niedziela, 26 listopada 2017

CHOROBA

WANDA SZCZYPIORSKA


fot. AUTORKI


Widzę ruchomy otwór gdzieś niedaleko mojej głowy, lej wirujący w jakiejś nie znanej mi materii świecący intensywnym zielonkawym światłem i tam jest słowo śmierć, raczej widziane niż słyszane. Umieram więc a jednocześnie wiem że nie, że jeszcze nie, nie teraz, że następnym razem. A potem znowu ciemność. Przez chwilę jakby się poruszam, nie idąc jednak, ale leżąc i znów pogrążam się w nicości. A kiedy wraca mi świadomość jest już jasno i wiem gdzie jestem. Szpital. Oczywiście. I tylko to, nic więcej. Jakby wróciło się z niebytu. Leżę na dziwnym łóżku z poręczami z boku. A więc nie będę mogła wstać? Próbuję sobie coś przypomnieć. Rzeczywiście. Ja chyba tu zostanę, bo nie mam przecież domu. Mój pokój to głęboki lej, tak go zapamiętałam. Ka, który siedzi przy mnie, mówi że całą noc czekali na lekarkę, wreszcie wezwali ratowników. Mówi że trudno było mnie wytaszczyć, że chciano oknem ale się nie dało. Wreszcie zniesiono mnie po schodach. Po schodach? To był lej.
Sąsiednie łóżko puste, gładkie. To co się tu wydarza zaskakuje, pojawia się nieoczekiwanie. To w czasie krótkiej przerwy pomiędzy atakami kaszlu dostrzegam tam staruszkę. Skulona, mała, leży byle jak, przynajmniej mnie się tak wydaje. A dalej, tak daleko że przestrzeń tam wydaje się nieosiągalna, kobieta w białym kitlu czymś zajęta. Wydaje się, że to co trzyma w ręku to są ozdoby choinkowe. Po co? Zza przeszklonego przepierzenia słychać głosy, wesołe, ożywione.
Kiedy się budzę Ka już nie ma. Tym razem to nie głosy, jakiś jęk a może raczej krzyk. Staruszka? Chyba tak. Ktoś się po sali kręci, widzę to ale nikt do niej nie podchodzi. Ona woła. A ja mam znowu atak kaszlu. Nie mogę przestać, duszę się. Właściwie ciągle kaszlę a najbardziej wtedy, kiedy zza przepierzenia słyszę śmiechy i towarzyskie pogaduszki. Wiem, to jest nie w porządku, czuję gniew. Więc krzyczę - Proszę przestać! Nie pomaga. Nie słyszą chyba. Tego nie wiem. Nie wiem co tam się dzieje, kto tam jest i o czym mówią. Nie rozumiem.
Staruszka woła monotonnie - Proooszę pani! Nie do mnie, do nikogo, woła co chwilę, uporczywie a mnie to denerwuje, a jak się denerwuję, kaszlę. Wreszcie przycicha. Ktoś tam jest ale to nie jest pielęgniarka. Przy łóżku krząta się staruszek. Przyglądam mu się jak poprawia pościel. Przyniósł coś, chce żeby jadła, ona nie chce, skarży się ale ja nie wiem o ci chodzi. Nie słyszę. Mam dziwnie przytępiony słuch. O, teraz wiem, mówi mu że ma mokro. On nie wie co ma zrobić, kogoś woła. To pielęgniarka? Nie. Salowa. Ta mówi głośno, wszystko słyszę, domyślam się że coś się stało tej staruszce, że nie jest chora tylko potłuczona ale nic więcej, no chyba tylko to, że ona mieszka w domu starców a on nie, nie wiem dlaczego. Staruszka już ma sucho, leży wygodniej na poduszce. Rozmawiają. To tylko szmer. Pewno nie muszą nawet słyszeć co mówi jedno do drugiego, bo rozumieją się i tak. Choć on wydaje się rozmowny. Znowu coś komuś opowiada. Widocznie ktoś znajomy, to przecież małe miasto, Otwock. Salowa może być sąsiadką. Pyta o wnuka. Ile on ma lat? Ach prawda. Pięć. Słyszę że chory jest na raka. Kto? Syn?Wnuk? A jednak wnuk. To niedorzeczne myślę. Niemożliwe. I reszta opowieści gdzieś umyka.
Ciemnieje ściana naprzeciwko łóżka. Ale to nie jest ściana, teraz wiem, to wielkie okno przez które widać tylko niebo i nic więcej. Kaszlę. W sali jest bardzo jasno. Ona śpi. On wciąż tu jest. Nie siada. Stoi. Czuwa. Każą mu wyjść, bo będzie obchód.
Na sali są trzy łóżka. One dwie, lekarka i ta druga stoją przy tym ostatnim a ja nie widzę kto tam leży, nie rusza się, nie jęczy. Śpi? Potem podchodzą do staruszki. Ta w białej marynarce to lekarka. Pyta co boli. I znowu coś o potłuczeniu. Widać porządnie się potłukła. Coś tam im szepcze a one tylko patrzą, wszystko wiedzą. I o mnie pewno też wiedzą. Zaraz tu będą, tylko krok. Lekarka pyta jak się czuję. Mówię, że kaszlę i że niczego nie pamiętam. Kaszel ich jakby wcale nie obchodzi, jakby to było naturalne. Mam o to żal, być może jestem nieuprzejma. I wtedy ona jak gdyby chciała mnie poinformować mówi, że byłam bliska śmierci.
Nie musi mówić, przecież wiem.

wtorek, 10 października 2017

ZUPEŁNA SAMOTNOŚĆ






Wanda Szczypiorska


Nie wiem czy zauważono, że zawsze staram się umknąć, odosobnić? Że boję się ludzi, pragnę samotności. Czy domyśla się ktoś jak głęboką czuję niechęć na myśl o czekającym mnie dniu pracy? Kiedy przed świtem jadę tramwajem, kiedy zbliżam się do tego domu samotnie sterczącego wśród ruin Woli, kiedy otwieram drzwi czując dobrze mi znajomy, jedyny w swoim rodzaju zapach? Wiem, nie budzę szacunku, za nic tu nie ponoszę odpowiedzialności. Może byłabym w stanie opanować strach gdybym miała pewność, że ode mnie cokolwiek zależy, jakakolwiek decyzja, w pewnych granicach, oczywiście. Ale nie. Ja, szeregowy wychowawca muszę się podporządkować. Mnie dano zastępstwa. Raz jestem tu, raz tam i dużo czasu minęło zanim poznałam wszystkich wychowanków. Do tej pory nie mogę ich polubić. Tak. Muszę się do tego przyznać, nie lubię ich. Nawet gdy śpią, nawet kiedy patrzę na ich uśpione twarze, nie lubię.
Dzieci są różne. Często nerwowe, często niezrównoważone, hałaśliwe, obłudne… Nie rozumieją nic, wiedzą zbyt wiele. Czują mój lęk. Podejrzewam że pomimo właściwego im okrucieństwa czasami litują się nade mną. To, że godzą się wstać z łóżek kiedy dzwonię i iść do umywalni zawdzięczam ich dobrej woli oraz nawykowi wpojonemu przez innych wychowawców. A więc dzwonię i zapalam światło. Jest szósta, na dworze zaledwie zaczyna świtać, okna zresztą są zasłonięte, ostre światło wdziera się nagle jednocześnie z dzwonkiem. Wołam, że czas wstawać.
Te najmłodsze w grupie podnoszą się pierwsze. Siadają w łóżkach na pół rozbudzone, smutne. Salę wypełnia ostry odór uryny, niektóre z nich moczą się. Idę w tamtą stronę, podnoszę kołdrę… znów wszystko trzeba będzie zmienić. Wszystko. I suszyć. Ogarnia mnie wściekłość. „Wstawać” mówię krotko. Na szczęście ubrania mają porządnie złożone na stolikach przy łóżkach – to już zasługa tego wychowawcy, który był tu wieczorem. Klaszczę w ręce „wstawać, wstawać” wołam. A potem rozglądam się: Ach ta!
Iwona. Leży przykryta po czubek głowy. Podchodzę do niej, podnoszę kołdrę z twarzy. Oczy ma otwarte. Kuli się i usiłuje wyrwać mi kołdrę. Nie puszczam. „Wstawaj” mówię spokojnie. „No dobrze” mówi. „Już wstaję”. Więc odchodzę. Widzę, że kilka dziewczynek z ręcznikami usiłuję wymknąć się do umywalni. „Zaczekajcie” krzyczę, „wszyscy razem”. Parami. Gdyby to ode mnie zależało mogłyby sobie iść, miałabym wtedy czas zająć się tymi które jeszcze nie wstały. Nie wolno. Regulamin.
Tu wszędzie chodzi się parami. Stoję więc przy drzwiach i przekrzykując zgiełk usiłuję wywołać imiona tych, które jeszcze leżą w łóżkach. Wreszcie ruszamy do umywalni. Są tam już chłopcy z innej grupy i wychowawca. Wita się ze mną. Nie lubię go. Ale czuję się pewniej. Hałas jest tu taki, ze na nic by się zdało wypowiadanie jakichkolwiek uwag. „Cisza!” krzyczę i głos mi się załamuje. Nie skutkuje wcale. Zapadam więc w jakieś dziwne odrętwienie i nie reaguję na panujący w umywalni chaos. Nie wszyscy mogą się jednocześnie myć, popychają się i oblewają wodą.
Ten mały garbaty chłopiec, z którym jest zawsze tyle kłopotu, z wściekłością okłada pięściami jedną z dziewczynek, tamta odwraca się i łapie go za piżamę tuż przy szyi. Rzucam się w ich stronę. „Przestańcie” krzyczę „przestańcie”. Spostrzegam, że tego drugiego wychowawcy nie ma w umywalni, a przecież powinien tu być. Nie ma prawa zwalać tego na mnie. Garbaty chłopiec, którego trzymam za rękę szamocze się chcąc się wyrwać. Cofając się w stronę drzwi dostrzegam w głębi korytarza wychowawcę. „Panie Ryszardzie” wołam, ale on udaje że nie słyszy, znika w otwartych drzwiach sypialni. A więc wbrew regulaminowi odsyłam dziewczynki pojedynczo. Niech się dzieje co chce. Nie mam siły się użerać. Idę za nimi, gdy kończy się myć ostatnia.
W sypialni jest już tylko przytłumiony gwar. Niektóre mozolnie usiłują się ubrać inne szepczą zebrane grupkami przy łóżkach. Tego nie lubię najbardziej. Maja jakieś swoje sprawy, do których nie mam dostępu. O czym mówią takie małe dziewczynki? O mnie? Spoglądają na mnie spode łba, ukradkiem, jakby chciały się upewnić, że nie słyszę, ale może wcale nie mówią o mnie. Podchodzę do nich i każę się ubierać. Niechętnie rozchodzą się w stronę swoich łóżek. Teraz okazuje się, że tamta nie chce nałożyć przybrudzonych pończoch, tej znów oderwał się kołnierzyk. Tłumaczę po raz któryś, że nie mam prawa wymieniać im garderoby. Od tego są inni wychowawcy. Ja mam tylko zastępstwo. Wszystko co dostają ma być zapisane, nie mam zamiaru odpowiadać za ewentualne braki.
Ubierają się powoli. Do śniadania jeszcze daleko. Najpierw będą musiały posprzątać. Niektóre zresztą już ścielą swoje łóżka. Kręcę się między nimi z przytłaczającym poczuciem znużenia i niepewności. Jeśli nie posprzątają dokładnie znów ktoś się mnie będzie czepiać. W domu są tylko dwie sprzątaczki. Sprzątają schody i sale ogólne. Resztę robią dzieci same. Pytam się kto dyżurny? Zgłaszają się dwie. Niech więc przypilnują porządnego posłania łóżek. Usuwam się na chwilę do pokoju lekcyjnego i staję przy oknie. Wiem, że nie powinnam odchodzić, czasu jest mało, ale mózg tłamsi mi ciężar, mieszanina nudy i udręki. Odetchnę przez chwilę. W zmętniałym, brudnym powietrzu jesiennego poranka widzę dramatycznie, gwałtownie wygiętą akację przy bramie. Nawet lubię na nią patrzeć. Coś mi przypomina. Czyżby bardzo stare obrazki chińskie? Może. Tylko że tamte były mimo wszystko sielankowe, a za tą akacją piętrzą się zwały gruzu. Muszę wrócić.
Część łóżek już posłanych inne jeszcze nie. Wydaje mi się, że w sypialni jest o kilka dziewczynek mniej. Ogarnia mnie niepokój. „Gdzie reszta?” krzyczę. Te, które są nie wiedzą. Może w jadalni. Wypadam wiec i biegnę po schodach na dół do jadalni. Jest tam kilkoro dzieci, ale nie z mojej grupy, Dziewczynki znajduje w zakamarku przy schodach i poszturchując prowadzę je do sypialni. Dwie pozostałe wychodzą z ubikacji. „Sprzątać, dzieci, sprzątać”. Wiem jedno: wyręczać ich mnie nie wolno, bo wtedy zupełnie przestałabym się liczyć, muszę je zmusić, żeby to zrobiły same. Maja po osiem, dziesięć lat. Nie chodzi o nic wielkiego. Pozamiatać, powycierać kurze. Sprawdzam. Wreszcie ustawiam je parami i prowadzę do dużej sali na dole. Stamtąd pójdą na śniadanie.
Do sali wchodzi dyrektorka. Gwar cichnie i znów narasta. Dzieci raz jeszcze ustawiają się parami, grupa obok grupy, pod okiem kilku wychowawców . Czekamy. Dyrektorka podchodzi bliżej, tym razem to tylko trzy słowa „Dzień dobry dzieci”. „Dzień dobry” wrzeszczą i brzmi to tak jakby tam było znacznie więcej słów. Teraz możemy wejść już do jadalni. Podchodzę do okienka i odbieram łyżki. Numerowane. Dla ochrony przed kradzieżą. Kto mógłby ukraść łyżkę? Chyba tylko wychowawca. Dyżurne rozstawiają talerze. Rozlewam mleczną zupę. Jedzą niechętnie – dostają ją bez ograniczeń. Oprócz zupy dzisiaj porcje wędliny i masła. Siedzę przy końcu stołu i patrząc na nie walczę z rozdzierającym wnętrzności głodem. Ale nie wolno mi jeść, będę jadła osobno. Taki jest regulamin. A jestem taka głodna, że jadłabym resztki. W tej chwili podchodzi do mnie dziewczyna ze starszej grupy i prosi na górę do sypialni, wiem że jest to pora obchodu komisji czystości, żołądek kurczy mi się przeczuciem czegoś niedobrego. Rzeczywiście. W szafkach u dwóch dziewczynek znaleziono jakieś drobiazgi. Tombakową broszkę, szmatki, laleczkę. Ależ wiem, że niczego oprócz rzeczy przewidzianych regulaminem nie wolno im trzymać w szafkach. Ani pod poduszką. Ani pod materacem. Nigdzie. Zabawki mają w pokoju do zabaw. Więc zabrać to stąd i uważać na przyszłość.
Tłumaczę się, że to nie moja grupa. Dyrektorka patrzy na mnie nieżyczliwie, a może tylko obojętnie i wychodzi bez słowa. Wracam do jadalni. Jestem znużona i nieludzko wprost głodna. Siadając ponownie przy stole nic nie mówię o znalezionych rzeczach, w gruncie rzeczy nic mnie to nie obchodzi. Przekażę to komu trzeba w swoim czasie. Udaję, że nie widzę, jak wstają pojedynczo od stołu i wymykają się z jadalni. Tak robią zresztą i inni. Po chwili jestem sama przy swoim stole, liczę łyżki, zgadza się, osobiście je oddaję w kuchennym okienku i teraz dopiero mogę wziąć swoje śniadanie. Jest to chwila odprężenia i chwila ciszy. Ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek naprawdę się najadła. Pośpiech.
Na górze zastaje dziewczynki o dziwo bez żadnych sztuczek zajęte tornistrami. Pytam, czy są przygotowane do lekcji, chociaż to sprawa tego wychowawcy, który miał z nimi zajęcia poprzedniego dnia. Oczywiście, są doskonale przygotowane. Ustawiam je już mniej rygorystycznie, szatnia jest na tym samym piętrze i prowadzę. Jesteśmy pierwsze, to dobrze, obejdzie się bez irytacji. Najmłodszym chętnie pomogłabym się ubrać, gdyby nie domagały się tego tak natarczywie, udając że są nieporadne. Zależy mi jednak na tym żeby wyjść stąd jak najszybciej. Nakładam płaszcz. Denerwuję się.
Zawsze się denerwuję, kiedy mamy wyjść na ulicę. Pary ustawiam tuż przed drzwiami wyjściowymi, za bramę wychodzimy już w jakim takim szyku, który jednak w każdej chwili może się załamać. Ulica jest ruchliwa, o tej porze może już nie tak zatłoczona, ale i tak przechodnie co chwila rozrywają mi szyk. Idę z tyłu, to znów z boku trochę zażenowana z powodu wyglądu moich dzieci. Dobrze odżywione, solidnie ubrane, a przecież nie takie jak inne. Do szkoły kilka przecznic, kilka skrzyżowań. Któraś wyrywa się w bok w stronę kiosku ze słodyczami. Krzyczę, że ma natychmiast wrócić do szeregu. Wreszcie ulga. Skręcamy w boczną cichą ulicę i wchodzimy na boisko szkolne. Wyrywają się, biegną do szatni.
Nie zatrzymuję, nie krzyczę, jestem już prawie spokojna. Zaglądam do szatni. Zmieszały się z tłumem dzieci i nie zwracają na mnie uwagi obce, niemal nierozpoznawalne. Wiem o której godzinie tu po nie wrócę, one też wiedzą, nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. Wychodzę. I teraz dopiero zauważam, że powietrze przenika lekki złotawy blask jesiennego słońca. Skręcam z boiska na ulicę, w przeciwną stronę niż ta z której przyszliśmy, idę swobodnie, patrząc pod nogi, szurając butami w szeleszczących liściach. Mam „okienko”. Przez pewien czas mogę robić co mi się podoba. Ogarnia mnie cicha radość z powodu tych wolnych godzin, nieco melancholijna, bo przecież czas ten minie o wiele za szybko. Coś trzeba z nim zrobić. Na chodzenie po sklepach nie mam pieniędzy. Do parku za daleko. Ulica tu jeszcze częściowo nie zabudowana, pełna pagórkowatych ruin, załomów.
Widzę wysoki mur, za nim kilka drzew, skręcam i rzeczywiście; jakieś dawne podwórko. Wysokie suche chwasty. Siadam na kamieniu. Wydaje m i się, ze jest tu cieplej. I cicho. Bardzo cicho. Zupełna samotność.

środa, 20 września 2017

Od ładu do rozpadu

Twórczość Marka Nowakowskiego analizuje Piotr Bratkowski

 

Pisarstwu Marka Nowakowskiego przytrafiła się przygoda, która jest odbiciem jego wizji świata. Tak jak świat według Nowakowskiego dąży od ładu do rozpadu, tak jego twórczość zmierza od literatury do nieliteratury   CZYTAJ DALEJ

Fot. za http://arete.media.pl/marek-nowakowski-1935-2014


czwartek, 24 sierpnia 2017

A L I C J E


w krainie starych egzystencjalistów
 

Sławomir Majewski




(fragmencik)


Judyta nadal ma skrupuły
- Ale naprawdę, patrząc od tej strony, to naprawdę można go usprawiedliwić.
On nadal nie ma skrupułów
- Usprawiedliwić? Może za czas, gdy działając jak drapieżnik niszczący osobowość swych ofiar, uciekał się do manipulacji i zaczął molestować swoich uczniów, otumanionych wdziękami jego intelektualnej perwersji? Medycy Eiguer, Hirigoyen nie określiliby go inaczej, niż jako perwersyjnego narcyza i socjopatę. Był nim, do cholery; oboje tacy byli! Racamier napisał, że w relacji z narcystycznym dewiantem można mieć tylko jedną nadzieję: że się z niej wyjdzie bez szwanku. Myślę, że zysk z takiej spółki wynoszą tylko stadła identycznie popieprzonych osobników. Reszta skazana jest na ciemny przerębel.
- Czy przyjął tak szczodrą ofertę Simony?
- Nie tylko przyjął. W podzięce dorzucił jej kilkoro młodzieńców a potem, na szczyt erotycznej piramidy dorzucił Algierczyka.
- Skąd pewność?
- Osvaldo Soriano, argentyński Odys przez totumfackich zwany Grubasem, w knajpce przy rue Portalis opowieść swą snuł smakowicie sącząc liqueur de poire au calvados. Zanucił Pamiętam, była jesień... Deszcz rosił witrynę, arabski zamiatacz zmiatał upadłe liście szerokim łukiem żeńca a narożna dziwka Czarna wsparta o ramię dziwki Żółtej, śpiewała rzewną kanconę ulicznych ulicznic spragnionych ulicznych uczuć Et si tu n'existais pas. Jak pisał Wielki James?

Z nawoływań płynących z ulicy w ulicę,
całun twój, stara Anglio, tkają ladacznice

W ów czas wdychałem aromat wonnych białego chablis zwanego Bramą Burgundii i niesłodzonej kaffy z Jaffy. Nie pijałem zielonych herbat tak szczodrze mi oferowanych przez Ajan, wysmukłą somalijską kelnerkę w złoconych sandałkach. Wyznaję: sypiałem z nią. Pachniała Afryką, korą cynamonowca i portugalskimi galeonami: pięknie.
Patrząc na Judytę unosi ramię z kielichem, jak Bóg z góry Nebo wskazujący Mojżeszowi.
- Zdrowie!
Daria zżyma się
- Zaraz zaraz... Czy oskarżona Simone Lucie Ernestine Marie Bertrand, sześciorga imion de Beauvoir, ma sama jak palec smażyć się w piekle innych, cierpiąc potępieńcze męki? Tylko ona?
Judyta też chce wiedzieć
- Jaka jest linia obrony oskarżonej Simone, sześciorga imion de Beauvoir?
- Że była jedną z dwu córek upadłego arystokraty z Verdun, adwokata Georgesa de Beauvoir i mieszczki Francoise Brasseur. Mezalians zaowocował związkiem patologicznym, mrocznym i niesprzyjającym rozwojowi panienek: niekochane przez kochanego papę, cierpiącego jak Heniek od ośmiu żon na brak potomka z ptakiem między nogami, gardził córkami. Z pogardą omijał je szerokim łukiem pogardy.
- A matka? Nigdy nie stawała w?
- Nigdy. Mieszczka z herbem męża wytargowanym za jej posag, wybrała milczącą pokorę wobec panamężowej do córek odrazy.
- Czy mała Simona pragnęła jego względów?
- Czy wodziła za nim oczyma jelonki bambi w oczekiwaniu nieoczekiwanej czułości i wzięcia na kolanka?
- Pytanie! Wpierw była małą, potem dużą Elektrą Spragnioną Tkliwości. Pozbawiona jej, cierpiała katusze. Chcąc poczuć ciepło matczynych uścisków, wyobrażała je sobie. Chcąc zaznać ojcowych pieszczot, wyobrażała je sobie nadwyraz plastycznie.
- Czy siostra towarzyszyła jej czynnie w plastycznym wyobrażaniu wyobrażeń?
- Hélène? Oui, została malarką, więc jak najbardziej plastycznie.
- Poddawały się siostrzanym dotykom w panieńskiej sypialni?
- W oranżerii, między wonnymi pomarańczami?
- A może w stajni, w mdlącym odorze końskiego moczu?
- I słodkiej woni błękitnych chabrów wplecionych w lniane grzywy?
- Kto wie?
- Ktoś wie.
- Ktoś wie, kto wie?
- Ja wiem, kto wie: umarli Simona i Jean-Paul. A przede wszystkim Georges de Beauvoir.
- Sugerujesz...
- Nie sugeruję. Imprinting!
Otwierając drugą butelkę, nalewając wino w kieliszki, Lupo kiwa głową z aprobatą dla jej słów
- Snuj pajęczynę, Arachne, tkaj podejrzenia, wylej jad swoich traum. Pardon, miałem na myśli jad ich traum. Imprinting? Wiele tłumaczy. Spragnione czułości i miłości ojca lub matki, pozwalają na wszystko nie mogąc zabronić niczego. Mówią: będę grzeczna, tatusiu! I potem już zawsze szukają tatusiów w kutasach starszych od siebie facetów, tak jak suka Lassie szukała swojego Joeya.
- Albo z ochoczą ochotą dają się miętosić paniom uczącym je życia, drugim mamom swoim. Potem same molestują. Imprinting.
- Imprinting ją usprawiedliwia?
- To i owo tłumaczy.
- A mnie się zdaje, że do Sartra trzeba podejść inaczej. Widzisz w nim hochsztaplera. Lata temu wyczułeś go w Coelho i u Almodóvara, co i ja węszę ale uważam że do Sartra trzeba podejść inaczej. Bez tej śmiertelnej powagi, która cechuje jego akolitów i zaprzysięgłych wrogów. Gdy zajmujemy się dziełami ludzi wybitnych, umyka nam fakt że wszyscy bez wyjątku na co dzień byli zwyczajnymi ludźmi a wybitnymi, tworząc. Marks był alkoholikiem i pasożytem, Kant mizoginem i pedałem, Villon złodziejem, Conrad hipochondrykiem i naciągaczem, Hemingway pijakiem a Warhol narkomanem i świrem bezkresnym jak ocean.
Popijają wino śledząc cienkie nitki rozpalonych nitek Perseidów
- Gej, biseks, pedofil, voyeurysta... Jakie to ma znaczenie wobec tego, co napisał? Winien być oceniany z uwzględnieniem jego osobistej codzienności. Jakie znaczenie dla literatury mają rodzaj czy ilość jego dewiacji i nałogów, wobec tego co napisał? Mdłości, Słowa, Mur, Muchy... Przecież dali mu Nobla za literaturę, nie?
- Jakie to ma znaczenie? Eddie Anderson, bohater książki Kazana Układ, osiąga wszystko czego może pragnąć mężczyzna: doskonałą żonę, doskonale płataną pracę, dom z basenem, inteligentną córkę, wspaniałe samochody. No i Gwen, kochankę niemniej doskonałą. Pewnego dnia pod wpływem impulsu wszystko niszczy i wszystko traci. Ostaje mu się kochanka, która z upływem czasu przestaje być doskonała... Być może detonatorem autodestrukcji Eddiego był dziki, niepohamowany, wyzwoleńczy seks z Gwen. Być może. A może zmęczenie wszystkim, chęć wyrwania się z układu w którym egzystował: żona, praca, żona, praca, dom z basenem, żona, praca, córka, wspaniałe samochody.

W OCZACH KOBIET NAPIĘCIE NIEROZUMIENIA

Dopija wino i przekładając kartkę maszynopisu, szuka zdania. Znajdując, cytuje siebie
- Z Sartrem było odwrotnie; nie mając niczego i będąc nikim, bo kimże jest źle opłacany nauczyciel? postanowił zdobyć świat tworząc własny układ. Jednak by stworzyć, musiał wykuć narzędzia walki, bo układ trzeba wywalczyć. Nie jest Macedończykiem z sarisą, tylko belfrem z pomazanymi kredą palcami. Brzydkim, zakompleksionym i objuczonym garbem nicości, jak pustynny dromader. Te traumy jego dzieciństwa... Wspomnijcie straszliwy upadek Ikara z nagiego biustu Matki-Nieba! Jest jednak coś, co pozwala mu uwierzyć w sukces: posiada mesmeryczny wpływ na kobiety. Konotuje, że jego erudycja plus brzydota i udawana bezradna nieśmiałość tworzą mieszankę, która niczym feromon wabi ku niemu kobiety młode, inteligentne i wyuzdane. Przykładem Simone o rysach Mesaliny: ładna, posągowa, biseksualna eksperymentatorka, oferującą jego inteligencji seks nieuznający żadnych tabu. W ich tandemie, to ona będzie inicjatorką związku cuckold. Stworzy z nim doskonale znaną i ze szczegółami opisaną rodzinkę, w której będą wymieniać między sobą swoich uczniów, kopulując z nimi na zmianę wedle parytetu ichniej demokracji: każdy z każdym. Jak Lao Tsy nigdy nie powiadał? By dojść do celu, trzeba dojść do celu.
Raz jeszcze: Algierczyk i Simone de... Rzecz trąci lichą tajemnicą Pulcinella. Powiadali w mondzie paryskich literatów, iż chcąc na zawsze usidlić Alberta, wysłał doń kurierkę wzwodów swych idei, wielopłciową Simone. Właśnie ją, bowiem doskonale znali swe kurewskie rzemiosło lucyferycznych kusicieli. Polityczne to było. Co nie trudno zwęszyć. Uczennica i wieloletnia kochanka Simone de, piękna Bianca Bienenfeld po latach opublikowała wspomnienia pod znaczącym tytułem Wyznania Zaburzonej Młodej Dziewczyny; chwytliwy tytuł, prawda? Niósł czytelnikom obietnicę rozpusty, jak powieść Romaina Gary obietnicę poranka.
Co pisze o swych pedagogach? Że chcieli żyć bogato, wieść życie pełne eskapad, spotkań i wymiany myśli. Ale przede wszystkim chcieli wieść życie, które zapewni im dwojgu famę ludzi zdolnych do nadawania nowej myśli czemuś, co w swoim narzeczu spryciarzy nazwali pokoleniem przyszłości. Doskonale wypracowali scenariusz, non plus ultra. Stworzyć coś z niczego. Taki polityczno-społeczny samograj. mobile in mobil, samograj, który wyniesie ich na społeczne wyżyny. A że ich życie prywatne szokuje kołtunów? Tym lepiej, niech straszni mieszczanie mówią źle, byleby mówili. Sartre dobrze znał Camusową story of life najpierw z żoną, nieskąpiącą nikomu wdzięków piękną Simone Hié i późniejsze ménage à trois z pannami Yvonne i Francine. Jak powiadają biurokraci, miał podkładkę by sądzić. I dobrze sądził, jak sądzę. Taki był Sartre, ten zakładnik piekła, jak przed nim chluba Oświecenia, szczur Rousseau. (...)



piątek, 23 czerwca 2017

Pielgrzym z Ur

MIROSŁAW G. MAJEWSKI
 






Ogród rozkoszy ziemskich

a to usychające drzewo pośrodku ogrodu rozkoszy powiesz mi po co?
po co ten gad o jedwabnym głosie wyjętym prosto z reklam permen king?
po co? a jakby tego mało było ta panna naga bez welonu
poczęta z boku mężczyzny którego tworzyłeś incognito chowając się przed wścibskimi aniołami aby nie wyszło na jaw że lepisz go z byle jakiej gliny przeznaczonej na strawbale człowieczego losu tak po cichutku aby nikt cię nie przyłapał na gorącym uczynku ponieważ z góry założyłeś jaki będzie finał tej zabawy w raj dziwiąc się przy tym dlaczego nikt nie chce uwierzyć że puzzel twej wszechwiedzy w czarną dziurę wpadł bez dna!
pytać się
po co?

i w ten oto sposób skończyłeś wszystko nim cokolwiek zacząłeś!
więc nie doszukuj się winy w nas aby ratować swą nieskazitelną świętość
świeżą niczym wszystkie nowalijki edenu na targu wrzasków zakapturzonych teologów o pustych oczodołach których ślepota zmusza nas dźwigać krzyż jeden krok poza ludzką wytrzymałość! przecież ta gra od początku była nie fair skoro grałeś znaczonymi kartami predestynacji!
po co to wszystko?
to przecież takie niepobożemu nielogiczne i niehigieniczne takie...
a więc nadszedł czas nihil obstat aby zadać odważne pytanie
jak to jest być dobrym ojcem i złym demiurgiem naraz?

spójrz pojawiamy się i znikamy każdy w swej mydlanej bańce
poznania dobrego i złego z wyblakłym śladem raju w bruzdach naszych zmarszczek…
twój fermentujący słodko raj stał się przekleństwem naszym!
tak to nasz świat a nie twój raj! świat w którym dawno wywietrzały twoje reminiscencje w nas! ale nie mów nic! nic...
wsłuchaj się z jakim oddaniem śpiewamy ci gloria gloria in excelsis deo!
gdyż jedno jest pewne jesteś święty tylko wówczas kiedy figowym listkiem zasłaniamy nagość naszej wiary


Pielgrzym z Ur

kazałeś mi
opuścić dom rodzinny w ur chaldejskim
dom ojca mego tetrarcha
mędrca astronoma mistrza retoryki
promieniującego blaskiem wiedzy
niczym księżyc w pełni nad pustynią al-rab al-chalii
więc poszedłem za twą obietnicą jak chciwiec za brzękiem złotych monet
obuty w znoszone sandały wiary z piaskiem pustyni w ustach bym nie mógł utyskiwać na swój starczy los nocami smagany przenikliwym wiatrem twoich słów wpatrywałem się w gwiazdy tęskniąc za chaldeą ojczyzną wyroczni i astrologów a ty mnie sponiewieranemu dolą nomada kazałeś je liczyć tak
jakbyś nie mógł użyć innej paraleli przecież jako jedyny pośród moich bliskich zawierzyłem tobie oczekując pochwał i słodszego miodu...

a ich ohydne bożki spaliłem nocą by zerwać z religią przodków nie będąc świadom że w ogniu pożogi zgładzę harana brata mego!
potem zamiast gwiazd kazałeś liczyć ziarnka piasku którymi plułem wraz z krwią mojej odtąd przetrąconej wiary...
bo czyż nie obiecałeś zapełnić kołczan mój synami?
więc nie obiecuj już niczego otwórz tylko łono żony mojej saraj zamknięte ponoć mocą zaklęć mściwych magów z ur
a zrobię to bez twego udziału…

...i nie wódź nas po pustyni a raczej zbaw nas od płonnych nadziei
amen!


Dżambia

dżambia wygięty niczym róg barani na biodrze mego ojca którego miłości byłem pewien jak słońca na niebie nie zadawałem więc pytań czy ty mnie aby kochasz skoro ten zakrzywiony nóż miał być jej dowodem
postrachem dla wszystkich mych wrogów
dla złych spojrzeń
szakalich i
wilczych...

ojcze abrahamie
wciąż słyszę głos twój niczym wiatr pustynny
tak kocham cię bardzo
lecz nad ciebie -
wybacz mi mój synu -
wszechmocnego kocham boga!

dlatego zawsze widzę ten szpon nad wątłym moim ciałem
i słyszę przeraźliwy płacz matki z zaświatów
kiedy obudzonego koszmarami nocy
nadaremno próbuje
pocieszać

dziś wiem że wiara jest wiarą wówczas gdy obrać ją z szaleństwa
a dżambia mój ojcze żadnym jej wyrazem
lecz twego obłędu koronnym
dowodem


POWRÓT

poniedziałek, 22 maja 2017

WIERSZE - BARBARA MARSZAŁEK






Wiosenne porządki w ogrodzie

Przyjdzie wiosna, poszukam cienia i pomyślę,
że brakuje mi dobrego kontaktu ze sprawami ostatecznymi.
Może skoszę trawnik, a może pozwolę mu rosnąć.
Zakwitnie bez i najprawdopodobniej dostanę alergii.

Przyjdzie wiosna, chwasty i chore pędy.
Poszukam środka nieszkodliwego dla roślin i pomyślę,
że śmierć można opisać tylko przez życie,
zasuszony w książce liść. 


Każdy gołąb miał swoje imię

Dobrze się czuję w tym wierszu, dziadku.
Ciepło i przytulnie, jak pod ciężką pierzyną o zapachu nafty.
Zapalam latarkę w trzecim wersie,
a słowa wylatują przez dziurę w dachu.
I wcale ich nie widać, nie słychać szelestu skrzydeł na strychu.

Pozostał smak malin z ogródka.
Wysuszona tęsknota, jak studnia za domem.
Niektóre gołębie już nigdy nie wróciły,
milczałeś, gdy pytałam 
dlaczego?


3:00

Policzyłam wszystkie palce.
Dwadzieścia.

Mały u lewej ręki jest nieswój.
Mrowienie może być spowodowane zmianami kręgosłupa.
Kupię odpowiedni materac z warstwą ochraniającą sprężyny.
Kupię wkładki ortopedyczne i co będzie potrzeba,
aby piękniej żyć przestanę tęsknić za miłością.

Z tęsknoty wykluwają się schorowane pisklęta.
Oddech zmięty jak poduszka, niespokojny jak wiersz
z ograniczoną ilością znaków.

Czekam, aż duchy wypełzną z zegara,
przecinając pajęczynę krążącą pod sufitem.
I nic więcej już nie zmieszczę w tej pułapce
świecącej na niebiesko, świecącej dla ciebie. 



Adelaide house

Margaret boi się czarnej dziury
rozpuszcza nitki włosów, jest ich coraz mniej,
coraz mniej Margaret wyczekującej w oknie.

Stuletni John z parteru
był pilotem, teraz jest ślepy
i został mu tylko wnuk,
który wyjechał do Australii.

Margaret rozczesuje włosy,
na balkonie rozkwitają pelargonie.
Sąsiadka Jenny dziecinnieje,
zostawiając gówno na dywanie,
chowa oblizane landrynki
pod poduszką, w poszewce i w zmiętym prześcieradle.

Chcę powiedzieć Margaret,
że i mnie i moje dzieci zakopią w czarnej dziurze,
ale milczę.
Wyrzucam srebrny pukiel ze szczotki do kosza,
obrywam zeschnięte liście.

Koty wygrzewają się na słońcu. 


Presto na śniadanie

to miasto z tysiącem i jedną latarnią
nauczyło nas pośpiechu
wstajemy przed dźwiękiem budzika
dodając gazu na ruchomych schodach

nie mamy czasu na wyrzuty sumienia
który cień to my z osobna?

to miasto blada pajęczyna
wrasta w nasz garb
kochamy się pięć i pół minuty
aby zdążyć na wiadomości

szybka przemiana materii

zapalam papierosa od tyłu
to znak by rzucić
słowa na wiatr usiąść odpocząć
nim rozpoczną się ostatnie przystanki
poranne kolejki za drożdżówką

w hipermarketach na ścianach
brak zegarów 


_____________________
BARBARA MARSZAŁEK ur. w 1980 w Oświęcimiu, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego Wydziału Filologii Polskiej w Katowicach. Z zawodu koordynator projektów.
Publikuje wiersze i opowiadania na portalach literackich oraz w miesięczniku Sofa. 2015 debiutancki tomik wierszy Milion kawałków. Laureatka portalowych konkursów literackich, jak również Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego Pisanie na chandrę.
Od ośmiu lat mieszka w czeskiej Pradze, wcześniej - we Francji oraz Irlandii Północnej. Obecnie na urlopie wychowawczym; matka rocznego synka Tymona. 


 
 


 

poniedziałek, 15 maja 2017

HEJŻE, W SZEROKI ŚWIAT!




KRYSTYNA HABRAT


Czytałam w ogródku z książkę, gdy usłyszałam nadjeżdżającego na rowerze listonosza, bo zawsze hamował nogą, szurając głośno po chodniku. Od razu wiedziałam z czym przybywa. Kilka dni wcześniej śniło mi się, że wiadomość przyjdzie w czwartek, czyli dziś, i zaraz będę musiała szykować mapy na wyjazd w świat.
Chwilę później mama zawołała mnie przez okno.
- Dobra wiadomość?! – zapytałam nadbiegając.
- Dobra i zła. Nie dostałaś akademika.
Co tam akademik? – przemknęło mi przez głowę. – Najważniejsze, że się dostałam! I to na oblegany kierunek! Na słynnej uczelni. Resztę dnia spędziłam z Hanką, koleżanką z klasy, w lesie. Poszłyśmy aż na odległe wrzosowisko, okrywające fioletem pochyły stok rozległej polany pośród sosen. Patrzyłam w dół i choć horyzont zawężał dookoła las sosnowy, miałam wrażenie, że mam u swych stóp cały świat. Odtąd będę go zdobywać. Miałam siedemnaście lat. Wszystko tego dnia wydawało się wspaniałe. Był to drugi, albo trzeci, z najszczęśliwszych dni w moim życiu.
Hanka weszła głębiej w las, rozglądając się za grzybami, a ja przysiadłam na zmurszałym pieńku i popadłam w zadumę. Czułam w sobie niezwykłą lekkość, że zdawało się: zaraz pofrunę. Oddychałam jakoś inaczej, pełniejszą piersią. Ze wzruszenia. I nadmiaru wyobrażeń. Chciałam tyle powiedzieć, wykrzyczeć, ale słowa były zanadto ubogie, by oddać to, co we mnie śpiewało. Zresztą to było we mnie. Tylko dla mnie. Czekał mnie przecież nowy rozdział życia. Jeszcze nieokreślony, ale prowadzący w górę ku realizacji wzniosłych zamierzeń. Jakich? By być kimś, robić coś ambitnego i nie poprzestawać na małym. Od małego mi wmawiano, w domu, w szkole, że muszę wysoko latać. Bo mnie stać. Dopiero nazajutrz dotarło do mnie, co to będzie, gdy przyjadę z ciężką walizką i nie będę miała dokąd z nią iść? Co zrobię, jak na domiar złego zacznie tam padać deszcz? Ta ponura wizja prześladowała mnie już do końca wakacji. Co wtedy zrobię? Pakowałam się i... martwiłam. Spełniło się co do joty. Taksówkarz wysadził nas, mnie i Hanię, w pobliżu uczelni. Obie bez dachu nad głową, ale pełne wiary w siebie. Dotachałyśmy walizy do portierni i, zostawiwszy je pod okiem portiera, pobiegłyśmy na piętro dokonać wpisu na pierwszy rok studiów.
Pod dziekanatem czerniała ciżba, głownie przejętych swą rolą nowicjuszy. Podobno starsze roczniki już nie były w zapisach tak akuratne, osiągali się póki termin pozwalał. Tylko pierwszy rok podchodził do tego z nabożnym przejęciem. I chyba skrywanym strachem. Zanim się wystało swoje pod dziekanatem, należało załatwić formalności w kwesturze i gdzieś tam jeszcze... Tu coś wypełnić, tam podbić, złożyć... Były to zadania nie na jeden dzień. W kolejce doradzano sobie nawzajem usłużnie, jak sobie z tym poradzić, gdzie iść najpierw, dokąd potem. Udzielano chętnie takich informacji, bo większość czekających przybyła z daleka i wdzięczna losowi, że dostała się na studia, przekazywała więc tę radość każdemu dookoła. Tylko oni jakimś cudem dostali miejsca w domach akademickich. A gdzie ja dziś będę nocować? Co zrobię z wyładowaną książkami walizką?
Uzbrojone w kartki z adresami z ogłoszeń, powędrowałyśmy z Hanką szukać mieszkania. Deszcz rozpadał się na dobre. Tak, jak się obawiałam. Jeszcze nie wiedziałam, że w tym mieście często pada deszcz. Szczególnie jesienią. Mokłyśmy, przemierzając długie ulice i kręte zaułki, w poszukiwaniu miejsc gdzie oferowano pokój dla studentki. Wymiętoszony już plan miasta można było rozłożyć tylko w jakiejś bramie. Te bywały zakamuflowane gdzieś od strony podwórek. Czasem zamknięte. Wreszcie zbyt ciemne, by można coś dojrzeć. Plan powoli rozpadał się na zgięciach. Podobnie, jak nasze dumne plany. Mijałyśmy szare, średniowieczne mury, ale dziś zabytki nas nie poruszały. Ani żadne obiekty, dla których warto było znaleźć się właśnie w tym mieście. Co krok noga wpadała w kałużę. Byłyśmy już głodne i zmęczone, ale strach było tracić czasu na wstępowanie do baru, żeby ktoś nie sprzątnął nam lokalu sprzed nosa.
Wreszcie w kamienicy, straszącej od podwórka ciemnymi zakamarkami i dziwnymi rupieciami w labiryntach klatki schodowej, otworzyła nam drzwi kobieta w kapeluszu, niczym odwrócona doniczka. Zagradzając wejście, patrzyła, jakby zdzierała z nas ubranie i pokrzykiwała histerycznym głosikiem, że ogłoszenie nieaktualne! Ale możemy przyjść jutro. Byle za dnia! Po ciemku nikomu nie otwiera. To, po co przychodzić, skoro wynajęte? Później poznałyśmy, że to blef wynajmujących, żeby dobrać sobie kogoś, co najbardziej spasuje.
Spać się już nam chciało. Całą przecież noc spędziłyśmy w podróży. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Do wieczora należało koniecznie coś znaleźć. A tu padało i podstępnie zapadał zmrok. Trudno było wypatrzyć kogoś, żeby spytać, gdzie ta poszukiwana ulica. Ludzie chowali się do domów. Tylko my dwie na pustej ulicy bez dachu nad głową. Proponowane na ogłoszeniach adresy znajdowały się w odległych dzielnicach. Brnąć tam w obce miejsca, gdy stawało się coraz ciemniej? Może chociaż gdzieś niedaleko? Trzeba kogoś zapytać, który z adresów jest najbliżej? To straszne znaleźć się w obcym mieście, w padającym deszczu, bez dachu nad głową. Po co było robić ten krok w nieznane?
Przenocowałam z Hanią u krewnej moich rodziców, ale należało szukać czegoś na stałe. Nazajutrz też nic nie znalazłam. I tak poszło dzień po dniu. Kiedy po długim błądzeniu ulicami w dalekiej dzielnicy i gdzieś pośród zaułków znalazłam zakamuflowany adres, przerażona przemierzałam labirynty mrocznych klatek schodowych z czyhającą tam rupieciarnią. Bałam się tych zakamarków i mieszkających tam ludzi. W starych kamienicach nie było łazienek, a toalety na korytarzu wspólne. Często obok zlew z kapiącym kranem, skąd lokatorzy brali wodę do gotowania i mycia. Widać nie dane mi już będzie wylegiwanie się w wannie z książką? Jak ci ludzie mogą tak mieszkać? Wyglądało, jakby wystarczały im same zabytki miasta, kawiarnie i teatry. Szczególnie ten ze słynną kurtyną. Starsza pani, u której nareszcie zamieszkałam, przypominała mi o tym co dzień. Należało tam iść w pierwszej kolejności, bo tam gromadziło się najwspanialsze towarzystwo. A na jaką sztukę? Nieważne. Byle się tam znaleźć. Popatrzeć, pooddychać. Oczywiście. Przyjechałam tu przecież i dla licznych teatrów. Co tam niewygody, gdy zamierza się zdobywać świat. Gdy wreszcie ma się dostęp do kilometrów książek na półkach olbrzymiej biblioteki, takich od początku dziejów. Trzeba trochę pocierpieć, może bardziej postarać się o miejsce w akademiku, by osiągnąć to, co w życiu najważniejsze. Tylko na razie biegam dalej za mieszkaniem. to lokum jest daleko od uczelni. Brakuje mi kontaktu z koleżankami. Nawet Hanka zamieszkała po przeciwnej stronie miasta i rzadko ją widzę, tym bardziej, że studiuje inny kierunek. Moje gospodynie dobre, sympatyczne, ale z innych czasów. Starsza pani, poczciwa kobieta, ale wciąż pyta mnie o to samo i zaraz zapomina. Zdradza wyraźną sklerozę. Jej półwieczna córka zwierza się, że porzucił ją przed laty narzeczony. I to adwokat. Bardzo wzięty. Po dwunastu latach narzeczeństwa. Dla jej serdecznej przyjaciółki. Teraz oprócz matki nie ma nikogo. Nikt nie zapyta, co jej dolega, czemu smutna. Mogłaby się zapłakać na śmierć. Żal mi jej. Dobra kobiecina. Odkładam książki, ile razy chce się wygadać. Kończy nieodmiennie: pamiętaj, nie ufaj mężczyznom.
Jeszcze mi te sprawy nie w głowie, ale też czuję się bardzo samotna na pustych ulicach, gdy wracam po wieczornych wykładach do domu. Każdy krok wielokrotnieje echem. Przeraża byle szelest uschłego liścia, poderwanego wiatrem. Wtedy pojęłam, co to jest obczyzna. To długie ulice, gdzie nikogo się nie zna. Dziesiątki przemierzanych schodów, korytarzy i drzwi, za próg których nikt nie zaprosi. A przecież od dawna chciałam uciec od jednej ulicy, której obraz mnie prześladował.
Pamiętam, jeszcze w liceum, któregoś zimowego zmierzchu stanęłam u jej jednego krańca i zobaczyłam ją, ciągnącą się, jak batem strzelił, pośród olbrzymich sosen, nieubłaganie w dal z rzędami białych, dwupiętrowych, bloków po obu stronach. Ledwo oświetlało ją mdłe światło latarń. Ja mieszkałam tam w połowie. Tego wieczoru na końcu ulicy, pomiędzy plamami czarnych o zmroku sosen, przezierał wąski pas horyzontu z kotłowaniną czerwono-sinych chmur. Wyglądało to niczym walka nieba z piekłem. Tam, skryty za sosnami, znajdował się cmentarz i po kolei odprowadzało się w kondukcie starszych sąsiadów. Ten krajobraz mnie przeraził. Odtąd unikałam wychodzenia pod wieczór z domu. Zimą bałam się tak ponurych widoków, latem – złowieszczych chmar jerzyków, przelatujących z piskiem nad domami. Nie mogłabym tu zostać na całe życie. Musiałam uciec do ważniejszego miejsca. Gdzie więcej świateł i nie tak ponuro? No i uciekłam.
Teraz do południa załatwiałam formalności niezbędne na początku studiów, a już biegałam na wykłady, ćwiczenia, lektoraty, a popołudniami łaziłam po mieście w poszukiwaniu miejsca do zamieszkania. Przestałam mówić: „pokój do wynajęcia”, odkąd spostrzegłam, że starsze panie, dysponujące zaledwie jednym pokojem, przyjmują do siebie studentkę, żeby zdobyć tak parę złotych. Pierwszej chcącej tak nas obie przyjąć, odmówiłam wyniośle. Nie uśmiechało mi się zamieszkanie w jednym pokoju z obcą, starą kobietą w szarych, dziwacznych, szatach. A te ich przedpotopowe kuchnie i wygódki bez wygód całkiem mnie odstręczały. Kiedy pięć lat później to wszystko zakończyło się propozycją asystentury, nie bardzo pamiętałam, co to ja właściwie zamierzałam osiągnąć? Obroniłam magisterium i od razu zdało mi się, jakbym doszła do horyzontu i dalej nie było już nic. Wkrótce od nowa przemierzałam ulice i schody kamienic w poszukiwaniu jakiegoś lokum. Tylko asystentce wynajmowano mniej chętnie. Taka miała większe wymagania i co gorsza, jako pracująca, mogła się podstępnie wmeldować na stałe. Co innego studentka, bywa tylko przelotnie, przyjeżdża, odjeżdża. Po co właściwie ja tu zostałam? Wyjeżdżałam jeszcze nie raz. Zawsze w odległy świat. W nieznane. Na szczęście już z mężem.
Kiedyś, w przeddzień wyjazdu, wiatr hulał po opustoszałym już mieszkaniu. Podrywał z ziemi gazety, rozłożone dla ochrony podłogi, przy wynoszeniu mebli i szurał nimi przeraźliwie. Póki stały tu meble, wisiały firanki, żaden podmuch się nie wdarł. Teraz było smutno i źle. Kiedy na to patrzyliśmy ogarniał nas lęk. Traciliśmy pewność, czy dobrze robimy. Ale oboje chcieliśmy znaleźć się w ważniejszym miejscu, gdzie będzie można się zrealizować. Tam będzie więcej możliwości pracy. Tej ciekawszej, o jakiej się marzy.
Synek, pozostawiany chwilowo u mamy, wystawił spomiędzy szczebelków łóżeczka nóżkę w niebieskich rajstopkach. Jeszcze nie wiedział, że jakiś czas już nas tu nie będzie. Bardzo za nim tęskniliśmy. Tak bardzo, że całe to przedsięwzięcie wydało się błędem. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale ja sama siebie wciąż pytałam, po co właściwie wyjechaliśmy?
Mąż, poszukiwany specjalista, miał łatwiej, ale ja z mym rzadkim zawodem znowu przemierzałam ulice, schody i korytarze, tym razem w poszukiwaniu ciekawszej pracy. Znowu błądziłam po obcym mieście. Kiedyś wsiadłam w autobus z odpowiednim numerem, ale jadącym w stronę przeciwną. Spóźniłam się do pracy. Szef nie był wyrozumiały. Z podniesionym paluchem wygłaszał kazania i uzupełniał je łacińskimi sentencjami. Szczególnie dokuczał odkąd przywiozłam syna i często mi chorował. Czasem nie miałam go z kim zostawić. Ale szefowe potem były bardziej okrutne. Nie tylko dla mnie.
- Urlop? To tylko opieka nad chorym dzieckiem. Ma zapalenie oskrzeli.
- Tylko pani na poczcie może zamknąć sobie kiedy chce okienko, a profesor w szkole nie może sobie na takie przerwy pozwolić.
Nie mogłam. Tytułowano mnie przecież panią profesor.
- Gdy następnym razem prowadziłam rozpalone gorączką dziecko do lekarki, ta patrzyła na mnie z Źle sobie pani ten urlop zaplanowała, gdy tyle roboty.
przyganą, jakbym ja była wszystkiemu winna. Przecież nie chciałam od niej zwolnień. Chciałam, by było zdrowe. Ale znów nałykało się zimnego powietrza, kiedy wlokłam je rano do przedszkola. Szło z ociąganiem już chyba przeziębione i znowu spóźniałam się do pracy. Postanowiłam szukać innej posady. Cóż, obczyzna.
- Na pewno chce pani odejść? – dziwili się.
- Niech się pani namyśli.
Kręciłam głową i dziwiłam się, że się dziwią.
W następnym miejscu było lepiej. Miałam autorytet i poszanowanie. Przeważający tu mężczyźni, dobrze zarabiali i nie zawracali sobie głowy drobiazgami. Było z nimi o czym porozmawiać. Miałam własny gabinet z fotelami i dywanem. Próbowałam nie myśleć, czy ta praca jest na miarę mych ambicji. Na początku na pewno była.
Przybyło nam jeszcze jedno dziecko. Znajomym też się rodziły. Wątłe już i tak kontakty towarzyskie urywały się na dobre. Czasem usiłowałam sobie przypomnieć, ile należy mieć punktów, żeby wyjść w kolor lub dwa bez atu. Nasza odzywka: „no, bo w Pińczowie dnieje”, tu nie bawiła.
Nikt nie znał tamtej drogi w rejonie Jędrzejowa, może Chęcin, ciągnącej się zboczami wzniesień, gdzie nieoczekiwanie daleko na prawo w jednym miejscu z mroku nocy wyłoniły się z nieba różowe promienie. Przecinały zachmurzony, ponury, świat. Czyżby się paliło? – powiedziałam do męża przy kierownicy. Ale zaraz drogowskaz oznajmił nam, że tam jest właśnie Pińczów. To wschodziło słońce. Czy tak to widział ten, co wymyślił brydżowe powiedzonko, że w Pińczowie dnieje? Ale my to raz widzieliśmy. Tylko wtedy od dawna już karty poszły w kąt...
Przy dwojgu dzieciach trudno było pracować osiem godzin dziennie i wracać do domu późno. Trochę z żalem zwolniłam się z dobrej pracy, ale musiałam odchować dzieci. Kiedy drugie poszło do przedszkola znalazłam sobie pracę z mniejszym wymiarem godzin. Wmawiałam sobie, że tym razem muszę wytrwać dłużej. I że to całkiem dobra praca. Wracałam do domu sama i szłam z mężem i dziećmi do parku. Drzewa co rok były większe. Uczyliśmy się nazw żyjących tu ptaków.
Po ca ja tu przyjechałam? No, chciałam żyć w wielkim mieście. Nie w takim, gdzie jest długa, pusta ulica, kończąca się na horyzoncie złowieszczym niebem o zmierzchu. Chciałam większych perspektyw, nowych możliwości. Potrzebowałam więcej ulic, domów, miejsc pracy, czegoś ciekawego, co może kryć się za nieznanym rogiem. Tymczasem wciąż biorę prace nie na moje ambicje, byle zarobić na chleb. Tu nie miałam żadnych znajomych z przedszkola ani szkoły, żadnych znajomych rodziców, mogących coś krewnych, kolegów ze szkoły. Kompletna obczyzna może być nie tylko za granicą. Trudno, sama muszę torować sobie drogę bez poparcia, pleców, protekcji... Mnie protekcja niepotrzebna – wmawiałam sobie. Prawdziwy talent sam się wybije.
Obserwowałam kiedyś dziewczynę, która pojawiała się uparcie na konferencjach prasowych znanych postaci. Stawała z przodu i wpychała mówiącemu w usta swą miotłę z mikrofonem. Sama nigdy nie zadała pytania. Pewnie była nadmiernie chroniona przez rodzinę i otulona miękką watą protekcji, bo szczyciła się wpływowym dziadkiem - och, zadbano, żeby ją światu pokazać! Dlatego nie wyrobiła sobie ostrych łokci. Kamera raz po raz przybliżała jej przejętą twarz - ktoś o to zadbał - i widać było, że zaraz coś powie, błyśnie, i zacznie wielką karierę. Kiedy wreszcie któregoś dnia otworzyła usta, powiedziała coś tak bez sensu, że wszyscy wybuchli śmiechem. Więcej się nie pojawiła.
Imieniny też spędzałam w gronie rodziny. I święta. Kolejne próby nawiązania bliższych stosunków towarzyskich połączonych z bridżem, jakoś więdły. Brakowało na to czasu. Wieczorem należało kąpać dzieci, karmić i usypiać. Później baczyć, jak odrabiają lekcje. Grać z nimi w szachy. Kiedy nasze podrosły, rodziły się u przyjaciół. Nawet na czytanie brakowało czasu. Zarywanie nocy nie wchodziło w rachubę, bo wcześnie rano trzeba było wstać do pracy. A niedziele poświęcić rodzinie. Dziecku, ciągniętemu w deszcz czy mróz do przedszkola. I temu przesiadującemu co dzień w świetlicy, gdzie pani wali metrową linią w stół, chcąc się przedrzeć przez dziecięcy gwar. W każdą sobotę piekłam jakieś ciasto. Mama uczyła, że prawdziwy dom musi pachnieć na co dzień zupą a od święta – ciastem. Inne kobiety dziwiły się: Nie lepiej kupić gotowe?
- Takie nie pachnie jak z własnej duchówki...
- A co to ta duchówka?
- Piekarnik. Ale u nas tak się mówiło duchówka. Ładnie, prawda? Ileż w tym treści...
- Dziwnie... Powinniście inaczej urządzić kuchnię. Zmodernizować...
Niby tak, tylko my ciągle baliśmy się urządzać tu na stałe. Nie zawieszaliśmy obrazów, półek, bo po co dziurawić ściany, gdy znowu przyjdzie ruszać gdzieś dalej? Przecież nie zostaniemy tu na zawsze! To nie jest jeszcze to najważniejsze miejsce. Te prace, jakie biorę tylko by pracować i mieć na chleb, są byle jakie. Byle jak mamy urządzone mieszkanie. Ludzie kafelkują wciąż od nowa innymi płytkami łazienki, kuchnie. Nasze kafelki, kupione w przypływie dziwnej nadziei, ciągle nierozpakowane. Jeśli przykleimy je do ścian, trudniej będzie się i nam stąd oderwać. Z każdym gwoździem, który wbijało się w ścianę, czułam, że przybijamy tu tak samych siebie. Nigdy dalej się nie wyrwiemy. Nie znajdę się w najważniejszym miejscu. Nie będę robić nic ważnego i trudnego, na miarę mych ambicji.
Znów szefowa mi nie imponowała. Chyba czuła, że tak o niej myślę, bo wnet toporek wojenny został wykopany. Była jaka była, ale od przedszkola znała dyrektora. A ja byłam bez korzeni. Może nie powinnam była przyjeżdżać tak daleko? Jednak, kiedy odwiedzałam stare strony, też czułam się niezadomowiona. I tu, i tam, miałam poczucie, że przysiadam tylko na moment i zaraz odfrunę.
Gdzie była moja ojczyzna? Gdzie czułam się u siebie? W moim domu! Od balkonu do końca wycieraczki. Tu było nam dobrze. W sobotę piekłam ciasto i pachniało aż na korytarzu. Mieliśmy swoje ulubione miejsca w parku. Alejkę wzdłuż oczek wodnych z nenufarami. Duży staw, w którym zanurzały swe sploty wierzby płaczące. Mały kiosk z gorącymi kiełbaskami, gdzie można się było posilić i rozgrzać. Przyjaciół też miewaliśmy, lecz i oni bywali tu przelotem. Wszyscy tu przyjeżdżali, odjeżdżali. Wszystkich nas zmienne losy nosiły, choć już zapomnieliśmy, po co?
W ostatnim miejscu jakoś dłużej się zasiedzieliśmy. To chyba jeszcze nie starość? Może złudzenie, że coś się i tu wydarzy. Odrobinę ciekawsza praca. Większe możliwości kontaktów przez internet. Wirtualne złudzenia, że coś się dzieje ważnego. Wystarczało kliknąć i zaraz pojawiali się na ekranie dawno nie widziani znajomi ze szkoły. Korespondencja z nimi poprzez Naszą-Klasę zabierała mi całe wieczory. Ile było z tego uciechy! Wreszcie miałam na wirtualne wyciągnięcie dłoni kogoś z odległego kontynentu.
Okazało się, że mogę pisać nawet opowiadania i „wklikiwać” je w wirtualną przestrzeń, a one w jakiś sposób zaistnieją. Wydawać tym sposobem całe książki, które kupowali wirtualni czytelnicy. Tacy, co niby są a może ich nie ma? Zaczynałam gubić się w złudzeniach, gdzie jest to, co naprawdę a gdzie złuda. Należało wreszcie zrobić remont mieszkania. Poprzybijać gwoździami półki i obrazki. Przestać myśleć, że z każdym gwoździem przybijamy tu samych siebie. Jeszcze nie... Może pojedziemy dalej?
I tak trwało. Wychodziliśmy z mężem do parku. Tam spotykaliśmy dużo znajomych. Zamieniało się zawsze kilka miłych zdań. Czasem postało się dłużej i zagadało, póki nie dotarło, że tarasujemy dróżkę, tę zaciszną pośród bzów nad stawem. Bolały też od stania nogi. Żegnaliśmy się więc z żalem, wiedząc, że znów długo ich nie spotkamy.
Zapraszać kogoś do domu nie przychodziło do głowy. Od dawna zdziwaczeliśmy. Jak tylko miał przyjść ktoś obcy, nawet najbardziej lubiany, należało wcześniej postawić mieszkanie do góry nogami. Zrobić perfekcyjny porządek, przygotować wystawne danie, rozstawić stół, wyjąć najlepszą zastawę... Komu by się chciało? Nawet takiej zastawy za dużo nie mieliśmy. Po co? Utrudniałaby przeprowadzki. Kto miałby czas prasować białe obrusy?
Gdzieś tam daleko, w odległych czasach hołdowaliśmy innym zasadom. Wedle rodzinnych tradycji obowiązywała większa gościnność. Bez ludzi nie wyobrażało się życia. Należało bywać, przyjmować w rewanżu, spędzać w gronie przyjaciół imieniny i święta. Świętować hucznie sylwestra. Ale tam była mama z adamaszkowymi obrusami w szafie, lubiąca przyjmować gości. Były ciocie chętnie szykujące gorące dania dla każdego przybysza. I koleżanki z którymi można było przegadać w domu cały wieczór przy szklance herbaty. A często i bez tego, gdzieś na ławce pod drzewem. Póki nas nie wystraszył nadlatujący od lasu z chrzęstem czarnych skrzydeł olbrzymi chrząszcz. Ale tutaj od progu, no, od wycieraczki, sami obcy... Dopiero na ekranie komputera świat staje się bliski.