piątek, 2 września 2016

Biblioteka Babel



Jorge Luis Borges

Biblioteka Babel



W ten sposób możecie rozważać różne związki 23 liter...



The Anatomy of Melancholy, post. II, sect. 1, mem. 4


Wszechświat (który inni nazywają Biblioteką) składa się z nieokreślonej, i być może nieskończonej, liczby sześciobocznych galerii, z obszernymi studniami wentylacyjnymi w środku, ogrodzonymi bardzo niskimi balustradami. Z każdej galerii widać piętra niższe i wyższe: nieskończenie. Układ galerii jest niezmienny. Dwadzieścia szaf, po pięć szerokich szaf na każdy bok, wypełnia wszystkie boki prócz dwóch; ich wysokość, która równa jest wysokości pięter, przekracza zaledwie wzrost przeciętnego bibliotekarza. Jeden z wolnych boków przylega do wąskiej sieni, która wychodzi na inną galerię, identyczną jak pierwsza i jak wszystkie. Po lewej i po prawej stronie sieni są dwa malutkie pomieszczenia. Jedno pozwala spać na stojąco; drugie zaspokajać potrzeby naturalne. Przechodzą tamtędy spiralne schody, które zapadają się i wznoszą ku odległym okolicom. W sieni jest lustro, które podwaja wiernie pozory. Ludzie wnioskują zazwyczaj na podstawie tego lustra, że Biblioteka nie jest nieskończona (gdyby taką rzeczywiście była, po cóż to złudne podwojenie?); ja wolę śnić, że gładkie powierzchnie przedstawiają i obiecują nieskończoność... Światło pochodzi z kulistych owoców, które noszą nazwę lamp. Jest ich dwie w każdym sześcioboku: na przeciwległych ścianach. Światło, jakie wysyłają, jest niewystarczające, nieustanne.
Jak wszyscy ludzie Biblioteki, podróżowałem w młodości; odbywałem pielgrzymki w poszukiwaniu jakiejś książki, być może katalogu katalogów; teraz, gdy moje oczy nie mogą niemal odcyfrować tego, co piszę, przygotowuję się na śmierć o niewiele mil od sześcioboku, w którym się urodziłem. Gdy umrę, nie zabraknie litościwych rąk, które wyrzucą mnie za balustradę; moim grobem będzie bezdenne powietrze; moje ciało będzie pogrążać się długo i rozłoży się i rozpuści w wietrze wywołanym przez spadanie, które jest nieskończone. Idealiści dowodzą, że sześcioboczne sale są konieczną formą przestrzeni absolutnej lub, przynajmniej, naszej intuicji przestrzeni. Rozumują, że sala trójkątna czy pięciokątna jest niewyobrażalna. (Mistycy utrzymują, że ekstaza objawia im salę kolistą, z wielką okrągłą księgą o nie kończącym się grzbiecie, który obiega ściany; ich świadectwo jest podejrzane; ich słowa niejasne. Tą cykliczną księgą jest Bóg.) Niech wystarczy chwilowo, że powtórzę klasyczną opinię: Biblioteka jest kulą, której dokładnym środkiem jest jakikolwiek sześciobok i której obwód jest nieosiągalny.
Każdej ze ścian każdego sześcioboku odpowiada pięć szaf; każda szafa zawiera trzydzieści dwie książki znormalizowanego formatu; każda książka posiada czterysta dziesięć stron; każda strona czterdzieści wierszy, każdy wiersz około osiemdziesięciu liter czarnego koloru. Są również litery na grzbiecie każdej książki; litery te nie wskazują ani nie zapowiadają tego, o czym będą mówiły stronice. Wiem, że ten brak związku kiedyś wydawał się tajemniczy. Zanim streszczę jego rozwiązanie (którego odkrycie, pomimo jego tragicznych rzutowań, jest być może główną sprawą tej historii), pragnę przypomnieć niektóre aksjomaty.
Pierwszy: Biblioteka istnieje do aeterno. W prawdę tę, której bezpośrednią konsekwencją jest wieczność świata, nie może wątpić żaden rozsądny umysł. Człowiek, niedoskonały bibliotekarz, może być dziełem przypadku czy też złośliwych demiurgów; wszechświat, ze swym eleganckim wyposażeniem w szafy, w zagadkowe tomy, w nieznużone schody dla podróżnego i w ustępy dla siedzącego bibliotekarza, może być jedynie dziełem jakiegoś boga. Aby dostrzec odległość, jaka istnieje między tym, co boskie, a tym, co ludzkie, wystarczy porównać te niezdarne, drżące symbole, które moja omylna ręka skrobie na okładce książki, z organicznymi literami jej wnętrza: precyzyjnymi, delikatnymi, bardzo czarnymi, w niedościgły sposób symetrycznymi.
Drugi: Liczba symboli ortograficznych wynosi dwadzieścia pięć. Stwierdzenie to pozwoliło trzysta lat temu na sformułowanie ogólnej teorii Biblioteki i na zadowalające rozwiązanie problemu, którego żadne przypuszczenie poprzednio nie rozwikłało: bezkształtnej i chaotycznej natury prawie wszystkich książek. Jedna z nich, którą mój ojciec ujrzał w pewnym sześcioboku obwodu piętnaście dziewięćdziesiąt cztery, złożona była z liter M C V, powtarzających się przewrotnie od pierwszego do ostatniego wiersza. Inna, do której często zaglądano w tej okolicy, była po prostu labiryntem liter, ale przedostatnia stronica mówiła: "O czasie, twe piramidy." Wiadomo, że na jedną rozsądną linijkę czy słuszną wiadomość przypadają mile bezsensownych kakofonii, słownych gmatwanin i niedorzeczności. (Wiem o pewnej niebezpiecznej okolicy, której bibliotekarze odrzucają przesądny i próżny zwyczaj poszukiwania sensu w książkach i porównują go do zwyczaju poszukiwania go w snach czy w chaotycznych liniach ręki... Przyznaję, że wynalazcy pisma naśladowali dwadzieścia pięć naturalnych symboli, ale utrzymują, że to zastosowanie jest przypadkowe i że książki same w sobie nic nie znaczą. Sąd ten, jak się przekonamy, nie jest całkiem błędny.)
Przez długi czas sądzono, że te nieprzeniknione książki odpowiadają wymarłym lub odległym językom. To prawda, że najdawniejsi ludzie, pierwsi bibliotekarze, używali języka wielce różniącego się od tego, jakim mówimy obecnie; to prawda, że o kilka mil w prawo używa się dialektu i że dziewięćdziesiąt pięter wyżej język jest niezrozumiały. Wszystko to, powtarzam, jest prawdą, ale czterysta dziesięć stronic niezmiennych liter M C V nie może odpowiadać żadnemu językowi, choćby nie wiem jak bardzo dialektalnemu czy prymitywnemu. Niektórzy sugerowali, że każda litera może wywierać wpływ na następną i że wartość liter M C V w trzeciej linijce strony 71 nie jest taka sama, jaką może mieć ta seria winnej pozycji na innej stronie, ale ta niejasna teza nie miała powodzenia. Inni myśleli o kryptografiach; przypuszczenie to zostało ogólnie przyjęte, choć nie w tym sensie, w jakim sformułowali je jego wynalazcy.
Pięćset lat temu przełożony jednego z wyższych sześcioboków znalazł książkę tak zawiłą jak inne, ale która miała prawie dwie kartki o jednorodnych liniach. Pokazał swe znalezisko wędrownemu specjaliście od odcyfrowywania, który powiedział mu, że są one zredagowane po portugalsku; inni powiedzieli mu, że w jidysz. Przed upływem wieku zdołano ustalić język: był to samojedzko-litewski dialekt języka guarana z fleksją arabskiego klasycznego. Również odcyfrowano treść: zarys analizy kombinatoryjnej, ilustrowany przykładami wariantów z nieograniczonym powtórzeniem. Przykłady te pozwoliły pewnemu genialnemu bibliotekarzowi na odkrycie podstawowego prawa Biblioteki. Myśliciel ten zauważył, że wszystkie książki, jakkolwiek by się między sobą różniły, składają się z jednakowych elementów: odstępu, kropki, przecinka, dwudziestu dwu liter alfabetu. Również przytoczył fakt, który potwierdzili wszyscy podróżnicy: Nie ma w rozległej Bibliotece dwu identycznych książek. Z tych niespornych przesłanek wydedukował, że Biblioteka jest totalna i że jej szafy rejestrują wszelkie możliwe kombinacje tych dwudziestu kilku symboli ortograficznych (liczba ich, choć niezwykle wysoka, nie jest nieskończona), to jest wszystko to, co można wyrazić: we wszystkich językach. Wszystko: drobiazgową historię przyszłości, autobiografie archaniołów, wierny katalog Biblioteki, całe tysiące fałszywych katalogów, wykazanie fałszywości tych katalogów, wykazanie fałszywości katalogu prawdziwego, gnostyczną ewangelię Bazylidesa, komentarz do tej ewangelii, prawdziwą relację twojej śmierci, przekłady wszystkich książek na wszystkie języki, interpolacje z każdej książki we wszystkich książkach.
Kiedy ogłoszono, że Biblioteka obejmuje wszystkie książki, pierwszym wrażeniem było niezmierne szczęście. Wszyscy ludzie poczuli się panami nietkniętego i tajemnego skarbu. Nie było osobistego czy światowego problemu, którego szczegółowe rozwiązanie nie istniałoby: w którymś sześcioboku. Wszechświat był usprawiedliwiony, wszechświat przybrał nagle nieograniczone rozmiary nadziei. W owym czasie mówiono wiele o Windykacjach: księgach apologii i proroctwa, które na zawsze usprawiedliwiały czyny każdego człowieka wszechświata i przechowywały cudowne tajemnice dotyczące jego przyszłości. Tysiące pożądliwych opuściły ukochane ojczyste sześcioboki i rzuciły się schodami w górę, pędzone przez próżny zamiar znalezienia swej Windykacji. Pielgrzymi ci dyskutowali w wąskich korytarzach, wypowiadali ciemne klątwy, dusili się wzajemnie na wąskich schodach, rzucali oszukańcze książki w głąb tunelu, ginęli rzucani w przepaść przez ludzi z odległych okolic. Inni oszaleli... Windykacje istnieją (ja widziałem dwie, które dotyczą osób z przyszłości, osób, być może, nieurojonych), ale poszukujący nie pamiętali, że możliwość, aby jakiś człowiek znalazł swoją własną czy też jakiś przewrotny wariant swojej własnej, jest wymierna zerem.
Oczekiwano wówczas również wyjaśnienia podstawowych tajemnic ludzkości: pochodzenia Biblioteki i czasu. Jest prawdopodobne, że te poważne tajemnice dadzą się wyrazić w słowach: jeśli nie wystarczy język filozofów, wielokształtna Biblioteka z pewnością wyprodukowała język, jaki jest do tego potrzebny, oraz słowniki i gramatykę tego języka. Już od czterech stuleci ludzie nużą sześcioboki... Istnieją poszukiwacze oficjalni, inkwizytorzy. Widziałem, jak wykonują oni swoje funkcje: przychodzą zawsze wyczerpani; mówią o jakichś schodach bez szczebli, które o mało ich nie zabiły; mówią z bibliotekarzem o korytarzach i schodach; czasami biorą najbliższą książkę i przeglądają ją w poszukiwaniu nikczemnych słów. Widoczne jest, że nikt nie oczekuje odkrycia czegokolwiek.
Po nadmiernej nadziei nastąpiło, jak to zwykle bywa, przesadne zniechęcenie. Pewność, że któraś szafa w którymś sześcioboku zawiera cenne księgi i że te cenne księgi są nieosiągalne, wydała się niemal nie do zniesienia. Pewna bluźniercza sekta poddała myśl, aby zaprzestano poszukiwań i aby ludzie zaczęli zestawiać litery i symbole, aż skonstruują, dzięki nieprawdopodobnemu darowi przypadku, owe kanoniczne księgi. Władze były zmuszone do wydania surowych rozporządzeń. Sekta znikła, ale w dzieciństwie widziałem starych ludzi, którzy przez długie godziny ukrywali się w ustępach, z metalowymi krążkami w zakazanym kubku, i nieudolnie imitowali boski chaos.
Inni, odwrotnie, sądzili, że rzeczą podstawową jest wyeliminowanie dzieł zbędnych. Wpadali do sześcioboków, okazywali uwierzytelniające listy, nie zawsze fałszywe; kartkowali ze znudzeniem jakiś wolumin i skazywali całe szafy: ich higienicznemu, ascetycznemu szałowi zawdzięcza się niedorzeczną, stratę milionów książek. Ich imię jest wyklęte, ale ci, którzy opłakują "skarby", jakie zniszczył ich obłęd, nie doceniają dwóch powszechnie znanych faktów. Pierwszy: Biblioteka jest tak ogromna, że każda ludzka próba jej zubożenia okazuje się nieskończenie mała. Drugi: każdy egzemplarz jest jedyny, nie do zastąpienia, ale (jako że Biblioteka jest totalna) istnieje zawsze wiele setek tysięcy niedoskonałych podobizn - dzieł, które różnią się tylko jedną literą czy przecinkiem. Wbrew ogólnej opinii ośmielam się przypuszczać, że konsekwencje dewastacji popełnionych przez Puryfikatorów zostały wyolbrzymione przerażeniem, jakie wzbudzali ci fanatycy. Powodował nimi obłęd zdobycia ksiąg Karmazynowego Sześcioboku: ksiąg o formacie mniejszym niż zwykłe; wszechmocnych, ilustrowanych i magicznych.
Wiemy również o innym przesądzie owych czasów: przesądzie Człowieka Księgi. W pewnej szafie pewnego sześcioboku (rozumowali ludzie) musi istnieć jakaś księga, która jest doskonałą esencją i kompendium wszystkich pozostałych: jakiś bibliotekarz przeczytał ją i podobny jest bogu. W języku tej okolicy przetrwały jeszcze pozostałości kultu tego odległego urzędnika. Wiele ludzi odbywało pielgrzymki w Jego poszukiwaniu. W ciągu stulecia nużyli daremnie najprzeróżniejsze kierunki. Jak zlokalizować szacowny tajemniczy sześciobok, który go mieści? Ktoś zaproponował metodę regresywną. Aby zlokalizować księgę A, przeczytać uprzednio jakąś księgę B, która wskaże miejsce A; aby zlokalizować księgę B, przeczytać uprzednio jakąś księgę C, i tak w nieskończoność... Na takich przygodach zmarnowałem i strawiłem swe lata. Nie wydaje mi się nieprawdopodobne, aby w jakiejś szafie wszechświata znajdowała się księga totalna; błagam nieznane bóstwo, aby jakiś człowiek - tylko jeden, choćby stało się to przed tysiącami lat! - zobaczył ją i przeczytał. Jeśli honor i mądrość, i szczęście nie są przeznaczone dla mnie, niech będą dla innych. Niech istnieje niebo, choćby moim miejscem miało być piekło. Niech ja będę pohańbiony i unicestwiony, ale niech w jakiejś chwili, w jakiejś istocie, usprawiedliwi się Twoja Biblioteka.
Twierdzą bezbożnicy, że niedorzeczność jest normalna w Bibliotece i że sens (a nawet pokorna i zwyczajna spójność) jest niemal cudownym wyjątkiem. Mówią (wiem o tym) o "majaczącej Bibliotece, której przypadkowe woluminy narażone są na nieustanne niebezpieczeństwo zamieniania się w inne, i że wszystko one twierdzą, wszystkiemu przeczą i wszystko mieszają, jak jakieś bóstwo w delirium". Słowa te, które nie tylko ujawniają chaos, lecz również dostarczają nań przykładów, stanowią oczywisty dowód złego gustu i rozpaczliwej ignorancji. W rzeczywistości Biblioteka zawiera wszystkie struktury słowne, wszystkie warianty, na jakie pozwala dwadzieścia pięć symboli ortograficznych, ale ani jednej absolutnej niedorzeczności. Zbędna byłaby uwaga, że najlepszy tom z wielu sześcioboków, jakie pozostają pod moją opieką, nosi tytuł Uczesany grom, a inny Gipsowy skurcz, a inny Axaxaxas mlo. Zwroty te, na pierwszy rzut oka bezładne, są niewątpliwie zdolne do kryptograficznego czy alegorycznego uzasadnienia; uzasadnienie to jest słowne i, ex hypothesi, figuruje już w Bibliotece. Nie mogę znaleźć połączenia kilku liter: dhcmrlchtdj,
którego by boska Biblioteka nie przewidziała i które w jednym z jej tajemnych języków nie zawierałoby jakiegoś potwornego sensu. Nie można wypowiedzieć jednej sylaby, która nie byłaby przepełniona czułościami i obawami; która nie byłaby w jednym z tych języków potężnym imieniem jakiegoś boga. Mówić to popadać w tautologie. Ten zbędny i przegadany list istnieje już w jednym z trzydziestu tomów jednej z pięciu szaf jednego z niezliczonych sześcioboków - i również jego refutacja. (Liczba n możliwych języków używa tego samego słownictwa; w niektórych symbol "biblioteka" dopuszcza poprawną definicję "wszechobecny i trwały system sześciobocznych galerii", ale biblioteka to "chleb" czy "piramida", czy jakakolwiek inna rzecz, i sześć słów, które ją określa, posiada inną wartość. Ty, który mnie czytasz, czy jesteś pewien, że rozumiesz mój język?)
Metodyczne pisanie odrywa mnie od obecnego losu ludzi. Pewność, że wszystko jest napisane, unicestwia nas lub czyni widmami. Znam okolice, w których młodzi ludzie padają na kolana przed księgami i po barbarzyńsku całują stronicę, ale nie potrafią odcyfrować ani jednej litery. Epidemia, heretyczne niezgody, pielgrzymki, które w nieunikniony sposób degenerują się do napadów rabunkowych, zdziesiątkowały ludność. Chyba wspomniałem już o samobójstwach, z każdym rokiem liczniejszych. Być może zwodzi mnie starość i obawa, ale podejrzewam, że rodzaj ludzki - jedyny - jest na wymarciu i że Biblioteka przetrwa: oświetlona, samotna, nieskończona, doskonale nieruchoma, uzbrojona w cenne woluminy, niezniszczalna, tajemnicza.
Przed chwilą napisałem n i e s k o ń c z o n a. Nie z retorycznego przyzwyczajenia wstawiłem ten przymiotnik; sądzę, iż nie jest nielogiczna myśl, że świat jest nieskończony. Ci, którzy uważają go za ograniczony, twierdzą tym samym, że w odległych miejscach galerie i schody, i sześcioboki mogą w niepojęty sposób kończyć się - co jest absurdalne. Ci, którzy wyobrażają go sobie bez kresu, zapominają, że ma kres liczba możliwych książek. Ośmielam się poddać takie rozwiązanie tego pradawnego problemu: Biblioteka jest nieograniczona i periodyczna. Jeśliby wieczny podróżnik przebywał ją w jakimkolwiek kierunku, stwierdziłby po upływie wieków, że te same tomy powtarzają się w takim samym chaosie (który, powtórzony, byłby jakimś porządkiem: Porządkiem). Moja samotność cieszy się tą elegancką nadzieją.

Przełożył Andrzej Sobol - Jurczykowski






wtorek, 30 sierpnia 2016

Tak tu nudno, że

postanowiłem rozweselić Publikę.

Kto był ów mąż polityczny, który wiekopomne słowa poniższe wygłosił?

"Bardzo proszę o oddanie na mnie głos. To co przedstawiłem, swoje postulaty, to ja wszystko uczynię i na mnie warto głosować, bo ja jestem naprawdę człowiekiem uczciwym i sprawiedliwym. Nie tak, że inne partie, inne komitety, inne partie mówią, a nic ni robią, a nic ni zrobili dla miasta Białegostoku, a to co ja powiedziałem to ja wszystko uczynię, bo jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym i wiem na jakiej zasadzie to zrobić, jak uczynić, jak usprawnić drogi, jak wszystko, jak zlikwidować papierosy, jak wszystko zlikwidować. I bardzo proszę całego miasta Białegostoku i całego Podlasia oddać na mnie głos, dziękuję państwu"

Uniform partyjny kandydata na zbawcę swojego okręgu


PS: kliknij TUTAJ a obaczysz owego rzutkiego i tajemniczego polityka, prezentującego nowego (był stary?) Sekretarza Generalnego.
.

sobota, 18 czerwca 2016

FRYZJER




















Wanda Szczypiorska



FRYZJER

Miałam posadę referenta w jednym z wydziałów powiatowej rady. Barak, w którym mieściły się nasze biura, pomimo że był stary, trzymał się jeszcze nieźle. Pokoje małe i dość mroczne. I atmosfera też nie bardzo. Dwie starsze panie przy sąsiednich biurkach, niezbyt ciekawe towarzystwo. A one ze swej strony uważały, że jestem całkowicie zbędna. Miałam najniższą pensję, według okienek w siatce płac dla nieprzygotowanych do zawodu. Ledwo starczało na ubranie. W zimie na ciuchach zamiast płaszcza kupiłam sobie kurtkę z misia i wyróżniałam się korzystnie wśród moich rówieśniczek ze wsi. Kierownik, żonaty i niemłody już, przychodząc na rozmowę do mnie, siadał na biurku, dyndał lewą nogą, prawą wspierając o podłogę i był to pewien rodzaj kokieterii. Robił tak jednak tylko wtedy, kiedy byliśmy sami. Wyjazd w teren służbowym samochodem byłby okazją może, żeby gdzieś się zaszyć, ale nie w towarzystwie pana Józia, kierowcy, który zapewne był kimś więcej jeszcze i donosił. Zresztą, nie uważano mnie za łatwą, miałam opinie niedostępnej. A przecież chciałabym coś przeżyć. A więc zbierałam pieniądze na wakacje. Pojadę gdzieś. Nad morze. Po prostu wsiądę do pociągu i pojadę. Do Łeby? Do Sopotu? Nie, za drogo. Najtaniej będzie w Międzywodziu.
W połowie maja byłam wolna. Postanowiłam jechać, ot tak sobie. Najwyżej prześpię się na plaży. Ale nie było to konieczne. Na stacji w Międzywodziu wskazano mi ulicę Morską. Niosąc walizkę poszłam tam i rzeczywiście. Jest ogródek, na bramie wisi ogłoszenie, a w głębi stoi domek z płaskim dachem. Jest wolne łóżko, proszę. I niedrogo. Na razie jestem sama w tym pokoju, bo rezerwacje łóżek są na lipiec. Jechałam całe popołudnie, całą noc, a zapowiadał się upalny dzień. Postanowiłam iść na plażę. Podobno bardzo blisko. Przez lasek, wydmę i już jest. Plaża olbrzymia, prawie pusta. Usadowiłam się pod wydmą i rozebrałam do bikini. Potem się przejdę i zamoczę nogi. Pływać się nie odważę, woda za zimna. Pełne morze. Przyniosłam w torbie książkę, coś lekkiego, lekturę akurat na lato. Leżałam i czytałam trochę. Nieuważnie. Obok zauważyłam towarzystwo, zżyte ze sobą, widać było, że przyjechali wszyscy razem. Jacyś kursanci. Większość kobiet, a raczej młodych dziewcząt. Lecz nie tylko. Był między nimi fajny chłopak. Zauważyłam go od razu. W tej sytuacji nie chciało mi się dłużej leżeć. Wolno, nie spiesząc się, niedbale, kołysząc się, bo nogi grzęzły w piasku, poszłam w stronę morza. Zamoczę się do kolan tylko. Czerwiec to nie jest pora na kąpiele. Wróciłam, a chłopak patrzył na mnie, kiedy szłam. Skupiony i poważny.
Pora na obiad. Byłam głodna. Zjem obiad w barze mlecznym. Zerknęłam na to towarzystwo . Być może ich zastanę jeszcze, kiedy wrócę. Lecz po południu nikogo już nie było. Kilka samotnych osób w dużej ode mnie odległości. Posiedzę tu do zmroku. Zastanawiałam się, co będę robić wieczorami. Poradzę sobie jakoś. Pójdę na spacer. Dni są długie. Wtedy poczułam czyjąś obecność za plecami. To był ten chłopak. Kręcił się niepewnie. Wreszcie powiedział - mogę usiąść? Kiwnęłam lekko głową. To było przyzwolenie tylko, nie zachęta. Usiadł. Pewno zapyta mnie skąd jestem, czy na długo?
- Na pewno pani nie jest stąd? – zapytał. Ja mu odpowiedziałam, że z Warszawy, choć to nie była prawda. W Warszawie wsiadłam do pociągu, lecz do Warszawy musiałam dotrzeć pekaesem. I co z tego? Mieszkałam przecież niedaleko od Warszawy i to dawało mi przewagę.
- Oj – zmartwił się – a ja z Wrocławia.
Przyjęłam do wiadomości.
- Co pani czyta? – znów zapytał. Tego się spodziewałam oczywiście, więc powiedziałam mu, że dzieło naukowe.
- Studiuje pani? - wykrzyknął prawie tak jak gdyby poczuł satysfakcję, a jednocześnie respekt. Kiwnęłam głowa nic nie mówiąc, nie powiem przecież, bo i po co, że kiedyś tam zdawałam na uczelnię, ale bez skutku. A on wydawał się onieśmielony.
- Jestem fryzjerem – rzekł
Spojrzałam w jego stronę nie kryjąc ciekawości. Usiadł wygodniej. Blisko mnie. Chłopak przystojny. Bardzo nawet. Taki żylasty, chudy, umięśniony. Ja pewno wydaję mu się ładna. Na plaży przyglądają mi się zwykle, nie wiem czemu. Milczeliśmy, nie wypadało pytać o cokolwiek. Sam powiedział, że jest na wczasach pracowniczych. Jego spółdzielnia ma tu ośrodek. Dziewczyny? Koleżanki z pracy.
- Żadna z nich mi się nie podoba
Pomilczał chwilę
- Podoba mi się pani.
Trudno, odważę się, zapytam
- A jak pan ma na imię? Zmieszał się – Przepraszam bardzo, jestem Mariusz.
Chciałam mu rzec; to świetne imię dla fryzjera, ale się powstrzymałam. On mi się też podobał. Wydaje się, że nie miał więcej, jak dwadzieścia lat. Ja byłam trochę starsza.
- Jestem po wojsku – powiedział tak dobitnie, jakby to było ważne. Było ważne. W ten sposób dał do zrozumienia, że jego przyszłość nie jest zagrożona. Jest wolny. I do wzięcia.
- A pani taka sama?
- Tak
- Czeka pani na kogoś? – Powiedział to niepewnie, ale tak jak ktoś, kto jest zainteresowany odpowiedzią. Nie skłamię. I tak by wyszło przecież na jaw, ze nikt tu nie przyjedzie, więc powiedziałam mu, że chcę odpocząć w samotności. Widać było, że nie jest przekonany, lecz najwyraźniej się odprężył. Położył się na piasku obok, ja też się położyłam, a on mnie wtedy pocałował. Uznałam to za oczywiste, wszystko do tego prowadziło, lecz wypadało się sprzeciwić, dlatego powiedziałam – Och! – i odsunęłam się. To nie był jednak duży dystans. Bo znów leżeliśmy po chwili obok siebie ramieniem przy ramieniu..
- Jak pani ma na imię? – szeptał
- Magdalena.
Lecz potem nic nie zaszło między nami, ot takie sobie pocałunki na tyle czułe i namiętne, że trudno było się pożegnać, kiedy zrobiło się naprawdę chłodno.
- Czy pójdziesz ze mną na kolację? – mówiliśmy już sobie po imieniu. Zgodziłam się. lecz nie od razu. Z pewnym wahaniem. Tak wypada. Trzeba się przebrać. Bo wynajęłam łóżko w chacie na ulicy Morskiej, powiedziałam. Wiedział gdzie mieszkam. Znał ten dom.
Knajp było kilka, przecież miejscowość letniskowa. Smażalnia ryb? A nie. Odpada. Prowadził mnie do restauracji, takiej prawdziwej, bez samoobsługi. Z kelnerem, który podszedł owszem, ale jak gdyby nie od razu. Miałam kłopot z wyborem dań, chciałam żeby wypadło niezbyt drogo, skąd mogłam wiedzieć, ile ma pieniędzy, sama za siebie nie zapłacę, stać mnie jedynie na bar mleczny. Zamówił wino. Lubię wino. Schabowy? Proszę. Czemu nie?
Mariusz wiedział jak się zachować, widocznie bywał w restauracji, a mimo to wydawał się onieśmielony. Pytał , jak jest w Warszawie, co studiuję. Powiedziałam, że filologie polską, bo na tym chyba mnie nie zagnie. Po egzaminach? Jeszcze nie. Nawet nie przyszło mu do głowy żeby zapytać, co wobec tego robię w Międzywodziu
- A nie przeniosłabyś się do Wrocławia? Chwila namysłu – Nie wiem, pewno tak
Był czymś przejęty, zaaferowany i było oczywiste, że mu na mnie zależy. Wino wypite do obiadu (schabowy i kapusta a może i pieczarki, nie pamiętam) sprawiło, że już byliśmy rozluźnieni .
- Na razie mieszkam z rodzicami w bloku – rzeczowo mnie poinformował – ale należę do spółdzielni. Nie, tego mu nie powiedziałam. Ja z siostrą mamy mały pokój. Bez wody i kanalizacji, więc byłam dość dyskretna, dlatego zaczął podejrzewać, że mam kochanka, albo męża. Teraz był czujny. Zadał pytania podchwytliwe, a więc musiałam opowiedzieć mu o siostrze. Jest panną i pracuje w kadrach. Rodzice? Tylko mama. Jest już od dawna na emeryturze. Chciał mi zaimponować najwyraźniej, chwalił się stanem swojego posiadania. Kupi malucha. Jest na liście. Lecz nie ma jeszcze prawa jazdy. Rzeczywiście, to było coś. Ja jeździłam jedynie autostopem i tylko tym służbowym samochodem z panem Józiem. Ale zdawałam sobie jasno sprawę, że ta znajomość nie ma szans przetrwania. Liczyć mogłam jedynie na spędzenie czasu, romans, spacery, i coś więcej może? Wspólne wylegiwanie się na piasku.
Wino nas zbliżało. Był czuły. Pochylił się i trzymał mnie za rękę. Miałam wypieki, czułam to. Od wina. Podobał mi się, nawet bardzo. Po wyjściu z knajpy objął mnie. Poszliśmy w stronę Morskiej. Byliśmy podnieceni. Coś mówił, obiecywał.. Opowiadał, jak to u niego jest, jaką ma dobrą pracę i pieniądze. I czy nie chciałabym przyjechać do Wrocławia.
- Czy to możliwe?
- Ależ tak.
Byliśmy już przed domkiem, w którym wynajmowałam łóżko.
-Mogę wejść?
Nie widać było właścicielki, więc weszliśmy. Pokój był pusty, nikt się tu jeszcze nie wprowadził.
- Nie zapalajmy światła – szepnął. Usiedliśmy na moim łóżku, nie było innej możliwości, a za to łóżko zapłaciłam, było moje. Pieszczoty stały się namiętne i wkrótce trzeba było się rozebrać. A potem działo się to wszystko, co się na ogół zwykle dzieje. Ale doprawdy nie wiem czemu, może dlatego, że to był mimo wszystko obcy człowiek, nie miałam z tego satysfakcji. Wyszedł przez okno w środku nocy.
Rano się zachmurzyło, jak to w czerwcu i było chłodniej. Plaża pusta. Gdzie go szukać? Nie umawialiśmy się, bo było przecież oczywiste, że się spotkamy znów na plaży. Postanowiłam wrócić po południu, pewno przyjdzie. Ale nie przyszedł tego dnia. Potem widziałam ich z daleka. Cała gromadką szli wzdłuż brzegu. Już byli blisko. Wstałam. Podbiegnie do mnie. Ale nie. Tak jakby mnie nie zauważył. Przeszli. Usiadłam znowu, zdezorientowana. Nie rozumiałam, co się stało. Resztę urlopu spędziłam leżąc w słońcu, lub snując się po Międzywodziu. Tamci przenieśli się gdzieś dalej, plaża rozległa, w prawo, w lewo, wydaje się, że nie ma końca. Woda wciąż zimna. Znów padało.
Spotkaliśmy się na ulicy. Miałam wyjechać następnego dnia. Zaczęłam z nim swobodną pogawędkę.
- Dlaczego się nie widujemy?
Wydawał mi się roztargniony, obojętny. Szybko traciłam pewność siebie, ale chciałam dowiedzieć się, dlaczego?
- Wyjeżdżam jutro – powiedziałam. Teraz jednak popatrzył na mnie, jak gdyby z odrobiną żalu.
- Szkoda.
- Dlaczego mnie unikasz? Nie zechcesz nawet się pożegnać?
- Nie chcę
- Co się stało?
Rozejrzał się. Był niespokojny, spięty, jakby nie mogąc zdecydować; powiedzieć, nie powiedzieć i wreszcie krzyknął.
- Bo zaciągnęłaś mnie do łóżka. Bo ja się chciałem żenić z tobą, ale ty jesteś zwykła dziwka.

Wróciłam z Międzywodzia opalona. Przede mną jeszcze całe lato, będzie się chodzić na glinianki. W biurze zrobiło się dość szaro, no i ten wstrętny zapach kurzu. Budynek niski, mroczny. Czym się zająć? Kierownik na urlopie.
Nuda.


czwartek, 2 czerwca 2016

CHIŃSKI PARAWAN III

 Małgorzata Köhler 

 

 

część III 

i ostatnia






Kobiety mojego stammu trzymały się prosto. Nawet w ciasnej kuchni zachowywały postawę: lewa ręka założona po napoleońsku pod prawą pachę, prawa, aktywna w rozmowie, kreśliła lekkimi gestami znaki dymu, unoszącego się z papierosa w długiej lufce. Nie była to postawa na baczność, wręcz przeciwnie: luz, ale i żywa, naturalna gotowość, skoncentrowanie się na tym, co istotne.


Ty wiesz i ja wiem, mówiły znaki. Nie było się czym przejmować, nie takie bitwy pole widziało. Wszystko pod kontrolą. Doglądały potraw, dochodzących na wolnym ogniu, które przygotowały wcześniej sprawnie i błyskawicznie. Powiedziałabym o potrawach: „dochodzących, do znudzenia powoli“, lecz one, kobiety mojego kroju, nigdy się nie nudziły. Na ośmiu metrach kwadratowych było ich nieraz kilka - ale też nigdy sobie nie przeszkadzały.

Tak gotuję, kiedy jestem sama. Nie gestykuluję, oczywiście, i nie rozmawiam ze sobą, nie mam też bursztynowej lufki ani pantofli na obcasiku, z pomponem, ale poza tym wszystko się zgadza. Palę lekkie, cienkie i długie papierosy, chodzę wyprostowana, od czasu do czasu wyglądam przez okno, jakbym kontrolowała świat. W polu okna nie ma podwórka z bawiącymi się dziećmi, na które trzeba uważać, są dachy i drzewa, zamykające symbolicznie horyzont, za nimi jest granica z Polską. Gotując, mieszam pięćdziesięcioletnią, lipową łyżką o długim trzonku, którą mieszała jeszcze babka męża, jest identyczna jak ta prababki Teresy, ale po niej nic mi nie zostało. Prawie dwadzieścia tysięcy obiadów wsiąkło w tę łyżkę, a jest ciągle smukła i krzepka. Patrzę na niebo, aby sprawdzać pogodę, tak jak robiła to ona i Hela, i kobiety przed nimi. Pogoda serdecznie mnie nie interesuje, sprawdzam ją jedynie z nawyku, taki dziedziczny tick; jej stan nie ma znaczenia, kiedy jestem sama. Teraz nie wyjedziemy, a do wieczora wszystko może się zmienić. Zresztą każda sytuacja za oknem ma swoje dobre strony, nawet paskudna mżawka; ta zatapia mnie w namysłach i nagłych olśnieniach pamięci, z której wyciągam detale, o jakie bym jej nie podejrzewała. Koncentruję się jak one, te przy kuchni, planuję drobne potyczki. Z czego wycisnę sok, jakie druki trzeba wypełnić do załatwienia tych okropnych, urzędowych spraw, które zostawiam zawsze na ostatni moment, i jak będzie się zaczynało nowe opowiadanie. Fraza: zajęła się ogniem – ileż w niej poezji! Jestem kobietą spełnioną, jak one wszystkie, ale nie przez kuchnię.

Kiedy gotuje mąż, przeistaczam się bez trudu – oddaję teren i nawet rzęsa mi nie drgnie. A niech sobie kroi cebulę w grubą kostkę! Są pewne tysiącletnie sposoby: tak, a nie inaczej zdejmuje się skórkę z pomidora; drewnianą łyżkę oblizuje się i odkłada na garnek, a nie wrzuca do zlewu, ale one nie przenikają do świata mężczyzn, i wcale nie muszą. Na wszelki wypadek udaję, że mnie to mało interesuje. Przybieram chętnie rolę podkuchennej: obieram warzywa, zmywam coś, co koniecznie trzeba zmyć teraz; poza tym, o ile nie ucieknę od razu do komputera, siedzę z boku na wysokim stołku z podciągniętymi prawie pod brodę nogami i robię się drobna i lekko słodka, żeby za bardzo nie przeszkadzać. Koniec z pozą napoleońską, spacerami od okna do kuchenki, skupianiem myśli, rozgrywkami taktycznymi. Węszę, mruczę i mniamam, ale poza tym się nie wtrącam. Z mężczyzną w kuchni nie da się rozmawiać bo nie ma on podzielnej uwagi; odkryłam to dawno, lecz nie mam wyboru – te z mojego stammu wszystkie już nie żyją, albo mieszkają za daleko.

W kuchni rządzonej przez kobiety dominuje drewno i wisi lusterko. Nasza jest prawie cała ze stali, lustra nie ma, przeglądam się więc w durszlaku. Robię miny do matowego odbicia, oczy są w nim większe, to mi się podoba. Na koniec układam usta w ciup, jakim one - babcia, ciotka Janka i inne ciotki - kończyły udaną korektę szminki w okrągłym, lekko zmatowiałym, ale nieśmiertelnym lusterku, pamiętającym czasy cara. Janka trzyma się prawej strony kuchni, tam siada jeśli nie ma dziadka, bo to jego krzesło; chętnie też zmywa a zmywak jest po tej stronie. Lusterko wisi przy oknie po prawej i ciotka podchodzi do niego często, poprawiając szminkę na każdy odgłos kroków z klatki schodowej, a czasami i bez powodu. Goście wpadają na Słoneczną codziennie, rodzina bliższa i dalsza oraz przyjaciele mieszkają w pobliżu i zaglądają, przechodząc. Nie mogę się nadziwić, że beznadziejnie brzydka ciotka próbuje się upiększać szminką, co w moim odczuciu daje efekt raczej komiczny. Jaskrawy, pomarańczowy odcień pomadki kontrastuje z bielą suchej twarzy, w której rysach i zagłebieniach zbiera się tani puder. Widzę wszystko nieubłaganą nadwzrocznością dziecka. Delikatne, jasne wąsiki nad górną warga wyglądają jak oprószone mąką. Ciotka przypomina mi clowna. Gdybym poznała ją jako dorosła, pomyślałabym: co za dramatyczny wyraz twarzy, jaka niepospolita uroda! Jej podkreślone czarnym ołówkiem brwi akcentują nienaturalnie uczucie wiecznego zdziwienia i protestu, podczas gdy przecież tylko kręci się po kuchni, wybiera szczapy, myje stół mokrą szmatą, dekoruje półmiski i zajmuje się setkami spraw małych, którymi skrycie gardzę. Ale gości przyjmuje się w makijażu a do kościoła nakłada kapelusik, i kropka. Nawet prababcia pociąga starcze usta bladą pomadką, raz na tydzień, w niedzielę. Kapelusz każda z nich ma jeden, czyszczony i odnawiany w nieskończoność. Krewni i znajomi są bogaci, mieszkają w okazałych willach z ogrodem i może chodzi o to, że nie powinni odczuwać współczucia na widok braku kapelusika czy szminki, racjonalizuję teraz, ale możliwe, że czegoś po prostu nie rozumiem. Nie rozumiesz Ducha Przedwojennego Czasu, moja droga.

Janka stoi jeszcze przed lustrem, poprawia rude, bujne włosy, niecierpliwie czeka na grzejące się żelazko, aby gorącymi rurkami wyrównać loki; zaraz przyjdzie Maurycy, a ona jeszcze niegotowa! Aż podskakuje na pukanie, ale to nie on; bez czekania na „proszę“ wchodzi jak zawsze właścicielka kamienicy i zwyczajowo od progu, bez ceregieli, oznajmia, z czym przyszła:

Kulmanowa kupiła pistolet, będzie tragedia!


*


Kulmanowa nie bywa w kuchni. Nie cierpi stężonych zapachów jedzenia, nie kontaktuje się też nigdy z kucharką, a dyspozycje załatwia przez Salcię, krewną, pełniącą obowiązki gospodyni. Nie pamięta też, aby kiedykolwiek, nawet jako dziecko, łasuchowała w spiżarni albo asystowała niecierpliwie przy pieczeniu ciast, to raczej dziadek czy rodzice biegali za nią z pudełkami belgijskich czekoladek i tureckiej chałwy, bo była niejadkiem. Nie zna kobiecych pogwarek nad garnkami, wypłakiwania się nad cebulą, pociechy, jaką dają parzące, pieczone jabłka z zastygającymi w lukier językami cukru pudru, prosto z piekarnika. Trudno jest jej też przyjaźnić się z kobietami, ma wprawdzie wiele przyjaciółek, ale są to znajomości powierzchowne, z których one korzystają, jak potrafią, prosząc ją często o radę lub nawet o pomoc finansową. Jej samej nie wpadłoby nigdy do głowy zwierzyć się którejś, lub, co gorsza, zapytać o radę. Są wszystkie głupsze od niej, cóż mogłyby jej poradzić. Usłyszałaby, że wszystko będzie dobrze, może mieć każdego na skinięcie paluszkiem, że pół miasta za nią szaleje, albo że słaby mężczyzna nie jest wart takiej kobiety. Zanim każda z nich otworzy buzię, wiadomo, co powie. Banały, oczywistości, ludzie porozumiewają się za pomocą banałów. Tylko tak czują się bezpieczni w stadzie, tylko w ten sposób stado porusza się bez kolizji.

Ciekawe, co zrobiłyby jej partnerki od damskiego brydża, gdyby nagle nad stolikiem do kart, w trakcie pogwarek o wszystkim – dzieciach, chorobach mniej lub bardziej intymnych, a przede wszystkim o mężczyznach, cudzych i swoich, na których nie zostawiały suchej nitki, zawołała, wykrzykując z siebie to, co dręczyło ją od dwóch tygodni, od kiedy się rozstali: Moje serce oszalało, wyrywa się jak zwierzę z klatki, tylko do niego, wciąż do niego! Wszystko we mnie w środku wyje, chociaż na zewnątrz jestem zimna i błyszcząca jak fałszywa kolia. Zaraz się zabiję, wrócę do domu i podetnę sobie żyły, nie mogę już dłużej. Kupię pistolet i strzelę mu w głowę, a później sobie! Niech mnie ktoś zwiąże, niech mnie ktoś wreszcie zabije, niech to się wreszcie skończy!

- Cztery bez atu – powiedziała w roztargnieniu, chociaż miała kartę na szlemika. Nie zależało jej już na żadnej wygranej, to był oczywisty dowód na to, że jej życie się skończyło; jutro rozejrzy się za bronią, najlepszy byłby mały rewolwer.

Joasia, żona porucznika Rączego, przyniosła jej przed chwilą wiadomość o zapowiedziach ślubu Maurycego i panny Stefańskiej, zrobiła to delikatnie. Judyta nie wiedziała o nich, bo i skąd. A i towarzystwo dowiedziało się z opóźnieniem, bo ślub miał się odbyć w parafii panny młodej, a nie w kościele garnizonowym, gdzie bywały żony oficerów. Ci, co wiedzieli, nie odważyli się jej o to zaczepić. Kuzynka Salcia wiedziała, bo wiedziała o wszystkim, co działo się w mieście, ale milczała, bo znała humory i wybuchy Judyty; im później się sama dowie, tym lepiej. Potrzebne mi to piekło w domu.

- Powinnam się z nią cieszyć, ale raczej współczuję pannie Stefańskiej – powiedziała Joasia. – Że też się odważyła. Wszyscy przecież wiedzą, że on kocha ciebie. Zakładałam się z Bolkiem, że nic z tego nie będzie, a to już podobno w następną niedzielę. No i co taka młoda koza mu da, po tobie? No i przegram zakład, teraz się lepiej założę, że zdradzi ją w przeciągu roku. Ale ty go chyba już wypędzisz na dobre? – spojrzała z nieudawaną troską.

Judyta poczuła straszne zimno, od stóp do głowy, ale opanowała się.

- Nie przesadzaj, panna dostanie przynajmniej dobry materiał, nauczył się u mnie niejednego – syknęła tylko, a Joanna wybuchnęła niepohamowanym, prawie histerycznym śmiechem.

- Dobry materiał, no wiesz, ty to jesteś! Dobry materiał!

Kulmanowa wiedziała, że jutro to zdanie obiegnie cale K. Dotrze też do Janki Stefańskiej, uświadomiła sobie z gorzką satysfakcją i dorzuciła jeszcze:

- Prosty, ale dobrze wyszkolony. Niestety czasem go węch zawodzi, coż zrobić, taka cecha rasy. Nie, ode mnie dostał już ostateczne zwolnienie ze służby.

Ale po głowie tłukło jej się tylko: „W następną niedzielę. Już w następną niedzielę.“

Wygrała Kulmanowa z partnerką, jak zwykle. Trudno było jej wytrzymać, ale uśmiechała się do końca przedstawienia. Potem postanowiła napisać do Maurycego. Miała w zanadrzu ostatni atut, z którym jeszcze czekała – właśnie od tygodnia spóźniał się jej okres i teraz, tym razem, czuła wyraźnie, że będzie dobrze, że musi być dobrze. Bo gorzej już nigdy nie będzie.

Napisała liścik z prosbą o spotkanie, zapieczętowała i położyła na biurku Salci, żeby ta wysłała go rano przez posłańca. Wreszcie zasnęła spokojnie. Ale kiedy się obudziła, nagle i o świcie, miała uda oblepione ciemną, gęstą krwią.


*


Całe miasto wiedziało, że Kulmanowa kupiła broń. Rajzman, właściciel sklepu z militariami i artykułami myśliwskimi, był dyskretny, zresztą dawała szczodrze na „Tomchaj Enyim“, gdzie był w radzie nadzorczej, podobnie jak wspomagała kilka innych towarzystw dobroczynnych w mieście. Sympatii kupić nie mogła, ale przynajmniej liczono się z nią. Rabini trakowali ją wprawdzie jak powietrze, jednak inni przedsiębiorcy i aktywiści gminy żydowskiej kłaniali się jej nisko. Szkoda byłoby tracić taką dobrą klientkę, chociaż z drugiej strony można przyjąć z całą pewnością, że „Tomchaj Enyim“ dostanie w razie czego suty zapis. Rajzman nie puścił więc pary z ust, ale subiekt podejrzał, co wynosiła z kantorku szefa, zapakowane dla dyskrecji w elegancką, błękitną bibułkę. „Będzie nieszczęście, Kulmanowa kupiła Mausera“, powiedział subiekt do żony, nad bitkami po myśliwsku, bo mu się właśnie przypomniało.

- Cooo? Jego też kupiła? – zdziwiła się dobra kobieta. – To już nie wystarcza jej, że wykupiła u nas połowę zakładów w mieście?

- Pistolet, moje ty głupiątko. Mówię ci, będzie tragedia. Ja zaraz czuję, jak kupuje broń ktoś, kto zamierza sobie strzelić w łeb. Unosi się wokół niego taka aura, mam do tego nosa.

- Bezbożna jest, to i przed niczym się nie cofnie – zgodziła się żona. – Co ma wisieć, nie utonie, wszystko zapisane jest w górze, poczekamy, zobaczymy. Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.

- Będzie, będzie tragedia – zgodził się nieoczekiwanie Grabowski – nasza pani na świeczniku całkiem się wypaliła, to widać. Ostatnio widziano ją dwa razy pod rząd w tym samym kapeluszu. Ale odejdzie w wielkim stylu. Zakład, że będzie dubel?

- Co masz na myśli? – por. Rączy najwyraźniej nie nadążał.

- No jak to co? Pif i paf, dwa trupy za jednym zamachem. Czysty Szekspir, zawsze miała ciągotki do dramatu. Podobno jeździ codziennie ćwiczyć na Bukówkę. Ta kobieta wie, co robi, to nie żadna dyletantka.

- A może trzy? Jak już to już – Kłoszyński wydawał się zapalony do tego pomysłu.

- E , niee. Na to ma zbyt dużo honoru. Jedna kulka dla pana młodego i jedna do buzi. Krótko i na temat.

- Za dużo honoru? Przecież to kobieta. Prędzej zabije drugą kobietę, niż siebie. I w dodatku Żydówka.

- Najpewniej zrani się po prostu w ucho, a jej persa i różowy peniuar zaleje - jakże niegustownie - zła, żydowska krew. Wyślemy róże, ty największy bukiet, jak zwykle – podkręcał Rączy.

- Nie doceniasz naszej gwiazdy. W tym mdłym, zniewolonym, semickim ciele, jakże rozkosznym nota bene, tkwi wielki duch. Ma więcej honoru, niż połowa waszego garnizonu. Zakład? O skrzynkę szampusa. Obstawiam dubla.

- Dorzucam skrzynkę cygar i typuję śmierć rywalki. Kulmanowa jest nad wyraz praktyczna – podbił Kłoszyński.

- Niewypał. Tyle z tego będzie. Przyjmuję zakład – Rączy wzniósł toast: Za zdrowie naszych pań, bo jak one będą zdrowe…

- Amen – przerwał mu zniesmaczony Grabowski, wypił do dna, a potem nalał sobie jeszcze jednego, wychylił, wstał gwałtownie i zataczając się lekko, co mu się nigdy dotąd nie zdarzało, pospieszył do drzwi, nie bacząc na portiera, biegnącego za nim z płaszczem i aktówką.

Rączy z Kłoszyńskim popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem.

- Zakochał się czy co? – zamyślił się nagle Kłoszyński - Idiota, ona mu nawet rękawiczki do pocałowania nie daje. Stary pajac!

A jednak Grabowski dotknął ustami pachnącego nadgarstka Kulmanowej, tuż za brzegiem popielatej, giemzowej rękawiczki. Myślał, że padnie trupem na miejscu, gdy weszła do kancelarii. Prędzej spodziewałby się samego Marszałka.

- Pani u mnie? Czemuż zawdzięczam…?

Gardenia“. Zmieniła perfumy, zarejestrował, wciągając raz jeszcze zapach. Jaśmin. Miał się za prawdziwego znawcę paryskich perfum, niejednej kochance zamówił u Szajny flakonik „Cuir de Russie“, jakich intensywny ślad ciągnął się zwykle za Kulmanową. Jucht i goździki, to połączenie było jej godne i tak ją chciał pamiętać. W jego głosie był z trudem ukrywany wyrzut:

- „Gardenia“?

- Być może, nie pamiętam, mam wiele flakonów – wzruszyła ramionami, pozwoliła zdjąć z siebie płaszcz i usiadła, nie czekając na zaproszenie. Wysunęła do przodu nogi, krzyżując je w kostkach, oparła głowę na oparciu fotela i wydawało się, że zaraz przymknie oczy. Nie zwracała uwagi na Grabowskiego, wodzącego wzrokiem po jej pończochach, nie interesował jej. Miała coś do załatwienia i była zmęczona, to było widać. Nie miała ochoty grać, nie z nim. Ale nie poczuł złości, raczej ciekawość i coś na kształt współczucia. Podjął więc rozmowę.

- Co panią do mnie sprowadza?

- Testament. Chcę zmienić testament.

- Naturalnie. W tym wieku … to bardzo naturalne. – Zmroziła go wzrokiem więc kontynuował już bez uśmiechu: Testament, ależ proszę bardzo. Testament. Jakie to zmiany i czy dostanę poprzedni dokument do wglądu? Pani już raz zadysponowała, prawda? No tak, to oczywiste. W kancelarii Stelzmanna, mniemam? To będzie proste, po upoważnieniu, rzecz jasna, mogę poprosić kolegę Stelzmanna o odpis i naniesiemy zmiany. Czego one dotyczą?

- Wszystkiego. Proszę się nie zwracać do Stelzmanna, zależy mi na dyskrecji.

- Ależ oczywiście, to mój zawód, droga pani. Jestem do usług. Aplikant sporządzi zaraz protokół zdeponowania, potwierdzimy obaj. Proszę się nie obawiać, to mój kuzyn, jest mi bardzo oddany, zresztą przyjechał właśnie z Włoszczowej, nikogo tu nie zna.. Już spisujemy, to będzie proste – powiedział, ale pomyślał, że to może być bardzo trudne. Jeżeli ona wyjdzie od niego w czwartek a w niedzielę odstrzeli sobie głowę, to może być duży problem z uznaniem testamentu.

Bezwiednie giął się w ukłonach, zniżał głos, obchodził ją jak kot. Podsunął własnego watermana, najlepszy papier, popielniczkę, dyskretnie dociągnął zasłony, zadysponował kawę. Przyjęła filiżankę mokki, ale wypiła tak prędko, że chyba poparzyła sobie usta. Przygotowała się dobrze, pomyślał z uznaniem, gdy podsunęła mu wyciągnięte z krokodylowej torebki zestawienie majątkowe. Nie spodziewał się, że aż tyle posiadała. W ciągu niespełna dwóch lat od śmierci męża nabyła udziały w kilkunastu żydowskich firmach, a jej oba zakłady wykazywały zaskakujący wzrost. Miała też depozyty w złocie. Teraz udziały miały zostać sprzedane, podobnie jak dwa czynszowe domy przy Długiej, o których nie miał pojęcia, że należały do niej, a zysk odprowadzony na konto w Szwajcarii.

Całość majątku miała przejść na nieletnią Zofię Dembską, siostrzenicę śp. Dembskiego. Grabowski nie posiadał się ze zdumienia, nigdy o niej nie słyszał. Siostra Dembskiego, panna już niemłoda, trudna i histeryczna, zamieszana w kilka skandali, zmarła trzy lata temu na suchoty, podobno w sanatorium, krążyły jednak pogłoski, że w domu dla obłąkanych. Dziecko najwyraźniej było nieślubne, trzymane w głębokiej tajemnicy. Wykonawcą testamentu i zarządcą majątku do czasu pełnoletności dziewczynki miał zostać pełniący funkcję dyrektora obu zakładów bliski kuzyn Kulmanowej, Adamek, podobnie jak ona o mieszanych, polsko-żydowskich korzeniach, będący w jej łaskach od dawna. Złośliwi twierdzili, że miała z nim romans i że polował na jej majątek. Miał też wejść na jej miejsce w zarządzie, ale nie dziedziczył niczego. A więc goguś nic nie dostanie, Grabowskiemu sprawiło to satysfakcję, nie znosił tego zarozumiałego przystojniaczka, chwalącego się przy każdej okazji rzekomymi koneksjami i zagranicznym wykształceniem.

Zofia miała mieć zagwarantowane najlepsze wykształcenie, zostać odebrana od Nazaretanek, a Rolf Adamek został zobowiązany do przyjęcia jej w domu i otoczenia opieką guwernantek do czasu, gdy dziewczynka wyjedzie do szkół. Miała dopiero cztery lata.

Grabowski nie mógł się opanować:

- Nie miałem pojęcia, że panna Jadwiga…

- Tak. Takie nieszczęście. Trudno było myśleć o adopcji, mąż był wtedy już ciężko chory.

Pisała szerokim, luźnym pismem, wysuwając czasami koniuszek języka, jak dziecko. Zapalił lampę Tiffany, aby oświetlić arkusz, ale w rzeczywistości po to, aby napawać się widokiem jej rozjaśnionej twarzy. Tak właśnie zawsze ją sobie wyobrażał, w tym przepastnym fotelu z czarnej skóry, w dyskretnym, ciepłym świetle. To dla niej sprowadził z Wiednia za bajońską sumę tę lampę, arcydzieło na postumencie w kształcie nagiej kobiety; dla niej kupił aksamitne, miodowe story i perski dywan, dla niej stały na biurku kryształowe szklanki i karafka. Niezliczoną ilość razy przeżywał ten moment: ona wchodzi do gabinetu, odrzuca włosy, opada w fotel, on rzuca się na kolana i rozpina jej czarne pantofle na obcasie, zapinane paseczkiem na guzik. Tu scena kończyła się, Grabowski dochodził. Miał ją teraz na wyciągnięcie ręki, ale nigdy by się nie odważył.

Doskonała, jak zwykle, w każdej roli. Wyraźnie podkrążone oczy podmalowała jeszcze fiołkowo; pełne, odęte wargi lekko drżały, ale wykrój ust mógł zmylić, niezmiennie ukazując wrodzony uśmiech. Patrzył na dołeczek na grzbiecie jej nadgarstka, na ciężki węzeł kręconych włosów; na kark – opalony, nagi w wycięciu białej, jedwabnej bluzki kark uczennicy, zdumiony, jakim cudem mimo trzydziestki i wielu ciąż zachowała tę zapierającą dech urodę kindsfrau: dziewczęcą figurę, ale też pulchność i dołeczki; w tym zestawieniu bezbronności i determinacji rozczulała go, aż musiał się strofować: to jest kobieta, geschäftsfrau, wie, czego chce, i ma w torebce rewolwer.

Nawet nie próbował zażartować. Takiej rozpaczy nie da się ugłaskać. Zresztą nie miał żadnych złudzeń na sukces, zwykle udawała, że nie słyszy jego celnych, ironicznych wiców. Znali się, ale unikała go, krótkie „witam“ nie pozostawiało wątpliwości, mijała go z królewską obojętnością, w towarzystwie zajmowała miejsce daleko, pochłaniali ją zawsze inni. Nie mogła mu darować kąśliwości na jej temat. Nie istniał dla niej, czy też istniał przez absolutną nieważność, zapomnienie. Teraz używała go tylko, jak skrzynki pocztowej. Za chwilę wyjdzie stąd i wszystkim, co mu zostanie po Judycie Kulman – Dembskiej będzie znikająca w pamięci linia szwu jej pończoch, w jaką wpatrywał się zwykle, dopóki nie zeszła mu z pola widzenia.

Ustalał z nią tekst, dyktując formułki łagodnym głosem i rozpaczliwie zbierał myśli. Zapytał tylko o ewentualne inne legaty.

- Nic.

- Nic? Służba, gmina – nikt?

- Nikt, powtórzyła twardo.

Rozliczała się więc ze światem. Ten rachunek nie wyglądał dobrze. Złożyła zamaszysty podpis i dodała: To pieniądze Dembskiego. Polskie pieniądze, gdyby miało mi się coś przytrafić, niech wrócą do jego rodziny. Polskie pieniądze, jak pogardliwie! Grabowski zrozumiał, że kara ma dotknąć wszystkich, i że jest nieodwołalna. Mimo tego zawołał:

- Cóż by miało się przytrafić najbardziej witalnej osobie, jaką znam!

- Życie jest niebezpieczne, wie pan o tym równie dobrze, jak ja.

- Proszę mi obiecać walca na noworocznym balu. Bardzo proszę!

- Zapomina pan, że pan nie tańczy, mecenasie. – Jednak się uśmiechnęła.

Już wychodziła, kiedy wreszcie się odważył, podając jej płaszcz:

- Proszę mi zdradzić, dlaczego u mnie…. oczywiście jestem zaszczycony. Bardzo zaszczycony. Ale dyskrecja należy do naszego zawodu, zapewne mecenas Stelzmann również…

Nie wierzył w to, co mówił. Gdyby poszła do Stelzmanna, jutro wiedzieliby o szczegółach wszyscy Żydzi w mieście. Nikt by o tym nie rozmawiał, ale wiedzieliby wszyscy. Przy jej nazwisku padałyby tylko westchnienia. Wydziedziczyła gminę i własnych krewnych, to gorsze niż trąd.

- Dlaczego pan? No właśnie, dlaczego pan. – Patrzyła na niego długo, jakby szukała powodów. – Może, bo myślę, że jest pan człowiekiem honoru?

Zdławiło mu gardło, więc tylko pochylił się nad jej dłonią, ale tym razem nie dotknął jej ustami.

Później zauważył, że zostawiła rękawiczkę, tę, którą zdjęła, aby pisać. Miał odruch pobiec za nią, ale zaniechał. Powąchał tylko ukradkiem perfumowaną, cieniutką skórkę, bo już wchodził aplikant, i prędko schował do kieszeni. Siedział potem sam, pijąc whisky z kryształowej szklanki i przychodziły mu do głowy najdziksze pomysły. Porozmawiać z rabinem, przecież rabin jest od pociechy duchowej. Cenił tylko jednego z nich, Hersza Gryszpana, z którym nawet błaha rozmowa była przyjemnością. Ale cóż miał mu powiedzieć? Że jedna z jego owieczek, jego czarna owca, jest w niebezpieczeństwie? Wiedział, co usłyszy: którąś z tych eleganckich sentencji, że nie człowiek decyduje, czy kamień rzucony w niebo spadnie na ziemię.

Grabowski wiedział, że lawina już ruszyła i że nie jest w stanie jej zatrzymać. Został spętany, sparaliżowany, przekupiony. Co i rusz wyciągał z kieszeni rękawiczkę i dolewał whisky. Jaśmin, przeklęty zapach śmierci. Wydało mu się, że wszystko wokół pachnie „Gardenią“, dusząco, jak w kościele; zresztą nic dziwnego, bo przecież tu, w jego kancelarii odbyła się przed chwilą czarna msza. A on sam, człowiek honoru, był tylko narzędziem rytualnego mordu.

Nie tylko Grabowski pomyślał o rozmowie z rabinem. Salcia biła się podobnie jak on z myślami. Że szykuje się nieszczęście, tego była pewna. Znała Judytę na tyle dobrze, żeby się nie łudzić, iż ma na nią jakikolwiek wpływ, zresztą nikt nigdy nie miał, to była najbardziej rozpuszczona żydowska dziewucha, jaką kiedykolwiek widziała. Jedynaczka, późno urodzona, rodzice robili wszystko, aby wychować istotę nienawykłą do sprzeciwu, stawiającą zawsze na swoim. Matka Judyty, Sara, była gęsią i umarła z głupoty, bo wstydziła się pójść do lekarza. Ona, Salcia, musiała zajmować się dorastającą córką kuzynki po jej śmierci, jej strojami, kaprysami, apetytem, nawet podpaskami menstruacyjnymi, I podziękowań za to nigdy nie usłyszała, a traktowana byla jak zatrudniona gospodyni, której Judyta dobrze płaciła, aby tylko nie pretendowała do rodziny. A jednak z biegiem lat zżyły się trochę i rozumiały bez zbędnych słów. Była w tym jakaś hassliebe. Jedna o drugiej myślała z pogardą i nigdy dobrego słowa nie powiedziała. Ale Judyta nie potrafiła się bez niej obejść: Salcia to, Salcia tamto, w dzień, w nocy; bez niej byłaby zgubiona, zmuszona do zajmowania się sprawami, które nudziły ją śmiertelnie. A tak miała głowę wolną, dom chodził jak szwajcarski zegarek i Salcia znała swoją cenę.

Zresztą wywiedziała się skądś o zapisie, Judyta przeznaczyła jej na wypadek swojej śmierci sporą sumkę i to ją nastawiło trochę łagodniej, bo przynajmniej poczuła się doceniona. I chociaż była starsza od Kulmanowej o ponad dziesięć lat, to kto wie, którą Pan pierwszą powoła. To jak tamta żyje, woła o pomstę do nieba, a wiadomo, że niebo jest cierpliwe, ale nie jest głuche.

Nie, żeby życzyła jej śmierci, o nie. Były razem od kilkunastu lat, to się liczy, można zżyć się nawet z wrogiem. Ale lubiła sobie czasami wyobrażać, że Judyta umiera przy kolejnym poronieniu, ona pielęgnuje ją z oddaniem do ostatka, nawet płacze, na pewno by płakała, a potem wyjeżdża z tego wrogiego, kołtuńskiego miasta, kupuje dom w Podkowie Leśnej i w przerobionych sukniach Judyty jeździ na wszystkie premiery Warszawskiej Opery.

Lecz na Judycie goiło się wszystko jak na psie – wszystko, za wyjątkiem Maurycego.

Po ich zerwaniu Salcia obserwowała najpierw wściekłość swojej chlebodawczyni, później ogarniający ją obłęd. Na początku miała nawet satysfakcję, bo Judycie należało się za te wszystkie pożarte męskie serca, za tę bezwstydność tak prędko po śmierci męża. Później zrobiło jej się żal kobiety, która sama wykończała się z miłości. Prawie nie jadła, potrafiła podskoczyć albo i krzyknąć na dźwięk telefonu, przestała się w domu kompletnie odzywać, chyba tylko, żeby zadysponować wyjazd. Znikała na całe dnie, nie mówiąc nic nikomu, szofer nudził się bez zajęcia, ludzie nie mogli jej zastać w interesach, przestała prawie przyjmować. Takiej Kulmanowej Salcia jeszcze nie znała. A gdy wywiedziała się od dorożkarzy, że jazdy są przeważnie do stadniny albo w pobliże koszar, a później na Bukówkę, gdzie podobno widziano ją, jak ćwiczyła się w strzelaniu do tarczy, pomyślała, że Kulmanowa zwariowała całkiem, a koniec jest nieuchronny i tragiczny.

Salcia była jedyną bliską osobą dla Judyty, nawet, jeżeli ta nigdy nie nazywała jej ciotką. Czy było jej obowiązkiem coś zrobić? Zapewne, ale co? Rozmów o tak intymnych sprawach Kulmanowa nigdy by nie dopuściła. Czy rabbi mógł coś zrobić? Wprawdzie Salcia chodziła do synagogi i była szczerze wierząca, ale chociaż sama darzyła rabina wielkim poważaniem, to wątpiła zarówno w to, czy zechce on przyjść do grzesznicy, jak i w to, czy sama Judyta przyjęłaby rabina, co najwyżej w interesach, to tak, ale przecież zawsze powtarzała, że od jej prywatnych spraw wara ludziom i religii. A nie mogła przecież uprosić rabbiego o wizytę, żeby narazić go na dyskomfort i zlekceważenie. No i siebie, na jego gniew.

Każda ludzka istota wybiera przeznaczoną jej drogę, nawet jeżeli ta wydaje się błędna. Los człowieka wyciągnięty jest z Pańskiego kapelusza, pocieszała się, czekając z pokorą, jak to nazywała, na rozwój wydarzeń. I czytała ogłoszenia o immobiliach w „Kurierze Warszawskim“, który ukradkiem prenumerowała.


*


Wiedzieli wszyscy, oprócz Maurycego Rocha.


Po wyjściu Kowalskiej Janka zaczęła się trząść, zrozumiała, że niebo im nie sprzyja, że trzeba odwołać ślub i ostrzec Maurycego. Zajęła się ogniem, żeby ukryć twarz. Płonęła. Ale Teresa dobrze widziała, co się z nią dzieje.

- Wybij sobie to z głowy, moja droga. Za późno na uniki. Nie w twoim stanie. Zresztą to tylko durne ludzkie gadanie. Zróbże wreszcie te włosy i nakrywaj do podwieczorku. I jemu ani słowa – słyszysz? Ani słowa. Wszystko będzie dobrze, nie takie wojny przeżyłyśmy. Odstaw konfiturę, już doszła, i nałóż trochę do tej zielonej salaterki, niech przestygnie, on lubi agrestową.

Janka była zdumiona, skąd matka wiedziała. Przecież nawet Maurycy niczego się nie domyślił. Raz, jeden tylko jedyny raz oddała mu się, jak kotka w krzakach za jaśminem, sama chciała. Na stojąco. Oparł ja o mur i wziął na siebie, podniecony do szaleństwa a tak zaskoczony jej nieoczekiwanym brakiem protestu, że trwało zaledwie chwilę i nie zdążył wyskoczyć. Zresztą przytrzymywała go mocno udami. Była ciasna, ale śliska i aż jęknęła, gdy w nią wszedł.

- Powiedz, skarbie, nie będzie z tego dziecka? Może nie powinniśmy byli? – już gdy to mówił, poczuł, że zrobił błąd.

- A to już mój problem. Nie martw się, sama chciałam. Jutro są moje osiemnaste, wiesz? Chciałam się poczuć wreszcie jak kobieta.

Głupio mu się zrobiło, zagadywał i zacałowywał, ale czuł się jak dureń. Nie tak powinien wyglądać jej pierwszy raz. I tak zamierzał się z nią żenić, tłumaczył sobie, będzie tylko prościej. A ona po tym – nie i nie. Sprawdzała go. Niech idzie precz! Ktoś widział go, jak wychodził od Kulmanowej, ktoś doniósł. Płakała po nocach, oczy miała zapuchnięte, ale uciekała przed nim. Z jednej strony Judyta i jej ironia, traktowanie go jak zabawki, ale nalegająca na nocne spotkania, którym nie umiał się oprzeć, z drugiej ta dziewczyna, urażona w najgłębszej dumie. Wreszcie nie wytrzymał, kupił bukiet róż i chociaż Janka uciekła do sąsiadów, gdy go zobaczyła z okna, rzucił się teatralnie na kolana przed siedzącą jak zwykle w oknie Teresą:

- Niech mi mamcia pomoże, bo oszaleję.

Zwrócił się do niej jak Mietek i Wacek, jak syn. Aż tylko westchnęła, że wreszcie, bo całą kalkulację już zrobiła. Pójdzie ostatnia kolia z brylantami; za co wyda Helę, nie miała pojęcia. Ale Janci będzie dobrze, bo to dobry chłopak i majętny. Wstała, pomogła mu się podnieść i uściskała go serdecznie.

- To jest proste, synu. Jutro przyjdziesz i pojedziemy razem do katedry. Znam biskupa, nie chcę w tym waszym kościele. I nie ma na co czekać. Janka nie będzie stawiać więcej oporu. Kocha cię, to wiesz sam, a ona jest z tych, co kochają raz. Nie zrób jej krzywdy.

Włożyła róże do wazonu i poszła do kuchni, postawić zalewajkę na blasze, bo przepadał za nią, a potem po Jankę; przyprowadziła ją za rękę jak małą dziewczynkę.

- Błogosławię was, moje dzieci – powiedziała jakby wszystko było jasne, więc wyjął pierścionek, który nosił od tygodni w kieszonce i założył Jance na palec, a ona nie cofnęła ręki; pocałowali się i takie to było proste.


*


Judyta była zaskoczona swoją decyzją nie mniej niż Grabowski. Wcześniej rozdysponowała po prostu połowę majątku na cele dobroczynne gminy, drugą obdzieliła swoich żydowskich krewnych, lwią jej część miał dostać Rolf, ulubiony kuzyn, z którym łączyło ją dzieciństwo. Zrobiła tamten testament zaraz po odziedziczeniu majątku, na złość pociotkom Dembskiego i polskim antysemitom – właściwie miał to być policzek wymierzony miastu, bo była zdania, że wszyscy Polacy to antysemici. Po poznaniu Maurycego nabrała nadziei, że nie umrze, jak Dembski, bezpotomnie i czekała tylko na pozytywny znak, aby zmienić testament. Ale znak nigdy nie nadszedł, każdy cykl kończył się menstruacją, uniesienia i euforie - dniami depresji. Miłość – zdradą i śmiercią, jak u Szekspira. Za często bywałam w teatrze, żeby tak po prostu wypłakać się i przeboleć, jak proste kobiety, pomyślała w chwili trzeźwości. Ale w nocy kładła Mausera pod poduszkę, całując na dobranoc jego nienabitą jeszcze lufę, to ją uspokajało.

Nie chciała przenieść dziedziczenia na kochanka, to byłoby niesmaczne i z pewnością wywołałoby ubliżające podejrzenia. Po jej śmierci miał cierpieć męki, zabić się i jak najszybciej z nią połączyć. Nie wyrzucała sobie tych niemoralnych myśli, co najwyżej w przypływie trzeźwości śmiała się z siebie, ale ta sprawa kołatała się gdzieś w tle, czuła, że powinna coś postanowić, zanim.

W drugim dniu menstruacji ochłonęła nieco i poczuła ożywczy strumień dawnej logiki. Tak, były sprawy do uregulowania, a zawsze szczyciła się tym, że żadnej nie pozostawia niezałatwionej. Nie będzie więc miała dziecka nigdy. Nie zaadoptuje też razem z Maurycym małej Sophie, chociaż czasami myślała i o tym, mimo że pochłonięta uwikłaniami romansu dość miała innych problemów.

Zosię odwiedziła wcześniej zaledwie kilka razy; dziewczynka późno zaczęła mówić i nie była zbyt kontaktowa. Judyta zanosiła jej prezenty świąteczne i płaciła siostrom sowicie i z dobrej woli za ochronkę, to wszystko. Łudziła się, że będą traktowały lepiej podopieczną, te wizyty miały uspokoić jej sumienie. Trwały krótko, dziecko wydawało się przestraszone; wodziło za nią wielkimi, bławatnymi oczami i milczało; gdy je całowała poddawało się miękko, jak śliczna lalka, ale nie odwzajemniało uścisków. To było najsmutniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziała.

Zbliżał się termin kwartalnej opłaty, więc postanowiła zapłacić do przodu, no i koniecznie trzeba uwzględnić dziecko w ostatniej woli. Zajrzała do sklepu z zabawkami, aby kupić jak zwykle słodycze i zabawkę, tym razem postanowiła podarować małej śpiącą lalkę, żeby miała na pamiątkę po niej. Ale żadna nie wydawała jej się odpowiednia. Chciała lalkę z prawdziwymi włosami, najlepiej mówiącą mama, sklep jednak nie posiadał takiej na składzie. Sprzedawca podsunął jej katalog najmodniejszych, niemieckich lalek i zapewnił, że w ciągu dwóch dni może sprowadzić kurierem każdą z nich z Breslau, wybrała więc jedną, która wprawdzie nie mówiła, ale nosiła podobną fryzurę jak ona sama i wyglądała jak żywa.

W czwartek lalki ciągle jeszcze nie było, a Judyta czuła gnający ją niepokój, pojechała więc do Nazaretanek, zapłaciła z góry na rok, na wypadek komplikacji testamentowych, jednak dziewczynkę mogła zobaczyć tylko przez szybkę w izolatce, w której umieszczono ją po przebytej właśnie śwince. Była wymizerowana, ale i wyrośnięta. Patrzyła smutno jak zamknięta w ZOO małpka, ale odpowiedziała ruchem ust na „dzień dobry“. Nawet słodyczy nie wolno było jej wręczyć. Siostry zaproponowały, żeby Judyta przyszła w sobotę, wtedy można już będzie zabrać małą nawet na spacer.

Zrobiło jej się żal dziecka, w połatanej koszulinie, zamkniętego jak w więzieniu, w celi chyba po starej pralni, z ordynarnym, odrapanym zlewem i okienkiem wysoko pod sufitem, bez zabawek, bez ludzkiej obecności, bez wyjścia.

- Przyjdę w sobotę. Pójdziemy na spacer – powiedziała spontanicznie, głośno i przesadnie układając usta, a mała zrozumiała i uśmiechnęła się, po raz pierwszy uśmiechnęła się, od kiedy się znały. Coś załkało w Judycie, pokiwała pośpiesznie dłonią, przesłała buziaka i uciekła. Pojechała do Grabowskiego I zmieniła wreszcie testament.

Lalki jednak jeszcze nie dostarczono i nawet awantura, jaką Judyta zrobiła sprzedawcy, nic nie pomogła. Kupiła więc misia, niebieską sukienkę i buciki z kokardkami, i wybrała się w sobotę znowu. Poprosiła milczące i, jak jej się wydawało, pełne wzgardliwego dystansu siostry, aby przebrały Zosię, ale nie pozwoliły. Wszystkie dzieci mają mieć te same sukienki, żeby jedne nie czuły się gorsze od innych, wyjaśniły. Sukienkę zatrzymają, jeżeli kiedyś dziewczynka zostanie zabrana na dłuższą wizytę. Buty jednak przyjęły, tylko odpruły kokardki.

Wsiadła z dzieckiem w czekającą na nią dorożkę, kazała postawić budę i jechać dalej wysadzaną kasztanami Aleją Karczówkowską, która prowadziła aż za miasto, na pobliską górę. Nie chciała, aby ktokolwiek je zobaczył. Pod Karczówką było zaledwie kilka wiejskich chałup, na wiosnę chodzono tam na spacery po przylaszczki, ale teraz, jesienią, żadnych spacerowiczów nie było. W dorożce Sophie siedziała grzecznie wyprostowana, w swojej brzydkiej, flanelowej sukience w szary wzorek i przyciskając sztywno misia pod pachą, rozglądała się po okolicy; od czasu do czasu zerkała na błyszczące czubki nowych trzewików.

Judyta kazała dorożkarzowi zaczekać we wsi, wzięła dziecko za rękę i ruszyła z nim boczną, łagodniejszą ścieżką. W połowie drogi wzięła je na ręce, bo zauważyła, że zaczęło słabnąć. Tym razem wątłe ramionka otoczyły jej szyję i wydawało się, że mała się przytula. W końcu znalazła wygodną polanę, z której był widok na całe miasto. Sophie ożywiła się, była wręcz podekscytowana i Judyta zaczęła jej pokazywać kościoły i ulice, ale zauważyła, jak dziewczynka niewiele ich zna, jakby jej świat ograniczał się tylko do Karczówkowskiej i pobliskiego kościółka.

Siedząc na trawie jadły ciastka i owoce, grzejąc się w mocnym jeszcze słońcu. Sophie karmiła bez przekonania misia, widać nie bardzo wiedziała, co z nim począć, tak jak Judyta nie wiedziała, co począć z nią.

- Chciałam ci podarować lalką, ale jeszcze jest w drodze, z dalekiego miasta. Przykro mi, że nie zdążyła na naszą wycieczkę – mówiąc to, żałowała naprawdę. Tak chciałaby sprawić małej trochę prawdziwej radości.

- Nie martw się, to nie twoja wina. I tak cię kocham – oznajmiła nieoczekiwanie Sophie i uśmiechnęła się znowu tym promiennym, szerokim uśmiechem, pokazując wszystkie mleczne zęby, jak prawdziwe, szczęśliwe dziecko. Judyta złapała ją i przytuliła mocno, czując, jak w niej wszystko topnieje. Ale potem spojrzała na kopułę garnizonowego kościoła i znowu zrobiło jej się lodowato w piersi.

Przy pożegnaniu Sophie zapytała cicho:

- Co to są żydowskie geszefty?

- Kto ci takich bzdur naopowiadał, siostry? Judyta aż się wyprostowała i poczerwieniała. Katolickie bigotki, wszystkie takie same! Ale zobaczyła, że dziecko się przestraszyło i opanowała się.

- To są interesy, taka praca. Trzeba pracować w taki sposób, żeby zadowoleni byli ci, co od ciebie kupują, i żeby jeszcze zarobić na tym pieniądze.

- Ty nie jesteś złą kobietą, że mnie oddałaś i tak rzadko odwiedzasz, prawda? Tylko nie masz czasu?

- Ależ kochanie, ja cię nie oddałam! Ja jestem tylko twoją ciocią!

- I nie masz czasu, żeby mieć dziecko, prawda? Musisz pracować?

Chyba się zaczerwieniła, gdy skłamała:

- Tak, muszę pracować. Bardzo mi przykro, kochanie.

- Nie martw się, to nie twoja wina – mała powtórzyła formułkę, lecz tym razem się nie uśmiechnęła. Judyta obiecała niezbyt wyraźnie, że ją wkrótce odwiedzi i pożegnała się z ciężkim sercem.

Spacer uspokoił ją nieco. Słońce na twarzy, chłodna trawa, na której siedziały, dotyk ciepłej skóry dziecka, ich wspólna samotność w lesie i jego odgłosy, to wszystko było tak realne, oddalone od fantomów kłębiących się w niej emocji, że na chwilę zapomniała o wszystkim innym, liczyła się tylko chwila. Jednak w miarę jak konie pokonywały kilometry dzielące ją od miasta, wracały fantomy. Jutro była niedziela. Jutro – być może – nie będzie już jutra.

Lecz czy to pod wpływem świeżego powietrza, czy wreszcie ze zmęczenia, po raz pierwszy od dawna przespała dobrze noc, a nawet zaspała, zerwała się dopiero gdy dzwony biły na sumę. Ślub Maurycego miał być o drugiej, a przecież chciała się dobrze przygotować. Nie miała planu, nie wiedziała, czy i kogo zabije, jego czy siebie. Ale starannie przyszykowała broń i włożyła do torebki.

Nie zjadła śniadania, zresztą od kilku dni jedyne, co zjadła, to ten kawałek ciasta i winogrona na pikniku z Sophie, a i to przeszło jej z trudem przez gardło. Bardzo dobrze, przynajmniej nie będę miała pełnych jelit, w razie czego - przypomniała sobie z obrzydzeniem opowieści o mimowolnych wypróżnieniach w trakcie śmierci. Jej trup miał pachnieć i wyglądać bosko. Wybrała sukienkę z koronkowymi rękawami, tak granatową, że prawie czarną, nieco niestosowną na wczesną porę, z dużym dekoltem, który częściowo przykryła gołębią, jedwabną pelerynką; mały czarny kapelusik, z tych które zaczynały być ostatnio modne, i buty na wysokim obcasie – chciała wyglądać trochę noir, ale tak oszałamiająco pięknie, aby tłum, jaki zbierze się nad jej bezwładnym ciałem, wychodzący z kościoła ojcowie rodzin, pryszczaci licealiści, policjanci i fiakrzy, wydali jednogłośny jęk żalu i zachwytu. Że to zatrute piękno dosięgnie też Maurycego, tego była pewna. Niech ostatni jej obraz pozostanie w jego mózgu, wypierając obrazy wszystkich innych kobiet, teraz i na wieki. Skróciła ramiączka stanika i przypudrowała dekolt połyskliwym perłowym pudrem. Jeszcze perfumy – „Cuir de Russie“, Grabowski miał rację, stary wyga - skropiła się obficie i kazała wołać dorożkę. Salcia spojrzała krzywo, nie podobały jej się te coraz częstsze jazdy incognito, ciemne eskapady, o których nie mogła się niczego dowiedzieć od kierowcy. Potem przypomniała sobie, że to już dzisiaj, więc i tak dowie się wszystkiego od ludzi.

Mimo ładnej pogody Judyta kazała postawić budę i nie wysiadając obserwowała tłum, zbierający się pod Kościołem Garnizonowym. Nie zamierzała wejść do środka, zresztą nigdy nie postawiła nogi w kościele, chciała ich tylko zobaczyć. Wtargnięcie na ślub nie wchodziło w grę, nie będzie robiła z siebie dramatycznej idiotki. Chciała jedynie po grande finale spojrzeć w oczy Maurycemu, przekonać się, że naprawdę to zrobił; chciała, żeby jego uśmiech stężał, żeby poczuł razem z nią chociaż przez kilka sekund ten głęboki, przepastny bezsens, jak ostatni wspólny orgazm.

Wreszcie nadjechali limuzyną państwo młodzi. Serce jej bębniło, krew napłynęła do głowy. Ale gdy wysiedli, zobaczyła, że nie był to Maurycy, jakaś inna para wchodziła do kościoła. Zagrały organy, zaczęła się msza.

Czekała jeszcze, ale nic się nie działo, nikt nie przyjechał. Z każdą minutą uchodziła z niej energia. Zabiję Joannę! – pomyślała odruchowo, ale nie miała już nawet sily się roześmiać. Wszystko zaczynało się od nowa, tylko że była już śmiertelnie zmęczona.


*


Ślub Maurycego Rocha i Janiny Stefańskiej odbył się w bazylice katedralnej, bez najmniejszych zakłóceń, chociaż Wacław i Mieczysław Stefański, porucznik Rączy i inni przyjaciele pana młodego, przewidując najgorsze, utworzyli gardę. Joanna zapomniała powiedzieć Judycie, gdzie odbędzie się uroczystość. To Teresa Stefańska życzyła sobie, aby Janka wyszła za mąż tam, gdzie do tej pory uzyskała wszelkie sakramenty, a stosunkowo nowy Kościół Garnizonowy, przerobiony z dawnej cerkwi, nie podobał jej się, mimo że tam właśnie chodzili wszyscy z towarzystwa oficerskiego. Bylo to ze strony Teresy zagranie bezbłędne. Po ślubie starannie wybrani goście pojechali fiakrami i samochodami do Chęcin, gdzie rodzina Teresy udostępniła na noclegi swoją dużą, wygodną kamieniczkę, jedzono i bawiono się w restauracji w rynku. Państwo młodzi wyjechali zaraz po obiedzie w podróż poślubną pociągiem do Warszawy, którą Jania koniecznie chciała zobaczyć, a stamtąd do rodzinnej wsi Maurycego.

O tym wszystkim Kulmanowa dowiedziała się dopiero na drugi dzień. Przycichło w niej już i ochłonęła nieco. Ale Joasia zdała jej zbyt dokładną relację.

- Panna młoda wyglądała ładnie, czego to nie zrobi dobry fryzjer i krawcowa! Suknia jedwabna, z różyczkami. Jedwab kremowy, mięsisty, cudo! Ale, uważaj tylko! – tu zniżyła głos – krój empire!

Kulmanowa nie rozumiała. Słuchała tego paplania z przykrością, najchętniej rzuciłaby słuchawką, ale chciała jednak wiedzieć, było w tym coś masochistycznego.

- Rękawiczki krótkie do gołych ramion. Stylu to jednak te panie Stefańskie nie mają, chociaż tak skoligacone. I ta suknia Empire! Tego już przecież nikt nie nosi! No chyba… chyba że…No coś podobnego, a taka niby porządna!

- A on? – Judyta ledwo mogła mówić, tak ją ścisnęło w gardle. – Szczęśliwy?

- Szczęśliwy? Nie sądzę… zastanawiała się Joanna i Judyta wiedziała, że kłamie. Po tym poznaje się dobrą przyjaciółkę, że wie, kiedy skłamać. Teraz akcje Joanny powinny wzrosnąć, takie są zasady gry i obie o tym wiedziały – Nawet nie spojrzał nam w oczy, wychodząc z kościoła, wstydził się. Prowadził ją sztywno, jakby toczył jajko. Jajko, tak właśnie – powtórzyła z przekonaniem – lekko nakrapiane - roześmiała się sama z aluzji do piegów Janki.

Judyta wymówiła się bólem głowy i skończyła rozmowę, dławiła ją zimna wściekłość. Niby było to dobre usprawiedliwienie – dziewczyna w ciąży, więc musiał się żenić. Tylko że oznaczało to zdradę – musiał zrobić to dziecko jeszcze zanim się rozstali, mimo wspólnych nocy, mimo ich miłosnego szału, tylu nocy, każdej nocy. Każdej nocy, w której nie zrobił dziecka jej, Judycie. Zdradził ją i ich niepoczęte dziecko.

Wrzenie w mieście ucichło, nikogo to już nie obchodziło. Rochowie bawili w podróży tydzień zaledwie i wrócili, zajmując małe mieszkanie na Lipowej, które wynajął Maurycy a Teresa urządziła w nim pod ich nieobecność prawdziwe gniazdko.

Zakład między Rączym, Grabowskim i Kłoszyńskim wygrał porucznik Rączy, jako typujący najbliżej. Panowie spili się szampanem w hotelu Bristol jak furmani, aż ich portier musiał upraszać, aby pojechali do domu. Grabowski obudził się z tak potwornym bólem czaszki, że myślał poważnie, czy by nie strzelić sobie w łeb. Sytuacja wymagała trupa, a jemu od dawna nie chciało się żyć. Kulmanowej nie widziało się już wcale, nie zachodziła ani do Bristolu, ani do Smoleńskiego, nie bywała nigdzie, mówiono nawet, że nie przyjęła Adamka, gdy przyszedł w sprawie fabryki.

W dwa tygodnie po ślubie Maurycy po wyjściu z kościoła wsadził do dorożki żonę i zamierzał właśnie sam wsiąść, gdy nagle stanęła przed nim Judyta. Wyglądała strasznie – rozpalona, potargana, przekrzywiony kapelusz i rozgorączkowane spojrzenie. Maurycy poczuł, że musi natychmiast uciekać, wskoczył do dorożki, ale złapała go już na stopniu za rękaw i syknęła:

- Zdrajca! Spójrz mi w oczy, tchórzu! Chcę tylko, żebyś mi spojrzał w oczy!

- Jechać, na Lipową! – krzyknął, a wtedy ona podniosła pistolet i strzeliła mu w pierś.

Konie szarpnęły i poniosły, Maurycy upadł na Jankę, która krzyczała, dorożka popędziła aleją, ludzie rozbiegali się z krzykiem przed nią i przed Kulmanową, która wciąż trzymała podniesiony pistolet. W końcu rozejrzała się przytomniej i przystawiła go sobie do skroni. Czekała chwilę, aż nacisnęła spust i osunęła się w październikowe błoto. Nie wyglądała pięknie, z okiem, z którego coś się wylewało i rozwartą szczęką. Nie tak, jak sobie to zaplanowała. Nie tym razem.

Epilog tej historii, znany mi od dawna, nie robił na mnie większego wrażenia. Wszystkie historie się jakoś kończą, a im wcześniej dowiadujemy się jak, tym bardziej przyjmujemy je jako normalne. Inne osoby dramatu skończyły jeszcze banalniej. Mecenas Grabowski pił coraz więcej i codziennie myślał, że powinien kupić Mausera, aż w końcu się powiesił; uważał, że czyni to z nudów.


Janka poroniła i nigdy nie miała już dzieci, dlatego tak was kochała - powiedziała babcia Hela z głębokim westchnieniem. Było w nim całe niespisane lecz obowiązujące prawo Gołąbków, że żyje się, aby kochać. Jednak zdziwiłam się, że to była miłość. Też żałuję, wolałabym, żeby kochała własne dzieci, pomyślałam, przypominając sobie jej napady kontroli i wtrącania się do wszystkiego. Ale ugryzłam się w język. Przecież maturalne zdjęcie Janki pokazywało kogoś zupełnie innego. Kogoś, ze spiętrzoną nad czołem burzą loków i ufnym, dumnym spojrzeniem. Udało mi się obejrzeć jej stare dokumenty, zanim Helena je spaliła. Były tam też kennkarta, na której kobieta bardziej ją przypominała, z tym zgorzkniałym uśmieszkiem, i pisma urzędowe szpiczastą, niemiecką czcionką; na jednym z nich, opatrzonej pieczęcią zakładu „Seifen & Farben“, chyba świadectwie pracy, przeczytałam „Leiterin Janina Roch“. Rozumiałam to słowo. Zdziwiłam się, bo nigdy nie wspominano, aby była na kierowniczym stanowisku. Zapytałam o pracę ciotki w czasie okupacji, ale babcia zacisnęła tylko usta i schyliła się nad ogniem, a potem zmieniła temat. Tajemnicę reichsmarek w głowie lalki zabrały obie do grobu.


Tak to jakoś musiało być. To była miłość do grobowej deski. Maurycy Roch wygląda na owalnej porcelanie nagrobka na zdziwionego światem młodzieńca, widocznie fotograf posłużył się wcześniejszym zdjęciem. Grób Kulman -Dembskiej już nie istnieje. Kirkut w K. był permanentnie dewastowany, aż w latach pięćdziesiątych został bezprawnie zajęty przez Spółdzielnię Pracy "22 lipca", która na terenie cmentarza urządziła skład węgla, koksu, żużlu, piasku, gliny. Janka leży obok męża, ale według mnie jej miejsce jest przy Gołąbkach. To była w końcu nasza ciotka, nie licząc tych dwóch miodowych tygodni. Judytki po niej jednak nie dostałam, pewnie o niej zapomniano i poszła na spalenie.


KONIEC
POWRÓT