piątek, 23 czerwca 2017

Pielgrzym z Ur

MIROSŁAW G. MAJEWSKI
 






Ogród rozkoszy ziemskich

a to usychające drzewo pośrodku ogrodu rozkoszy powiesz mi po co?
po co ten gad o jedwabnym głosie wyjętym prosto z reklam permen king?
po co? a jakby tego mało było ta panna naga bez welonu
poczęta z boku mężczyzny którego tworzyłeś incognito chowając się przed wścibskimi aniołami aby nie wyszło na jaw że lepisz go z byle jakiej gliny przeznaczonej na strawbale człowieczego losu tak po cichutku aby nikt cię nie przyłapał na gorącym uczynku ponieważ z góry założyłeś jaki będzie finał tej zabawy w raj dziwiąc się przy tym dlaczego nikt nie chce uwierzyć że puzzel twej wszechwiedzy w czarną dziurę wpadł bez dna!
pytać się
po co?

i w ten oto sposób skończyłeś wszystko nim cokolwiek zacząłeś!
więc nie doszukuj się winy w nas aby ratować swą nieskazitelną świętość
świeżą niczym wszystkie nowalijki edenu na targu wrzasków zakapturzonych teologów o pustych oczodołach których ślepota zmusza nas dźwigać krzyż jeden krok poza ludzką wytrzymałość! przecież ta gra od początku była nie fair skoro grałeś znaczonymi kartami predestynacji!
po co to wszystko?
to przecież takie niepobożemu nielogiczne i niehigieniczne takie...
a więc nadszedł czas nihil obstat aby zadać odważne pytanie
jak to jest być dobrym ojcem i złym demiurgiem naraz?

spójrz pojawiamy się i znikamy każdy w swej mydlanej bańce
poznania dobrego i złego z wyblakłym śladem raju w bruzdach naszych zmarszczek…
twój fermentujący słodko raj stał się przekleństwem naszym!
tak to nasz świat a nie twój raj! świat w którym dawno wywietrzały twoje reminiscencje w nas! ale nie mów nic! nic...
wsłuchaj się z jakim oddaniem śpiewamy ci gloria gloria in excelsis deo!
gdyż jedno jest pewne jesteś święty tylko wówczas kiedy figowym listkiem zasłaniamy nagość naszej wiary


Pielgrzym z Ur

kazałeś mi
opuścić dom rodzinny w ur chaldejskim
dom ojca mego tetrarcha
mędrca astronoma mistrza retoryki
promieniującego blaskiem wiedzy
niczym księżyc w pełni nad pustynią al-rab al-chalii
więc poszedłem za twą obietnicą jak chciwiec za brzękiem złotych monet
obuty w znoszone sandały wiary z piaskiem pustyni w ustach bym nie mógł utyskiwać na swój starczy los nocami smagany przenikliwym wiatrem twoich słów wpatrywałem się w gwiazdy tęskniąc za chaldeą ojczyzną wyroczni i astrologów a ty mnie sponiewieranemu dolą nomada kazałeś je liczyć tak
jakbyś nie mógł użyć innej paraleli przecież jako jedyny pośród moich bliskich zawierzyłem tobie oczekując pochwał i słodszego miodu...

a ich ohydne bożki spaliłem nocą by zerwać z religią przodków nie będąc świadom że w ogniu pożogi zgładzę harana brata mego!
potem zamiast gwiazd kazałeś liczyć ziarnka piasku którymi plułem wraz z krwią mojej odtąd przetrąconej wiary...
bo czyż nie obiecałeś zapełnić kołczan mój synami?
więc nie obiecuj już niczego otwórz tylko łono żony mojej saraj zamknięte ponoć mocą zaklęć mściwych magów z ur
a zrobię to bez twego udziału…

...i nie wódź nas po pustyni a raczej zbaw nas od płonnych nadziei
amen!


Dżambia

dżambia wygięty niczym róg barani na biodrze mego ojca którego miłości byłem pewien jak słońca na niebie nie zadawałem więc pytań czy ty mnie aby kochasz skoro ten zakrzywiony nóż miał być jej dowodem
postrachem dla wszystkich mych wrogów
dla złych spojrzeń
szakalich i
wilczych...

ojcze abrahamie
wciąż słyszę głos twój niczym wiatr pustynny
tak kocham cię bardzo
lecz nad ciebie -
wybacz mi mój synu -
wszechmocnego kocham boga!

dlatego zawsze widzę ten szpon nad wątłym moim ciałem
i słyszę przeraźliwy płacz matki z zaświatów
kiedy obudzonego koszmarami nocy
nadaremno próbuje
pocieszać

dziś wiem że wiara jest wiarą wówczas gdy obrać ją z szaleństwa
a dżambia mój ojcze żadnym jej wyrazem
lecz twego obłędu koronnym
dowodem


POWRÓT

poniedziałek, 22 maja 2017

WIERSZE - BARBARA MARSZAŁEK






Wiosenne porządki w ogrodzie

Przyjdzie wiosna, poszukam cienia i pomyślę,
że brakuje mi dobrego kontaktu ze sprawami ostatecznymi.
Może skoszę trawnik, a może pozwolę mu rosnąć.
Zakwitnie bez i najprawdopodobniej dostanę alergii.

Przyjdzie wiosna, chwasty i chore pędy.
Poszukam środka nieszkodliwego dla roślin i pomyślę,
że śmierć można opisać tylko przez życie,
zasuszony w książce liść. 


Każdy gołąb miał swoje imię

Dobrze się czuję w tym wierszu, dziadku.
Ciepło i przytulnie, jak pod ciężką pierzyną o zapachu nafty.
Zapalam latarkę w trzecim wersie,
a słowa wylatują przez dziurę w dachu.
I wcale ich nie widać, nie słychać szelestu skrzydeł na strychu.

Pozostał smak malin z ogródka.
Wysuszona tęsknota, jak studnia za domem.
Niektóre gołębie już nigdy nie wróciły,
milczałeś, gdy pytałam 
dlaczego?


3:00

Policzyłam wszystkie palce.
Dwadzieścia.

Mały u lewej ręki jest nieswój.
Mrowienie może być spowodowane zmianami kręgosłupa.
Kupię odpowiedni materac z warstwą ochraniającą sprężyny.
Kupię wkładki ortopedyczne i co będzie potrzeba,
aby piękniej żyć przestanę tęsknić za miłością.

Z tęsknoty wykluwają się schorowane pisklęta.
Oddech zmięty jak poduszka, niespokojny jak wiersz
z ograniczoną ilością znaków.

Czekam, aż duchy wypełzną z zegara,
przecinając pajęczynę krążącą pod sufitem.
I nic więcej już nie zmieszczę w tej pułapce
świecącej na niebiesko, świecącej dla ciebie. 



Adelaide house

Margaret boi się czarnej dziury
rozpuszcza nitki włosów, jest ich coraz mniej,
coraz mniej Margaret wyczekującej w oknie.

Stuletni John z parteru
był pilotem, teraz jest ślepy
i został mu tylko wnuk,
który wyjechał do Australii.

Margaret rozczesuje włosy,
na balkonie rozkwitają pelargonie.
Sąsiadka Jenny dziecinnieje,
zostawiając gówno na dywanie,
chowa oblizane landrynki
pod poduszką, w poszewce i w zmiętym prześcieradle.

Chcę powiedzieć Margaret,
że i mnie i moje dzieci zakopią w czarnej dziurze,
ale milczę.
Wyrzucam srebrny pukiel ze szczotki do kosza,
obrywam zeschnięte liście.

Koty wygrzewają się na słońcu. 


Presto na śniadanie

to miasto z tysiącem i jedną latarnią
nauczyło nas pośpiechu
wstajemy przed dźwiękiem budzika
dodając gazu na ruchomych schodach

nie mamy czasu na wyrzuty sumienia
który cień to my z osobna?

to miasto blada pajęczyna
wrasta w nasz garb
kochamy się pięć i pół minuty
aby zdążyć na wiadomości

szybka przemiana materii

zapalam papierosa od tyłu
to znak by rzucić
słowa na wiatr usiąść odpocząć
nim rozpoczną się ostatnie przystanki
poranne kolejki za drożdżówką

w hipermarketach na ścianach
brak zegarów 


_____________________
BARBARA MARSZAŁEK ur. w 1980 w Oświęcimiu, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego Wydziału Filologii Polskiej w Katowicach. Z zawodu koordynator projektów.
Publikuje wiersze i opowiadania na portalach literackich oraz w miesięczniku Sofa. 2015 debiutancki tomik wierszy Milion kawałków. Laureatka portalowych konkursów literackich, jak również Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego Pisanie na chandrę.
Od ośmiu lat mieszka w czeskiej Pradze, wcześniej - we Francji oraz Irlandii Północnej. Obecnie na urlopie wychowawczym; matka rocznego synka Tymona. 


 
 


 

poniedziałek, 15 maja 2017

HEJŻE, W SZEROKI ŚWIAT!




KRYSTYNA HABRAT


Czytałam w ogródku z książkę, gdy usłyszałam nadjeżdżającego na rowerze listonosza, bo zawsze hamował nogą, szurając głośno po chodniku. Od razu wiedziałam z czym przybywa. Kilka dni wcześniej śniło mi się, że wiadomość przyjdzie w czwartek, czyli dziś, i zaraz będę musiała szykować mapy na wyjazd w świat.
Chwilę później mama zawołała mnie przez okno.
- Dobra wiadomość?! – zapytałam nadbiegając.
- Dobra i zła. Nie dostałaś akademika.
Co tam akademik? – przemknęło mi przez głowę. – Najważniejsze, że się dostałam! I to na oblegany kierunek! Na słynnej uczelni. Resztę dnia spędziłam z Hanką, koleżanką z klasy, w lesie. Poszłyśmy aż na odległe wrzosowisko, okrywające fioletem pochyły stok rozległej polany pośród sosen. Patrzyłam w dół i choć horyzont zawężał dookoła las sosnowy, miałam wrażenie, że mam u swych stóp cały świat. Odtąd będę go zdobywać. Miałam siedemnaście lat. Wszystko tego dnia wydawało się wspaniałe. Był to drugi, albo trzeci, z najszczęśliwszych dni w moim życiu.
Hanka weszła głębiej w las, rozglądając się za grzybami, a ja przysiadłam na zmurszałym pieńku i popadłam w zadumę. Czułam w sobie niezwykłą lekkość, że zdawało się: zaraz pofrunę. Oddychałam jakoś inaczej, pełniejszą piersią. Ze wzruszenia. I nadmiaru wyobrażeń. Chciałam tyle powiedzieć, wykrzyczeć, ale słowa były zanadto ubogie, by oddać to, co we mnie śpiewało. Zresztą to było we mnie. Tylko dla mnie. Czekał mnie przecież nowy rozdział życia. Jeszcze nieokreślony, ale prowadzący w górę ku realizacji wzniosłych zamierzeń. Jakich? By być kimś, robić coś ambitnego i nie poprzestawać na małym. Od małego mi wmawiano, w domu, w szkole, że muszę wysoko latać. Bo mnie stać. Dopiero nazajutrz dotarło do mnie, co to będzie, gdy przyjadę z ciężką walizką i nie będę miała dokąd z nią iść? Co zrobię, jak na domiar złego zacznie tam padać deszcz? Ta ponura wizja prześladowała mnie już do końca wakacji. Co wtedy zrobię? Pakowałam się i... martwiłam. Spełniło się co do joty. Taksówkarz wysadził nas, mnie i Hanię, w pobliżu uczelni. Obie bez dachu nad głową, ale pełne wiary w siebie. Dotachałyśmy walizy do portierni i, zostawiwszy je pod okiem portiera, pobiegłyśmy na piętro dokonać wpisu na pierwszy rok studiów.
Pod dziekanatem czerniała ciżba, głownie przejętych swą rolą nowicjuszy. Podobno starsze roczniki już nie były w zapisach tak akuratne, osiągali się póki termin pozwalał. Tylko pierwszy rok podchodził do tego z nabożnym przejęciem. I chyba skrywanym strachem. Zanim się wystało swoje pod dziekanatem, należało załatwić formalności w kwesturze i gdzieś tam jeszcze... Tu coś wypełnić, tam podbić, złożyć... Były to zadania nie na jeden dzień. W kolejce doradzano sobie nawzajem usłużnie, jak sobie z tym poradzić, gdzie iść najpierw, dokąd potem. Udzielano chętnie takich informacji, bo większość czekających przybyła z daleka i wdzięczna losowi, że dostała się na studia, przekazywała więc tę radość każdemu dookoła. Tylko oni jakimś cudem dostali miejsca w domach akademickich. A gdzie ja dziś będę nocować? Co zrobię z wyładowaną książkami walizką?
Uzbrojone w kartki z adresami z ogłoszeń, powędrowałyśmy z Hanką szukać mieszkania. Deszcz rozpadał się na dobre. Tak, jak się obawiałam. Jeszcze nie wiedziałam, że w tym mieście często pada deszcz. Szczególnie jesienią. Mokłyśmy, przemierzając długie ulice i kręte zaułki, w poszukiwaniu miejsc gdzie oferowano pokój dla studentki. Wymiętoszony już plan miasta można było rozłożyć tylko w jakiejś bramie. Te bywały zakamuflowane gdzieś od strony podwórek. Czasem zamknięte. Wreszcie zbyt ciemne, by można coś dojrzeć. Plan powoli rozpadał się na zgięciach. Podobnie, jak nasze dumne plany. Mijałyśmy szare, średniowieczne mury, ale dziś zabytki nas nie poruszały. Ani żadne obiekty, dla których warto było znaleźć się właśnie w tym mieście. Co krok noga wpadała w kałużę. Byłyśmy już głodne i zmęczone, ale strach było tracić czasu na wstępowanie do baru, żeby ktoś nie sprzątnął nam lokalu sprzed nosa.
Wreszcie w kamienicy, straszącej od podwórka ciemnymi zakamarkami i dziwnymi rupieciami w labiryntach klatki schodowej, otworzyła nam drzwi kobieta w kapeluszu, niczym odwrócona doniczka. Zagradzając wejście, patrzyła, jakby zdzierała z nas ubranie i pokrzykiwała histerycznym głosikiem, że ogłoszenie nieaktualne! Ale możemy przyjść jutro. Byle za dnia! Po ciemku nikomu nie otwiera. To, po co przychodzić, skoro wynajęte? Później poznałyśmy, że to blef wynajmujących, żeby dobrać sobie kogoś, co najbardziej spasuje.
Spać się już nam chciało. Całą przecież noc spędziłyśmy w podróży. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Do wieczora należało koniecznie coś znaleźć. A tu padało i podstępnie zapadał zmrok. Trudno było wypatrzyć kogoś, żeby spytać, gdzie ta poszukiwana ulica. Ludzie chowali się do domów. Tylko my dwie na pustej ulicy bez dachu nad głową. Proponowane na ogłoszeniach adresy znajdowały się w odległych dzielnicach. Brnąć tam w obce miejsca, gdy stawało się coraz ciemniej? Może chociaż gdzieś niedaleko? Trzeba kogoś zapytać, który z adresów jest najbliżej? To straszne znaleźć się w obcym mieście, w padającym deszczu, bez dachu nad głową. Po co było robić ten krok w nieznane?
Przenocowałam z Hanią u krewnej moich rodziców, ale należało szukać czegoś na stałe. Nazajutrz też nic nie znalazłam. I tak poszło dzień po dniu. Kiedy po długim błądzeniu ulicami w dalekiej dzielnicy i gdzieś pośród zaułków znalazłam zakamuflowany adres, przerażona przemierzałam labirynty mrocznych klatek schodowych z czyhającą tam rupieciarnią. Bałam się tych zakamarków i mieszkających tam ludzi. W starych kamienicach nie było łazienek, a toalety na korytarzu wspólne. Często obok zlew z kapiącym kranem, skąd lokatorzy brali wodę do gotowania i mycia. Widać nie dane mi już będzie wylegiwanie się w wannie z książką? Jak ci ludzie mogą tak mieszkać? Wyglądało, jakby wystarczały im same zabytki miasta, kawiarnie i teatry. Szczególnie ten ze słynną kurtyną. Starsza pani, u której nareszcie zamieszkałam, przypominała mi o tym co dzień. Należało tam iść w pierwszej kolejności, bo tam gromadziło się najwspanialsze towarzystwo. A na jaką sztukę? Nieważne. Byle się tam znaleźć. Popatrzeć, pooddychać. Oczywiście. Przyjechałam tu przecież i dla licznych teatrów. Co tam niewygody, gdy zamierza się zdobywać świat. Gdy wreszcie ma się dostęp do kilometrów książek na półkach olbrzymiej biblioteki, takich od początku dziejów. Trzeba trochę pocierpieć, może bardziej postarać się o miejsce w akademiku, by osiągnąć to, co w życiu najważniejsze. Tylko na razie biegam dalej za mieszkaniem. to lokum jest daleko od uczelni. Brakuje mi kontaktu z koleżankami. Nawet Hanka zamieszkała po przeciwnej stronie miasta i rzadko ją widzę, tym bardziej, że studiuje inny kierunek. Moje gospodynie dobre, sympatyczne, ale z innych czasów. Starsza pani, poczciwa kobieta, ale wciąż pyta mnie o to samo i zaraz zapomina. Zdradza wyraźną sklerozę. Jej półwieczna córka zwierza się, że porzucił ją przed laty narzeczony. I to adwokat. Bardzo wzięty. Po dwunastu latach narzeczeństwa. Dla jej serdecznej przyjaciółki. Teraz oprócz matki nie ma nikogo. Nikt nie zapyta, co jej dolega, czemu smutna. Mogłaby się zapłakać na śmierć. Żal mi jej. Dobra kobiecina. Odkładam książki, ile razy chce się wygadać. Kończy nieodmiennie: pamiętaj, nie ufaj mężczyznom.
Jeszcze mi te sprawy nie w głowie, ale też czuję się bardzo samotna na pustych ulicach, gdy wracam po wieczornych wykładach do domu. Każdy krok wielokrotnieje echem. Przeraża byle szelest uschłego liścia, poderwanego wiatrem. Wtedy pojęłam, co to jest obczyzna. To długie ulice, gdzie nikogo się nie zna. Dziesiątki przemierzanych schodów, korytarzy i drzwi, za próg których nikt nie zaprosi. A przecież od dawna chciałam uciec od jednej ulicy, której obraz mnie prześladował.
Pamiętam, jeszcze w liceum, któregoś zimowego zmierzchu stanęłam u jej jednego krańca i zobaczyłam ją, ciągnącą się, jak batem strzelił, pośród olbrzymich sosen, nieubłaganie w dal z rzędami białych, dwupiętrowych, bloków po obu stronach. Ledwo oświetlało ją mdłe światło latarń. Ja mieszkałam tam w połowie. Tego wieczoru na końcu ulicy, pomiędzy plamami czarnych o zmroku sosen, przezierał wąski pas horyzontu z kotłowaniną czerwono-sinych chmur. Wyglądało to niczym walka nieba z piekłem. Tam, skryty za sosnami, znajdował się cmentarz i po kolei odprowadzało się w kondukcie starszych sąsiadów. Ten krajobraz mnie przeraził. Odtąd unikałam wychodzenia pod wieczór z domu. Zimą bałam się tak ponurych widoków, latem – złowieszczych chmar jerzyków, przelatujących z piskiem nad domami. Nie mogłabym tu zostać na całe życie. Musiałam uciec do ważniejszego miejsca. Gdzie więcej świateł i nie tak ponuro? No i uciekłam.
Teraz do południa załatwiałam formalności niezbędne na początku studiów, a już biegałam na wykłady, ćwiczenia, lektoraty, a popołudniami łaziłam po mieście w poszukiwaniu miejsca do zamieszkania. Przestałam mówić: „pokój do wynajęcia”, odkąd spostrzegłam, że starsze panie, dysponujące zaledwie jednym pokojem, przyjmują do siebie studentkę, żeby zdobyć tak parę złotych. Pierwszej chcącej tak nas obie przyjąć, odmówiłam wyniośle. Nie uśmiechało mi się zamieszkanie w jednym pokoju z obcą, starą kobietą w szarych, dziwacznych, szatach. A te ich przedpotopowe kuchnie i wygódki bez wygód całkiem mnie odstręczały. Kiedy pięć lat później to wszystko zakończyło się propozycją asystentury, nie bardzo pamiętałam, co to ja właściwie zamierzałam osiągnąć? Obroniłam magisterium i od razu zdało mi się, jakbym doszła do horyzontu i dalej nie było już nic. Wkrótce od nowa przemierzałam ulice i schody kamienic w poszukiwaniu jakiegoś lokum. Tylko asystentce wynajmowano mniej chętnie. Taka miała większe wymagania i co gorsza, jako pracująca, mogła się podstępnie wmeldować na stałe. Co innego studentka, bywa tylko przelotnie, przyjeżdża, odjeżdża. Po co właściwie ja tu zostałam? Wyjeżdżałam jeszcze nie raz. Zawsze w odległy świat. W nieznane. Na szczęście już z mężem.
Kiedyś, w przeddzień wyjazdu, wiatr hulał po opustoszałym już mieszkaniu. Podrywał z ziemi gazety, rozłożone dla ochrony podłogi, przy wynoszeniu mebli i szurał nimi przeraźliwie. Póki stały tu meble, wisiały firanki, żaden podmuch się nie wdarł. Teraz było smutno i źle. Kiedy na to patrzyliśmy ogarniał nas lęk. Traciliśmy pewność, czy dobrze robimy. Ale oboje chcieliśmy znaleźć się w ważniejszym miejscu, gdzie będzie można się zrealizować. Tam będzie więcej możliwości pracy. Tej ciekawszej, o jakiej się marzy.
Synek, pozostawiany chwilowo u mamy, wystawił spomiędzy szczebelków łóżeczka nóżkę w niebieskich rajstopkach. Jeszcze nie wiedział, że jakiś czas już nas tu nie będzie. Bardzo za nim tęskniliśmy. Tak bardzo, że całe to przedsięwzięcie wydało się błędem. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale ja sama siebie wciąż pytałam, po co właściwie wyjechaliśmy?
Mąż, poszukiwany specjalista, miał łatwiej, ale ja z mym rzadkim zawodem znowu przemierzałam ulice, schody i korytarze, tym razem w poszukiwaniu ciekawszej pracy. Znowu błądziłam po obcym mieście. Kiedyś wsiadłam w autobus z odpowiednim numerem, ale jadącym w stronę przeciwną. Spóźniłam się do pracy. Szef nie był wyrozumiały. Z podniesionym paluchem wygłaszał kazania i uzupełniał je łacińskimi sentencjami. Szczególnie dokuczał odkąd przywiozłam syna i często mi chorował. Czasem nie miałam go z kim zostawić. Ale szefowe potem były bardziej okrutne. Nie tylko dla mnie.
- Urlop? To tylko opieka nad chorym dzieckiem. Ma zapalenie oskrzeli.
- Tylko pani na poczcie może zamknąć sobie kiedy chce okienko, a profesor w szkole nie może sobie na takie przerwy pozwolić.
Nie mogłam. Tytułowano mnie przecież panią profesor.
- Gdy następnym razem prowadziłam rozpalone gorączką dziecko do lekarki, ta patrzyła na mnie z Źle sobie pani ten urlop zaplanowała, gdy tyle roboty.
przyganą, jakbym ja była wszystkiemu winna. Przecież nie chciałam od niej zwolnień. Chciałam, by było zdrowe. Ale znów nałykało się zimnego powietrza, kiedy wlokłam je rano do przedszkola. Szło z ociąganiem już chyba przeziębione i znowu spóźniałam się do pracy. Postanowiłam szukać innej posady. Cóż, obczyzna.
- Na pewno chce pani odejść? – dziwili się.
- Niech się pani namyśli.
Kręciłam głową i dziwiłam się, że się dziwią.
W następnym miejscu było lepiej. Miałam autorytet i poszanowanie. Przeważający tu mężczyźni, dobrze zarabiali i nie zawracali sobie głowy drobiazgami. Było z nimi o czym porozmawiać. Miałam własny gabinet z fotelami i dywanem. Próbowałam nie myśleć, czy ta praca jest na miarę mych ambicji. Na początku na pewno była.
Przybyło nam jeszcze jedno dziecko. Znajomym też się rodziły. Wątłe już i tak kontakty towarzyskie urywały się na dobre. Czasem usiłowałam sobie przypomnieć, ile należy mieć punktów, żeby wyjść w kolor lub dwa bez atu. Nasza odzywka: „no, bo w Pińczowie dnieje”, tu nie bawiła.
Nikt nie znał tamtej drogi w rejonie Jędrzejowa, może Chęcin, ciągnącej się zboczami wzniesień, gdzie nieoczekiwanie daleko na prawo w jednym miejscu z mroku nocy wyłoniły się z nieba różowe promienie. Przecinały zachmurzony, ponury, świat. Czyżby się paliło? – powiedziałam do męża przy kierownicy. Ale zaraz drogowskaz oznajmił nam, że tam jest właśnie Pińczów. To wschodziło słońce. Czy tak to widział ten, co wymyślił brydżowe powiedzonko, że w Pińczowie dnieje? Ale my to raz widzieliśmy. Tylko wtedy od dawna już karty poszły w kąt...
Przy dwojgu dzieciach trudno było pracować osiem godzin dziennie i wracać do domu późno. Trochę z żalem zwolniłam się z dobrej pracy, ale musiałam odchować dzieci. Kiedy drugie poszło do przedszkola znalazłam sobie pracę z mniejszym wymiarem godzin. Wmawiałam sobie, że tym razem muszę wytrwać dłużej. I że to całkiem dobra praca. Wracałam do domu sama i szłam z mężem i dziećmi do parku. Drzewa co rok były większe. Uczyliśmy się nazw żyjących tu ptaków.
Po ca ja tu przyjechałam? No, chciałam żyć w wielkim mieście. Nie w takim, gdzie jest długa, pusta ulica, kończąca się na horyzoncie złowieszczym niebem o zmierzchu. Chciałam większych perspektyw, nowych możliwości. Potrzebowałam więcej ulic, domów, miejsc pracy, czegoś ciekawego, co może kryć się za nieznanym rogiem. Tymczasem wciąż biorę prace nie na moje ambicje, byle zarobić na chleb. Tu nie miałam żadnych znajomych z przedszkola ani szkoły, żadnych znajomych rodziców, mogących coś krewnych, kolegów ze szkoły. Kompletna obczyzna może być nie tylko za granicą. Trudno, sama muszę torować sobie drogę bez poparcia, pleców, protekcji... Mnie protekcja niepotrzebna – wmawiałam sobie. Prawdziwy talent sam się wybije.
Obserwowałam kiedyś dziewczynę, która pojawiała się uparcie na konferencjach prasowych znanych postaci. Stawała z przodu i wpychała mówiącemu w usta swą miotłę z mikrofonem. Sama nigdy nie zadała pytania. Pewnie była nadmiernie chroniona przez rodzinę i otulona miękką watą protekcji, bo szczyciła się wpływowym dziadkiem - och, zadbano, żeby ją światu pokazać! Dlatego nie wyrobiła sobie ostrych łokci. Kamera raz po raz przybliżała jej przejętą twarz - ktoś o to zadbał - i widać było, że zaraz coś powie, błyśnie, i zacznie wielką karierę. Kiedy wreszcie któregoś dnia otworzyła usta, powiedziała coś tak bez sensu, że wszyscy wybuchli śmiechem. Więcej się nie pojawiła.
Imieniny też spędzałam w gronie rodziny. I święta. Kolejne próby nawiązania bliższych stosunków towarzyskich połączonych z bridżem, jakoś więdły. Brakowało na to czasu. Wieczorem należało kąpać dzieci, karmić i usypiać. Później baczyć, jak odrabiają lekcje. Grać z nimi w szachy. Kiedy nasze podrosły, rodziły się u przyjaciół. Nawet na czytanie brakowało czasu. Zarywanie nocy nie wchodziło w rachubę, bo wcześnie rano trzeba było wstać do pracy. A niedziele poświęcić rodzinie. Dziecku, ciągniętemu w deszcz czy mróz do przedszkola. I temu przesiadującemu co dzień w świetlicy, gdzie pani wali metrową linią w stół, chcąc się przedrzeć przez dziecięcy gwar. W każdą sobotę piekłam jakieś ciasto. Mama uczyła, że prawdziwy dom musi pachnieć na co dzień zupą a od święta – ciastem. Inne kobiety dziwiły się: Nie lepiej kupić gotowe?
- Takie nie pachnie jak z własnej duchówki...
- A co to ta duchówka?
- Piekarnik. Ale u nas tak się mówiło duchówka. Ładnie, prawda? Ileż w tym treści...
- Dziwnie... Powinniście inaczej urządzić kuchnię. Zmodernizować...
Niby tak, tylko my ciągle baliśmy się urządzać tu na stałe. Nie zawieszaliśmy obrazów, półek, bo po co dziurawić ściany, gdy znowu przyjdzie ruszać gdzieś dalej? Przecież nie zostaniemy tu na zawsze! To nie jest jeszcze to najważniejsze miejsce. Te prace, jakie biorę tylko by pracować i mieć na chleb, są byle jakie. Byle jak mamy urządzone mieszkanie. Ludzie kafelkują wciąż od nowa innymi płytkami łazienki, kuchnie. Nasze kafelki, kupione w przypływie dziwnej nadziei, ciągle nierozpakowane. Jeśli przykleimy je do ścian, trudniej będzie się i nam stąd oderwać. Z każdym gwoździem, który wbijało się w ścianę, czułam, że przybijamy tu tak samych siebie. Nigdy dalej się nie wyrwiemy. Nie znajdę się w najważniejszym miejscu. Nie będę robić nic ważnego i trudnego, na miarę mych ambicji.
Znów szefowa mi nie imponowała. Chyba czuła, że tak o niej myślę, bo wnet toporek wojenny został wykopany. Była jaka była, ale od przedszkola znała dyrektora. A ja byłam bez korzeni. Może nie powinnam była przyjeżdżać tak daleko? Jednak, kiedy odwiedzałam stare strony, też czułam się niezadomowiona. I tu, i tam, miałam poczucie, że przysiadam tylko na moment i zaraz odfrunę.
Gdzie była moja ojczyzna? Gdzie czułam się u siebie? W moim domu! Od balkonu do końca wycieraczki. Tu było nam dobrze. W sobotę piekłam ciasto i pachniało aż na korytarzu. Mieliśmy swoje ulubione miejsca w parku. Alejkę wzdłuż oczek wodnych z nenufarami. Duży staw, w którym zanurzały swe sploty wierzby płaczące. Mały kiosk z gorącymi kiełbaskami, gdzie można się było posilić i rozgrzać. Przyjaciół też miewaliśmy, lecz i oni bywali tu przelotem. Wszyscy tu przyjeżdżali, odjeżdżali. Wszystkich nas zmienne losy nosiły, choć już zapomnieliśmy, po co?
W ostatnim miejscu jakoś dłużej się zasiedzieliśmy. To chyba jeszcze nie starość? Może złudzenie, że coś się i tu wydarzy. Odrobinę ciekawsza praca. Większe możliwości kontaktów przez internet. Wirtualne złudzenia, że coś się dzieje ważnego. Wystarczało kliknąć i zaraz pojawiali się na ekranie dawno nie widziani znajomi ze szkoły. Korespondencja z nimi poprzez Naszą-Klasę zabierała mi całe wieczory. Ile było z tego uciechy! Wreszcie miałam na wirtualne wyciągnięcie dłoni kogoś z odległego kontynentu.
Okazało się, że mogę pisać nawet opowiadania i „wklikiwać” je w wirtualną przestrzeń, a one w jakiś sposób zaistnieją. Wydawać tym sposobem całe książki, które kupowali wirtualni czytelnicy. Tacy, co niby są a może ich nie ma? Zaczynałam gubić się w złudzeniach, gdzie jest to, co naprawdę a gdzie złuda. Należało wreszcie zrobić remont mieszkania. Poprzybijać gwoździami półki i obrazki. Przestać myśleć, że z każdym gwoździem przybijamy tu samych siebie. Jeszcze nie... Może pojedziemy dalej?
I tak trwało. Wychodziliśmy z mężem do parku. Tam spotykaliśmy dużo znajomych. Zamieniało się zawsze kilka miłych zdań. Czasem postało się dłużej i zagadało, póki nie dotarło, że tarasujemy dróżkę, tę zaciszną pośród bzów nad stawem. Bolały też od stania nogi. Żegnaliśmy się więc z żalem, wiedząc, że znów długo ich nie spotkamy.
Zapraszać kogoś do domu nie przychodziło do głowy. Od dawna zdziwaczeliśmy. Jak tylko miał przyjść ktoś obcy, nawet najbardziej lubiany, należało wcześniej postawić mieszkanie do góry nogami. Zrobić perfekcyjny porządek, przygotować wystawne danie, rozstawić stół, wyjąć najlepszą zastawę... Komu by się chciało? Nawet takiej zastawy za dużo nie mieliśmy. Po co? Utrudniałaby przeprowadzki. Kto miałby czas prasować białe obrusy?
Gdzieś tam daleko, w odległych czasach hołdowaliśmy innym zasadom. Wedle rodzinnych tradycji obowiązywała większa gościnność. Bez ludzi nie wyobrażało się życia. Należało bywać, przyjmować w rewanżu, spędzać w gronie przyjaciół imieniny i święta. Świętować hucznie sylwestra. Ale tam była mama z adamaszkowymi obrusami w szafie, lubiąca przyjmować gości. Były ciocie chętnie szykujące gorące dania dla każdego przybysza. I koleżanki z którymi można było przegadać w domu cały wieczór przy szklance herbaty. A często i bez tego, gdzieś na ławce pod drzewem. Póki nas nie wystraszył nadlatujący od lasu z chrzęstem czarnych skrzydeł olbrzymi chrząszcz. Ale tutaj od progu, no, od wycieraczki, sami obcy... Dopiero na ekranie komputera świat staje się bliski.

środa, 19 kwietnia 2017

STANISŁAWA PRZYBYSZEWSKA


OCZYMA ZWYKŁEGO CZYTELNIKA 
 







KRYSTYNA HABRAT




O Stanisławie Przybyszewskiej dowiedziałam się wcześniej niż o jej słynnym ojcu Stanisławie Przybyszewskim i o Młodej Polsce. Jako dziecko uczyłam się czytać na oprawionym roczniku „Tygodnika Illustrowanego” (pisownia ówczesna) z 1933 roku, który jakimś cudem przetrwał zawieruchę wojenną i kilka przeprowadzek. Kładłam się z tą wielką i ciężką księgą na dywanie, a liczyła 1034 stron (w prenumeracie - numeracja ciągła) i podczytywałam tu i tam o sprawach które mnie zaintrygowały. Choćby reklama wymyślonego już wtedy leku raz na zawsze zwalczającego łysinę. Jak to? - myślałam - dlaczego jeszcze mój tato, skrywa wstydliwie "wysokie" czoło? Czytywałam też, acz bez entuzjazmu, drukowane w odcinkach "Miliardy" Andrzeja Struga czy rubrykę z życia towarzyskiego wyższych sfer. To niespecjalnie było dla mnie - dziecka - zajmujące, ale czasem warto było popatrzeć na ich niespotykane już na ulicach samochody, dziwne suknie wieczorowe, kapelusze, kremy odmładzające... I jeszcze mapy - zupełnie inne niż w szkole uczono. Ale wciąż i wciąż mogłam oglądać na zdjęciach budowany wówczas w Rio de Janeiro olbrzymi posąg Chrystusa-Króla z rozłożonymi rękami, jeszcze otoczony rusztowaniami a u jego stóp malutkie ludziki. Później kopia tego posągu w Lizbonie, nie zrobiła już takiego wrażenia. No, ten nie był na tak wysokiej górze… Patrzyłam z dołu, zza rzeki. I byłam już dorosła. Jakże to wszystko było odległe od codzienności, jaka mnie otaczała: szarych sosen za oknem, kolejek w sklepach po cukier i mięso - a jakże, te zawsze były - i przykładnych, czasem dziecinnych, lektur szkolnych.
Nieco wcześniej na str. 803 rocznika Tygodnika Illustrowanego, kroczy sztywno, jakby połknął kij, z władczo zadartą do tyłu głową w białej peruce i oczami wzniesionymi ku niebu, cały w bieli, straszny Robespierre. Grał go K. Junosza-Stempowski. To były zdjęcia z premiery w Teatrze Polskim dramatu Stanisławy Przybyszewskiej „Sprawa Dantona”. Odpychający Robespierre dobrze wbił mi się w pamięć. Śnił mi się potem taki straszny po nocach, podobnie jak widziany na filmie car z filmu "Iwan Groźny". Dantona jakoś mniej zapamiętałam, bo jego zdjęcie było mniejsze i wyglądał bardziej ludzko. Bliżej poznałam ich później z innych książek i lekcji historii. Pół wieku po premierze tej sztuki sfilmował ją Andrzej Wajda w koprodukcji polsko-francuskiej i wtedy autorka na moment wyszła z cienia zapomnienia. A jednak pomimo niezwykłej umysłowości i powagi tematyki, jaką się zajmowała, pozostała niedoceniona. Może właśnie dlatego? Jej los przypomina mi przypadek Norwida, który dopiero długo po śmierci został odkryty i doceniony.
Stanisława Przybyszewska była nieślubną córką malarki, Anieli Pająkówny i słynnego króla młodopolskiej bohemy Stanisława Przybyszewskiego, o czym więcej dowiedziałam się z książki Ewy Kossak – „Dagny Przybyszewska. Zbłąkana gwiazda”. Później przeczytałam „Dramat intelektu. Biografia literacka Stanisławy Przybyszewskiej” autorstwa Tomasza Lewandowskiego. Autor przedstawia tło historyczne tamtej epoki oraz społeczne i psychologiczne uwarunkowania, jakie wywarły piętno na życiu i twórczości Przybyszewskiej. Analizuje dogłębnie jej umysłowość, zainteresowania, uzdolnienia oraz działalność twórczą w postaci: artykułów, korespondencji i dramatów z czasów rewolucji francuskiej. Wtedy postać tej niezwykłej intelektualistki do reszty mnie zafascynowała. A zarazem przestraszyła. Oddać swe życie we władanie intelektu? To kuszące. Ale jakże niebezpieczne! Jeszcze później udało mi się kupić z przeceny III tom „Listów” Przybyszewskiej z okresu: grudzień 1927 – październik 1933 roku, w opracowaniu Tomasza Lewandowskiego. Są tu listy do Iwi Bennet, jej przyrodniej siostry, córki Dagny i Przybyszewskiego. Nie wiem, czy łatwo zdobyć teraz którąkolwiek z tych pozycji, ale pragnę gorąco zachęcić do poszukania ich w bibliotekach. Warto poznać nie tylko życie, ale też niezwykłą umysłowość oraz twórczość tej wybitnej a niedocenionej, postaci i zamyślić się nad jej losami.
Barwne dzieje krakowskiej cyganerii z przełomu XIX i XX wieku są powszechnie znane. Dużo tam nieszczęśliwej miłości, alkoholu, tragicznych śmierci i twórczości, co znajduje odzwierciedlenie w historii literatury. Króluje Stanisław Przybyszewski i jego piękna żona z Norwegii – Dagny. Kochał się w niej wcześniej malarz Edward Munch. Dotąd malowane jego ręką portrety Dagny, z burzą rudych włosów, wiszą w muzeum w Oslo. Udało mi się je zobaczyć zanim po raz któryś kusiły złodziei. Bywają wykradane, ale wracają.
W Krakowie twarz Dagny uwiecznia Wyspiański. Jesienią 1900 roku odbywa się słynne „ludomańskie” wesele poety Lucjana Rydla z wiejską dziewczyną z Bronowic, inspirujące Wyspiańskiego do stworzenia sztuki o takim tytule. Przed premierą czyta ją obojgu Przybyszewskim. "Wesele" dotąd pozostaje w repertuarze teatrów i spisie obowiązkowych lektur szkolnych. Sfilmował je też Andrzej Wajda. W Dagny kochał się beznadziejnie Boy-Żeleński, lekarz, tłumacz, współtwórca kabaretu „Zielony Balonik”, ale i ... posępny, bogaty młodzian, Emeryk. To on wkrótce w dalekim Tbilisi do niej strzeli. To wydarza się w maju 1901 r. A 1 października tego samego roku rodzi się w Myślenicach nieślubna córka Przybyszewskiego, Stanisława. W barwnym korowodzie wcześniej opisanych postaci ledwo daje się zauważyć jej szary, niepozorny, żywot. Wychowuje ją samotnie kochająca matka, malarka. Wozi za granicę, dba o jej edukację, ale w Paryżu umiera nagle, gdy Stasia ma zaledwie jedenaście lat. Odtąd, pomimo opieki dalszej rodziny, pozostaje osamotniona. Od małego zadziwia, niezwykłą w jej wieku, umysłowością. Mając dwanaście lat gra na skrzypcach i fortepianie, zna francuski, niemiecki, zaczyna mówić po angielsku, nieźle maluje. Ma poważne zainteresowania, skłonność do refleksji i syntetycznych skojarzeń. Cechuję ją dowcip i ironia. Niestety również niechęć do ludzi, a właściwie lęk przed nimi, na co niechybnie miało wpływ jej sieroctwo i brak ojca. Zostaje nauczycielką, wcześnie wychodzi za mąż i zamieszkuje w Gdańsku, gdzie jej mąż uczy rysunków w szkole, ale po dwóch latach umiera na serce.
Odtąd Stanisława mieszka samotnie w ponurym mieszkaniu przy szkole, gdzie jeszcze pracuje, otoczona książkami, przymiera głodem, ale pisze. Dniami i nocami. Pisze poważne artykuły i prowadzi rozległą korespondencję, dzięki czemu poznajemy bliżej jej wielki intelekt. Tworzy dramaty z okresu rewolucji francuskiej: „Dziewięćdziesiąty trzeci”; „Sprawa Dantona”; ”Thermidor”. Tylko tak wielkie tematy uważa za godne jej twórczości. Zafrapowało ją to już w dzieciństwie, gdy mieszkała z matką w Paryżu i obejrzała w muzeum eksponaty związane z tą epoką. Zapragnęła zrobić z tego sztukę, by zainteresować ojca, słynnego Przybyszewskiego, który się jej losem nie bardzo przejmował. Trzeci tom „Listów” obejmuje korespondencję Przybyszewskiej z lat 1927-1933 do Ivi Bennet, jej przyrodniej siostry. Ivi, niewiele starsza córka Dagny i Przybyszewskiego, po tragicznej śmierci matki wróciła do dziadków w Norwegii i jej życie potoczyło się, można rzec: szczęśliwie wśród kochającej rodziny. Odkąd później nawiązały ze sobą kontakt, traktowała Stasię życzliwie i wspomagała finansowo. W którymś momencie Stanisława spotyka się ze sławnym ojcem. On daje jej niewiele: ot, zasmakować narkotyków. To staje się powodem jej szybkiego upadku. Nie nawiązuje się między nimi bliższa więź, bo patrzy na to krzywo zazdrosna żona Jadwiga, którą odebrał Kasprowiczowi i dla której porzucił Dagny. Jakże pogmatwane te ich dzieje! Ile w nich smutku! Ile dramatu! Odtąd Stanisława już tylko pisze i zatruwa się narkotykami. Na moment zaznaje sławy, gdy w 1931 roku wystawiają we Lwowie „Sprawę Dantona”, a w 1933 w Warszawie. Ta jej sztuka na temat mechanizmów władzy, rewolucji i polityki została przez krytykę doceniona. Niestety schorowana autorka nie ma okazji zobaczyć swych dramatów na scenie. Co gorsze, one szybko schodzą z afisza. Są zbyt poważne a publiczność łaknąca rozrywki, woli coś z podkasanej Muzy.
Stanisława umiera 15.VIII 1935 roku w Gdańsku, mając niespełna 34 lata. Smutne życie, ale jakże niezwykła umysłowość. Ten tekst ma właśnie pokazać, jak bardzo mi imponuje umysłowość Przybyszewskiej i ubolewam, że tacy ludzie pozostają niedocenieni, żyją w biedzie, osamotnieniu i szybko się o nich zapomina. Pojęcie "bieda" ma szerszy kontekst niż tylko finansowy, a ja używam go w znaczeniu psychologicznym, jako odpowiednik cierpienia psychicznego, bo moja bohaterka niewątpliwie dużo przecierpiała, choć sublimowała to poprzez swą twórczość. Przybyszewska wcześnie zapragnęła wywalczyć sobie piórem miejsce na Parnasie. Niestety zajmowała się poważną tematyką i bardziej jej pasowały rzeczy wielkie objętościowo, co nie ułatwiało startu na tej drodze. Narzekała, że nie potrafi pisać krótkich historyjek do prasy, od czego należało zacząć, a „Nie każdy talent nadaje się do celów żurnalistyki.”
Na próżno studiowała styl modnych nowelistów, np. O Henry’ego. Uczyła się na pamięć jego krótkich, błyskotliwych, historyjek, by zrozumieć ich konstrukcję i sposób narracji. Jednak nie potrafiła ich naśladować. Zasłynęła za to krytycznymi wypowiedziami w sprawie literatury. W roku 1928 Irena Krzywicka głośnym artykułem „Jazgot niewieści, czyli przerost stylu” zaatakowała ówczesną prozę kobiecą za jej minoderię, histerię, manieryzmy i wyszukaną liryzację. Przeciwstawia temu zintelektualizowaną prozę Prousta, T. Manna i G.H. Wellsa. W odpowiedzi Maria Kuncewiczowa broni stylu metaforycznego. Sprzeciwia się jej właśnie St. Przybyszewska. Ona metaforyzm określa jako „precjozyzm”, który grozi regresem w oryginalności pisarskiej. Literaturę w stylu lirycznym z tematyką stanów emocjonalnych i życia osobistego bohaterów umieszcza na poziomie średnim, ze względu na brak wartości poznawczych i estetycznych. Jeszcze niższy poziom to: ”zdroworozsądkowa reprodukcja szarej codzienności, poddawana tendencyjnym ocenom.”(...) ...pisarz ma kształtować nowe życie, uniwersalizm, antyindywidualizm i scjentyzm” (cyt. za T. Lewandowskim).
Z "Listów" Przybyszewskiej można dowiedzieć się, jak kształtował się jej talent, jak również poznać jej rozważania na temat powołania pisarskiego, procesu twórczego i problemach stylu, kompozycji oraz osobowości pisarza, np. jego nadwrażliwości. Dużo pisze o swych lekturach i co sądzi o: Conradzie, Prouście, S. Undset, Londonie i innych. Prousta nazywa grafomanem, „Klasycznym przykładem nieuzdolnionego talentu”. Donosi, że z ulgą odkłada jego lekturę. Jednak go czyta, bo ogólnie stawia wysoko, ceniąc jego bystrość i głębię obserwacji. Informuje zarazem o swych codziennych kłopotach z dymiącym piecem i niedzielnej samotności. Ciekawe są jej spostrzeżenia psychologiczne, choćby rozważania o bezinteresownej złośliwości ludzi głupich. Przykładem jest policjant na filmie pałujący biedaka, oraz poznany w realu strażnik więzienny. Jaką on miał „radochę”, kiedy mógł jej odmówić papierosów, bo i aresztu dane jej było zaznać. Skarży się na redaktorki przygotowujące jej tekst, że przestawiają przecinki, bo im się zdaje, że wiedzą lepiej, gdzie je stawiać. Ciekawe, kto miał rację. Analizuje też obszernie styl prozy swego ojca oraz własny z jego trudnościami i przemianami. „Tak, w przeciągu ostatnich dwóch tygodni problem się rozwiązał; dawno rozpoczęta powieść, przy której jak zwykle utknęłam (i co dalej???), po raz pierwszy w życiu dała się doprowadzić do punktu kulminacyjnego, a potem logicznie i prawidłowo zakończyć. Po raz pierwszy potrafiłam powieść rozpracować do końca, podzielić na sceny – odcinki, czarno na białym napisać w postaci dyspozycji. Teraz piszę i gładko zbliżam się do logicznie nieodzownego zakończenia. Tutaj w grę nie wchodziło ani szczęście, ani natchnienie. Jest to więc obowiązująca odpowiedź na moje życiowe pytanie.” (Listy, t. III, str 120). A oto, co Stanisława Przybyszewska pisze o swoim powołaniu „Co się tyczy mojego wzbraniania się przed pracą – no, wiesz przecież: musiałabym wówczas dla skromnej, choć stałej pensji zrezygnować z treści mojego życia (...), z jedynego sensu mojego ziemskiego bytu; z pracy, do której mam talent, do której jestem stworzona. Tak jak gdyby chciało się użyć mikroskopu jako młotka; nie wbijałby dobrze gwoździ, byłby więc złym młotkiem (...) Dokładnie to samo stałoby się ze mną (...) skoro tylko rozpoczyna się codzienna pańszczyzna, kończy się tworzenie.” I dalej: „Pracowałam (zawsze 6-10 tygodni) w czterech biurach. Za każdym razem byłam najgorszą urzędniczką w moim dziale. Uważano mnie za niezupełnie normalną, za półidiotkę – bo nigdy, przenigdy nie potrafiłam nauczyć się tego, czego wymagano.” (Listy , t. III str 218 - 219)
Jak widać Przybyszewska próbowała pracować i w szkole i w biurze, ale wszędzie kiepsko sobie radziła. Gorzej od przeciętnej urzędniczki. I nie zagrzała nigdzie miejsca. To wynika z pewnej prawidłowości psychologicznej, że osoby genialne, czy choćby tylko wybitne intelektualne, nie radzą sobie w prostej sytuacji zadaniowej, bo doszukują się w niej czegoś mądrzejszego, bardziej skomplikowanego a zadania zbyt łatwe ich śmiertelnie nudzą. W tym górują "nie orły". Dlatego do prostych prac biurowych czy fizycznych nie wolno dawać osób o wysokim intelekcie. Zasypiają (intelektualnie a nawet dosłownie) i np. na suwnicy mogą spowodować wypadek. Stąd płyną zasady doboru ludzi na właściwe stanowisko. Nie każde, ale np. zagrażające wypadkiem. Podobnie jest z interpunkcją, na którą Przybyszewska narzeka, że redaktorki ją uparcie przestawiają. Analogicznie w biurze projektów niewielu inżynierów nadaje się do wielkiej pracy koncepcyjnej, wielkich projektów wstępnych, gdzie potrzebna niezwykła wyobraźnia i odwaga, by narzucić innym swą twórczą wizję. Natomiast inni projektanci (oczywiście również inteligentni i rzutcy) będą lepsi (i bardziej zadowoleni), robiąc do jego wstępnego projektu: projekty uzupełniające, wyliczenia, sprawdzanie poprawności, co pierwszego już nudzi.
Reasumując: nie ma tu ścisłego podziału i życie jest bogatsze niż teoria. Przybyszewska w Listach często analizowała swe powołanie pisarskie i predyspozycje twórcze. "I jeszcze ten pech, że moje literackie uzdolnienia są tak piekielnie niedostępne, trudne - pisze do Iwi. - Tak, gdybym miała lekkie uzdolnienia do żurnalistyki, do zabawnych short stories, do podniecających powieści miłosnych - ale nastawiać się właśnie jedynie na najpoważniejsze zjawiska ludzkie, a z powodu trudnych tematów zmuszonym być do pracy tak rozpaczliwie powolnej - to źle. Jestem zmęczona jak pies. Teraz jest godzina ósma rano; o 21.30 rozpoczęłam pracę -10 1/2 godziny. Piękny, złoty, straszliwie zimny poranek." (Listy, t. III str.237) Czemu tak właśnie ułożyło się jej życie warto poszukać odpowiedzi w tych właśnie polecanych wyżej książkach. Ale czy pozna się to tak do końca?
Losy Stanisławy Przybyszewskiej przywodzą mi na myśl poetkę Halinę Poświatowską. Ona też wcześnie owdowiała, a po operacji serca, pełna apetytu na życie, chciała czerpać jego urodę pełnymi garściami. Studiowała najpierw w Ameryce, potem filozofię na UJ, pisała wiersze, podróżowała, chodziła po górach wbrew zaleceniom lekarzy. W końcu wyczerpała swe siły życiowe i zmarła po kolejnej operacji serca, mając zdaje się też 34 lata. Poświatowska wydaje mi się w swym krótkim życiu zaznała bogactwa przeżyć a również sławy. Inaczej Przybyszewska. Ona głosiła: „Życie moje, bez rozrywek, bez towarzystwa, bez erotyki, bez możności luksusowych wydatków jest bogatsze od życia 99 procent ludzi. Tyle radości, zachwytów i wstrząsów, co ja w ciągu miesiąca, nie dozna każdy w ciągu swojej całej egzystencji”. Poświatowska miała chyba więcej radości życia. Nie zasklepiała się w swej introwersji, a biegła ku ludziom i światu. Cenię jej wiersze. Lubię ją, jako postać. Natomiast Stanisława Przybyszewska bardzo, bardzo mi imponuje, bo intelekt to jest coś, co cenię w ludziach najbardziej. Jej listy są pasjonujące. Tylko ona była nazbyt poważna i mądra. Co gorsza: bała się świata i ludzi, bo po kolei traciła najbliższych. W końcu okopała się w swoim intelekcie i na innych patrzyła z tego punktu widzenia, czyli z góry. Miała poczucie swej niedostępności. Pozostawiła po sobie trzy wymienione wcześniej dramaty ze "Sprawą Dantona" na czele oraz powieści i nowele, ogłoszone częściowo z rękopisów w tomie "Ostatnie noce Ventose'a". Dużo ciekawych postaci wiąże się z kręgiem, z którego wywodzi się Stanisława: jej ojciec Stanisław Przybyszewski, Boy, Stanisław Wyspiański, Jan Kasprowicz i nawet w dalekiej Norwegii Munch. Towarzyszą im ciekawe kobiety: Dagny, Aniela Pająkówna, i mniej znana Jadwiga, żona Kasprowicza, która odeszła do Przybyszewskiego. Jeszcze wspomniana wcześniej publicystka Irena Krzywicka. Wreszcie trzecia żona Kasprowicza Marusia, z domu Bunina. Ją też poznałam z w/w „Tygodnika Illustrowanego”. Przyciągała moją uwagę jej twarz w burzy czarnych loków i obok zdjęcie Harendy, jeszcze wtedy nieocienionej zielenią. Pisząc później pracę magisterską z psychologii: „Geneza pomysłu twórczego”, poznałam „Dzienniki” Marii Kasprowiczowej. Ta kochająca żona Jana Kasprowicza, dużo od niego młodsza i wychowana w cieplarnianych warunkach arystokratycznego, rosyjskiego domu, troskliwie wynosi męża na piedestał i z pasją utrwala dla potomności informacje, jak powstawały kolejne utwory jej męża. Starannie opisuje w Dziennikach skąd brał się pomysł wiersza i jaki towarzyszył temu nastrój emocjonalny. Zachwyciła mnie geneza „Hymnu Święty Boże”. Szkoda, że to wykracza poza ramy tego tekstu. Może innym razem.
Wszystkim piszącym polecam gorąco „Listy” Stanisławy Przybyszewskiej i jej biografię w opracowaniu Tomasza Lewandowskiego pt. „Dramat intelektu”, bo to kopalnia wiedzy o literaturze, twórczości i o tamtych czasach. Warto zastanowić się, dlaczego Stanisława Przybyszewska była tak nieszczęśliwa i szybko zapadła w cień zapomnienia. Dlaczego, podobnie jak Norwid, długo pozostała niedoceniona. To właśnie dramat intelektu. Tu muszę wtrącić anegdotę z książki Tischnera o wybitnym fizyku, inżynierze, który na Syberii skonstruował aparat rentgenowski. Niestety ludzie tam nad Kołymą tego nie docenili. Bardziej potrzebowali zwyczajnych lusterek. Fizyk zajął się więc produkcją lusterek. Jego talent, wykształcenie i bardziej szlachetne zamiary zostały zmarnowane. Dramatem jest też to, że obecnie tak mądre i wartościowe książki  kupuje się z przeceny, albo są one w ogóle nieosiągalne. Sama kupiłam kiedyś z przeceny Andrica, Manna, Bunina i innych. Czyżby byli mniej warci od autorów produkujących na pęczki bestsellery, sprzedawane w milionach egzemplarzy, co według niektórych krytyków jest wyznacznikiem wartości? Co to będzie dalej z literaturą zwaną "piękną"? Powiało pesymizmem. On czaił się już od samego tytułu. Nie zachęci do polecanych książek. Raczej odstręczy. To wbrew mojej intencji. Udowodnione jest, że wszelkiej pracy twórczej sprzyjają pozytywne stany umysłu: radość, zadowolenie, atmosfera rozrywki i zabawy, poczucie szczęścia! W radosnym nastroju łatwiej przychodzą do głowy nowe, ciekawe pomysły twórcze, odkrycia, rozwiązania artystyczne. Tak bywa w pracy naukowej jak też artystycznej czy literackiej. Ośrodki inwencji twórczej w naszym mózgu są zlokalizowane blisko ośrodków radości i mózg tak ożywiony uskrzydla z kolei inwencję, inspiruje pomysłami.
Wnioski pozostawiam czytelnikom. Dla mnie pisarz, choćby początkujący, to mędrzec. Ma nie tylko zabawiać czytelnika, dostarczać mu pożywki intelektualnej i przeżyć artystycznych, ale też być jego przewodnikiem w trudnej drodze życiowej. Chyba większość tego właśnie od autora oczekuje, biorąc jego książkę do ręki.



Wykorzystana literatura

Stanisława Przybyszewska – LISTY. TOM III (grudzień 1927 – październik 1933) Opracował, wstępem i przypisami opatrzył Tomasz Lewandowski. Z jęz. niem. przełożył Antoni Weiland Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1985. Tomasz Lewandowski – DRAMAT INTELEKTU. Biografia literacka Stanisławy Przybyszewskiej. Wydawnictwo Morskie. Gdańsk 1982. TYGODNIK ILLUSTROWANY – rocznik 1933. Ewa Kossak – DAGNY PRZYBYSZEWSKA. ZBŁĄKANA GWIAZDA. Małgorzata Szułczyńska – „NIE POPEŁNIŁAM ZDRADY” RZECZ O HALINIE POŚWIATOWSKIEJ. Maria Kasprowiczowa – DZIENNIKI.





piątek, 7 kwietnia 2017

Klaudia Wiercigroch-Woźniak


 
Urodzona w 1983 roku. Filolog polski, członek Grupy Literackiej Gronie im. Emila Zegadłowicza (Żywiec). Publikowała na łamach miesięcznika Gazeta Kulturalna, w kurierze poetyckim PoeciPolscy.pl, e-tygodniku Literacko-Artystycznym  Pisarze.pl, Babińcu Literackim oraz w antologii Tuwimowskie klimaty (Inowłódz, 2016). Mieszka w Rajczy.





Wegetarianizm

obierając zielony groszek
zazdrościła mu formy
podobny do skulic mógł sturlać się do miejsc
niedostępnych
fallusom

czasem jej powierzchna okrywała się siateczką wodnistego miąższu
nie lubił łez sugerując jej słabo rozwinięty system mowy

musisz być różnorodna w obrębie gatunku
jednorodność jest prymitywna

on sam zamiast serca miał sercowate przedrośle




Bombardowanie w Aleppo II

świat patrzy jak ludzie uciekają z Aleppo
świat gotuje czerwony barszcz
kilka kropli upada na ziemię po czym znika w psiej ślinie
świat udaje że nie widzi szczenięcego zachowania
panierka chrzęści niczym odnóża żuka (tego dnia do barszczu podano krokiety)
pies merda gonem gdy świat przeżuwa wiadomość


 
Czat

ominęła nas wojna
kartki na mięso
nie chorowałaś na różyczkę
szczęśliwe dzieciństwo miałaś powiedział
zachorujmy na ospę zaproponował
dlaczego na ospę zapytałam
będziemy się nawzajem drapać
będzie to specyficzny rodzaj relacji, której nie zapomnimy

rozmawialiśmy na czacie mając za nic to że Rosja znowu straszy rakietami



Prognozowanie

właśnie mianowałaś mnie meteorologiem
miałam sprawdzić aktualną przydatność ciała do pożycia
a potem rozsypałaś naskórek jak w dzieciństwie kwiaty
na boże ciało mówiąc że znaczysz drogę do ołtarza z lekami
bym się nie zgubiła w labiryncie zła
później zaczęły cię drażnić nazwy przedmiotów
więc zaczęłaś nadawać im własne upierając się że to inwencja
stworzyłaś świat z kajzerki wydłubując środek i szukając piekła
gdzież to jądro ziemi szeptałaś pobożnie
a gdy się zmęczyłaś poszłaś spać nie ruszając się z fotela
nie chcę marnować czasu na podróż
dziś są burzliwe ruchy mas powietrza
zaskoczył mnie twój zgon
łapałaś jak ryba ostatnie porcje tlenu
pod paznokciami dojrzewały owoce lasu
zabrakło łez
była tylko robotyka

 

Interpunkcja żalu


zgon wywołuje zdziwienie
wędruje po orbicie gałek ocznych
aż zamienia je w skamielinę

zmarła. kropka jak grób
opłacony z góry na kilkadziesiąt lat

po pogrzebie jest stypa i mówienie o zmarłym
dobrze lub wcale

zostaję położną
wspomnienia jak ciąg fibonacciego
odbieram z rodzących szaf
a śmiech zrywa boki



Miesiąc korzystnych warunków do życia

charyty po zimie zrzuciły futra
pogęgują wesoło
czyszczą pióra i dzioby
w witrynach sprawdzają upierzenie oczu
matki facebookowe tłoczą się w parkach
karmiąc ptaki i potomstwo
porozumiewają się za pomocą sygnałów wizualnych
zawołań kontaktowych
śpiewu
część przemieszcza się regularnie
niektóre samice zostały w domu
wysiadują jaja
inne są na zgrupowaniach migracyjnych



Dialog

Czy ma Pani martwe okresy w swoim salonie

Proszę Pana martwa bywam
podczas
okresu




POWRÓT DO ML