niedziela, 4 lutego 2018

Cholernie Prosta Sprawa

czyli

Wszystkie nasze mroczne...

/Fragmenty/



Stoisz w sklepie w kolejce do kasy, lustrujesz puszki z zielonym groszkiem, czekoladopodobne czekolady, piwo z bydlęcej żółci i spirytusu, znudzony oceniasz cycki młodej laski przed tobą, opakowania gum do żucia i paczki kondomów o różnych smakach, jedziesz tramwajem, autobusem, pociągiem czy samochodem i zupełnie niespodziewanie zalewa cię wodospad wspomnień, obrazów i myśli o które byś się nie podejrzewał. A to to, a to tamto, rozumiesz. Fontanna wczoraj, dziś a nawet jutro, budowanego z tych dziś i wczoraj. Kiedyś siedziałem na kiblu patrząc tępo w ścianę z kafelków w kolorze brudnego indyjskiego różu Hari Krishna, Hari Krishna i raptem przypomniał mi się Kundera a właściwie nie Kundera tylko Nieznośna Lekkość Bytu. Boże ty mój jedyny to jest styl! Ale Nobla dali Seifertowi, nie jemu. Polityka. Nie tylko Nobla mu nie dali, próbowali zrobić z niego agenta STB, że niby kapuś. No i skąd mi ten Kundera do głowy raptem w kiblu? Hari Krishna, Hari Krishna to tak, to rozumiem: kafelki w kolorze brudnego indyjskiego różu.


(...) Tak... takie wspominki mógłbym snuć do usranej śmierci... Wlecze się za mną to gówno peerelu jak niewidzialna pępowina która mnie łączy bardziej z wczoraj niż z tudej. Jasne, trzeba z żywymi naprzód ale nie każdemu się ta sztuka udaje, panie ładny. Mnie się nie udaje, zawsze jakieś coś mi przypomni albo po grani, po grani, naznaczeni, potępieni i sprzedani albo ten jego tekst z Kasandry, że są ludy co dojrzały do śmierci z rąk ludów niedojrzałych do życia... Jezu nazareński, jak to się stało że Jacek wydał Tunel akurat w Tower Press? Nie wiedział że Edwin Myszk był agentem? Kaczmarski wydający swoje teksty u esbeka, czy to nie rechot losu? Mówią że to dlatego, że się kolegował z Antkiem Pawlakiem który wtedy pracował u Myszka a poza tym ten jego rak przełyku, wiara czyni cuda a oni poza książkami handlowali vilcacorą, za niezłą kasę wciskając ludziom kit że zioło uzdrawia jak sam Jezus a wiadomo że człowiek w obliczu śmierci uwierzy nawet w leczniczą moc psiego gówna, nie? Kaczmarski u Myszka... A kto wtedy na sto procent wiedział who is who? To nasz, pewny człowiek. He he, nasz, nasz. Albo ichni.

- No jak leziesz? No jak leziesz krowo przeklęta? krzyczy do baby idącej środkiem szosy z wiklinowym koszem pełnym jagód i kurek a baba idąca środkiem szosy z wiklinowym koszem pełnym jagód i kurek, pokazuje mu wyprostowany ku niebu tłusty środkowy palec. Skręcając na drogę do jeziora połyskującego hen daleko na horyzoncie, zanucił naznaczeni potępieni i sprzedani i przypomniał sobie że gdzieś czytał że w grudniu rozkaz użycia broni osobiście wydał Gomułka. Może i Gomułka, przecież ten bezmózgi trep kazał ludzi wieszać za papier toaletowy w pasztetowej, w aferze mięsnej powiesił Wawrzeckiego, ojca tego aktora więc za bunt tym bardziej mógł to zrobić ale w tle jak cień Drakuli zawsze czaił się Jaruzel, najwierniejszy janczar Kremla. Bo przecież ktoś wydał ten rozkaz przesunięcia czołgów przed wejście do Stoczni w Gdyni. I to nie był cywil. Inaczej nie mieliby jak zmasakrować idących do pracy na wezwanie Kociołka, nie? Ano tak. Jak Kociołek w wtedy? Na pytanie co robić, odpowiedź może być tylko jedna: powrócić do pracy od jutra, od zaraz. Słuchałem tego, oni też, uwierzyli i poszli po śmierć. Jak powiedział ten bydlak Kliszko? Z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela i jeżeli zginie nawet 300 robotników, to bunt zostanie zdławiony. No i rozstrzelali tłum walący do roboty, rozstrzelali wagony kolejki pełne stoczniowców. Czy umierający towarzysze Kliszko i Jaruzelski przyjęli do serc Jezuska? Przyjęli. Czy obmyli się z krwi niewinnych i teraz stoją w białych szatach po prawicy Pana brzdąkając mu na luteńce? Blowing in the wind. I KUL. Jaruzel wspominał że odwiedził azjatycką Rosję jadąc na grób ojca-zesłańca. Zajeżdża, szuka tu, szuka tam, w końcu znalazł mogiłkę porośniętą trawami, no to zwrócił się do Breżniewa z prośbą o pozwolenie na postawienie nagrobka. Zwrócił się z prośbą do samego Breżniewa, kumasz? Ja bym z tym poszedł do kamieniarza a ten lizał walonki genseka. Noż kim trzeba być, jakim człowiekiem? No dobra, potem podumamy nad imperium zła jak by powiedział Ronald. Muszę coś wtrząchnąć, jakieś flaczki czy bigos, bo się porzygam od papierochów i kawy. Kołduny? Kołduny byłyby ekstra. Albo gryczana ze skwarkami, wieki nie jadłem tylko furt na okrągło te prasowane pod ciśnieniem odpadki z KFC. Zaraz zaraz, gdzieś tutaj powinien być ten taki zajazd, pamiętam że... O a to przypadkiem nie toto?



Zwolnił. Czekajczekajczekaj... jot molka? Jotmolka, jotmolka... Noż, chyba nie Janusz Molka? A co on niby miałby tutaj robić? Zaszył się na Warmii żeby zniknąć ludziom z oczu? A czemu nie, tylu czerwonych zaszyło się w Ameryce czy Australii i teraz robią za emigrantów-patriotów. Jotmolka... Ten wywiad kiedy cieciował na jakimś parkingu, wysportowany, w okularach, dresy, adidasy. Od osiemdziesiątego któregoś pracował dla esbecji jako C-15, Romkowski, Majewski, Nowak. Człowiek Renesansu nie? Cenckiewicz opisał go w czymś-tam. Podobno studiował z Olkiem Hallem. Jotmolka... Ilu zaufało bydlakowi a on ich zakapował? Sam bym przez niego wpadł kiedy przysłała go do mnie Joanna Wojciechowicz, jak wcześniej Adamowicza i Sosnowskiego albo tego pacana Janka, podobno działacza Karty 77. Pepik ukrywał się u nas, potem u Haliny w Brzeźnie. Z nudów nadmuchał jej córkę. Boże, co to był za idiota! No żeby dzwonić z mieszkania Joanny do mamusi w czeskiej Pradze? Wypieprzyła go, to ze skowytem przyszedł do mnie. Pomogła Ania Walentynowicz i palant cichaczem przeskoczył Bałtyk...


(...) Ten szef wydawnictwa z Krakowa wysmarkiwał się w mankiet staremu Zielińskiemu, że lala swoje grafomańskie felietony złożyła właśnie u niego - No i powiedz mi stary, co ja mam teraz z tym jej szajsem zrobić? A co mogłeś chłopie zrobić? Nic. Wydrukował, choć recenzenci dawali tekstom mniej niż zero. I tak to działało... Chwaląc sobie obcych bogów, baba przez lata żyła dostatnio we wronim związku literatów a jak wyniuchała smakowitą woń kumysu pierestrojki wionącą od stepów, migiem przeflancowała się do zarządu głównego stowarzyszenia pisarzy. Cholernie ciekawe, dlaczego w SPP nikt nie oponował? Nowakowski, Konwicki i cała reszta, przecież polityczni twardziele.

(...) A Kałużyński? Bredził jak Piekarski na mękach, że on nigdy nie uwierzył, tylko starał się funkcjonować w systemie. Starałeś się funkcjonować w systemie? A co to według ciebie znaczy funkcjonować w systemie? Donosić na przyjaciół, sąsiadów, matki, żony i kochanki? Niszczyć ludziom ich literaturę, filmy, obrazy i rzeźby niezgodne z jedynie słuszną linią partii? Adama Pawlikowskiego nie mogli zmusić do współpracy, to zmusili do zeznań na procesie Szpotańskiego. Popiół i Diament, on i Cybulski w tej scenie z płonącym spirytusem... Do sądu dostarczyli go wprost z wariatkowa. Nie znał linii obrony Szpota ale przecież mówił tylko to, co było tajemnicą poliszynela. Wystarczyło, żeby ubecja rozpuściła plotki że jest ich człowiekiem, stary numer. Stary ale skuteczny. Nie wytrzymał, rzucił się z ósmego piętra. Mówią że i tak by się rzucił bo był kopnięty. Kopnięty... Co znaczy kopnięty? A co znaczy funkcjonować w systemie? Cholera, co za wyrwa!

Wyminął dziurę wielkości żubra. Drogi kurwa budują a nie ma dokąd iść. Funkcjonować w systemie... A gdzie imperatyw kategoryczny, mendo? Gdzie niebo gwiaździste nad wami, gdzie w was prawo moralne? Byliście gorsi niż rak. Rak też chce funkcjonować, dlatego niszczy ludziom życie, skazuje na cierpienia a na koniec zabija, ale on walczy o przetrwanie, nie o ideologię, władzę czy kasę wy skurwysyny. Ileż tego draństwa było... Kuśniewicz, Lovell, Szczypiorski, Piwowski, Koźniewski, Brycht, Sadkowski, Minkowski, Isakiewicz, Borowski, Micewski. I jeszcze Drawicz, Gaworski, Kabatc, Damięcki, Gisges, Toeplitz, Wittlin, Strumff, Worcell, Białowąs... jasna cholera, można tak bez końca, bo co dzionek wstanie, to nowych zdrajców ukaże. Byli jak góra lodowa, jedna siódma na powierzchni a reszta... Jak Worcell kapował na Wojaczka? Że jego sprawa jest kłopotliwa bo zachowuje się po chuligańsku, jest pijakiem i po pijanemu kaleczy ludzi rzucając w nich szklankami. Noż bajka! A Szymborska? Jak ta chluba polskiej literatury pisała po śmierci Józefa Wissarionowicza? Jaki ten dzień rozkaz przekazuje nam na sztandarach rewolucji profil czwarty? Pod sztandarem rewolucji wzmacniać warty! Pewnie żałowała, że to nie ona wymyśliła ten tekst o ustach słodszych od malin. Tak, cholera, tak to działało i dalej tak działa. Kochany... a kiedy to tak nie działało, w jakiej epoce?

(…) W pobliskim kościele carillon wydzwonił piątą. Obudził się i słucha ciszy zadowolony, że w budynku jeszcze nikt nie kaszle, nie kłóci się, nie wyprowadza cholernych wiecznie skowyczących psów i że gwar ulicy nie rozjeżdża mu głowy a boli jak cholera kiedy tak leży na przemian pocąc się i trzęsąc z zimna. Lęki poranne, myśli. Grochowiak, Lęki Poranne. Dobrze pamięta ten dramat zaliczony do Złotej Setki Teatru Telewizji. Geniusz Grochowiaka, Zygadły i Wilhelmiego. Pamięta mieszkanie: stół na kozłach z nieheblowanych desek, dzieciaki w lnianych giezłach, kaszanka i flacha wódy jak w ruskich filmach. Jak leciało to cudeńko? Ledwie wyszepta wiatr i przez okiennice, topolich puszków wietlisty różaniec. Wietlisty różaniec. Wietlisty róża... cudeńko! A ten z Burnsem, ten że czegoś tam nie było? Czego nie było? Aaa, lata nie było! Nie było lata. Jesień szła od wiosny, jak ziąb - od wody, jak od dzwonu kręgi. Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła, zaszedł nad morze, zawrócił do karczmy... Ojezu, jak ja bym teraz zawrócił do karczmy! Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła. Piękne, pięk-ne... Kto dziś tak pisze? Nikt! Herbert tak pisał, może jeszcze Kornhauser. Zaraz zaraz, Kornhauser? A dziad żyje? Z Grześkiem Leśniakiem czytaliśmy jego wiersze. I Bursy. W którym to było? W siedemdziesiątym którymś. Gdzie ten jego tomik? Na trzeciej od góry, obok Czerniawskiego? Tam. No to kto jeszcze dzisiaj tak pisze? Barańczak, Zagajewski? A na emigracji? Czerniawski, Taborski i Wirpsza. A Wirpsza i Taborski żyją czy pagibli, bo Czerniawski żyje. Jezu, cholerna głowa! No to kto jeszcze? Nie ma żadnego jeszcze, reszta to nie poeci, to wicechuje jak mówił Iredyński. Grochowiak... A zaś w kobiecie co wnosiła dzbany, Burns odkrył tylko grubą dolną wargę. Grochowiak wielkim poetą był. Nie to co Świtaj albo ta stara rura, co od lat rządzi redakcją stalową łapą układów. Uchowała się przy każdym reżimie i uchowa przy kolejnych, spokojna twoja. A ta młoda broszka, no ta jak jej tam? I tak do literatury nie wejdzie, chyba że się będzie rżnąć z kim trzeba albo ma ukochanego tate w jakiejś sodalicji jak ten pedał w cylindrze, Derkacz, nooooo, to wtedy na pewno tak.
W plecy wcisnęły mu się Kolana Klary.
- Matko, posunęłaby się trochę... Zaraz zaraz, jak Hłasko napisał? Była tam jedna dziewczyna, której nazwiska nie mogę sobie przypomnieć; pamiętam tylko, że była ładna wyjątkowo. Pewnego dnia odczytała nam fragment swojej prozy; była to opowieść o funkcjonariuszach bezpieki. To wszystko co pamiętam z tego zjazdu; było tam wielu commies, ale nawet oni zachowywali pełne żenady milczenie, a ja patrząc na śliczną buzię czytającej myślałem sobie - Dlaczego ona nie może zostać po prostu dziwką? Dlaczego musi jeszcze pisać? Miał poczucie humoru! I nie napisał tego na potrzeby Pięknych Dwudziestoletnich, z życia był, jego prywatnego życia, jak łóżko w którym go Putrament wydymał na szczyty, no ale tak patrząc z dziś to pisał socreale jak ta lala. Bo on jeden! A Kwadratowe albo Biniek Kwiaciarz Marka z 1958? Potem zrobili z tego film. Maklak, Nowicki, Himilsbach. Soczysty socreal. Konwicki na początku też nie gardził, bo wtedy żeby zaistnieć trzeba było pisać jak nie po linii, to przynajmniej nie krytykować. Ruki pa szwam. Śledziłem w telewizorze wszystko, co o Konwickim pieprzyli rozmaici. Wśród nich wielu którzy przypisywali sobie zaszczyt bycia bardzo dobrymi znajomymi, najlepszymi kolegami albo jego odwiecznymi przyjaciółmi. Wiadomo że jak wykorkuje jakiś wielki człowiek, ilość jego totumfackich rośnie w postępie geometrycznym. Niech im. Rozmaici co jakiś czas ukazywali na monitorach powleczone bagienną żałobą lica. Nie, nie płakali, choć powinni. Jeden wspomniał, że Konwicki wielki socrealista był. Był, powiada, u początku. Drugi, że u początku to Konwicki strzelał do komunistów. Z karabinu. Trzeci kiwał głową z niedowierzaniem, że jeszcze żyje a Tadek... Socreal... I co tu wbijać szpile Hłasce? Facet miał w sobie niezmierzone pokłady pokory, stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd bierze się nędza intelektualna moich opowiadań. Ja po prostu nie potrafię wymyślić opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy też więzieniem. Nie ma w tym żadnej pozy na silnego człowieka, o co posądzają mnie niektórzy. Naprzypisywali chłopakowi wszystkiego, że grafoman z gatunku nie matura lecz chęć szczera, oprych, alkoholik, bandyta, beztalencie, pedał, szpaner i podjebowszczyk. I że zabił Komedę. Zabił? Jak: zabił? Porąbało ich? (…)

Mija wędrowne prostytutki; na widok samochodu unoszą bluzki pod brody
- Dla ciebie, miły! Macha im życzliwie
- Owocnej pracy, panienki!
Śmiejąc się serdecznie, farbowana blondyna zadziera mini. Bułgarki, Rumunki albo nasze. Sądząc po cerze, nie nasze. Ta chuda miała fajne cycki. A propos cycków, że też matka Maxa Broda nie zadusiła go cyckiem w kołysce, nim dorósł i zmasakrował ducha prozy Kafki! Na wieki wcisnął wszystkim rzekomo czarne przesłanie literatury Franca, że tam nic, jeno płacz a zgrzytanie zębów. A skoro tak, to co zrobić z tym opisem, że po przeczytaniu pierwszego rozdziału Procesu introwertyczny ponurak Franz tak z kumplami ryczał ze śmiechu, że nie mógł dalej czytać? No i co wy na to? Kafkaesk to nazwali... Jezu, Max Brod! Co za pokrętna czarna dusza! Sprzedał swoje schizofreniczne wizje jako wizje nieśmiałego lecz przecież wesołego gentlemana ze Zlatej Prahy. Chciał zaistnieć w blasku? Głoszą, że gdyby nie on, to cała literatura Kafki poszłaby z dymem i świat nie dowiedziałby się o jego twórczości. Chcielibyście, patafiany! Od 1913 napisał i opublikował osiem genialnych opowiadań. A potem Zamek, Proces i Ameryka. Że ich nie opublikował? Nie opublikował bo umarł, kmiotki! Na ostatniej stronie Dziennika napisał Ale ponad tym wszystkim jestem jeszcze ja sam, który teraz odłożyłem pióro, aby otworzyć okno, może najlepszą siłą pomocniczą moich agresorów. Mianowicie nie doceniam siebie, a to oznacza już przecenianie innych, ale ja przeceniam ich jeszcze ponadto. I co wy wiecie o pisaniu, ciule... Po publikacji Wyroku zrozumiał że osiągnął przełom, że można zaryzykować wszystko a każdy, nawet najdziwniejszy pomysł, w każdej chwili da się rzucić w wielki ogień, w którym ginie i znów się odradza. Z Żydów o pisaniu wiedzieli Singer, Kafka, Kästner, Korczak, Schulz, Canetti, Roth i setki innych, więc niby dlaczego jakiś tam nieważny Brod miał cokolwiek kończyć za niego? Franz pisał do końca. Teraz odłożyłem pióro. Że Der Enge Prager Kreis? To niczego nie tłumaczy, gołąbki. Że Jesenská albo Diamant? I jak najbardziej ale Brod nie dorastał mu do pejsów, za to w kieszeni tużurka introwertycznego introwertyka miał tajemny przepis באָבע wypij krew kogoś znacznego a będziesz coś znaczyć. Filozofia dobra dla Papuasów żrących mózgi najdzielniejszych wrogów, za co złe Mzimu zabiera ich tam, gdzie po śmierci idą źli Murzyni. I nie tylko Murzyni. Egzystencjalistami byli? A ja jestem lelek kozodój. Kafkaesk... Pieprzenie! O, zajazd, kupię fajki I mineralną.

Przed oberżą kilkanaście aut na niemieckich rejestracjach, w ogródku spoceni, rozwrzeszczani Übermensche, bez bojaźni i drżenia przy golonkach i spienionych kuflach. Przyspieszył a wtedy tkwiący w nim üntermensch zanucił



Wspomniał film Kabaret, ogródek piwny i młodzianka z Hitlerjugend śpiewającego Tomorrow Belongs To Me. Pomyślał, że tamten staruszek zmiętoszony nad kufelkiem wiedział do czego zmierza i czym się zakończy ichnie Tomorrow. On jeden wiedział. A pieprzyć to! Ma wizję Haydna przy fortepianie ze swastyką oplatającą mu ramię niczym Wąż Edenu. Roześmiał się z zażenowaniem. Boże, noż co za durnota we mnie siedzi? Odbija ci, lecz się, stary! Zrobiłeś się zgorzkniały i jak tak dalej pójdzie, zostaniesz antysemitą, rasistą, łysym uczestnikiem partaitagów White Power. Lecz się. Haydn? Ach, ta jego Stabat Mater albo Msza G-dur, no ale dla mnie i tak tylko Händel. Händel jest über alles.

Rozśpiewał się Ombra mai fu... Di vegetabile, Cara ed amabile... Soaaaaave piùùù... Fiu-fiu... fiu-fiu fiu-fiu... Kilometr dalej, pod topolą obłupaną z kory, drewniane krzyże, wypalone znicze, wyschnięte bukiety. Od morza po góry ogólnopolska pielgrzymka śmierci. Brzmi jak tytuł powieści. Ale co się dziwić, za kierownicami pijani policjanci, posłowie, prokuratorzy, senatorowie, sędziowie, księża, wójtowie, biznesmeni, furmani, traktorzyści, kombajniści, dziwki pijane z pijanymi alfonsami, pijani chłopi, nachlane gospodynie domowe. Każdego roku znika nam całkiem spore powiatowe miasto. Chwila nieuwagi i RIP! (...)

Copyright © HomeEdition Sławomir Majewski

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Mario Vargas Llosa

O Radości Czytania 

 

 

Czytać nauczyłem się mając pięć lat, w klasie brata Justyniana w Colegio de La Salle w Cochabambie w Boliwii. Czytanie to najważniejsza rzecz, jaka mi się życiu przydarzyła. Prawie 70 lat później wciąż wyraziście pamiętam, jak magia przekładania słów z książek na obrazy odmieniła moje życie, obaliła bariery czasu i przestrzeni i pozwoliła przebyć z kapitanem Nemo 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi, walczyć u boku d'Artagnana, Atosa, Portosa i Aramisa przeciw knowaniom grożącym Królowej w czasach przewrotnego Richelieu i czołgać się jak Jean Valjean przez wnętrzności Paryża z rannym Mariuszem na plecach.

Czytanie zmieniało sen w życie, a życie w sen, kładło w zasięgu małego człowieczka, jakim byłem, wszechświat literatury. Matka opowiadała mi, że najpierw pisałem dalsze ciągi przeczytanych historii, bo albo nie mogłem przeboleć, że się skończyły, albo chciałem poprawić zakończenie. I być może przez całe dalsze życie nie robiłem niczego innego niż to właśnie: bezwiednie przedłużałem w czasie, rosnąc, dojrzewając i starzejąc się, pełne uniesień i przygód historie, które wypełniały moje dzieciństwo. Chciałbym, by była tu dzisiaj moja matka, która wzruszała się i płakała, czytając wiersze Amado Nervo czy Pabla Nerudy. I mój dziadek Pedro ze swoim wielkim nosem i lśniącą łysiną, który chwalił moje wiersze. I wuj Lucho, który tak bardzo zachęcał mnie, bym poświęcił się pisaniu ciałem i duchem, chociaż literatura, wówczas i tam, marnie karmiła tych, którzy ją uprawiali.

Przez całe życie miałem koło siebie ludzi, którzy mnie kochali, zachęcali i zarażali wiarą, kiedy sam wpadałem w zwątpienie. To dzięki nim, i zapewne także dzięki własnemu uporowi i łutowi szczęścia, udało mi się poświęcić większą część życia tej pasji, nałogowi i cudowi, jakim jest pisanie, stwarzanie drugiego życia, w którym chronimy się, gdy jest nam źle, zmienianie tego, co niezwykłe, w coś naturalnego i tego, co naturalne, w coś niezwykłego, coś, co rozwiewa chaos; życia, które upiększa brzydotę, uwiecznia chwilę, a śmierć czyni przemijającym widowiskiem.

***

Pisanie historii nie było łatwe. Pomysły zmienione w słowa na papierze więdły, idee i obrazy mdlały. Jak je ożywić? Na szczęście byli mistrzowie, od których można się było uczyć. Flaubert nauczył mnie, że talent to wytrwała dyscyplina i wielka cierpliwość. Faulkner, że to forma - narracja i struktura - czynią treść wielką lub nędzną. Martorell, Cervantes, Dickens, Balzak, Tołstoj, Conrad, Mann, że ambicja jest w powieści równie ważna, jak stylistyczna zręczność i strategia opowiadania. Sartre, że słowa to czyny i że powieść, sztuka czy esej, jeśli niosą zaangażowanie w teraźniejszość i szukanie najlepszych dróg, mogą zmienić bieg dziejów. Camus i Orwell, że literatura pozbawiona moralności jest nieludzka, a Malraux, że bohaterstwo i epika są na miejscu dzisiaj tak samo, jak były w czasach Argonautów, "Iliady" i "Odysei".

Gdybym przywołał tutaj wszystkich pisarzy, którym zawdzięczam coś albo wiele, ich cień pogrążyłby nas w ciemności. Jest ich bez liku. Nie tylko ujawnili mi tajemnice opowiadania historii, ale kazali zgłębiać otchłanie człowieczeństwa, podziwiać wielkie czyny człowieka i truchleć wobec jego obłędu. Byli moimi najbardziej usłużnymi przyjaciółmi, animatorami mego powołania; dzięki ich książkom odkryłem, że nadzieja nie ginie nawet w najgorszych okolicznościach i że warto jest żyć, choćby dlatego, że gdybyśmy nie żyli, nie bylibyśmy w stanie czytać ani roić opowieści.

Czasem zadawałem sobie pytanie, czy w takich krajach jak mój, gdzie tak mało jest czytelników a tak wielu biedaków i analfabetów, tak wiele nieprawości, gdzie kultura jest przywilejem tak niewielu, pisanie nie jest czasem samolubnym luksusem. Ale te wątpliwości nigdy nie zdusiły we mnie powołania i pisałem zawsze, nawet wtedy, gdy niemal cały swój czas musiałem poświęcać na pracę zarobkową. I chyba dobrze postępowałem, bo jeśliby warunkiem rozkwitu literatury w społeczeństwie były wysoki poziom jego kultury, wolność, dobrobyt i sprawiedliwość, to nigdy by nie zaistniała. Przeciwnie, to dzięki literaturze, sumieniom, które budziła, pragnieniom i marzeniom, które rodziła, rozczarowaniu, po którym wracamy z podróży do rzeczywistości do pięknego zmyślenia, cywilizacja jest dziś mniej okrutna niż wówczas, gdy pierwsi bajarze uczłowieczali życie swoimi opowieściami.

***

Bylibyśmy gorsi, niż jesteśmy, bez dobrych książek, które czytamy. Bylibyśmy większymi konformistami, mniej niespokojni i mniej niepokorni, a duch krytyki, napęd postępu, w ogóle by nie istniał. Podobnie jak pisanie, także czytanie jest formą protestu przeciw niedostatkom życia. Ten, kto w fikcji szuka tego, czego mu brak, mówi, bez wypowiadania tego głośno, a nawet może tego nie wiedząc, że życie takie, jakim jest, nie wystarcza, by zaspokoić nasze pragnienie absolutu, tej podstawy ludzkiej kondycji; że powinno być lepsze. Wymyślamy fikcje, żeby móc przeżyć tych wiele żywotów, które chcielibyśmy mieć, choć mamy zaledwie ten jeden jedyny.

Bez fikcji bylibyśmy mniej świadomi, jak ważna jest wolność, żeby życie dało się żyć, i jakim się staje piekłem, gdy wolność dławi tyran, ideologia czy religia. Kto wątpi, że literatura nie tylko pozwala nam śnić o pięknie i szczęściu, ale i przestrzega nas przed wszelkim uciskiem, niech spyta, czemu wszystkie reżimy, które usiłują kontrolować ludzie życie od kolebki po grób, tak się jej boją, że ustanawiają cenzurę, by ją zdławić, i śledzą podejrzliwie niezależnych pisarzy. Czynią tak, bo wiedzą, jak niebezpieczne są wycieczki wyobraźni w książki, jak groźne stają się fikcje, gdy czytelnicy zestawiają wolność, która je rodzi i która się w nich realizuje, z obskurantyzmem i strachem czyhającymi na nich w prawdziwym życiu.

Wymyślający historie opowiadacze zawsze, choćby o tym wiedzieli lub nie, choćby tego chcieli lub nie, sieją niezadowolenie, pokazują, że świat jest kiepsko urządzony, że życie w fantazji jest bogatsze niż codzienny znój. To ta świadomość i wrażliwość, gdy zapuszczą korzenie, sprawiają, że ludzie nie dają sobą łatwo manipulować i nie przyjmują łgarstwa, które głosi, że za kratami i w towarzystwie inkwizytorów i strażników żyje im się bezpieczniej i lepiej.

Dobra literatura przerzuca mosty między różnymi ludami i ludźmi. Budząc rozkosz, cierpienie czy zdumienie, łączy nas ponad dzielącymi nas językami, wierzeniami, przyzwyczajeniami, obyczajami i przesądami. Kiedy biały wieloryb grzebie kapitana Ahaba w odmętach, serce czytelnika w Tokio, Limie czy Timbuktu zamiera tak samo. Gdy pani Bovary połyka arszenik, Anna Karenina rzuca się pod pociąg, a Julian Sorel wstępuje na szafot, gdy widzimy, że wszyscy mieszkańcy wioski Comala w książce "Pedro Páramo" nie żyją, tak samo wstrząśnięty jest wyznawca Chrystusa, Buddy, Konfucjusza, Allacha czy ateusz; czy nosi marynarkę i krawat, burnus, kimono czy szarawary. Literatura rodzi braterstwo i przyćmiewa granice, które między mężczyznami i kobietami wytyczają niewiedza, ideologie, religie, języki i zwykła głupota.

***

Od dziecka marzyłem, by pewnego dnia stanąć w Paryżu, bo olśniony francuską literaturą wierzyłem, że mieszkając tam i oddychając powietrzem, którym oddychali Balzak, Stendhal, Baudelaire, Proust, stanę się prawdziwym pisarzem; że jeśli nie wyjadę z Peru, będę tylko pisarzem niedzielnym. I rzeczywiście, Francji i jej kulturze zawdzięczam niezapomnianą naukę, że literatura jest tyleż powołaniem, co dyscypliną, pracą i uporem. Mieszkałem tam, gdy żyli jeszcze i pisali Sartre i Camus, w czasach Ciorana, Becketta, Bataille'a, teatru Brechta, kina Bergmana, inscenizacji Jeana Vilara i Odeonu Jeana Louis Barrault, Nowej Fali i Nouveau Roman, mów i przecudnych dzieł André Malraux, a także być może największych teatralnych przedstawień ówczesnej Europy - konferencji prasowych i olimpijskich gromów gen. de Gaulle'a"
TEKST ZA

POWRÓT

 

niedziela, 26 listopada 2017

CHOROBA

WANDA SZCZYPIORSKA


fot. AUTORKI


Widzę ruchomy otwór gdzieś niedaleko mojej głowy, lej wirujący w jakiejś nie znanej mi materii świecący intensywnym zielonkawym światłem i tam jest słowo śmierć, raczej widziane niż słyszane. Umieram więc a jednocześnie wiem że nie, że jeszcze nie, nie teraz, że następnym razem. A potem znowu ciemność. Przez chwilę jakby się poruszam, nie idąc jednak, ale leżąc i znów pogrążam się w nicości. A kiedy wraca mi świadomość jest już jasno i wiem gdzie jestem. Szpital. Oczywiście. I tylko to, nic więcej. Jakby wróciło się z niebytu. Leżę na dziwnym łóżku z poręczami z boku. A więc nie będę mogła wstać? Próbuję sobie coś przypomnieć. Rzeczywiście. Ja chyba tu zostanę, bo nie mam przecież domu. Mój pokój to głęboki lej, tak go zapamiętałam. Ka, który siedzi przy mnie, mówi że całą noc czekali na lekarkę, wreszcie wezwali ratowników. Mówi że trudno było mnie wytaszczyć, że chciano oknem ale się nie dało. Wreszcie zniesiono mnie po schodach. Po schodach? To był lej.
Sąsiednie łóżko puste, gładkie. To co się tu wydarza zaskakuje, pojawia się nieoczekiwanie. To w czasie krótkiej przerwy pomiędzy atakami kaszlu dostrzegam tam staruszkę. Skulona, mała, leży byle jak, przynajmniej mnie się tak wydaje. A dalej, tak daleko że przestrzeń tam wydaje się nieosiągalna, kobieta w białym kitlu czymś zajęta. Wydaje się, że to co trzyma w ręku to są ozdoby choinkowe. Po co? Zza przeszklonego przepierzenia słychać głosy, wesołe, ożywione.
Kiedy się budzę Ka już nie ma. Tym razem to nie głosy, jakiś jęk a może raczej krzyk. Staruszka? Chyba tak. Ktoś się po sali kręci, widzę to ale nikt do niej nie podchodzi. Ona woła. A ja mam znowu atak kaszlu. Nie mogę przestać, duszę się. Właściwie ciągle kaszlę a najbardziej wtedy, kiedy zza przepierzenia słyszę śmiechy i towarzyskie pogaduszki. Wiem, to jest nie w porządku, czuję gniew. Więc krzyczę - Proszę przestać! Nie pomaga. Nie słyszą chyba. Tego nie wiem. Nie wiem co tam się dzieje, kto tam jest i o czym mówią. Nie rozumiem.
Staruszka woła monotonnie - Proooszę pani! Nie do mnie, do nikogo, woła co chwilę, uporczywie a mnie to denerwuje, a jak się denerwuję, kaszlę. Wreszcie przycicha. Ktoś tam jest ale to nie jest pielęgniarka. Przy łóżku krząta się staruszek. Przyglądam mu się jak poprawia pościel. Przyniósł coś, chce żeby jadła, ona nie chce, skarży się ale ja nie wiem o ci chodzi. Nie słyszę. Mam dziwnie przytępiony słuch. O, teraz wiem, mówi mu że ma mokro. On nie wie co ma zrobić, kogoś woła. To pielęgniarka? Nie. Salowa. Ta mówi głośno, wszystko słyszę, domyślam się że coś się stało tej staruszce, że nie jest chora tylko potłuczona ale nic więcej, no chyba tylko to, że ona mieszka w domu starców a on nie, nie wiem dlaczego. Staruszka już ma sucho, leży wygodniej na poduszce. Rozmawiają. To tylko szmer. Pewno nie muszą nawet słyszeć co mówi jedno do drugiego, bo rozumieją się i tak. Choć on wydaje się rozmowny. Znowu coś komuś opowiada. Widocznie ktoś znajomy, to przecież małe miasto, Otwock. Salowa może być sąsiadką. Pyta o wnuka. Ile on ma lat? Ach prawda. Pięć. Słyszę że chory jest na raka. Kto? Syn?Wnuk? A jednak wnuk. To niedorzeczne myślę. Niemożliwe. I reszta opowieści gdzieś umyka.
Ciemnieje ściana naprzeciwko łóżka. Ale to nie jest ściana, teraz wiem, to wielkie okno przez które widać tylko niebo i nic więcej. Kaszlę. W sali jest bardzo jasno. Ona śpi. On wciąż tu jest. Nie siada. Stoi. Czuwa. Każą mu wyjść, bo będzie obchód.
Na sali są trzy łóżka. One dwie, lekarka i ta druga stoją przy tym ostatnim a ja nie widzę kto tam leży, nie rusza się, nie jęczy. Śpi? Potem podchodzą do staruszki. Ta w białej marynarce to lekarka. Pyta co boli. I znowu coś o potłuczeniu. Widać porządnie się potłukła. Coś tam im szepcze a one tylko patrzą, wszystko wiedzą. I o mnie pewno też wiedzą. Zaraz tu będą, tylko krok. Lekarka pyta jak się czuję. Mówię, że kaszlę i że niczego nie pamiętam. Kaszel ich jakby wcale nie obchodzi, jakby to było naturalne. Mam o to żal, być może jestem nieuprzejma. I wtedy ona jak gdyby chciała mnie poinformować mówi, że byłam bliska śmierci.
Nie musi mówić, przecież wiem.

wtorek, 10 października 2017

ZUPEŁNA SAMOTNOŚĆ






Wanda Szczypiorska


Nie wiem czy zauważono, że zawsze staram się umknąć, odosobnić? Że boję się ludzi, pragnę samotności. Czy domyśla się ktoś jak głęboką czuję niechęć na myśl o czekającym mnie dniu pracy? Kiedy przed świtem jadę tramwajem, kiedy zbliżam się do tego domu samotnie sterczącego wśród ruin Woli, kiedy otwieram drzwi czując dobrze mi znajomy, jedyny w swoim rodzaju zapach? Wiem, nie budzę szacunku, za nic tu nie ponoszę odpowiedzialności. Może byłabym w stanie opanować strach gdybym miała pewność, że ode mnie cokolwiek zależy, jakakolwiek decyzja, w pewnych granicach, oczywiście. Ale nie. Ja, szeregowy wychowawca muszę się podporządkować. Mnie dano zastępstwa. Raz jestem tu, raz tam i dużo czasu minęło zanim poznałam wszystkich wychowanków. Do tej pory nie mogę ich polubić. Tak. Muszę się do tego przyznać, nie lubię ich. Nawet gdy śpią, nawet kiedy patrzę na ich uśpione twarze, nie lubię.
Dzieci są różne. Często nerwowe, często niezrównoważone, hałaśliwe, obłudne… Nie rozumieją nic, wiedzą zbyt wiele. Czują mój lęk. Podejrzewam że pomimo właściwego im okrucieństwa czasami litują się nade mną. To, że godzą się wstać z łóżek kiedy dzwonię i iść do umywalni zawdzięczam ich dobrej woli oraz nawykowi wpojonemu przez innych wychowawców. A więc dzwonię i zapalam światło. Jest szósta, na dworze zaledwie zaczyna świtać, okna zresztą są zasłonięte, ostre światło wdziera się nagle jednocześnie z dzwonkiem. Wołam, że czas wstawać.
Te najmłodsze w grupie podnoszą się pierwsze. Siadają w łóżkach na pół rozbudzone, smutne. Salę wypełnia ostry odór uryny, niektóre z nich moczą się. Idę w tamtą stronę, podnoszę kołdrę… znów wszystko trzeba będzie zmienić. Wszystko. I suszyć. Ogarnia mnie wściekłość. „Wstawać” mówię krotko. Na szczęście ubrania mają porządnie złożone na stolikach przy łóżkach – to już zasługa tego wychowawcy, który był tu wieczorem. Klaszczę w ręce „wstawać, wstawać” wołam. A potem rozglądam się: Ach ta!
Iwona. Leży przykryta po czubek głowy. Podchodzę do niej, podnoszę kołdrę z twarzy. Oczy ma otwarte. Kuli się i usiłuje wyrwać mi kołdrę. Nie puszczam. „Wstawaj” mówię spokojnie. „No dobrze” mówi. „Już wstaję”. Więc odchodzę. Widzę, że kilka dziewczynek z ręcznikami usiłuję wymknąć się do umywalni. „Zaczekajcie” krzyczę, „wszyscy razem”. Parami. Gdyby to ode mnie zależało mogłyby sobie iść, miałabym wtedy czas zająć się tymi które jeszcze nie wstały. Nie wolno. Regulamin.
Tu wszędzie chodzi się parami. Stoję więc przy drzwiach i przekrzykując zgiełk usiłuję wywołać imiona tych, które jeszcze leżą w łóżkach. Wreszcie ruszamy do umywalni. Są tam już chłopcy z innej grupy i wychowawca. Wita się ze mną. Nie lubię go. Ale czuję się pewniej. Hałas jest tu taki, ze na nic by się zdało wypowiadanie jakichkolwiek uwag. „Cisza!” krzyczę i głos mi się załamuje. Nie skutkuje wcale. Zapadam więc w jakieś dziwne odrętwienie i nie reaguję na panujący w umywalni chaos. Nie wszyscy mogą się jednocześnie myć, popychają się i oblewają wodą.
Ten mały garbaty chłopiec, z którym jest zawsze tyle kłopotu, z wściekłością okłada pięściami jedną z dziewczynek, tamta odwraca się i łapie go za piżamę tuż przy szyi. Rzucam się w ich stronę. „Przestańcie” krzyczę „przestańcie”. Spostrzegam, że tego drugiego wychowawcy nie ma w umywalni, a przecież powinien tu być. Nie ma prawa zwalać tego na mnie. Garbaty chłopiec, którego trzymam za rękę szamocze się chcąc się wyrwać. Cofając się w stronę drzwi dostrzegam w głębi korytarza wychowawcę. „Panie Ryszardzie” wołam, ale on udaje że nie słyszy, znika w otwartych drzwiach sypialni. A więc wbrew regulaminowi odsyłam dziewczynki pojedynczo. Niech się dzieje co chce. Nie mam siły się użerać. Idę za nimi, gdy kończy się myć ostatnia.
W sypialni jest już tylko przytłumiony gwar. Niektóre mozolnie usiłują się ubrać inne szepczą zebrane grupkami przy łóżkach. Tego nie lubię najbardziej. Maja jakieś swoje sprawy, do których nie mam dostępu. O czym mówią takie małe dziewczynki? O mnie? Spoglądają na mnie spode łba, ukradkiem, jakby chciały się upewnić, że nie słyszę, ale może wcale nie mówią o mnie. Podchodzę do nich i każę się ubierać. Niechętnie rozchodzą się w stronę swoich łóżek. Teraz okazuje się, że tamta nie chce nałożyć przybrudzonych pończoch, tej znów oderwał się kołnierzyk. Tłumaczę po raz któryś, że nie mam prawa wymieniać im garderoby. Od tego są inni wychowawcy. Ja mam tylko zastępstwo. Wszystko co dostają ma być zapisane, nie mam zamiaru odpowiadać za ewentualne braki.
Ubierają się powoli. Do śniadania jeszcze daleko. Najpierw będą musiały posprzątać. Niektóre zresztą już ścielą swoje łóżka. Kręcę się między nimi z przytłaczającym poczuciem znużenia i niepewności. Jeśli nie posprzątają dokładnie znów ktoś się mnie będzie czepiać. W domu są tylko dwie sprzątaczki. Sprzątają schody i sale ogólne. Resztę robią dzieci same. Pytam się kto dyżurny? Zgłaszają się dwie. Niech więc przypilnują porządnego posłania łóżek. Usuwam się na chwilę do pokoju lekcyjnego i staję przy oknie. Wiem, że nie powinnam odchodzić, czasu jest mało, ale mózg tłamsi mi ciężar, mieszanina nudy i udręki. Odetchnę przez chwilę. W zmętniałym, brudnym powietrzu jesiennego poranka widzę dramatycznie, gwałtownie wygiętą akację przy bramie. Nawet lubię na nią patrzeć. Coś mi przypomina. Czyżby bardzo stare obrazki chińskie? Może. Tylko że tamte były mimo wszystko sielankowe, a za tą akacją piętrzą się zwały gruzu. Muszę wrócić.
Część łóżek już posłanych inne jeszcze nie. Wydaje mi się, że w sypialni jest o kilka dziewczynek mniej. Ogarnia mnie niepokój. „Gdzie reszta?” krzyczę. Te, które są nie wiedzą. Może w jadalni. Wypadam wiec i biegnę po schodach na dół do jadalni. Jest tam kilkoro dzieci, ale nie z mojej grupy, Dziewczynki znajduje w zakamarku przy schodach i poszturchując prowadzę je do sypialni. Dwie pozostałe wychodzą z ubikacji. „Sprzątać, dzieci, sprzątać”. Wiem jedno: wyręczać ich mnie nie wolno, bo wtedy zupełnie przestałabym się liczyć, muszę je zmusić, żeby to zrobiły same. Maja po osiem, dziesięć lat. Nie chodzi o nic wielkiego. Pozamiatać, powycierać kurze. Sprawdzam. Wreszcie ustawiam je parami i prowadzę do dużej sali na dole. Stamtąd pójdą na śniadanie.
Do sali wchodzi dyrektorka. Gwar cichnie i znów narasta. Dzieci raz jeszcze ustawiają się parami, grupa obok grupy, pod okiem kilku wychowawców . Czekamy. Dyrektorka podchodzi bliżej, tym razem to tylko trzy słowa „Dzień dobry dzieci”. „Dzień dobry” wrzeszczą i brzmi to tak jakby tam było znacznie więcej słów. Teraz możemy wejść już do jadalni. Podchodzę do okienka i odbieram łyżki. Numerowane. Dla ochrony przed kradzieżą. Kto mógłby ukraść łyżkę? Chyba tylko wychowawca. Dyżurne rozstawiają talerze. Rozlewam mleczną zupę. Jedzą niechętnie – dostają ją bez ograniczeń. Oprócz zupy dzisiaj porcje wędliny i masła. Siedzę przy końcu stołu i patrząc na nie walczę z rozdzierającym wnętrzności głodem. Ale nie wolno mi jeść, będę jadła osobno. Taki jest regulamin. A jestem taka głodna, że jadłabym resztki. W tej chwili podchodzi do mnie dziewczyna ze starszej grupy i prosi na górę do sypialni, wiem że jest to pora obchodu komisji czystości, żołądek kurczy mi się przeczuciem czegoś niedobrego. Rzeczywiście. W szafkach u dwóch dziewczynek znaleziono jakieś drobiazgi. Tombakową broszkę, szmatki, laleczkę. Ależ wiem, że niczego oprócz rzeczy przewidzianych regulaminem nie wolno im trzymać w szafkach. Ani pod poduszką. Ani pod materacem. Nigdzie. Zabawki mają w pokoju do zabaw. Więc zabrać to stąd i uważać na przyszłość.
Tłumaczę się, że to nie moja grupa. Dyrektorka patrzy na mnie nieżyczliwie, a może tylko obojętnie i wychodzi bez słowa. Wracam do jadalni. Jestem znużona i nieludzko wprost głodna. Siadając ponownie przy stole nic nie mówię o znalezionych rzeczach, w gruncie rzeczy nic mnie to nie obchodzi. Przekażę to komu trzeba w swoim czasie. Udaję, że nie widzę, jak wstają pojedynczo od stołu i wymykają się z jadalni. Tak robią zresztą i inni. Po chwili jestem sama przy swoim stole, liczę łyżki, zgadza się, osobiście je oddaję w kuchennym okienku i teraz dopiero mogę wziąć swoje śniadanie. Jest to chwila odprężenia i chwila ciszy. Ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek naprawdę się najadła. Pośpiech.
Na górze zastaje dziewczynki o dziwo bez żadnych sztuczek zajęte tornistrami. Pytam, czy są przygotowane do lekcji, chociaż to sprawa tego wychowawcy, który miał z nimi zajęcia poprzedniego dnia. Oczywiście, są doskonale przygotowane. Ustawiam je już mniej rygorystycznie, szatnia jest na tym samym piętrze i prowadzę. Jesteśmy pierwsze, to dobrze, obejdzie się bez irytacji. Najmłodszym chętnie pomogłabym się ubrać, gdyby nie domagały się tego tak natarczywie, udając że są nieporadne. Zależy mi jednak na tym żeby wyjść stąd jak najszybciej. Nakładam płaszcz. Denerwuję się.
Zawsze się denerwuję, kiedy mamy wyjść na ulicę. Pary ustawiam tuż przed drzwiami wyjściowymi, za bramę wychodzimy już w jakim takim szyku, który jednak w każdej chwili może się załamać. Ulica jest ruchliwa, o tej porze może już nie tak zatłoczona, ale i tak przechodnie co chwila rozrywają mi szyk. Idę z tyłu, to znów z boku trochę zażenowana z powodu wyglądu moich dzieci. Dobrze odżywione, solidnie ubrane, a przecież nie takie jak inne. Do szkoły kilka przecznic, kilka skrzyżowań. Któraś wyrywa się w bok w stronę kiosku ze słodyczami. Krzyczę, że ma natychmiast wrócić do szeregu. Wreszcie ulga. Skręcamy w boczną cichą ulicę i wchodzimy na boisko szkolne. Wyrywają się, biegną do szatni.
Nie zatrzymuję, nie krzyczę, jestem już prawie spokojna. Zaglądam do szatni. Zmieszały się z tłumem dzieci i nie zwracają na mnie uwagi obce, niemal nierozpoznawalne. Wiem o której godzinie tu po nie wrócę, one też wiedzą, nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. Wychodzę. I teraz dopiero zauważam, że powietrze przenika lekki złotawy blask jesiennego słońca. Skręcam z boiska na ulicę, w przeciwną stronę niż ta z której przyszliśmy, idę swobodnie, patrząc pod nogi, szurając butami w szeleszczących liściach. Mam „okienko”. Przez pewien czas mogę robić co mi się podoba. Ogarnia mnie cicha radość z powodu tych wolnych godzin, nieco melancholijna, bo przecież czas ten minie o wiele za szybko. Coś trzeba z nim zrobić. Na chodzenie po sklepach nie mam pieniędzy. Do parku za daleko. Ulica tu jeszcze częściowo nie zabudowana, pełna pagórkowatych ruin, załomów.
Widzę wysoki mur, za nim kilka drzew, skręcam i rzeczywiście; jakieś dawne podwórko. Wysokie suche chwasty. Siadam na kamieniu. Wydaje m i się, ze jest tu cieplej. I cicho. Bardzo cicho. Zupełna samotność.

środa, 20 września 2017

Od ładu do rozpadu

Twórczość Marka Nowakowskiego analizuje Piotr Bratkowski

 

Pisarstwu Marka Nowakowskiego przytrafiła się przygoda, która jest odbiciem jego wizji świata. Tak jak świat według Nowakowskiego dąży od ładu do rozpadu, tak jego twórczość zmierza od literatury do nieliteratury   CZYTAJ DALEJ

Fot. za http://arete.media.pl/marek-nowakowski-1935-2014


czwartek, 24 sierpnia 2017

A L I C J E


w krainie starych egzystencjalistów
 

Sławomir Majewski




(fragmencik)


Judyta nadal ma skrupuły
- Ale naprawdę, patrząc od tej strony, to naprawdę można go usprawiedliwić.
On nadal nie ma skrupułów
- Usprawiedliwić? Może za czas, gdy działając jak drapieżnik niszczący osobowość swych ofiar, uciekał się do manipulacji i zaczął molestować swoich uczniów, otumanionych wdziękami jego intelektualnej perwersji? Medycy Eiguer, Hirigoyen nie określiliby go inaczej, niż jako perwersyjnego narcyza i socjopatę. Był nim, do cholery; oboje tacy byli! Racamier napisał, że w relacji z narcystycznym dewiantem można mieć tylko jedną nadzieję: że się z niej wyjdzie bez szwanku. Myślę, że zysk z takiej spółki wynoszą tylko stadła identycznie popieprzonych osobników. Reszta skazana jest na ciemny przerębel.
- Czy przyjął tak szczodrą ofertę Simony?
- Nie tylko przyjął. W podzięce dorzucił jej kilkoro młodzieńców a potem, na szczyt erotycznej piramidy dorzucił Algierczyka.
- Skąd pewność?
- Osvaldo Soriano, argentyński Odys przez totumfackich zwany Grubasem, w knajpce przy rue Portalis opowieść swą snuł smakowicie sącząc liqueur de poire au calvados. Zanucił Pamiętam, była jesień... Deszcz rosił witrynę, arabski zamiatacz zmiatał upadłe liście szerokim łukiem żeńca a narożna dziwka Czarna wsparta o ramię dziwki Żółtej, śpiewała rzewną kanconę ulicznych ulicznic spragnionych ulicznych uczuć Et si tu n'existais pas. Jak pisał Wielki James?

Z nawoływań płynących z ulicy w ulicę,
całun twój, stara Anglio, tkają ladacznice

W ów czas wdychałem aromat wonnych białego chablis zwanego Bramą Burgundii i niesłodzonej kaffy z Jaffy. Nie pijałem zielonych herbat tak szczodrze mi oferowanych przez Ajan, wysmukłą somalijską kelnerkę w złoconych sandałkach. Wyznaję: sypiałem z nią. Pachniała Afryką, korą cynamonowca i portugalskimi galeonami: pięknie.
Patrząc na Judytę unosi ramię z kielichem, jak Bóg z góry Nebo wskazujący Mojżeszowi.
- Zdrowie!
Daria zżyma się
- Zaraz zaraz... Czy oskarżona Simone Lucie Ernestine Marie Bertrand, sześciorga imion de Beauvoir, ma sama jak palec smażyć się w piekle innych, cierpiąc potępieńcze męki? Tylko ona?
Judyta też chce wiedzieć
- Jaka jest linia obrony oskarżonej Simone, sześciorga imion de Beauvoir?
- Że była jedną z dwu córek upadłego arystokraty z Verdun, adwokata Georgesa de Beauvoir i mieszczki Francoise Brasseur. Mezalians zaowocował związkiem patologicznym, mrocznym i niesprzyjającym rozwojowi panienek: niekochane przez kochanego papę, cierpiącego jak Heniek od ośmiu żon na brak potomka z ptakiem między nogami, gardził córkami. Z pogardą omijał je szerokim łukiem pogardy.
- A matka? Nigdy nie stawała w?
- Nigdy. Mieszczka z herbem męża wytargowanym za jej posag, wybrała milczącą pokorę wobec panamężowej do córek odrazy.
- Czy mała Simona pragnęła jego względów?
- Czy wodziła za nim oczyma jelonki bambi w oczekiwaniu nieoczekiwanej czułości i wzięcia na kolanka?
- Pytanie! Wpierw była małą, potem dużą Elektrą Spragnioną Tkliwości. Pozbawiona jej, cierpiała katusze. Chcąc poczuć ciepło matczynych uścisków, wyobrażała je sobie. Chcąc zaznać ojcowych pieszczot, wyobrażała je sobie nadwyraz plastycznie.
- Czy siostra towarzyszyła jej czynnie w plastycznym wyobrażaniu wyobrażeń?
- Hélène? Oui, została malarką, więc jak najbardziej plastycznie.
- Poddawały się siostrzanym dotykom w panieńskiej sypialni?
- W oranżerii, między wonnymi pomarańczami?
- A może w stajni, w mdlącym odorze końskiego moczu?
- I słodkiej woni błękitnych chabrów wplecionych w lniane grzywy?
- Kto wie?
- Ktoś wie.
- Ktoś wie, kto wie?
- Ja wiem, kto wie: umarli Simona i Jean-Paul. A przede wszystkim Georges de Beauvoir.
- Sugerujesz...
- Nie sugeruję. Imprinting!
Otwierając drugą butelkę, nalewając wino w kieliszki, Lupo kiwa głową z aprobatą dla jej słów
- Snuj pajęczynę, Arachne, tkaj podejrzenia, wylej jad swoich traum. Pardon, miałem na myśli jad ich traum. Imprinting? Wiele tłumaczy. Spragnione czułości i miłości ojca lub matki, pozwalają na wszystko nie mogąc zabronić niczego. Mówią: będę grzeczna, tatusiu! I potem już zawsze szukają tatusiów w kutasach starszych od siebie facetów, tak jak suka Lassie szukała swojego Joeya.
- Albo z ochoczą ochotą dają się miętosić paniom uczącym je życia, drugim mamom swoim. Potem same molestują. Imprinting.
- Imprinting ją usprawiedliwia?
- To i owo tłumaczy.
- A mnie się zdaje, że do Sartra trzeba podejść inaczej. Widzisz w nim hochsztaplera. Lata temu wyczułeś go w Coelho i u Almodóvara, co i ja węszę ale uważam że do Sartra trzeba podejść inaczej. Bez tej śmiertelnej powagi, która cechuje jego akolitów i zaprzysięgłych wrogów. Gdy zajmujemy się dziełami ludzi wybitnych, umyka nam fakt że wszyscy bez wyjątku na co dzień byli zwyczajnymi ludźmi a wybitnymi, tworząc. Marks był alkoholikiem i pasożytem, Kant mizoginem i pedałem, Villon złodziejem, Conrad hipochondrykiem i naciągaczem, Hemingway pijakiem a Warhol narkomanem i świrem bezkresnym jak ocean.
Popijają wino śledząc cienkie nitki rozpalonych nitek Perseidów
- Gej, biseks, pedofil, voyeurysta... Jakie to ma znaczenie wobec tego, co napisał? Winien być oceniany z uwzględnieniem jego osobistej codzienności. Jakie znaczenie dla literatury mają rodzaj czy ilość jego dewiacji i nałogów, wobec tego co napisał? Mdłości, Słowa, Mur, Muchy... Przecież dali mu Nobla za literaturę, nie?
- Jakie to ma znaczenie? Eddie Anderson, bohater książki Kazana Układ, osiąga wszystko czego może pragnąć mężczyzna: doskonałą żonę, doskonale płataną pracę, dom z basenem, inteligentną córkę, wspaniałe samochody. No i Gwen, kochankę niemniej doskonałą. Pewnego dnia pod wpływem impulsu wszystko niszczy i wszystko traci. Ostaje mu się kochanka, która z upływem czasu przestaje być doskonała... Być może detonatorem autodestrukcji Eddiego był dziki, niepohamowany, wyzwoleńczy seks z Gwen. Być może. A może zmęczenie wszystkim, chęć wyrwania się z układu w którym egzystował: żona, praca, żona, praca, dom z basenem, żona, praca, córka, wspaniałe samochody.

W OCZACH KOBIET NAPIĘCIE NIEROZUMIENIA

Dopija wino i przekładając kartkę maszynopisu, szuka zdania. Znajdując, cytuje siebie
- Z Sartrem było odwrotnie; nie mając niczego i będąc nikim, bo kimże jest źle opłacany nauczyciel? postanowił zdobyć świat tworząc własny układ. Jednak by stworzyć, musiał wykuć narzędzia walki, bo układ trzeba wywalczyć. Nie jest Macedończykiem z sarisą, tylko belfrem z pomazanymi kredą palcami. Brzydkim, zakompleksionym i objuczonym garbem nicości, jak pustynny dromader. Te traumy jego dzieciństwa... Wspomnijcie straszliwy upadek Ikara z nagiego biustu Matki-Nieba! Jest jednak coś, co pozwala mu uwierzyć w sukces: posiada mesmeryczny wpływ na kobiety. Konotuje, że jego erudycja plus brzydota i udawana bezradna nieśmiałość tworzą mieszankę, która niczym feromon wabi ku niemu kobiety młode, inteligentne i wyuzdane. Przykładem Simone o rysach Mesaliny: ładna, posągowa, biseksualna eksperymentatorka, oferującą jego inteligencji seks nieuznający żadnych tabu. W ich tandemie, to ona będzie inicjatorką związku cuckold. Stworzy z nim doskonale znaną i ze szczegółami opisaną rodzinkę, w której będą wymieniać między sobą swoich uczniów, kopulując z nimi na zmianę wedle parytetu ichniej demokracji: każdy z każdym. Jak Lao Tsy nigdy nie powiadał? By dojść do celu, trzeba dojść do celu.
Raz jeszcze: Algierczyk i Simone de... Rzecz trąci lichą tajemnicą Pulcinella. Powiadali w mondzie paryskich literatów, iż chcąc na zawsze usidlić Alberta, wysłał doń kurierkę wzwodów swych idei, wielopłciową Simone. Właśnie ją, bowiem doskonale znali swe kurewskie rzemiosło lucyferycznych kusicieli. Polityczne to było. Co nie trudno zwęszyć. Uczennica i wieloletnia kochanka Simone de, piękna Bianca Bienenfeld po latach opublikowała wspomnienia pod znaczącym tytułem Wyznania Zaburzonej Młodej Dziewczyny; chwytliwy tytuł, prawda? Niósł czytelnikom obietnicę rozpusty, jak powieść Romaina Gary obietnicę poranka.
Co pisze o swych pedagogach? Że chcieli żyć bogato, wieść życie pełne eskapad, spotkań i wymiany myśli. Ale przede wszystkim chcieli wieść życie, które zapewni im dwojgu famę ludzi zdolnych do nadawania nowej myśli czemuś, co w swoim narzeczu spryciarzy nazwali pokoleniem przyszłości. Doskonale wypracowali scenariusz, non plus ultra. Stworzyć coś z niczego. Taki polityczno-społeczny samograj. mobile in mobil, samograj, który wyniesie ich na społeczne wyżyny. A że ich życie prywatne szokuje kołtunów? Tym lepiej, niech straszni mieszczanie mówią źle, byleby mówili. Sartre dobrze znał Camusową story of life najpierw z żoną, nieskąpiącą nikomu wdzięków piękną Simone Hié i późniejsze ménage à trois z pannami Yvonne i Francine. Jak powiadają biurokraci, miał podkładkę by sądzić. I dobrze sądził, jak sądzę. Taki był Sartre, ten zakładnik piekła, jak przed nim chluba Oświecenia, szczur Rousseau. (...)



piątek, 23 czerwca 2017

Pielgrzym z Ur

MIROSŁAW G. MAJEWSKI
 






Ogród rozkoszy ziemskich

a to usychające drzewo pośrodku ogrodu rozkoszy powiesz mi po co?
po co ten gad o jedwabnym głosie wyjętym prosto z reklam permen king?
po co? a jakby tego mało było ta panna naga bez welonu
poczęta z boku mężczyzny którego tworzyłeś incognito chowając się przed wścibskimi aniołami aby nie wyszło na jaw że lepisz go z byle jakiej gliny przeznaczonej na strawbale człowieczego losu tak po cichutku aby nikt cię nie przyłapał na gorącym uczynku ponieważ z góry założyłeś jaki będzie finał tej zabawy w raj dziwiąc się przy tym dlaczego nikt nie chce uwierzyć że puzzel twej wszechwiedzy w czarną dziurę wpadł bez dna!
pytać się
po co?

i w ten oto sposób skończyłeś wszystko nim cokolwiek zacząłeś!
więc nie doszukuj się winy w nas aby ratować swą nieskazitelną świętość
świeżą niczym wszystkie nowalijki edenu na targu wrzasków zakapturzonych teologów o pustych oczodołach których ślepota zmusza nas dźwigać krzyż jeden krok poza ludzką wytrzymałość! przecież ta gra od początku była nie fair skoro grałeś znaczonymi kartami predestynacji!
po co to wszystko?
to przecież takie niepobożemu nielogiczne i niehigieniczne takie...
a więc nadszedł czas nihil obstat aby zadać odważne pytanie
jak to jest być dobrym ojcem i złym demiurgiem naraz?

spójrz pojawiamy się i znikamy każdy w swej mydlanej bańce
poznania dobrego i złego z wyblakłym śladem raju w bruzdach naszych zmarszczek…
twój fermentujący słodko raj stał się przekleństwem naszym!
tak to nasz świat a nie twój raj! świat w którym dawno wywietrzały twoje reminiscencje w nas! ale nie mów nic! nic...
wsłuchaj się z jakim oddaniem śpiewamy ci gloria gloria in excelsis deo!
gdyż jedno jest pewne jesteś święty tylko wówczas kiedy figowym listkiem zasłaniamy nagość naszej wiary


Pielgrzym z Ur

kazałeś mi
opuścić dom rodzinny w ur chaldejskim
dom ojca mego tetrarcha
mędrca astronoma mistrza retoryki
promieniującego blaskiem wiedzy
niczym księżyc w pełni nad pustynią al-rab al-chalii
więc poszedłem za twą obietnicą jak chciwiec za brzękiem złotych monet
obuty w znoszone sandały wiary z piaskiem pustyni w ustach bym nie mógł utyskiwać na swój starczy los nocami smagany przenikliwym wiatrem twoich słów wpatrywałem się w gwiazdy tęskniąc za chaldeą ojczyzną wyroczni i astrologów a ty mnie sponiewieranemu dolą nomada kazałeś je liczyć tak
jakbyś nie mógł użyć innej paraleli przecież jako jedyny pośród moich bliskich zawierzyłem tobie oczekując pochwał i słodszego miodu...

a ich ohydne bożki spaliłem nocą by zerwać z religią przodków nie będąc świadom że w ogniu pożogi zgładzę harana brata mego!
potem zamiast gwiazd kazałeś liczyć ziarnka piasku którymi plułem wraz z krwią mojej odtąd przetrąconej wiary...
bo czyż nie obiecałeś zapełnić kołczan mój synami?
więc nie obiecuj już niczego otwórz tylko łono żony mojej saraj zamknięte ponoć mocą zaklęć mściwych magów z ur
a zrobię to bez twego udziału…

...i nie wódź nas po pustyni a raczej zbaw nas od płonnych nadziei
amen!


Dżambia

dżambia wygięty niczym róg barani na biodrze mego ojca którego miłości byłem pewien jak słońca na niebie nie zadawałem więc pytań czy ty mnie aby kochasz skoro ten zakrzywiony nóż miał być jej dowodem
postrachem dla wszystkich mych wrogów
dla złych spojrzeń
szakalich i
wilczych...

ojcze abrahamie
wciąż słyszę głos twój niczym wiatr pustynny
tak kocham cię bardzo
lecz nad ciebie -
wybacz mi mój synu -
wszechmocnego kocham boga!

dlatego zawsze widzę ten szpon nad wątłym moim ciałem
i słyszę przeraźliwy płacz matki z zaświatów
kiedy obudzonego koszmarami nocy
nadaremno próbuje
pocieszać

dziś wiem że wiara jest wiarą wówczas gdy obrać ją z szaleństwa
a dżambia mój ojcze żadnym jej wyrazem
lecz twego obłędu koronnym
dowodem


POWRÓT