środa, 19 kwietnia 2017

STANISŁAWA PRZYBYSZEWSKA


OCZYMA ZWYKŁEGO CZYTELNIKA 
 







KRYSTYNA HABRAT




O Stanisławie Przybyszewskiej dowiedziałam się wcześniej niż o jej słynnym ojcu Stanisławie Przybyszewskim i o Młodej Polsce. Jako dziecko uczyłam się czytać na oprawionym roczniku „Tygodnika Illustrowanego” (pisownia ówczesna) z 1933 roku, który jakimś cudem przetrwał zawieruchę wojenną i kilka przeprowadzek. Kładłam się z tą wielką i ciężką księgą na dywanie, a liczyła 1034 stron (w prenumeracie - numeracja ciągła) i podczytywałam tu i tam o sprawach które mnie zaintrygowały. Choćby reklama wymyślonego już wtedy leku raz na zawsze zwalczającego łysinę. Jak to? - myślałam - dlaczego jeszcze mój tato, skrywa wstydliwie "wysokie" czoło? Czytywałam też, acz bez entuzjazmu, drukowane w odcinkach "Miliardy" Andrzeja Struga czy rubrykę z życia towarzyskiego wyższych sfer. To niespecjalnie było dla mnie - dziecka - zajmujące, ale czasem warto było popatrzeć na ich niespotykane już na ulicach samochody, dziwne suknie wieczorowe, kapelusze, kremy odmładzające... I jeszcze mapy - zupełnie inne niż w szkole uczono. Ale wciąż i wciąż mogłam oglądać na zdjęciach budowany wówczas w Rio de Janeiro olbrzymi posąg Chrystusa-Króla z rozłożonymi rękami, jeszcze otoczony rusztowaniami a u jego stóp malutkie ludziki. Później kopia tego posągu w Lizbonie, nie zrobiła już takiego wrażenia. No, ten nie był na tak wysokiej górze… Patrzyłam z dołu, zza rzeki. I byłam już dorosła. Jakże to wszystko było odległe od codzienności, jaka mnie otaczała: szarych sosen za oknem, kolejek w sklepach po cukier i mięso - a jakże, te zawsze były - i przykładnych, czasem dziecinnych, lektur szkolnych.
Nieco wcześniej na str. 803 rocznika Tygodnika Illustrowanego, kroczy sztywno, jakby połknął kij, z władczo zadartą do tyłu głową w białej peruce i oczami wzniesionymi ku niebu, cały w bieli, straszny Robespierre. Grał go K. Junosza-Stempowski. To były zdjęcia z premiery w Teatrze Polskim dramatu Stanisławy Przybyszewskiej „Sprawa Dantona”. Odpychający Robespierre dobrze wbił mi się w pamięć. Śnił mi się potem taki straszny po nocach, podobnie jak widziany na filmie car z filmu "Iwan Groźny". Dantona jakoś mniej zapamiętałam, bo jego zdjęcie było mniejsze i wyglądał bardziej ludzko. Bliżej poznałam ich później z innych książek i lekcji historii. Pół wieku po premierze tej sztuki sfilmował ją Andrzej Wajda w koprodukcji polsko-francuskiej i wtedy autorka na moment wyszła z cienia zapomnienia. A jednak pomimo niezwykłej umysłowości i powagi tematyki, jaką się zajmowała, pozostała niedoceniona. Może właśnie dlatego? Jej los przypomina mi przypadek Norwida, który dopiero długo po śmierci został odkryty i doceniony.
Stanisława Przybyszewska była nieślubną córką malarki, Anieli Pająkówny i słynnego króla młodopolskiej bohemy Stanisława Przybyszewskiego, o czym więcej dowiedziałam się z książki Ewy Kossak – „Dagny Przybyszewska. Zbłąkana gwiazda”. Później przeczytałam „Dramat intelektu. Biografia literacka Stanisławy Przybyszewskiej” autorstwa Tomasza Lewandowskiego. Autor przedstawia tło historyczne tamtej epoki oraz społeczne i psychologiczne uwarunkowania, jakie wywarły piętno na życiu i twórczości Przybyszewskiej. Analizuje dogłębnie jej umysłowość, zainteresowania, uzdolnienia oraz działalność twórczą w postaci: artykułów, korespondencji i dramatów z czasów rewolucji francuskiej. Wtedy postać tej niezwykłej intelektualistki do reszty mnie zafascynowała. A zarazem przestraszyła. Oddać swe życie we władanie intelektu? To kuszące. Ale jakże niebezpieczne! Jeszcze później udało mi się kupić z przeceny III tom „Listów” Przybyszewskiej z okresu: grudzień 1927 – październik 1933 roku, w opracowaniu Tomasza Lewandowskiego. Są tu listy do Iwi Bennet, jej przyrodniej siostry, córki Dagny i Przybyszewskiego. Nie wiem, czy łatwo zdobyć teraz którąkolwiek z tych pozycji, ale pragnę gorąco zachęcić do poszukania ich w bibliotekach. Warto poznać nie tylko życie, ale też niezwykłą umysłowość oraz twórczość tej wybitnej a niedocenionej, postaci i zamyślić się nad jej losami.
Barwne dzieje krakowskiej cyganerii z przełomu XIX i XX wieku są powszechnie znane. Dużo tam nieszczęśliwej miłości, alkoholu, tragicznych śmierci i twórczości, co znajduje odzwierciedlenie w historii literatury. Króluje Stanisław Przybyszewski i jego piękna żona z Norwegii – Dagny. Kochał się w niej wcześniej malarz Edward Munch. Dotąd malowane jego ręką portrety Dagny, z burzą rudych włosów, wiszą w muzeum w Oslo. Udało mi się je zobaczyć zanim po raz któryś kusiły złodziei. Bywają wykradane, ale wracają.
W Krakowie twarz Dagny uwiecznia Wyspiański. Jesienią 1900 roku odbywa się słynne „ludomańskie” wesele poety Lucjana Rydla z wiejską dziewczyną z Bronowic, inspirujące Wyspiańskiego do stworzenia sztuki o takim tytule. Przed premierą czyta ją obojgu Przybyszewskim. "Wesele" dotąd pozostaje w repertuarze teatrów i spisie obowiązkowych lektur szkolnych. Sfilmował je też Andrzej Wajda. W Dagny kochał się beznadziejnie Boy-Żeleński, lekarz, tłumacz, współtwórca kabaretu „Zielony Balonik”, ale i ... posępny, bogaty młodzian, Emeryk. To on wkrótce w dalekim Tbilisi do niej strzeli. To wydarza się w maju 1901 r. A 1 października tego samego roku rodzi się w Myślenicach nieślubna córka Przybyszewskiego, Stanisława. W barwnym korowodzie wcześniej opisanych postaci ledwo daje się zauważyć jej szary, niepozorny, żywot. Wychowuje ją samotnie kochająca matka, malarka. Wozi za granicę, dba o jej edukację, ale w Paryżu umiera nagle, gdy Stasia ma zaledwie jedenaście lat. Odtąd, pomimo opieki dalszej rodziny, pozostaje osamotniona. Od małego zadziwia, niezwykłą w jej wieku, umysłowością. Mając dwanaście lat gra na skrzypcach i fortepianie, zna francuski, niemiecki, zaczyna mówić po angielsku, nieźle maluje. Ma poważne zainteresowania, skłonność do refleksji i syntetycznych skojarzeń. Cechuję ją dowcip i ironia. Niestety również niechęć do ludzi, a właściwie lęk przed nimi, na co niechybnie miało wpływ jej sieroctwo i brak ojca. Zostaje nauczycielką, wcześnie wychodzi za mąż i zamieszkuje w Gdańsku, gdzie jej mąż uczy rysunków w szkole, ale po dwóch latach umiera na serce.
Odtąd Stanisława mieszka samotnie w ponurym mieszkaniu przy szkole, gdzie jeszcze pracuje, otoczona książkami, przymiera głodem, ale pisze. Dniami i nocami. Pisze poważne artykuły i prowadzi rozległą korespondencję, dzięki czemu poznajemy bliżej jej wielki intelekt. Tworzy dramaty z okresu rewolucji francuskiej: „Dziewięćdziesiąty trzeci”; „Sprawa Dantona”; ”Thermidor”. Tylko tak wielkie tematy uważa za godne jej twórczości. Zafrapowało ją to już w dzieciństwie, gdy mieszkała z matką w Paryżu i obejrzała w muzeum eksponaty związane z tą epoką. Zapragnęła zrobić z tego sztukę, by zainteresować ojca, słynnego Przybyszewskiego, który się jej losem nie bardzo przejmował. Trzeci tom „Listów” obejmuje korespondencję Przybyszewskiej z lat 1927-1933 do Ivi Bennet, jej przyrodniej siostry. Ivi, niewiele starsza córka Dagny i Przybyszewskiego, po tragicznej śmierci matki wróciła do dziadków w Norwegii i jej życie potoczyło się, można rzec: szczęśliwie wśród kochającej rodziny. Odkąd później nawiązały ze sobą kontakt, traktowała Stasię życzliwie i wspomagała finansowo. W którymś momencie Stanisława spotyka się ze sławnym ojcem. On daje jej niewiele: ot, zasmakować narkotyków. To staje się powodem jej szybkiego upadku. Nie nawiązuje się między nimi bliższa więź, bo patrzy na to krzywo zazdrosna żona Jadwiga, którą odebrał Kasprowiczowi i dla której porzucił Dagny. Jakże pogmatwane te ich dzieje! Ile w nich smutku! Ile dramatu! Odtąd Stanisława już tylko pisze i zatruwa się narkotykami. Na moment zaznaje sławy, gdy w 1931 roku wystawiają we Lwowie „Sprawę Dantona”, a w 1933 w Warszawie. Ta jej sztuka na temat mechanizmów władzy, rewolucji i polityki została przez krytykę doceniona. Niestety schorowana autorka nie ma okazji zobaczyć swych dramatów na scenie. Co gorsze, one szybko schodzą z afisza. Są zbyt poważne a publiczność łaknąca rozrywki, woli coś z podkasanej Muzy.
Stanisława umiera 15.VIII 1935 roku w Gdańsku, mając niespełna 34 lata. Smutne życie, ale jakże niezwykła umysłowość. Ten tekst ma właśnie pokazać, jak bardzo mi imponuje umysłowość Przybyszewskiej i ubolewam, że tacy ludzie pozostają niedocenieni, żyją w biedzie, osamotnieniu i szybko się o nich zapomina. Pojęcie "bieda" ma szerszy kontekst niż tylko finansowy, a ja używam go w znaczeniu psychologicznym, jako odpowiednik cierpienia psychicznego, bo moja bohaterka niewątpliwie dużo przecierpiała, choć sublimowała to poprzez swą twórczość. Przybyszewska wcześnie zapragnęła wywalczyć sobie piórem miejsce na Parnasie. Niestety zajmowała się poważną tematyką i bardziej jej pasowały rzeczy wielkie objętościowo, co nie ułatwiało startu na tej drodze. Narzekała, że nie potrafi pisać krótkich historyjek do prasy, od czego należało zacząć, a „Nie każdy talent nadaje się do celów żurnalistyki.”
Na próżno studiowała styl modnych nowelistów, np. O Henry’ego. Uczyła się na pamięć jego krótkich, błyskotliwych, historyjek, by zrozumieć ich konstrukcję i sposób narracji. Jednak nie potrafiła ich naśladować. Zasłynęła za to krytycznymi wypowiedziami w sprawie literatury. W roku 1928 Irena Krzywicka głośnym artykułem „Jazgot niewieści, czyli przerost stylu” zaatakowała ówczesną prozę kobiecą za jej minoderię, histerię, manieryzmy i wyszukaną liryzację. Przeciwstawia temu zintelektualizowaną prozę Prousta, T. Manna i G.H. Wellsa. W odpowiedzi Maria Kuncewiczowa broni stylu metaforycznego. Sprzeciwia się jej właśnie St. Przybyszewska. Ona metaforyzm określa jako „precjozyzm”, który grozi regresem w oryginalności pisarskiej. Literaturę w stylu lirycznym z tematyką stanów emocjonalnych i życia osobistego bohaterów umieszcza na poziomie średnim, ze względu na brak wartości poznawczych i estetycznych. Jeszcze niższy poziom to: ”zdroworozsądkowa reprodukcja szarej codzienności, poddawana tendencyjnym ocenom.”(...) ...pisarz ma kształtować nowe życie, uniwersalizm, antyindywidualizm i scjentyzm” (cyt. za T. Lewandowskim).
Z "Listów" Przybyszewskiej można dowiedzieć się, jak kształtował się jej talent, jak również poznać jej rozważania na temat powołania pisarskiego, procesu twórczego i problemach stylu, kompozycji oraz osobowości pisarza, np. jego nadwrażliwości. Dużo pisze o swych lekturach i co sądzi o: Conradzie, Prouście, S. Undset, Londonie i innych. Prousta nazywa grafomanem, „Klasycznym przykładem nieuzdolnionego talentu”. Donosi, że z ulgą odkłada jego lekturę. Jednak go czyta, bo ogólnie stawia wysoko, ceniąc jego bystrość i głębię obserwacji. Informuje zarazem o swych codziennych kłopotach z dymiącym piecem i niedzielnej samotności. Ciekawe są jej spostrzeżenia psychologiczne, choćby rozważania o bezinteresownej złośliwości ludzi głupich. Przykładem jest policjant na filmie pałujący biedaka, oraz poznany w realu strażnik więzienny. Jaką on miał „radochę”, kiedy mógł jej odmówić papierosów, bo i aresztu dane jej było zaznać. Skarży się na redaktorki przygotowujące jej tekst, że przestawiają przecinki, bo im się zdaje, że wiedzą lepiej, gdzie je stawiać. Ciekawe, kto miał rację. Analizuje też obszernie styl prozy swego ojca oraz własny z jego trudnościami i przemianami. „Tak, w przeciągu ostatnich dwóch tygodni problem się rozwiązał; dawno rozpoczęta powieść, przy której jak zwykle utknęłam (i co dalej???), po raz pierwszy w życiu dała się doprowadzić do punktu kulminacyjnego, a potem logicznie i prawidłowo zakończyć. Po raz pierwszy potrafiłam powieść rozpracować do końca, podzielić na sceny – odcinki, czarno na białym napisać w postaci dyspozycji. Teraz piszę i gładko zbliżam się do logicznie nieodzownego zakończenia. Tutaj w grę nie wchodziło ani szczęście, ani natchnienie. Jest to więc obowiązująca odpowiedź na moje życiowe pytanie.” (Listy, t. III, str 120). A oto, co Stanisława Przybyszewska pisze o swoim powołaniu „Co się tyczy mojego wzbraniania się przed pracą – no, wiesz przecież: musiałabym wówczas dla skromnej, choć stałej pensji zrezygnować z treści mojego życia (...), z jedynego sensu mojego ziemskiego bytu; z pracy, do której mam talent, do której jestem stworzona. Tak jak gdyby chciało się użyć mikroskopu jako młotka; nie wbijałby dobrze gwoździ, byłby więc złym młotkiem (...) Dokładnie to samo stałoby się ze mną (...) skoro tylko rozpoczyna się codzienna pańszczyzna, kończy się tworzenie.” I dalej: „Pracowałam (zawsze 6-10 tygodni) w czterech biurach. Za każdym razem byłam najgorszą urzędniczką w moim dziale. Uważano mnie za niezupełnie normalną, za półidiotkę – bo nigdy, przenigdy nie potrafiłam nauczyć się tego, czego wymagano.” (Listy , t. III str 218 - 219)
Jak widać Przybyszewska próbowała pracować i w szkole i w biurze, ale wszędzie kiepsko sobie radziła. Gorzej od przeciętnej urzędniczki. I nie zagrzała nigdzie miejsca. To wynika z pewnej prawidłowości psychologicznej, że osoby genialne, czy choćby tylko wybitne intelektualne, nie radzą sobie w prostej sytuacji zadaniowej, bo doszukują się w niej czegoś mądrzejszego, bardziej skomplikowanego a zadania zbyt łatwe ich śmiertelnie nudzą. W tym górują "nie orły". Dlatego do prostych prac biurowych czy fizycznych nie wolno dawać osób o wysokim intelekcie. Zasypiają (intelektualnie a nawet dosłownie) i np. na suwnicy mogą spowodować wypadek. Stąd płyną zasady doboru ludzi na właściwe stanowisko. Nie każde, ale np. zagrażające wypadkiem. Podobnie jest z interpunkcją, na którą Przybyszewska narzeka, że redaktorki ją uparcie przestawiają. Analogicznie w biurze projektów niewielu inżynierów nadaje się do wielkiej pracy koncepcyjnej, wielkich projektów wstępnych, gdzie potrzebna niezwykła wyobraźnia i odwaga, by narzucić innym swą twórczą wizję. Natomiast inni projektanci (oczywiście również inteligentni i rzutcy) będą lepsi (i bardziej zadowoleni), robiąc do jego wstępnego projektu: projekty uzupełniające, wyliczenia, sprawdzanie poprawności, co pierwszego już nudzi.
Reasumując: nie ma tu ścisłego podziału i życie jest bogatsze niż teoria. Przybyszewska w Listach często analizowała swe powołanie pisarskie i predyspozycje twórcze. "I jeszcze ten pech, że moje literackie uzdolnienia są tak piekielnie niedostępne, trudne - pisze do Iwi. - Tak, gdybym miała lekkie uzdolnienia do żurnalistyki, do zabawnych short stories, do podniecających powieści miłosnych - ale nastawiać się właśnie jedynie na najpoważniejsze zjawiska ludzkie, a z powodu trudnych tematów zmuszonym być do pracy tak rozpaczliwie powolnej - to źle. Jestem zmęczona jak pies. Teraz jest godzina ósma rano; o 21.30 rozpoczęłam pracę -10 1/2 godziny. Piękny, złoty, straszliwie zimny poranek." (Listy, t. III str.237) Czemu tak właśnie ułożyło się jej życie warto poszukać odpowiedzi w tych właśnie polecanych wyżej książkach. Ale czy pozna się to tak do końca?
Losy Stanisławy Przybyszewskiej przywodzą mi na myśl poetkę Halinę Poświatowską. Ona też wcześnie owdowiała, a po operacji serca, pełna apetytu na życie, chciała czerpać jego urodę pełnymi garściami. Studiowała najpierw w Ameryce, potem filozofię na UJ, pisała wiersze, podróżowała, chodziła po górach wbrew zaleceniom lekarzy. W końcu wyczerpała swe siły życiowe i zmarła po kolejnej operacji serca, mając zdaje się też 34 lata. Poświatowska wydaje mi się w swym krótkim życiu zaznała bogactwa przeżyć a również sławy. Inaczej Przybyszewska. Ona głosiła: „Życie moje, bez rozrywek, bez towarzystwa, bez erotyki, bez możności luksusowych wydatków jest bogatsze od życia 99 procent ludzi. Tyle radości, zachwytów i wstrząsów, co ja w ciągu miesiąca, nie dozna każdy w ciągu swojej całej egzystencji”. Poświatowska miała chyba więcej radości życia. Nie zasklepiała się w swej introwersji, a biegła ku ludziom i światu. Cenię jej wiersze. Lubię ją, jako postać. Natomiast Stanisława Przybyszewska bardzo, bardzo mi imponuje, bo intelekt to jest coś, co cenię w ludziach najbardziej. Jej listy są pasjonujące. Tylko ona była nazbyt poważna i mądra. Co gorsza: bała się świata i ludzi, bo po kolei traciła najbliższych. W końcu okopała się w swoim intelekcie i na innych patrzyła z tego punktu widzenia, czyli z góry. Miała poczucie swej niedostępności. Pozostawiła po sobie trzy wymienione wcześniej dramaty ze "Sprawą Dantona" na czele oraz powieści i nowele, ogłoszone częściowo z rękopisów w tomie "Ostatnie noce Ventose'a". Dużo ciekawych postaci wiąże się z kręgiem, z którego wywodzi się Stanisława: jej ojciec Stanisław Przybyszewski, Boy, Stanisław Wyspiański, Jan Kasprowicz i nawet w dalekiej Norwegii Munch. Towarzyszą im ciekawe kobiety: Dagny, Aniela Pająkówna, i mniej znana Jadwiga, żona Kasprowicza, która odeszła do Przybyszewskiego. Jeszcze wspomniana wcześniej publicystka Irena Krzywicka. Wreszcie trzecia żona Kasprowicza Marusia, z domu Bunina. Ją też poznałam z w/w „Tygodnika Illustrowanego”. Przyciągała moją uwagę jej twarz w burzy czarnych loków i obok zdjęcie Harendy, jeszcze wtedy nieocienionej zielenią. Pisząc później pracę magisterską z psychologii: „Geneza pomysłu twórczego”, poznałam „Dzienniki” Marii Kasprowiczowej. Ta kochająca żona Jana Kasprowicza, dużo od niego młodsza i wychowana w cieplarnianych warunkach arystokratycznego, rosyjskiego domu, troskliwie wynosi męża na piedestał i z pasją utrwala dla potomności informacje, jak powstawały kolejne utwory jej męża. Starannie opisuje w Dziennikach skąd brał się pomysł wiersza i jaki towarzyszył temu nastrój emocjonalny. Zachwyciła mnie geneza „Hymnu Święty Boże”. Szkoda, że to wykracza poza ramy tego tekstu. Może innym razem.
Wszystkim piszącym polecam gorąco „Listy” Stanisławy Przybyszewskiej i jej biografię w opracowaniu Tomasza Lewandowskiego pt. „Dramat intelektu”, bo to kopalnia wiedzy o literaturze, twórczości i o tamtych czasach. Warto zastanowić się, dlaczego Stanisława Przybyszewska była tak nieszczęśliwa i szybko zapadła w cień zapomnienia. Dlaczego, podobnie jak Norwid, długo pozostała niedoceniona. To właśnie dramat intelektu. Tu muszę wtrącić anegdotę z książki Tischnera o wybitnym fizyku, inżynierze, który na Syberii skonstruował aparat rentgenowski. Niestety ludzie tam nad Kołymą tego nie docenili. Bardziej potrzebowali zwyczajnych lusterek. Fizyk zajął się więc produkcją lusterek. Jego talent, wykształcenie i bardziej szlachetne zamiary zostały zmarnowane. Dramatem jest też to, że obecnie tak mądre i wartościowe książki  kupuje się z przeceny, albo są one w ogóle nieosiągalne. Sama kupiłam kiedyś z przeceny Andrica, Manna, Bunina i innych. Czyżby byli mniej warci od autorów produkujących na pęczki bestsellery, sprzedawane w milionach egzemplarzy, co według niektórych krytyków jest wyznacznikiem wartości? Co to będzie dalej z literaturą zwaną "piękną"? Powiało pesymizmem. On czaił się już od samego tytułu. Nie zachęci do polecanych książek. Raczej odstręczy. To wbrew mojej intencji. Udowodnione jest, że wszelkiej pracy twórczej sprzyjają pozytywne stany umysłu: radość, zadowolenie, atmosfera rozrywki i zabawy, poczucie szczęścia! W radosnym nastroju łatwiej przychodzą do głowy nowe, ciekawe pomysły twórcze, odkrycia, rozwiązania artystyczne. Tak bywa w pracy naukowej jak też artystycznej czy literackiej. Ośrodki inwencji twórczej w naszym mózgu są zlokalizowane blisko ośrodków radości i mózg tak ożywiony uskrzydla z kolei inwencję, inspiruje pomysłami.
Wnioski pozostawiam czytelnikom. Dla mnie pisarz, choćby początkujący, to mędrzec. Ma nie tylko zabawiać czytelnika, dostarczać mu pożywki intelektualnej i przeżyć artystycznych, ale też być jego przewodnikiem w trudnej drodze życiowej. Chyba większość tego właśnie od autora oczekuje, biorąc jego książkę do ręki.



Wykorzystana literatura

Stanisława Przybyszewska – LISTY. TOM III (grudzień 1927 – październik 1933) Opracował, wstępem i przypisami opatrzył Tomasz Lewandowski. Z jęz. niem. przełożył Antoni Weiland Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1985. Tomasz Lewandowski – DRAMAT INTELEKTU. Biografia literacka Stanisławy Przybyszewskiej. Wydawnictwo Morskie. Gdańsk 1982. TYGODNIK ILLUSTROWANY – rocznik 1933. Ewa Kossak – DAGNY PRZYBYSZEWSKA. ZBŁĄKANA GWIAZDA. Małgorzata Szułczyńska – „NIE POPEŁNIŁAM ZDRADY” RZECZ O HALINIE POŚWIATOWSKIEJ. Maria Kasprowiczowa – DZIENNIKI.





piątek, 7 kwietnia 2017

Klaudia Wiercigroch-Woźniak


 
Urodzona w 1983 roku. Filolog polski, członek Grupy Literackiej Gronie im. Emila Zegadłowicza (Żywiec). Publikowała na łamach miesięcznika Gazeta Kulturalna, w kurierze poetyckim PoeciPolscy.pl, e-tygodniku Literacko-Artystycznym  Pisarze.pl, Babińcu Literackim oraz w antologii Tuwimowskie klimaty (Inowłódz, 2016). Mieszka w Rajczy.





Wegetarianizm

obierając zielony groszek
zazdrościła mu formy
podobny do skulic mógł sturlać się do miejsc
niedostępnych
fallusom

czasem jej powierzchna okrywała się siateczką wodnistego miąższu
nie lubił łez sugerując jej słabo rozwinięty system mowy

musisz być różnorodna w obrębie gatunku
jednorodność jest prymitywna

on sam zamiast serca miał sercowate przedrośle




Bombardowanie w Aleppo II

świat patrzy jak ludzie uciekają z Aleppo
świat gotuje czerwony barszcz
kilka kropli upada na ziemię po czym znika w psiej ślinie
świat udaje że nie widzi szczenięcego zachowania
panierka chrzęści niczym odnóża żuka (tego dnia do barszczu podano krokiety)
pies merda gonem gdy świat przeżuwa wiadomość


 
Czat

ominęła nas wojna
kartki na mięso
nie chorowałaś na różyczkę
szczęśliwe dzieciństwo miałaś powiedział
zachorujmy na ospę zaproponował
dlaczego na ospę zapytałam
będziemy się nawzajem drapać
będzie to specyficzny rodzaj relacji, której nie zapomnimy

rozmawialiśmy na czacie mając za nic to że Rosja znowu straszy rakietami



Prognozowanie

właśnie mianowałaś mnie meteorologiem
miałam sprawdzić aktualną przydatność ciała do pożycia
a potem rozsypałaś naskórek jak w dzieciństwie kwiaty
na boże ciało mówiąc że znaczysz drogę do ołtarza z lekami
bym się nie zgubiła w labiryncie zła
później zaczęły cię drażnić nazwy przedmiotów
więc zaczęłaś nadawać im własne upierając się że to inwencja
stworzyłaś świat z kajzerki wydłubując środek i szukając piekła
gdzież to jądro ziemi szeptałaś pobożnie
a gdy się zmęczyłaś poszłaś spać nie ruszając się z fotela
nie chcę marnować czasu na podróż
dziś są burzliwe ruchy mas powietrza
zaskoczył mnie twój zgon
łapałaś jak ryba ostatnie porcje tlenu
pod paznokciami dojrzewały owoce lasu
zabrakło łez
była tylko robotyka

 

Interpunkcja żalu


zgon wywołuje zdziwienie
wędruje po orbicie gałek ocznych
aż zamienia je w skamielinę

zmarła. kropka jak grób
opłacony z góry na kilkadziesiąt lat

po pogrzebie jest stypa i mówienie o zmarłym
dobrze lub wcale

zostaję położną
wspomnienia jak ciąg fibonacciego
odbieram z rodzących szaf
a śmiech zrywa boki



Miesiąc korzystnych warunków do życia

charyty po zimie zrzuciły futra
pogęgują wesoło
czyszczą pióra i dzioby
w witrynach sprawdzają upierzenie oczu
matki facebookowe tłoczą się w parkach
karmiąc ptaki i potomstwo
porozumiewają się za pomocą sygnałów wizualnych
zawołań kontaktowych
śpiewu
część przemieszcza się regularnie
niektóre samice zostały w domu
wysiadują jaja
inne są na zgrupowaniach migracyjnych



Dialog

Czy ma Pani martwe okresy w swoim salonie

Proszę Pana martwa bywam
podczas
okresu




POWRÓT DO ML

środa, 8 marca 2017

SZARE EMINENCJE LITERATURY

LESZEK ŻULIŃSKI










Czy za plecami pisarzy stoją ludzie, którzy wpływają na losy książek i losy historii literatury tak, jak na przykład kardynał Richelieu wpływał na dzieje XVII-wiecznej Francji?
Richelieu zresztą pociągał nie tylko za sznurki polityki. To on założył słynną Akademię Francuską, był ofiarnym mecenasem sztuki i artystów. Nie trzeba być więc twórcą, aby mieć związki z twórczością, nie trzeba uprawiać sztuki, by być człowiekiem sztuki. Wystarczy np. zostać jej hojnym i światłym mecenasem. Dość wspomnieć sławny ród Medyceuszy, który miał wpływ na powstanie takiej kolebki arcysztuki jak Florencja i bez którego być może nie zrodziłby się XV-wieczny europejski renesans.
Możni tego świata, którzy zamawiali u wielkich artystów dzieła i trzymali ich na swym garnuszku stawali się – chcąc nie chcąc – właśnie czymś w rodzaju „eminencji”. Postaci z tła, zza kulis, mających jednak ogromny wpływ na losy sztuki. Tylko czy od razu „szarych”? Otóż w kulturze ta rola kojarzy się na szczęście inaczej, lepiej niż w polityce. Te tajemnicze, drugoplanowe osoby na ogół przyczyniały się do rozwoju sztuki; ich „machinacje” służyły dobrej sprawie, ich wpływy nie burzyły, lecz tworzyły. Właśnie mecenasowie sztuki są tego najlepszym przykładem. I nie zawsze były to tak sławne postaci jak Alfred Nobel, bracia Goncourtowie czy Joseph Pulitzer, którzy ustanowili nagrody swego imienia będące po latach osobnymi „instytucjami artystycznymi”. Czasami miłość do sztuki przemieniała w aniołów zwykłych zjadaczy chleba. Ot, choćby takiego Bronisława Krystala, bogatego Żyda zapatrzonego w bohemę, jej szalony żywot i talenty, który po śmierci pięknej żony zamówił u Karola Szymanowskiego „Stabat Mater”.
Ale wróćmy do dyrygentów literatury. Istnieli od zawsze. W czasach mocno zhierarchizowanych struktur społecznych dyrygowali literaturą dworską, i w określeniu tym nie było nic zdrożnego. Czy Horacy ucierpiał od swego Mecenasa? Czy Kochanowskiemu zaszkodziła opieka hetmana Zamoyskiego? Czy król Staś zniewalał biesiadników obiadów czwartkowych? Te „eminencje” okazały się – jeszcze raz to podkreślmy – dobrodziejami słowa pisanego.
Choć znamy i naganne przykłady. Oto np. Andriej Żdanow stał się naprawdę szarą eminencją literatury radzieckiej lat 30. To on był twórcą doktryny socrealizmu, to on sformułował program wymuszający na artystach bezkrytyczną postawę wobec praktyk stalinizmu. Jego polskim odpowiednikiem stał się w latach 50. Jakub Berman, którego zła sława przetrwała do dzisiaj. I w partii komunistycznej ten wzorzec mecensa-cenzora powtarzał się w każdej rządzącej ekipie. Niechlubna fama owiała np. nazwisko Jerzego Łukaszewicza, „specjalistę” do spraw kultury za czasów Gierka, który uwielbiał zarządzać życiem literackim i na dobrą sprawę wystarczał mu do tego telefon oraz partyjna kindersztuba środowisk twórczych. Nie inaczej było z Januszem Wilhelmim, naczelnym redaktorem tygodnika „Kultura”, a potem ministrem kultury i sztuki. Wilhelmi był błyskotliwie inteligentny i błyskotliwie apodyktyczny. Zarządzał kulturą tak, jak zarządza się małą fabryczką. Niesubordynowani wylatywali z roboty. Błędem jednak byłoby sądzić, że wszyscy skażeni tzw. socjalizmem realnym byli demonami życia literackiego. Nie można tego powiedzieć o Jerzym Borejszy. To była eminencja! Dotarł do Warszawy przez Lublin, ze Wschodu, w mundurze berlingowskiego oficera. W stolicy założył wydawnictwo „Czytelnik” i trust tzw. prasy czytelnikowskiej. Były to przedsięwzięcia stojące u podwalin powojennego odrodzenia literatury. Przedsięwzięcia konsolidujące środowisko twórcze, ożywiające ruch wydawniczy, nieocenione z punktu widzenia mechanizmów rozwojowych kultury. Toteż nikt rozsądny nie wiesza dziś psów na arcykomuniście Borejszy, a jego postać stała się wręcz legendarną.
O wiele gorsi byli – jak wiadomo – nadgorliwi wychowankowie doktryny Żdanowa. Cała ta rzesza politruków, która w kulturze miała szczególne wpływy. Np. w latach 50. pisarze mogli niemal wszystko sobie załatwić pod dwoma warunkami: po pierwsze, że przestrzegali socrealistycznego schematu formalno-tematycznego, po drugie, że nie narazili się artystycznym stupajkom w rodzaju Ważyka czy Woroszylskiego. To byli panowie życia i śmierci; dyrygenci życia literackiego, którzy nawet nie kryli się dyskretnie za jego kulisami. Jerzy Putrament być może najdłużej przetrwał w takiej właśnie roli. Do niego chodziło się, gdy trzeba było załatwić coś z władzą, z cenzurą, gdy trzeba było postarać się o paszport, lek z zagranicy czy o mieszkanie. Putrament kierował kciuk w górę lub w dół. Opisał to złośliwie Miłosz w Zniewolonym umyśle. Trzeba jednak przyznać, że Putrament nie zawsze szkodził. To właśnie on jako pierwszy wystąpił w obronie Gałczyńskiego. To Woroszylski jako jeden z pierwszych potępił wydarzenia budapesztańskie z 1956 roku. A Andrzej Wasilewski, wieloletni dyrektor PIWu? To była hipereminencja, która ocaliła jednak wiele książek przed zakusami cenzury. Bilans moralny zakulisowych grzechów i grzeszków polskiej literatury powojennej nie jest zupełnie jednoznaczny.
Zresztą złowrogie wpływy na sztukę nie są wynalazkiem doktryny Żdanowa. Bardzo negatywne emocje budzi np. postać sprzed ponad 150 lat – postać Andrzeja Towiańskiego. Każdy ma swojego Rasputina. Miał go i Mickiewicz. Towiański był bowiem naprawdę szarlatanem. Podpierał się mistyczną filozofią, miał ozdrowieńczy wpływ na żonę Adama i przede wszystkim łaknął „zarządzać” Mickiewiczem, co mu się udawało przez prawie 10 lat. Czy było warto? Ba, Mickiewicz był po 1831 roku największym autorytetem Wielkiej Emigracji i być szarą eminencją za jego plecami to rola godna każdej szatańskiej natury.
Przyznam się, że nie bardzo wiem jak z punktu widzenia tego artykuliku powinienem opisać rolę „eminencji” damskich, bo w ich przypadku też pierwiastek anielski miesza się mocno z szatańskim. Aniołami były Muzy. Te wszystkie Laury, Maryle, Beatrycze, Elizy... Czyż to nie one prowadziły ręce pisarzy po papierze, palce muzyków po klawiaturze? Czyż to nie one pchały ich do twórczych uczynków? To przecież też szczególne przypadki „eminencjowania” w sztuce. Ale z drugiej strony w literaturze zamieszkała osławiona la famme fatale – kobieta fatalna, wywodząca swój rodowód od pożerających żeglarzy syren czy też od Kirke, która towarzyszy Odysa przemieniła w świnie. Potem wcieliła się w postać Salome, lady Makbet, Horpyny i wielu innych okropnych babsztyli. Ale artyści uwielbiali być uwiedzeni przez te damskie monstra. Kobieta fatalna to chyba największy demon literatury, skupiający zarazem potęgę miłości i śmierci. Te granice przebiegały zresztą w bardzo niejasnych miejscach. Nie wiadomo do końca np. czy Dagny była la famme fatale Przybyszewskiego, czy też to on wysysał z niej soki. Czy Isadora Duncan rządziła Jesieninem, czy to on ją gnębił? Zapewne klasyczną postacią anielsko-fatalistyczną była Aurora Dudevant, czyli George Sand, kochanka de Mussetta, Chopina i kilku innych artystów. Sama była pisarką, ale chyba bardziej publicystką, emancypantką, feministką, utopijną socjalistką i prowokatorką przewracającą do góry nogami romantyczne obyczaje. W jej paryskim salonie wykluwały się „nie pobożne” idee. Wpływ pani Sand na czołowych pisarzy pierwszej połowy XIX wieku był przeogromny. I właśnie dzieje literatury aż tłoczą się od tego typu osób i osóbek, które większą rolę odegrały swoją osobowością niż pisaniem, wpływami niż dziełami.
W poczet tego typu postaci na pewno trzeba wpisać wielkich redaktorów. W literaturze polskiej nie sposób przemilczeć dwa nazwiska: Mieczysława Grydzewskiego i Jerzego Giedroycia. Ten pierwszy założył w 1924 roku tygodnik „Wiadomości Literackie” – wieloletni czołowy bastion prasowy Skamandrytów, pismo-legendę, największy filar życia literackiego w okresie międzywojennym. Jeszcze po wojnie „Wiadomości” przez wiele lat wychodziły w Londynie, stając się główną twierdzą polskiej literatury emigracyjnej. Grydzewski miał opinię redaktora-geniusza, był instytucją sam w sobie. O takich ludziach mówi się – także w kulturze – spiritus movens. Duch i siła sprawcza. A Giedroyc? Był paryskim odbiciem Grydzewskiego. Miesięcznik „Kultura” ocalił ogromne obszary naszej literatury, tu, w kraju, skazanej na milczenie. Wydawnictwo z Maisons-Laffitte to oficyna w pełni tego słowa znaczeniu kulturotwórcza. Giedroyc bywa nazywany księciem literatury polskiej – jest również bez wątpienia jej eminencją, jej sumieniem, jej mentorem. Prowadził za sobą cały orszak eminencji: Zofię Hertzową, Ludwika Ungera, Konstantego Jeleńskiego, Józefa Czapskiego... Ten zespół był emigracyjnym „biurem politycznym” naszej literatury.
Literaturze emigracyjnej przysłużyli się również mniej znani pryncypałowie. Np. Krystyna i Czesław Bednarczykowie, którzy przez 40 lat prowadzili w Londynie „Oficynę Malarzy i Poetów” – kwartalnik i wydawnictwo. To tu drukowali po wojnie tacy pisarze jak Miłosz, Gombrowicz, Czuchnowski, Janta-Połczyński, Vincenz, Bobkowski... „Poets and Painters Press” stała się jedną z przystani tułaczej literatury, jej „gabinetem na zapleczu”, w którym działy się sprawy ważne i znaczące.
I chyba powinienem przypomnieć nazwisko jeszcze jednego wielkiego redaktora – oczywiście Mariana Eilego, twórcy „Przekroju”. Ten tygodnik był przez kilka dziesięcioleci osobliwym salonem literackim, a Eile z genialną intuicją kreował utwory i autorów. To być może on „stworzył” Ludwika Jerzego Kerna, to bez niego nie byłoby Zielonej gęsi Gałczyńskiego, to bez „Przekroju” nie rozeszłaby się szybko po Polsce fama o Sławomirze Mrożku. Ci wszyscy redaktorzy byli dla pisarzy mecenasami, pracodawcami, drukarzami, pomysłodawcami, inspiratorami, pierwszymi recenzentami, ojcami, powiernikami przytulającymi do serca zbolałe lub zapite głowy artystów. I przede wszystkim mieli wizję kultury, którą potrafili długofalowo realizować.
Niedawno zmarła w Warszawie Irena Szymańska. Jako młoda dziewczyna zaczęła pracować u Borejszy, w „Czytelniku”, potem była redaktorem naczelnym PIWu, i znów na wiele, wiele lat wróciła na ulicę Wiejską – do „Czytelnika”. Była opoką tej oficyny. Stworzyła wielu pisarzy i stworzyła tak znane serie wydawnicze jak „Nike”. Przez jej biurko przeszły czołowe teksty naszej współczesnej literatury, kawę z panią Ireną na parterze „Czytelnika” piło setki artystów (w Domu Pracy Twórczej w Oborach pod Warszawą przez kilkanaście lat „swój” stolik miał Antoni Słonimski i tu „rozdawał karty”, czyli ustawiał role kolegom-pisarzom. O literackich „stolikach” można by napisać osobny artykuł). Z tych „kaw”, z tych rozmów rodziły się książki. Jerzy Pomianowski powiedział po jej śmierci: „Zmuszała każdego do wysiłku przekraczania własnej miary”. I ci, którzy znają kulisy życia literackiego wiedzą, że spory jego fragment byłby bez Ireny Szymańskiej niemożliwy.
To samo można powiedzieć o wciąż aktywnej Krystynie Goldbergowej, która większą część życia spędziła w wydawnictwie „Iskry”. Jeśli istnieje pojęcie „polskiej szkoły reportażu”, to jest ono bez Goldbergowej niemożliwe. Sekundowała ona Wańkowiczowi, Kozickiemu, Kąkolewskiemu i niemal wszystkim pozostałym koryfeuszom wspomnianego gatunku. Reportaż bez Goldbergowej to tak jak film bez Toeplitza czy muzyka bez Ekierta.
Wróćmy do pani Ireny. Jej mężem był Ryszard Matuszewski, także wieloletni redaktor „Czytelnika”. Decydował o debiutach poetyckich, miał wyjątkowy wpływ na bieg literatury. Omawiał produkcje literackie kolejnych lat, kształtował ranking wartości i nazwisk, ustalał hierarchie w literaturze. Pisał podręczniki szkolne. Wielu z nas wychowało się na książkach Matuszewskiego, dziś zresztą nie zawsze dobrze ocenianych (czas obnażył ich wady), ale właśnie ta postać jest przykładem wyjątkowo wpływowego krytyka literackiego, który nie tylko pisze o literaturze, lecz swoim pisaniem powoduje określone zjawiska. Można więc zaryzykować twierdzenie, że tandem Matuszewski-Szymańska to były „szare eminencje” literatury. Czy tym razem pobrzmiewa w tym określeniu ironia? Jeśli tak, to jest jej niewiele.
Innym krytykiem, który ma opinię niezwykle mocarnego kreatora wydarzeń literackich jest Henryk Bereza. Od lat pracuje w miesięczniku „Twórczość”, uważanym za czołowe i najbardziej elitarne polskie pismo literackie. Bereza jest „ojcem chrzestnym” tzw. rewolucji artystycznej w prozie współczesnej. Skupia wokół siebie młodych pisarzy, których z wyjątkowym talentem odkrywa i wyjątkową siłą przebicia lansuje. To proza awangardowa, na ogół docierająca do wąskiego grona wtajemniczonych, poruszająca się w ramach bardzo modernistycznych (postmodernistycznych?) konwencji narracyjnych, lecz już mająca swoją chwałę. Wiadomo, że bez Berezy nie byłoby takich m.in. pisarzy jak Dariusz Bitner, Paweł Przywara, Janusz Rudnicki czy Marek Słyk. I jeśli kiedyś nadejdzie okres ich sławy, to nazwisko Berezy pojawi się jako nazwisko cichego bohatera tego sukcesu. Akuszera całego nurtu.
Osoby z „drugiego planu” czasami robią dla literatury więcej niż podszeptywałaby wyobraźnia. Nie znalibyśmy pamiętników Jana Chryzostoma Paska, gdyby w 200 lat od urodzin autora (w 1836 roku) nie opublikował ich poznański bibliofil hrabia Edward Raczyński. Wciąż np. nurtuje mnie przypadek Maxa Broda, który wylansował Kafkę. To Brod po śmierci swojego przyjaciela ogłosił drukiem jego największe utwory (Proces, Zamek) i przyczynił się do tego, iż świat dowiedział się, kim był Franz Kafka. Nie inaczej było z Brunonem Schulzem, autorem Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod klepsydrą – wysiłki najpierw Artura Sandauera, a potem Jerzego Ficowskiego sprawiły, że skromny, cichy, tragiczny pisarz z Drohobycza stał się kimś wielkim i oryginalnym na skalę światową.
I jeszcze słów parę o kolejnych wariantach bycia „eminencją literatury”. Jeden z najgłośniejszych powojennych poetów polskich, Miron Białoszewski, był do tego stopnia „podszyty dzieckiem”, że bez opiekunów i przewodników artystycznych chyba nie mógłby funkcjonować. Odkryty został w 1956 roku przez wspomnianego Sandauera – eminencję nad eminencjami. Kiedy prowadził sławny Teatr na Tarczyńskiej, wspierał się na dwóch przyjaciołach-filarach – Lechu Emfazym Stefańskim oraz Ludwiku Heringu. To oni „stali za Białoszewskim”, w zasadzie byli współtwórcami jego sukcesu. W późniejszym okresie poeta związał się mocno z Leszkiem Solińskim. Była to przyjaźń zagadkowa i magnetyczna, dość powiedzieć, że Soliński do dziś jest właścicielem praw autorskich po Białoszewskim i strzeże wielu tajemnic związanych z autorem Karuzeli z madonnami. Związki pisarzy z przyjaciółmi często mają właśnie charakter nie do końca wyjaśnionych uzależnień i nigdy się nie dowiemy jak wielki wpływ miały na ich twórczość. A miały!
Życie literackie zna też innego typu opiekunów. Oto na tej samej – wschodniej – ścianie stołecznego staromiejskiego rynku działają dwie placówki kulturalne. Klub Księgarza i Staromiejski Dom Kultury. Szefem pierwszego jest Jan Rodzeń, drugiego – Sebastian Lenart. Klub Księgarza od lat pełni rolę wspaniałego salonu literackiego. Kilka razy w tygodniu odbywają się tu spotkania autorskie, promocje książek, dyskusje literackie. Rodzeń prowadzi Klub w sposób energiczny, elegancki i – co najważniejsze – twórczy. Sam stał się postacią znaną w światku kulturalnym, jest przyjacielem wielu pisarzy, osobą, o kontakty z którą się zabiega. Natomiast w SDK od lat funkcjonują warsztaty literackie dla młodych adeptów pióra, wychodzą tu tomiki poetyckie oraz pisemko „Krzywe Koło Literatury”. Lenart jest w środowisku młodoliterackim tym, kim Rodzeń wśród pisarzy dojrzałych. Obaj panowie bez wątpienia już zasłużyli sobie na miano „eminencji”, pytanie tylko, czy szarych, bo bardzo jawnie, wręcz spektakularnie, na pokaz działają.
Literatura jest określoną strukturą. Jej ogniwem finalnym jest książka, lecz narodziny książki to cały proces – duchowy, wydawniczy, instytucjonalny, w końcu towarzyski. Czytelnicy znają nazwiska pisarzy, znają tytuły książek, lecz na ogół nie zdają sobie sprawy, że za tym wszystkim kryją się także inni ludzie i niejawne mechanizmy. To trochę tak jak z piłkarzami. Żeby 22 facetów wybiegło na boisko, trudzi się cały sztab działaczy. O ile jednak szare eminencje piłki nożnej uwielbiają się kompromitować i wywoływać aferę za aferą, o tyle w życiu literackim „eminencja” jest najczęściej wydawniczym lub redakcyjnym menedżerem. W tej branży trudno zrobić przekręt, więc gra toczy się do jednej bramki: wylansować pisarza, zainspirować, nagłośnić. To gra uczciwa. Gra o wartości. Jeżeli ktoś sfauluje, natychmiast sypią się polemiki prasowe. Nadużycie może mieć charakter raczej intelektualny niż finansowy. Stąd kulisy życia literackiego, choć pełne swoistych dramatów, zwłaszcza podziałów politycznych i różnych etycznych porachunków z przeszłością, są w sumie bardziej czyste aniżeli w innych dziedzinach życia. Toteż i eminencje, skoro już są, to nie rażą ponurą szarością.

czwartek, 2 marca 2017

Odnalezione Opowiadanie

MURAKAMIEGO


JACEK BRZOZOWSKI: "Nazywam się... Zresztą, czy to ważne, jak się nazywam? Zawsze myślałem, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie mamy przecież wpływu na wybór naszego imienia przez rodziców, a z nazwiskiem od razu się rodzimy. To dziwne, jak los, od którego w najwyższym stopniu zależymy, potrafi odmienić życie i całe, ukształtowane przez wiele lat, myślenie
o czymś. Na przykład o listach.
Zupełnie nie pojmuję, z jakiego powodu przytrafiło się to właśnie mnie. Zawsze wiodłem zwyczajne, w miarę uregulowane życie. Wstawałem około dziewiątej, czasem dziesiątej, ponieważ pracowałem przeważnie w nocy. Kiedyś mi to przeszkadzało, ale z czasem, z upływem kolejnych lat, przywykłem. Brałem prysznic, przy śniadaniu czytałem poranną gazetę lub oglądałem TV, a później robiłem zakupy w pobliskim sklepie spożywczym. Raz w tygodniu zahaczałem o pralnię i położony obok niej sklep z płytami. O ile wiem, był to jedyny sklep w okolicy, w którym sprzedawano wyłącznie jazz. W tym czasie Kiyomi była już w pracy. Poznaliśmy się jeszcze w trakcie studiów. Ja bez większego entuzjazmu skończyłem inżynierię, a ona architekturę. Wydawało mi się, że pasujemy do siebie - choćby z wykształcenia. Czułem, że w jakiś sposób się uzupełniamy. Ja mogłem projektować mosty, a ona je budować. Poza tym do dziś pamiętam, jakie nadzwyczajne mrowienie czułem na widok wewnętrznej strony jej nadgarstków. Czy to nie dziwne?
Od odebrania dyplomów minęły cztery lata i właśnie postanowiliśmy się pobrać. Ja rozpocząłem nową pracę u pana Saburo, a ona w biurze swojego zamożnego stryja Hanga. Wszystko układało się w miarę poprawnie. Mieliśmy stałe, choć nieduże jak na Tokio połowy lat 80. dochody i mieszkaliśmy w jednym z ładnych domów na przedmieściach, udostępnionym nam na jakiś czas przez stryja Kiyomi. W połowie na podwórku, a w połowie w domu, zamieszkiwał z nami kot Księżyc.
Nie wiem jak do tego doszło i dzisiaj czasem zastanawiam się, czy nasze życie nie mogłoby potoczyć się dotychczasowym utartym i spokojnym torem, gdybym któregoś dnia nie wyciągnął tego opowiadania z naszej skrzynki na listy. Czy moje życie nie uległoby wówczas tak niepokojącej zmianie? Ale czy mogłem tego nie zrobić? Nigdy nie znalazłem odpowiedzi na te pytania. Przyjąłem więc, że tak po prostu chciał los.
Było wówczas czerwcowe, ciepłe popołudnie. Ptak gniazdujący na jedynym na naszym podwórku drzewie wyśpiewywał swoją codzienną pieśń, czyniąc to z taką regularnością, jakby został wcześniej nakręcony ze skrupulatnością szwajcarskiego zegarka.
Siedziałem właśnie na ganku przed domem i rozmyślałem nad listą gości weselnych. Nie mogliśmy co prawda pozwolić sobie na odłożenie pieniędzy na ten cel, ale stryj Kiyomi zadeklarował pełne pokrycie kosztów. W zamian miała pracować u niego ca najmniej przez następne trzy lata. I tak nie spieszyła się do zmiany pracy, więc z ochotą na to przystała. Osobiście sądziłem, że tak naprawdę Hang chciał w ten sposób spłacić jakiś nieokreślony dług wdzięczności wobec jej ojca. Nigdy nie poruszał tego tematu, ale przypadkiem dowiedziałem się, że kiedyś uratował go z poważnej, choć bliżej mi nieznanej opresji.
Gdy tak nad tym rozmyślałem, do skrzynki stojącej na skraju trawnika, jakieś pięć metrów ode mnie, podszedł listonosz. Szybkim, wprawnym ruchem sięgnął do torby i wyciągnął dość grubą kopertę formatu A4. Natychmiast oceniłem, że wypełniać ją może przesyłka o grubości jakichś 100, może 120 stron. Doręczyciel przez sekundę przyglądał mi się, po czym mrugnął jednym okiem i upchnął przesyłkę w skrzynce, która przypominała z wyglądu podłużną klatkę dla zwierząt. A ściślej mówiąc dla kotów. Była ona spora, metalowa i biała, z zaokrąglonym daszkiem, taka w zupełnie amerykańskim stylu. Mimo to, koperta weszła do środka z niejakim trudem. Czy on mrugnął, czy też mi się tylko wydawało?
- Przepraszam pana – powiedziałem, choć zupełnie nie powinienem przepraszać. - Mogłem przecież wziąć ją do ręki...
- Przykro mi. Takie mamy procedury. List musi wylądować w punkcie, czyli
w skrzynce. Do widzenia – rzekł bezbarwnie listonosz i momentalnie oddalił się. Gdy to mówił, na jego twarzy nie pojawiła się najmniejsza nawet rysa sugerująca jakąkolwiek emocję, którą miałby przeżywać. Nic. Biała kartka. Z niedowierzaniem potrząsnąłem głową i wróciłem do domu po klucz do skrzynki. Choć od razy tego nie pojąłem, to od tego momentu przesyłki zaczęły kojarzyć mi się z czymś niechcianym i uciążliwym. No, może nie wszystkie przesyłki. Ale ta konkretna na pewno. Z braku czasu rzuciłem ją gdzieś na stertę gazet i wkrótce, angażując się w robienie jedzenia, o niej zapomniałem. Na wieczór wybierałem się do pracy w klubie, wiec musiałem jeszcze pomyśleć o goleniu i niezbędnej toalecie.
Następnego dnia, około ósmej rano, zadzwonił telefon. Biłem się z myślami, kto to mógł być, lecz nie chciało mi się wstawać. Miałem wolne. Była niedziela i choć pan Saburo czasem prosił mnie, bym został w knajpce również i w na dzień, akurat tym razem mnie nie potrzebował. Kiyomi mawiała czasem z pretensją, że „Peter Cat” był moim drugim domem. Zwłaszcza, gdy wracałem zmęczony nad ranem, przesiąknięty papierosowym dymem i jazzem na żywo.
Choć ukończyłem dość znaną uczelnię, otrzymanie jakiejkolwiek posady bez znajomości w tej branży było bardzo trudne. Im bardziej się temu przyglądałem, tym silniej nabierałem przekonania, że o karierze decyduje pokrewieństwo i koleżeńsko-biznesowe relacje, nie zaś prawdziwy talent. Nazwiska powtarzające się na etykietkach biur tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Zresztą ja – talentu i tak nie miałem.
Praca w klubie nie była taka ciężka, tylko dość rozciągnięta w czasie. Za to po niektórych wieczorach napiwki pozwalały nam na różne przyjemności, w rodzaju wypadu do kina, zoo, czy na basen, albo za miasto. W ten weekend postanowiliśmy się po prostu wyspać. Dlatego, patrząc na leżącą Kiyomi uznałem, że lepiej będzie nie odbierać tego telefonu. Po sześciu dzwonkach umilkł, a ja odpłynąłem w sen.
Obiad zazwyczaj przygotowywała Kiyomi. Wyjątkiem były niedziele, gdy starałem się ją wyręczyć. Tak było zawsze i nawet nie potrzebowaliśmy tego w jakikolwiek sposób uzgadniać.
- Ciekawe, kto mógł dzwonić tak rano – zastanowiła się głośno.
Rzeczywiście, było to u nas dość rzadkie. Poza jej stryjem, nasz numer znało może kilka jej przyjaciółek.
- Myślałem, że spałaś. Dlatego nie odbierałem.
Podczas gdy ja przygotowywałem spaghetti, ona siedziała w kącie przy stole
i przeglądała kolorowe pisma adresowane do zamożnych i eleganckich kobiet, które widywaliśmy czasem w centrum.
Tym razem postanowiłem trochę zmodyfikować przepis. W gotowaniu także nie byłem najlepszy. To zupełnie naturalne, jeśli rzadko się gotuje. Gdy obserwowałem przy tej czynności narzeczoną wydawało mi się, że jej rękę prowadzi jakaś inna, niewidzialna i dużo pewniejsza. Ręka, która decyduje bez udziału głowy ile dodać jakich składników, oraz jak je przyprawić.
Mój stały repertuar to jajecznica na śniadanie (wychodziła mi naprawdę niezła, zwłaszcza jeśli jajka nie były za bardzo ścięte) oraz ryż z mięsem z kurczaka i dodatkami, a także spaghetti. Dzisiaj postawiłem na to ostatnie. Wyjąłem z szafki nad blatem makaron i nastawiłem pół garnka wody. Gdy rozkładałem talerze i sztućce, znów zadzwonił telefon. Niechętnie odłożyłem wszystko na stół i poszedłem do aparatu, który był w przedpokoju. W słuchawce usłyszałem kobiecy, a może nawet dziewczęcy głos:
- Dzień dobry. Dzwonię z wydawnictwa Takamura.
Nic mi to nie mówiło. Odpowiedziałem więc tylko:
- Dzień dobry.
- Zapewne zastanawia się pan, o co może chodzić...
Rzeczywiście, zastanawiałem się, o co może chodzić. Pewnie to znowu jakaś nachalna oferta, z którymi dzwonią kilka razy w tygodniu.
- To pani telefonowała tak rano?
Zbyła moje pytanie cichym kaszlnięciem i od razu przystąpiła do opowiadania swojej historii.
- Mam prośbę, aby posłuchał mnie pan przez tylko piętnaście sekund.
Odruchowo spojrzałem na zegarek, po czym kiwnąłem głową:
- Proszę mówić.
- No cóż.... Otóż kilka dni temu nadałam pocztą bardzo ważną przesyłkę. Niestety, nie dotarła do celu.
- Tak, rozumiem. – odparłem, choć nic z tego nie rozumiałem. Przestąpiłem z nogi na nogę. - Czy to ma coś wspólnego ze mną? Bo aktualnie jestem troszeczkę zajęty...
- Bo widzi pan… To nie jest zwykła sprawa.
- Ale czy musi pani dzisiaj…
- Tak – zawiesiła wyczekująco głos, po czym dodała: - Bardzo proszę mnie posłuchać.Dziewczyna nie była chamska, jak wypaleni telefoniczni akwizytorzy, którzy stają się bardzo niegrzeczni usłyszawszy odmowę, lecz raczej zdeterminowana. Było w jej głosie coś, co mimo wszystko kazało mi nie odkładać słuchawki.
- Otóż chodzi o to, że była to bardzo w a ż n a przesyłka, która nie powinna trafić w niczyje niepowołane ręce.
Piętnaście sekund minęła, a ja właściwie niczego się nie dowiedziałem. Zaczynałem tracić cierpliwość. Dzwoni do mnie nieznana kobieta i z miejsca, właściwie, obraża. Jakby odczytała te myśli, bo natychmiast zreflektowała się:
- Oczywiście proszę nie mieć urazy, jeśli to zabrzmiało niegrzecznie.
- Nie będę miał – zapewniłem ją. - To nie brzmiało niegrzecznie.
- Przechodząc do rzeczy: myślę, że pański list należy do mnie.
- Jak to?
Dziewczyna wyjaśniła, że jest asystentką Harukiego Murakamiego, sławnego pisarza, który przypadkiem nazywa się tak samo jak ja. List zawierający najnowsze i nigdzie jeszcze niepublikowane opowiadanie, warte bardzo dużo pieniędzy, został omyłkowo wysłany pod nieistniejący adres. Doszła do tego wniosku dzisiaj rano, właśnie wtedy gdy dzwoniła. List wrócił, jak wyraziła swoje przypuszczenie, nie do tego Murakamiego, co trzeba.
Z kuchni dobiegło zapytanie Kiyomi:
- Nakarmiłeś Księżyca?
No tak, zupełnie zapomniałem. Dziś niedziela, więc zgodnie z obietnicą kot też jest na mojej głowie.
- Halo? Jest tam pan? - odezwał się głos z telefonu, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Tak. Tak. Muszę nakarmić Księżyca. Przepraszam, ale chyba kiedy indziej dokończymy tę rozmowę. Mam zupełnie inne rzeczy na głowie.
- Co? Nie rozumiem.
Jej głos przybrał taką barwę, że niemal widziałem, jak dziewczyna na drugim końcu słuchawki podnosi brwi.
- Chodzi o kota – wyjaśniłem.
- Ale dlaczego nazywa się tak dziwnie?
- Księżyc? - tym razem to ja uniosłem brwi.
Po kilku latach tak bardzo przywykłem do jego imienia, że byłem zaskoczony takim pytaniem.
- Zaraz, zaraz – zastanowiłem się. To musiało być jakieś zdarzenie z przeszłości...
W tym momencie z kuchni dobiegło kolejne wezwanie. Kiyomi mówiła, żebym już kończył, ponieważ jest głodna. To oczywiście oznaczało, że powinienem natychmiast kończyć zarówno rozmowę, jak i rozważaniami o imieniu kota, bo inaczej będzie awantura. A potem wypominanie przez następne dni i odmawianie w łóżku. Zresztą miałem czasem wrażenie, że celowo wywołuje awantury, aby mieć pretekst do odmowy. W kluczowym momencie zawsze mogła powiedzieć, że jest nadal na mnie zła, albo zwyczajnie powołać się na któryś z licznego repertuaru powodów, od bólu głowy począwszy, a na złamanym paznokciu skończywszy. Ta myśl dodatkowo mnie przygnębiła.
- Niestety, naprawdę muszę kończyć.
- Obdzwoniłam wszystkich Harukich Murakamich w Tokio – ciągnęła, nieco unosząc ton. Wyczułem w nim ślad irytacji, pomieszanej z lękiem. - Pan jeden nie odpowiedział, czy dostał je w liście, czy też nie.
- Haruki? – dobiegło z pokoju.
- Proszę zadzwonić kiedy indziej. Do usłyszenia – oznajmiłem bezceremonialnie.
- Ale co z moją przesyłką? To bardzo pilne, bo… Ja mogę stracić przez to pracę!

Przez chwilę rozważałem wszystkie za i przeciw. Kiyomi i tak już była zdenerwowana, co z pewnością oznaczało nici z wieczornego seksu. Natomiast jeśli poświęcę kobiecie
z telefonu jeszcze tylko minutę, będę miał choć jeden problem z głowy.
- No dobrze... - rzekłem zrezygnowany. - Rzeczywiście, byłą jakaś dziwna przesyłka. Nie widziałem, co to jest. Proszę zaczekać, zaraz wrócę.
Gruba koperta zdążyła już zostać przykryta przez stertę gazet i ulotek tak, że wystawał jedynie mały fragment białej powierzchni. Wracając z nią do telefonu minąłem żonę, która świdrowała mnie każącym wzrokiem. Uniosłem na nowo słuchawkę i odczytałem napisy. Stwierdziłem, że to musiało być to, czego szuka. Powiedziałem o tym do słuchawki. Lekko drżącym z radości tonem dziewczyna zapowiedziała:
- Niedługo przyjadę po nią metrem. Postaram się być za trzy godziny.
Ta historia z pewnością skończyłaby się w zwyczajny sposób, gdyby nie to, że niebawem po tym telefonie, Kiyomi mamrocząc coś o tym, bym nie zbliżał się do niej wieczorem, pojechała na zakupy.
Jakiś czas potem zadzwoniła z budki. Była zapłakana i oświadczyła, że miała stłuczkę. Niewielką, ale dwoje drzwi od strony pasażera będzie do wymiany. Pięknie, jeszcze go nie spłaciliśmy, pomyślałem zakładając bluzę.
Gdy przekraczałem próg, ona już czekała. Ręka pani z wydawnictwa właśnie miała nacisnąć dzwonek. Była szczupłą, niespecjalnie ładną, około dwudziestopięciolatką. Czarne włosy upięte w krótki ogon z tyłu obłej głowy, ciemna garsonka z dobrego sklepu. Nieco zbyt grube uda. Czegoś jej brakowało jako kobiecie, ale nie wiedziałem czego.
- Witam pana, to ja – uśmiechnęła się niepewnie, choć dość szeroko, tak jakby to, co powiedziała, wystarczyło za prezentację. A przecież mogła być kimkolwiek. - Mam prezent dla Księżyca – uniosła na wysokość oczu szeroko reklamowaną ostatnio karmę.
- Niestety, nie mogę teraz – odparłem, ostentacyjnie wkładając klucz do zamka
z zewnętrznej strony. - Żona potrzebuje pilnej pomocy. Miała stłuczkę i muszę natychmiast...
Nie miałem czasu wyjaśniać, że nie jest jeszcze moją żoną. Nie chciałem nikogo okłamywać, ale taki sposób wydawał mi się najszybszym wytłumaczeniem. Ku mojemu zaskoczeniu, dziewczyna wydawała się być przygotowana na podobną ewentualność.
- No dobrze. Ile pan za to chce? – powiedziała, jakby stawiała kropkę.
Otworzyła torebkę i zaczęła czegoś szukać w niej dłonią. Dopiero teraz zauważyłem, że była zielona i miała dosyć nietypowy kształt rybiego oka.
- Ależ NIE chodzi o pieniądze.
- Pewnie – niemal syknęła opuszczając ręce. - Bo chce pan przywłaszczyć sobie to opowiadanie! Byłem tak zły za to pozbawione podstaw oskarżenie, że nawet nie umówiłem się na kolejne spotkanie, aby zamknąć tę sprawę. Tylko spojrzałem na nią dziwnie i poszedłem swoją drogą.
Wróciliśmy dopiero wieczorem. Samochód został odholowany, a koszty naprawy miały pochłonąć wszystkie nasze nadwyżki finansowe. Do tego Kiyomi otrzymała mandat. Gdy poszła wziąć prysznic, ja opadłem na fotel i na chwilę zamknąłem oczy. Po, jak mi się wydawało, chwili, usłyszałem dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. Stał w nich bardzo szczupły mężczyzna o zapadniętych policzkach. Podniesiony kołnierz niezręcznie zasłaniał tatuaż ośmiornicy na szyi. Jego ściągnięte usta wskazywały, że w napięciu lub z przyzwyczajenia zaciska zęby. Na wskazującym palcu lewej ręki zauważyłem niewielki sygnet koloru krwi. Zawierał jakąś krótką, choć zupełnie dla mnie niezrozumiałą inskrypcję, chyba po łacinie. Na jego twarz spojrzałem tylko przez chwilę, i to wystarczyło, abym poczuł klęk. Nie znałem jego powodu. Dopiero później uświadomiłem sobie, że źrenice tego człowieka były dziwne. Właściwie całe oczy były dziwne. Czarne jak węgle, jakby nie miały białek. Ale to przecież niemożliwe.
Mężczyzna przedstawił się suchym głosem, choć nie byłem w stanie zapamiętać jego nazwiska. Od razu zażądał niezwłocznego wydania maszynopisu. Powiedziałem mu, że była już po niego dziewczyna, ale nie domówiliśmy się. Nie wiedziałem, że ma przyjść ktoś inny. Przybysz nie dał się zbyć i zapowiedział, że będzie czekał, dopóki nie oddam listu.
- Dobrze – zgodziłem się, chcąc ostatecznie zakończyć ten koszmar.
Wróciłem do środka. Przechodząc obok fotela mimowolnie znów na nim usiadłem, walcząc z gonitwą zmęczonych, chaotycznych myśli. Ponownie zamknąłem oczy i roztarłem dłońmi twarz. Gdy je otworzyłem, już się obudziłem. Kiyomi wyszła spod prysznica. Jakiś czas później, chyba po upływie dwóch, może trzech dni, które przez pracę w nocy często zlewały mi się w jedno, zobaczyłem swoją podobiznę w telewizji. Akurat smażyłem jajecznicę. Dodałem odrobinę bekonu i gdy się zarumienił, wlałem jajka na wcześniej podsmażoną, bardzo drobno posiekaną cebulkę. Po kuchni rozszedł się dość intensywny zapach. Postanowiłem zjeść przy włączonym odbiorniku.
Na ekranie widoczny był mój portret pamięciowy. Zapłakana dziewczyna, która niedawno chciała odebrać ode mnie maszynopis, właścicielka zirytowanego telefonicznego głosu, stojąc obok swojego szefa o bardzo srogim obliczu (to kim jest, wynikało z napisów towarzyszących relacji) mówiła dziennikarce, że skradziono niezwykle ceny maszynopis Murakamiego. Zadrżałem na myśl o ciągle zamkniętej kopercie, która znowu okryła się sporą już kołdrą innych papierzysk.
- Jaki przebieg miała kradzież? - dociekała reporterka.
- To było tak gwałtowne... Nie opamiętam zbyt dobrze – łgała dziewczyna.
W chwilę później stacja przeszła do kolejnych wiadomości. Wyłączyłem telewizor i starałem się zebrać myśli. Na wykonanym ołówkiem rysunku bezbłędnie rozpoznałem siebie, co oznaczało, że na pewno chodzi o mnie. Dziewczyna musiała być bardzo spostrzegawcza. Choć może niekoniecznie, bo przecież miałem dosyć pospolitą, niczym nie wyróżniającą się twarz, łatwą do zapamiętania. Kiyomi wielokrotnie mi o tym mówiła. Codziennie mijałem dziesiątki podobnych do mnie, krótko obciętych brunetów bez żadnych cech szczególnych.
Przede wszystkim jednak, doszło do wielkiego nieporozumienia. Przecież nie było tak, że nie chciałem oddać jej tej koperty. A już na pewno nie byłem złodziejem. Zresztą, czy
w środku na pewno jest to, o czym ona mówi? I czy mogłem tak naprawdę wiedzieć, że kobieta z wydawnictwa była tym, za kogo się podaje i list w jej rękach będzie bezpieczny?
Gdy Kiyomi wróciła z pracy, wszystko jej opowiedziałem.
- Sądzę, że ta dziewczyna próbuje się ratować w oczach swojego pracodawcy i dlatego wymyśliła ten cały cyrk z kradzieżą – zakończyłem relację. - Poza tym myślę, że będzie mnie szukać policja. Ktoś z nich musiał przecież sporządzić portret pamięciowy.
- To gdzie masz ten list? – zapytała Kiyomi, patrząc z wielkimi oczami zaciekawionego dziecka i małym zbłąkanym uśmieszkiem psotnicy. Nic nie odpowiedziałem, domyślając się, co chce teraz zrobić.
Wstała i zaczęła go szukać. W jednej chwili ogarnęło mnie przerażenie. Moja przyszła żona miała sporo energii, a jej nadmiar czasem powodował, że robiła pewne rzeczy szybciej, niż zdążała przemyśleć ich konsekwencje. To mogło przysporzyć tylko nowych kłopotów. Czytanie cudzej korespondencji to przecież naruszenie prywatności.
- Co chcesz zrobić?
- J a k   to co? – zapytała tak, jak gdyby wszystko było zupełnie oczywiste od pierwszej chwili. - Otwórzmy go! Jeśli masz pójść do więzienia, to chociaż powinieneś wiedzieć za co.
Jej plany, od których na plecach przechodziły mi ciarki, pokrzyżowało głośne, bardzo stanowcze pukanie i następujące po nim wezwanie do otwarcia drzwi. Natychmiast spojrzałem w tamtą stronę i dostrzegłem przez okno, że przed domem miga światło radiowozu.
Nim się obejrzałem, w towarzystwie policjanta upłynęła cała godzina. W wyobraźni spodziewałem się kilku osiłków, którzy rzucają mnie na ziemię i krępują kajdankami, po czym wyprowadzają z domu na oczach przerażonych sąsiadów i reporterskich fleszy. Tymczasem złożyłem zeznania przy kuchennym stole i oddałem tę koszmarną kopertę. Zrobiłem to z cichą nadzieją, że tamta dziewczyna odpowie za swoje grzechy w tym i każdym przyszłym życiu. Po wyjściu mundurowego usiadłem na taborecie, mimo wszystko cały roztrzęsiony. Patrzyłem w jakiś nieokreślony punt w przestrzeni, które wydawała mi się coraz bardziej rozmazana.
- Teraz nigdy się nie dowiemy, co tam naprawdę było w środku – rzekła Kiyomi
z nieukrywanym żalem.
Następnego wieczora w „Peter Cat” odbył się cudowny koncert jazzowy, który przyciągnął prawdziwe jak na ten lokal tłumy. Impreza, a w szczególności sprzątanie po niej,  trwała do rana. Wracałem do domu naprawdę bardzo zmęczony. W takich chwilach nie miałem ochoty z nikim rozmawiać i jedyne o czym marzyło moje obolałe ciało, to miękkie łóżko. Jednak tuż przed moją furtką drogę zastąpiła mi dość korpulentna kobieta, na pierwszy rzut oka po sześćdziesiątce.
- Przepraszam panią – powiedziałem słabo, próbując ją ominąć.
Ta jednak nie ustąpiła. Wręcz przeciwnie, chwyciła mnie ciepło za rękę. Otworzyła szeroko usta i zapytała:
- To pana widziałam w telewizji?
- Nie wiem, być może – odparłem zbity z tropu. Skąd mogłem wiedzieć, czy to mnie widziała. W telewizji pokazują wielu ludzi.
- W telewizji pokazują wielu ludzi – powiedziałem jej.
- Chciałabym panu coś podarować. Proszę zaczekać.
Nie miałem pojęcia dokąd poszła, ani jak długo mam czekać. Jednak za chwilę – a zrobiła to naprawdę, jak na swój wiek błyskawicznie - wróciła z kaktusem w doniczce. Dopiero wówczas przypomniałem sobie, że prowadzi kwiaciarnię w pobliżu. W ciągu ostatnich paru lat kilka razy kupowałem u niej róże z okazji urodzin narzeczonej. Kiyomi też pewnie u niej kupowała. Zawsze gdy tam bywałem, w środku grał telewizor. Nigdy nie widziałem tam specjalnego ruchu, więc pewnie oglądała go całymi dniami dla zabicia nudy.
- Sama nie wiem, czy to będzie stosowne… - rzekła z niepewnym uśmiechem i wyciągnęła ręce z doniczką w moją stronę, celując mniej więcej na wysokość brzucha.
- Ależ… – mimowolnie wyciągnąłem ręce po doniczkę. – Dziękuję. Jest naprawdę ładny...
Kobieta uśmiechnęła się, wyraźnie zadowolona z siebie. Pomachała mi nawet na pożegnanie.
- Wiesz co? – zwróciłem się do Kiyomi zaraz po wejściu do domu. Siedziała nieopodal na sofie i czytała jakieś kolorowe pismo. Ponieważ nie odpowiedziała, a ja chciałem jak najszybciej się wygadać, ciągnąłem: - Zupełnie obca kobieta zastąpiła mi drogę i wręczyła podarunek – powiedziałem, zdejmując buty. Byłem skonfundowany. – Zrobiła to tylko dlatego, że widziała mnie w telewizji. Wyobrażasz sobie?
- Naprawdę? – postać mojej narzeczonej poruszyła się wyraźnie zaciekawiona. – A co ci dała?
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego akurat dzisiaj mi się to wszystko przypomniało. Może dlatego, że otrzymaliśmy zaproszenie na ślub znajomych? Czytałem je właśnie na ganku przed domem i tak jak wtedy, rozmyślałem nad listą, tym razem nie swoich, gości. Było wtedy ciepło, tak jak dziś, a ptak znów wyśpiewywał swoją pieśń. Jedynym, co różniło to popołudnie od tamtego, był brak kota, który zniknął kilka dni temu. Martwiłem się o niego.
Gdy tak siedziałem, do skrzynki stojącej na skraju trawnika, dokładnie tak jak wtedy, podszedł listonosz. Zwyczajnym sobie szybkim ruchem sięgnął do torby i wyciągnął z wnętrza dość grubą kopertę. Przyjrzał mi się, jakby szukał w mojej twarzy jakiegoś rodzaju aprobaty, po czym mrugnął jednym okiem i upchnął przesyłkę wewnątrz. Natychmiast podniosłem się
z miejsca.
- Czy pan mrugnął?
- Ja? Nie. Zdawało się panu – odparł z niezmąconym spokojem. Takim samym jak zawsze.
Nagle przez dziurę w płocie przelazł kot i otarł się o nogawkę moich spodni, zadzierając wysoko ogon. Był cały oblepiony brudem, ale wydawał się zdrowy i w dobrym humorze.
- O, Księżyc! – ucieszyłem się.
Listonosz już miał się oddalić, lecz gdy to usłyszał, przystanął.
- Proszę mi powiedzieć…
- Tak?
Spojrzałem w jego kierunku. Tymczasem kot zagnieździł się już na moich rękach.
- Dlaczego on tak dziwnie się nazywa?
- Księżyc? Zaraz, zaraz - pogłaskałem go czule po łebku. – To musiało być jakieś zdarzenie z przeszłości...
 

O AUTORZE
 
 Jacek Brzozowski, rocznik 79. Dotychczas opublikował „Horyzont zdarzeń” (grudzień, 2010 r.), jedyną powieść o tajemnicy wylatowskich kręgów w zbożu. Mocne zakorzenienie w rzeczywistości, dociekliwość i połączenie nietypowych faktów – to cechy charakterystyczne jego prozy.
 
NAGRODY
 
OGÓLNOPOLSKI KONKURS LITERACKI IM. ZDZISŁAWA MORAWSKIEGO W GORZOWIE WLKP – wyróżnienie za opowiadanie „Femme Fatale” - 2006 r.