że na jedną rozsądną linijkę czy słuszną wiadomość przypadają mile bezsensownych kakofonii, słownych gmatwanin i niedorzeczności. (Wiem o pewnej niebezpiecznej okolicy, której bibliotekarze odrzucają przesądny i próżny zwyczaj poszukiwania sensu w książkach i porównują go do zwyczaju poszukiwania go w snach czy w chaotycznych liniach ręki... Przyznaję, że wynalazcy pisma naśladowali dwadzieścia pięć naturalnych symboli, ale utrzymują, że to zastosowanie jest przypadkowe i że książki same w sobie nic nie znaczą. Sąd ten, jak się przekonamy, nie jest całkiem błędny.)
Przez długi czas sądzono, że te nieprzeniknione książki odpowiadają wymarłym lub odległym językom. To prawda, że najdawniejsi ludzie, pierwsi bibliotekarze, używali języka wielce różniącego się od tego, jakim mówimy obecnie; to prawda, że o kilka mil w prawo używa się dialektu i że dziewięćdziesiąt pięter wyżej język jest niezrozumiały. Wszystko to, powtarzam, jest prawdą, ale czterysta dziesięć stronic niezmiennych liter M C V nie może odpowiadać żadnemu językowi, choćby nie wiem jak bardzo dialektalnemu czy prymitywnemu. Niektórzy sugerowali, że każda litera może wywierać wpływ na następną i że wartość liter M C V w trzeciej linijce strony 71 nie jest taka sama, jaką może mieć ta seria winnej pozycji na innej stronie, ale ta niejasna teza nie miała powodzenia. Inni myśleli o kryptografiach; przypuszczenie to zostało ogólnie przyjęte, choć nie w tym sensie, w jakim sformułowali je jego wynalazcy.
Pięćset lat temu przełożony jednego z wyższych sześcioboków znalazł książkę tak zawiłą jak inne, ale która miała prawie dwie kartki o jednorodnych liniach. Pokazał swe znalezisko wędrownemu specjaliście od odcyfrowywania, który powiedział mu, że są one zredagowane po portugalsku; inni powiedzieli mu, że w jidysz. Przed upływem wieku zdołano ustalić język: był to samojedzko-litewski dialekt języka guarana z fleksją arabskiego klasycznego. Również odcyfrowano treść: zarys analizy kombinatoryjnej, ilustrowany przykładami wariantów z nieograniczonym powtórzeniem. Przykłady te pozwoliły pewnemu genialnemu bibliotekarzowi na odkrycie podstawowego prawa Biblioteki. Myśliciel ten zauważył, że wszystkie książki, jakkolwiek by się między sobą różniły, składają się z jednakowych elementów: odstępu, kropki, przecinka, dwudziestu dwu liter alfabetu. Również przytoczył fakt, który potwierdzili wszyscy podróżnicy: Nie ma w rozległej Bibliotece dwu identycznych książek. Z tych niespornych przesłanek wydedukował, że Biblioteka jest totalna i że jej szafy rejestrują wszelkie możliwe kombinacje tych dwudziestu kilku symboli ortograficznych (liczba ich, choć niezwykle wysoka, nie jest nieskończona), to jest wszystko to, co można wyrazić: we wszystkich językach. Wszystko: drobiazgową historię przyszłości, autobiografie archaniołów, wierny katalog Biblioteki, całe tysiące fałszywych katalogów, wykazanie fałszywości tych katalogów, wykazanie fałszywości katalogu prawdziwego, gnostyczną ewangelię Bazylidesa, komentarz do tej ewangelii, prawdziwą relację twojej śmierci, przekłady wszystkich książek na wszystkie języki, interpolacje z każdej książki we wszystkich książkach.
Kiedy ogłoszono, że Biblioteka obejmuje wszystkie książki, pierwszym wrażeniem było niezmierne szczęście. Wszyscy ludzie poczuli się panami nietkniętego i tajemnego skarbu. Nie było osobistego czy światowego problemu, którego szczegółowe rozwiązanie nie istniałoby: w którymś sześcioboku. Wszechświat był usprawiedliwiony, wszechświat przybrał nagle nieograniczone rozmiary nadziei. W owym czasie mówiono wiele o Windykacjach: księgach apologii i proroctwa, które na zawsze usprawiedliwiały czyny każdego człowieka wszechświata i przechowywały cudowne tajemnice dotyczące jego przyszłości. Tysiące pożądliwych opuściły ukochane ojczyste sześcioboki i rzuciły się schodami w górę, pędzone przez próżny zamiar znalezienia swej Windykacji. Pielgrzymi ci dyskutowali w wąskich korytarzach, wypowiadali ciemne klątwy, dusili się wzajemnie na wąskich schodach, rzucali oszukańcze książki w głąb tunelu, ginęli rzucani w przepaść przez ludzi z odległych okolic. Inni oszaleli... Windykacje istnieją (ja widziałem dwie, które dotyczą osób z przyszłości, osób, być może, nieurojonych), ale poszukujący nie pamiętali, że możliwość, aby jakiś człowiek znalazł swoją własną czy też jakiś przewrotny wariant swojej własnej, jest wymierna zerem.
Oczekiwano wówczas również wyjaśnienia podstawowych tajemnic ludzkości: pochodzenia Biblioteki i czasu. Jest prawdopodobne, że te poważne tajemnice dadzą się wyrazić w słowach: jeśli nie wystarczy język filozofów, wielokształtna Biblioteka z pewnością wyprodukowała język, jaki jest do tego potrzebny, oraz słowniki i gramatykę tego języka. Już od czterech stuleci ludzie nużą sześcioboki... Istnieją poszukiwacze oficjalni, inkwizytorzy. Widziałem, jak wykonują oni swoje funkcje: przychodzą zawsze wyczerpani; mówią o jakichś schodach bez szczebli, które o mało ich nie zabiły; mówią z bibliotekarzem o korytarzach i schodach; czasami biorą najbliższą książkę i przeglądają ją w poszukiwaniu nikczemnych słów. Widoczne jest, że nikt nie oczekuje odkrycia czegokolwiek.
Po nadmiernej nadziei nastąpiło, jak to zwykle bywa, przesadne zniechęcenie. Pewność, że któraś szafa w którymś sześcioboku zawiera cenne księgi i że te cenne księgi są nieosiągalne, wydała się niemal nie do zniesienia. Pewna bluźniercza sekta poddała myśl, aby zaprzestano poszukiwań i aby ludzie zaczęli zestawiać litery i symbole, aż skonstruują, dzięki nieprawdopodobnemu darowi przypadku, owe kanoniczne księgi. Władze były zmuszone do wydania surowych rozporządzeń. Sekta znikła, ale w dzieciństwie widziałem starych ludzi, którzy przez długie godziny ukrywali się w ustępach, z metalowymi krążkami w zakazanym kubku, i nieudolnie imitowali boski chaos.
Inni, odwrotnie, sądzili, że rzeczą podstawową jest wyeliminowanie dzieł zbędnych. Wpadali do sześcioboków, okazywali uwierzytelniające listy, nie zawsze fałszywe; kartkowali ze znudzeniem jakiś wolumin i skazywali całe szafy: ich higienicznemu, ascetycznemu szałowi zawdzięcza się niedorzeczną, stratę milionów książek. Ich imię jest wyklęte, ale ci, którzy opłakują "skarby", jakie zniszczył ich obłęd, nie doceniają dwóch powszechnie znanych faktów. Pierwszy: Biblioteka jest tak ogromna, że każda ludzka próba jej zubożenia okazuje się nieskończenie mała. Drugi: każdy egzemplarz jest jedyny, nie do zastąpienia, ale (jako że Biblioteka jest totalna) istnieje zawsze wiele setek tysięcy niedoskonałych podobizn - dzieł, które różnią się tylko jedną literą czy przecinkiem. Wbrew ogólnej opinii ośmielam się przypuszczać, że konsekwencje dewastacji popełnionych przez Puryfikatorów zostały wyolbrzymione przerażeniem, jakie wzbudzali ci fanatycy. Powodował nimi obłęd zdobycia ksiąg Karmazynowego Sześcioboku: ksiąg o formacie mniejszym niż zwykłe; wszechmocnych, ilustrowanych i magicznych.
Wiemy również o innym przesądzie owych czasów: przesądzie Człowieka Księgi. W pewnej szafie pewnego sześcioboku (rozumowali ludzie) musi istnieć jakaś księga, która jest doskonałą esencją i kompendium wszystkich pozostałych: jakiś bibliotekarz przeczytał ją i podobny jest bogu. W języku tej okolicy przetrwały jeszcze pozostałości kultu tego odległego urzędnika. Wiele ludzi odbywało pielgrzymki w Jego poszukiwaniu. W ciągu stulecia nużyli daremnie najprzeróżniejsze kierunki. Jak zlokalizować szacowny tajemniczy sześciobok, który go mieści? Ktoś zaproponował metodę regresywną. Aby zlokalizować księgę A, przeczytać uprzednio jakąś księgę B, która wskaże miejsce A; aby zlokalizować księgę B, przeczytać uprzednio jakąś księgę C, i tak w nieskończoność... Na takich przygodach zmarnowałem i strawiłem swe lata. Nie wydaje mi się nieprawdopodobne, aby w jakiejś szafie wszechświata znajdowała się księga totalna; błagam nieznane bóstwo, aby jakiś człowiek - tylko jeden, choćby stało się to przed tysiącami lat! - zobaczył ją i przeczytał. Jeśli honor i mądrość, i szczęście nie są przeznaczone dla mnie, niech będą dla innych. Niech istnieje niebo, choćby moim miejscem miało być piekło. Niech ja będę pohańbiony i unicestwiony, ale niech w jakiejś chwili, w jakiejś istocie, usprawiedliwi się Twoja Biblioteka.
Twierdzą bezbożnicy, że niedorzeczność jest normalna w Bibliotece i że sens (a nawet pokorna i zwyczajna spójność) jest niemal cudownym wyjątkiem. Mówią (wiem o tym) o "majaczącej Bibliotece, której przypadkowe woluminy narażone są na nieustanne niebezpieczeństwo zamieniania się w inne, i że wszystko one twierdzą, wszystkiemu przeczą i wszystko mieszają, jak jakieś bóstwo w delirium". Słowa te, które nie tylko ujawniają chaos, lecz również dostarczają nań przykładów, stanowią oczywisty dowód złego gustu i rozpaczliwej ignorancji. W rzeczywistości Biblioteka zawiera wszystkie struktury słowne, wszystkie warianty, na jakie pozwala dwadzieścia pięć symboli ortograficznych, ale ani jednej absolutnej niedorzeczności. Zbędna byłaby uwaga, że najlepszy tom z wielu sześcioboków, jakie pozostają pod moją opieką, nosi tytuł Uczesany grom, a inny Gipsowy skurcz, a inny Axaxaxas mlo. Zwroty te, na pierwszy rzut oka bezładne, są niewątpliwie zdolne do kryptograficznego czy alegorycznego uzasadnienia; uzasadnienie to jest słowne i, ex hypothesi, figuruje już w Bibliotece. Nie mogę znaleźć połączenia kilku liter: dhcmrlchtdj,
którego by boska Biblioteka nie przewidziała i które w jednym z jej tajemnych języków nie zawierałoby jakiegoś potwornego sensu. Nie można wypowiedzieć jednej sylaby, która nie byłaby przepełniona czułościami i obawami; która nie byłaby w jednym z tych języków potężnym imieniem jakiegoś boga. Mówić to popadać w tautologie. Ten zbędny i przegadany list istnieje już w jednym z trzydziestu tomów jednej z pięciu szaf jednego z niezliczonych sześcioboków - i również jego refutacja. (Liczba n możliwych języków używa tego samego słownictwa; w niektórych symbol "biblioteka" dopuszcza poprawną definicję "wszechobecny i trwały system sześciobocznych galerii", ale biblioteka to "chleb" czy "piramida", czy jakakolwiek inna rzecz, i sześć słów, które ją określa, posiada inną wartość. Ty, który mnie czytasz, czy jesteś pewien, że rozumiesz mój język?)
Metodyczne pisanie odrywa mnie od obecnego losu ludzi. Pewność, że wszystko jest napisane, unicestwia nas lub czyni widmami. Znam okolice, w których młodzi ludzie padają na kolana przed księgami i po barbarzyńsku całują stronicę, ale nie potrafią odcyfrować ani jednej litery. Epidemia, heretyczne niezgody, pielgrzymki, które w nieunikniony sposób degenerują się do napadów rabunkowych, zdziesiątkowały ludność. Chyba wspomniałem już o samobójstwach, z każdym rokiem liczniejszych. Być może zwodzi mnie starość i obawa, ale podejrzewam, że rodzaj ludzki - jedyny - jest na wymarciu i że Biblioteka przetrwa: oświetlona, samotna, nieskończona, doskonale nieruchoma, uzbrojona w cenne woluminy, niezniszczalna, tajemnicza.
Przed chwilą napisałem n i e s k o ń c z o n a. Nie z retorycznego przyzwyczajenia wstawiłem ten przymiotnik; sądzę, iż nie jest nielogiczna myśl, że świat jest nieskończony. Ci, którzy uważają go za ograniczony, twierdzą tym samym, że w odległych miejscach galerie i schody, i sześcioboki mogą w niepojęty sposób kończyć się - co jest absurdalne. Ci, którzy wyobrażają go sobie bez kresu, zapominają, że ma kres liczba możliwych książek. Ośmielam się poddać takie rozwiązanie tego pradawnego problemu: Biblioteka jest nieograniczona i periodyczna. Jeśliby wieczny podróżnik przebywał ją w jakimkolwiek kierunku, stwierdziłby po upływie wieków, że te same tomy powtarzają się w takim samym chaosie (który, powtórzony, byłby jakimś porządkiem: Porządkiem). Moja samotność cieszy się tą elegancką nadzieją.

Przełożył Andrzej Sobol - Jurczykowski






wtorek, 30 sierpnia 2016

Tak tu nudno, że

postanowiłem rozweselić Publikę.

Kto był ów mąż polityczny, który wiekopomne słowa poniższe wygłosił?

"Bardzo proszę o oddanie na mnie głos. To co przedstawiłem, swoje postulaty, to ja wszystko uczynię i na mnie warto głosować, bo ja jestem naprawdę człowiekiem uczciwym i sprawiedliwym. Nie tak, że inne partie, inne komitety, inne partie mówią, a nic ni robią, a nic ni zrobili dla miasta Białegostoku, a to co ja powiedziałem to ja wszystko uczynię, bo jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym i wiem na jakiej zasadzie to zrobić, jak uczynić, jak usprawnić drogi, jak wszystko, jak zlikwidować papierosy, jak wszystko zlikwidować. I bardzo proszę całego miasta Białegostoku i całego Podlasia oddać na mnie głos, dziękuję państwu"

Uniform partyjny kandydata na zbawcę swojego okręgu


PS: kliknij TUTAJ a obaczysz owego rzutkiego i tajemniczego polityka, prezentującego nowego (był stary?) Sekretarza Generalnego.
.

sobota, 18 czerwca 2016

FRYZJER




















Wanda Szczypiorska



FRYZJER

Miałam posadę referenta w jednym z wydziałów powiatowej rady. Barak, w którym mieściły się nasze biura, pomimo że był stary, trzymał się jeszcze nieźle. Pokoje małe i dość mroczne. I atmosfera też nie bardzo. Dwie starsze panie przy sąsiednich biurkach, niezbyt ciekawe towarzystwo. A one ze swej strony uważały, że jestem całkowicie zbędna. Miałam najniższą pensję, według okienek w siatce płac dla nieprzygotowanych do zawodu. Ledwo starczało na ubranie. W zimie na ciuchach zamiast płaszcza kupiłam sobie kurtkę z misia i wyróżniałam się korzystnie wśród moich rówieśniczek ze wsi. Kierownik, żonaty i niemłody już, przychodząc na rozmowę do mnie, siadał na biurku, dyndał lewą nogą, prawą wspierając o podłogę i był to pewien rodzaj kokieterii. Robił tak jednak tylko wtedy, kiedy byliśmy sami. Wyjazd w teren służbowym samochodem byłby okazją może, żeby gdzieś się zaszyć, ale nie w towarzystwie pana Józia, kierowcy, który zapewne był kimś więcej jeszcze i donosił. Zresztą, nie uważano mnie za łatwą, miałam opinie niedostępnej. A przecież chciałabym coś przeżyć. A więc zbierałam pieniądze na wakacje. Pojadę gdzieś. Nad morze. Po prostu wsiądę do pociągu i pojadę. Do Łeby? Do Sopotu? Nie, za drogo. Najtaniej będzie w Międzywodziu.
W połowie maja byłam wolna. Postanowiłam jechać, ot tak sobie. Najwyżej prześpię się na plaży. Ale nie było to konieczne. Na stacji w Międzywodziu wskazano mi ulicę Morską. Niosąc walizkę poszłam tam i rzeczywiście. Jest ogródek, na bramie wisi ogłoszenie, a w głębi stoi domek z płaskim dachem. Jest wolne łóżko, proszę. I niedrogo. Na razie jestem sama w tym pokoju, bo rezerwacje łóżek są na lipiec. Jechałam całe popołudnie, całą noc, a zapowiadał się upalny dzień. Postanowiłam iść na plażę. Podobno bardzo blisko. Przez lasek, wydmę i już jest. Plaża olbrzymia, prawie pusta. Usadowiłam się pod wydmą i rozebrałam do bikini. Potem się przejdę i zamoczę nogi. Pływać się nie odważę, woda za zimna. Pełne morze. Przyniosłam w torbie książkę, coś lekkiego, lekturę akurat na lato. Leżałam i czytałam trochę. Nieuważnie. Obok zauważyłam towarzystwo, zżyte ze sobą, widać było, że przyjechali wszyscy razem. Jacyś kursanci. Większość kobiet, a raczej młodych dziewcząt. Lecz nie tylko. Był między nimi fajny chłopak. Zauważyłam go od razu. W tej sytuacji nie chciało mi się dłużej leżeć. Wolno, nie spiesząc się, niedbale, kołysząc się, bo nogi grzęzły w piasku, poszłam w stronę morza. Zamoczę się do kolan tylko. Czerwiec to nie jest pora na kąpiele. Wróciłam, a chłopak patrzył na mnie, kiedy szłam. Skupiony i poważny.
Pora na obiad. Byłam głodna. Zjem obiad w barze mlecznym. Zerknęłam na to towarzystwo . Być może ich zastanę jeszcze, kiedy wrócę. Lecz po południu nikogo już nie było. Kilka samotnych osób w dużej ode mnie odległości. Posiedzę tu do zmroku. Zastanawiałam się, co będę robić wieczorami. Poradzę sobie jakoś. Pójdę na spacer. Dni są długie. Wtedy poczułam czyjąś obecność za plecami. To był ten chłopak. Kręcił się niepewnie. Wreszcie powiedział - mogę usiąść? Kiwnęłam lekko głową. To było przyzwolenie tylko, nie zachęta. Usiadł. Pewno zapyta mnie skąd jestem, czy na długo?
- Na pewno pani nie jest stąd? – zapytał. Ja mu odpowiedziałam, że z Warszawy, choć to nie była prawda. W Warszawie wsiadłam do pociągu, lecz do Warszawy musiałam dotrzeć pekaesem. I co z tego? Mieszkałam przecież niedaleko od Warszawy i to dawało mi przewagę.
- Oj – zmartwił się – a ja z Wrocławia.
Przyjęłam do wiadomości.
- Co pani czyta? – znów zapytał. Tego się spodziewałam oczywiście, więc powiedziałam mu, że dzieło naukowe.
- Studiuje pani? - wykrzyknął prawie tak jak gdyby poczuł satysfakcję, a jednocześnie respekt. Kiwnęłam głowa nic nie mówiąc, nie powiem przecież, bo i po co, że kiedyś tam zdawałam na uczelnię, ale bez skutku. A on wydawał się onieśmielony.
- Jestem fryzjerem – rzekł
Spojrzałam w jego stronę nie kryjąc ciekawości. Usiadł wygodniej. Blisko mnie. Chłopak przystojny. Bardzo nawet. Taki żylasty, chudy, umięśniony. Ja pewno wydaję mu się ładna. Na plaży przyglądają mi się zwykle, nie wiem czemu. Milczeliśmy, nie wypadało pytać o cokolwiek. Sam powiedział, że jest na wczasach pracowniczych. Jego spółdzielnia ma tu ośrodek. Dziewczyny? Koleżanki z pracy.
- Żadna z nich mi się nie podoba
Pomilczał chwilę
- Podoba mi się pani.
Trudno, odważę się, zapytam
- A jak pan ma na imię? Zmieszał się – Przepraszam bardzo, jestem Mariusz.
Chciałam mu rzec; to świetne imię dla fryzjera, ale się powstrzymałam. On mi się też podobał. Wydaje się, że nie miał więcej, jak dwadzieścia lat. Ja byłam trochę starsza.
- Jestem po wojsku – powiedział tak dobitnie, jakby to było ważne. Było ważne. W ten sposób dał do zrozumienia, że jego przyszłość nie jest zagrożona. Jest wolny. I do wzięcia.
- A pani taka sama?
- Tak
- Czeka pani na kogoś? – Powiedział to niepewnie, ale tak jak ktoś, kto jest zainteresowany odpowiedzią. Nie skłamię. I tak by wyszło przecież na jaw, ze nikt tu nie przyjedzie, więc powiedziałam mu, że chcę odpocząć w samotności. Widać było, że nie jest przekonany, lecz najwyraźniej się odprężył. Położył się na piasku obok, ja też się położyłam, a on mnie wtedy pocałował. Uznałam to za oczywiste, wszystko do tego prowadziło, lecz wypadało się sprzeciwić, dlatego powiedziałam – Och! – i odsunęłam się. To nie był jednak duży dystans. Bo znów leżeliśmy po chwili obok siebie ramieniem przy ramieniu..
- Jak pani ma na imię? – szeptał
- Magdalena.
Lecz potem nic nie zaszło między nami, ot takie sobie pocałunki na tyle czułe i namiętne, że trudno było się pożegnać, kiedy zrobiło się naprawdę chłodno.
- Czy pójdziesz ze mną na kolację? – mówiliśmy już sobie po imieniu. Zgodziłam się. lecz nie od razu. Z pewnym wahaniem. Tak wypada. Trzeba się przebrać. Bo wynajęłam łóżko w chacie na ulicy Morskiej, powiedziałam. Wiedział gdzie mieszkam. Znał ten dom.
Knajp było kilka, przecież miejscowość letniskowa. Smażalnia ryb? A nie. Odpada. Prowadził mnie do restauracji, takiej prawdziwej, bez samoobsługi. Z kelnerem, który podszedł owszem, ale jak gdyby nie od razu. Miałam kłopot z wyborem dań, chciałam żeby wypadło niezbyt drogo, skąd mogłam wiedzieć, ile ma pieniędzy, sama za siebie nie zapłacę, stać mnie jedynie na bar mleczny. Zamówił wino. Lubię wino. Schabowy? Proszę. Czemu nie?
Mariusz wiedział jak się zachować, widocznie bywał w restauracji, a mimo to wydawał się onieśmielony. Pytał , jak jest w Warszawie, co studiuję. Powiedziałam, że filologie polską, bo na tym chyba mnie nie zagnie. Po egzaminach? Jeszcze nie. Nawet nie przyszło mu do głowy żeby zapytać, co wobec tego robię w Międzywodziu
- A nie przeniosłabyś się do Wrocławia? Chwila namysłu – Nie wiem, pewno tak
Był czymś przejęty, zaaferowany i było oczywiste, że mu na mnie zależy. Wino wypite do obiadu (schabowy i kapusta a może i pieczarki, nie pamiętam) sprawiło, że już byliśmy rozluźnieni .
- Na razie mieszkam z rodzicami w bloku – rzeczowo mnie poinformował – ale należę do spółdzielni. Nie, tego mu nie powiedziałam. Ja z siostrą mamy mały pokój. Bez wody i kanalizacji, więc byłam dość dyskretna, dlatego zaczął podejrzewać, że mam kochanka, albo męża. Teraz był czujny. Zadał pytania podchwytliwe, a więc musiałam opowiedzieć mu o siostrze. Jest panną i pracuje w kadrach. Rodzice? Tylko mama. Jest już od dawna na emeryturze. Chciał mi zaimponować najwyraźniej, chwalił się stanem swojego posiadania. Kupi malucha. Jest na liście. Lecz nie ma jeszcze prawa jazdy. Rzeczywiście, to było coś. Ja jeździłam jedynie autostopem i tylko tym służbowym samochodem z panem Józiem. Ale zdawałam sobie jasno sprawę, że ta znajomość nie ma szans przetrwania. Liczyć mogłam jedynie na spędzenie czasu, romans, spacery, i coś więcej może? Wspólne wylegiwanie się na piasku.
Wino nas zbliżało. Był czuły. Pochylił się i trzymał mnie za rękę. Miałam wypieki, czułam to. Od wina. Podobał mi się, nawet bardzo. Po wyjściu z knajpy objął mnie. Poszliśmy w stronę Morskiej. Byliśmy podnieceni. Coś mówił, obiecywał.. Opowiadał, jak to u niego jest, jaką ma dobrą pracę i pieniądze. I czy nie chciałabym przyjechać do Wrocławia.
- Czy to możliwe?
- Ależ tak.
Byliśmy już przed domkiem, w którym wynajmowałam łóżko.
-Mogę wejść?
Nie widać było właścicielki, więc weszliśmy. Pokój był pusty, nikt się tu jeszcze nie wprowadził.
- Nie zapalajmy światła – szepnął. Usiedliśmy na moim łóżku, nie było innej możliwości, a za to łóżko zapłaciłam, było moje. Pieszczoty stały się namiętne i wkrótce trzeba było się rozebrać. A potem działo się to wszystko, co się na ogół zwykle dzieje. Ale doprawdy nie wiem czemu, może dlatego, że to był mimo wszystko obcy człowiek, nie miałam z tego satysfakcji. Wyszedł przez okno w środku nocy.
Rano się zachmurzyło, jak to w czerwcu i było chłodniej. Plaża pusta. Gdzie go szukać? Nie umawialiśmy się, bo było przecież oczywiste, że się spotkamy znów na plaży. Postanowiłam wrócić po południu, pewno przyjdzie. Ale nie przyszedł tego dnia. Potem widziałam ich z daleka. Cała gromadką szli wzdłuż brzegu. Już byli blisko. Wstałam. Podbiegnie do mnie. Ale nie. Tak jakby mnie nie zauważył. Przeszli. Usiadłam znowu, zdezorientowana. Nie rozumiałam, co się stało. Resztę urlopu spędziłam leżąc w słońcu, lub snując się po Międzywodziu. Tamci przenieśli się gdzieś dalej, plaża rozległa, w prawo, w lewo, wydaje się, że nie ma końca. Woda wciąż zimna. Znów padało.
Spotkaliśmy się na ulicy. Miałam wyjechać następnego dnia. Zaczęłam z nim swobodną pogawędkę.
- Dlaczego się nie widujemy?
Wydawał mi się roztargniony, obojętny. Szybko traciłam pewność siebie, ale chciałam dowiedzieć się, dlaczego?
- Wyjeżdżam jutro – powiedziałam. Teraz jednak popatrzył na mnie, jak gdyby z odrobiną żalu.
- Szkoda.
- Dlaczego mnie unikasz? Nie zechcesz nawet się pożegnać?
- Nie chcę
- Co się stało?
Rozejrzał się. Był niespokojny, spięty, jakby nie mogąc zdecydować; powiedzieć, nie powiedzieć i wreszcie krzyknął.
- Bo zaciągnęłaś mnie do łóżka. Bo ja się chciałem żenić z tobą, ale ty jesteś zwykła dziwka.

Wróciłam z Międzywodzia opalona. Przede mną jeszcze całe lato, będzie się chodzić na glinianki. W biurze zrobiło się dość szaro, no i ten wstrętny zapach kurzu. Budynek niski, mroczny. Czym się zająć? Kierownik na urlopie.
Nuda.