sobota, 28 lutego 2015

WIELCY PISARZE 3

GŁOS GÓRY C.D.


2.

Yasuko, żona Shingo, ma sześćdziesiąt trzy lata i jest od niego o rok starsza. Mają dwoje dzieci, syna i córkę. Starsza, Fusako, sama już jest matką dwóch córeczek.
Yasuko wygląda młodziej od męża. Bynajmniej nie sprawia wrażenia, że ma rok więcej. Nie tyle jednak Shingo tak szybko się postarzał, ile raczej żona wydaje się młodsza, co nie jest przecież niczym niezwykłym. Niewysoka i mocno zbudowana, cieszy się dobrym zdrowiem.
Yasuko nigdy nie była piękna. Ponieważ w młodości różnica wieku między nimi rzucała się w oczy, nie lubiła nawet pokazywać się przy boku męża.
Od pewnego momentu jednak ta różnica wieku zatarła się i przestała właściwie być widoczna. Kiedy? Shingo bezskutecznie się nad tym zastanawiał. Przypuszczał, że gdzieś koło pięćdziesiątego piątego roku życia. Zwykle ponoć kobieta starzeje się szybciej, lecz w ich wypadku stało się odwrotnie.
W ubiegłym roku sześćdziesięciojednoletni już Shingo niespodziewanie dostał krwotoku. Wyglądało to na płuca, ale ani nie dał się porządnie zbadać lekarzom, ani nie troszczył o leczenie; zresztą dolegliwości wkrótce ustąpiły.
Nie był to chyba objaw starczej niemocy. Po chorobie cera jego stała się bardziej jędrna, a po dwóch tygodniach przymusowego pozostawania w łóżku odmłodniały mu oczy i wargi nabrały koloru.
Shingo dawniej nigdy nie dostrzegał u siebie symptomów gruźlicy. To, że po sześćdziesiątce dostał krwotoku, najwyraźniej wprawiło go w przygnębienie i dlatego pewnie unikał wizyty u lekarza. Shuichi uważał to za starczy upór. Przyczyna jednak leżała głębiej.
Yasuko jest zdrowa i dobrze sypia. Często Shingo budzi się w środku nocy wskutek chrapania żony. Yasuko zaczęła chrapać gdzieś około piętnastego roku życia. Rodzice jej dokładali starań, żeby ją z tego wyleczyć. Po ślubie wszystko minęło, ale wróciło ponownie koło pięćdziesiątki.
W takim wypadku Shingo ściskał palcami nos Yasuko i lekko nim poruszał. Jeśli to nie pomagało, chwytał ją za szyję i potrząsał. Tak bywało, gdy miał dobry humor, lecz gdy budził się w złym nastroju, uderzała go nieprzyjemnie starcza brzydota tego ciała, z którym przeżył wspólnie już tyle lat.
Tej nocy również był w złym nastroju, więc zapalił światło i zerknął z ukosa na twarz żony. Potem złapał ją za gardło i mocno potrząsnął. Trochę spocił się przy tej czynności.
Pomyślał sobie, że gdyby wyciągnął rękę i tylko dotknął ciała żony, to chrapanie na pewno by ustało, i gdzieś na dnie serca poczuł litość.
Wydobył spod poduszki ilustrowany magazyn. Ponieważ jednak było bardzo gorąco i wilgotno, wstał i otworzył jedno skrzydło drzwi do ogrodu. Tam przykucnął.
Była księżycowa noc.
Na dworze wisiała sukienka Kikuko. Jakiegoś nieokreślonego białawego koloru. Czy to zapomniała o rozwieszonym praniu, czy też może specjalnie zostawiła przepocone ubranie, żeby przeniknęła je nocna rosa.
- Giaa, giaa, giaa - rozległ się w ogrodzie przenikliwy głos ptaka. Po lewej stronie, na pniu wiśniowego drzewka, siedziała cykada. Wątpliwe, żeby to ona wydała z siebie taki nieziemski dźwięk, ale... chyba to jednak ona. Czyżby i ją spłoszyły złe sny?
Owad rozwinął skrzydełka, wzbił się w powietrze i przysiadł na skraju moskitiery. Shingo wziął cykadę w dłonie, lecz nie wydała głosu.
- Niema - mruknął. To nie ta cykada krzyczała ,,giaa”. Aby znów nie przyleciała zwabiona światłem, Shingo z całej siły rzucił cykadę, obróciwszy się w stronę wiśniowego drzewka po lewej stronie. Nie odpowiedziała mu dźwiękiem.
Oparty o ramę drzwi spoglądał w stronę wiśni. Nie wiedział, czy cykada usiadła tam, czy też upadła gdzieś dalej. Księżycowa noc głębiała. Tę głębię czuło się z boku, gdzieś z oddali.
Choć nie minął jeszcze dziesiąty sierpnia, owady już śpiewały.
Słychać było dźwięk, jakby rosy opadającej z liścia na liść.
I nagle Shingo usłyszał głos góry.
Nie ma wiatru. Księżyc jaśnieje, niedługo osiągnie pełnię. W tę mroczną, parną noc kontury drzew malujących się na szczycie wzgórza robią wrażenie zamazanych. A wiatr ich nie porusza. Liście paproci u stóp werandy, na której stoi Shingo, także ani drgną.
W głębi doliny Kamakura zdarzają się noce, kiedy słychać uderzenia fal, więc Shingo zastanawiał się, czy to nie odgłos morza. Ale nie, to głos góry. Przypominał szmer wiatru w oddali, lecz była w nim głęboka moc, jak wtedy, gdy drży ziemia. Głos rozbrzmiewał też wewnątrz jego własnej czaszki, Shingo myślał więc przez chwilę, że może dzwoni mu w uszach, i spróbował potrząsnąć głową.
Głos ucichł. Kiedy już umilkł, Shingo po raz pierwszy poczuł lęk. Chłodny dreszcz na myśl o nie znanym dniu śmierci. Chciał rozważyć na zimno, czy mógł to być głos wiatru, głos morza, czy też dźwięczało mu w uszach. Przyszło mu do głowy, że musiał to być jeden z tych trzech dźwięków. Ale nie, na pewno słyszał, jak krzyczy góra.
Jakby jakiś demon pojawił się ni stąd, ni zowąd i wywołał swym przybyciem jej krzyk. Głos szybko przybierał na sile. W tej nocnej scenerii, przesyconej wilgocią, góra sterczała jak czarna ściana. Właściwie nie była to góra, lecz pagórek tuż za ich ogrodem. Choć robił wrażenie ściany, z drugiej strony wyglądał jak wielkie jajko rozcięte na pół. Z tyłu i z boku był jednak górą, a to, że wydawał głos, czyniło go podobnym do pasma gór widocznych po drugiej stronie ich domu.
Wśród drzew porastających wierzchołek przebłyskiwały raz po raz gwiazdy. Zamykając drzwi Shingo przypomniał sobie zadziwiającą historię. Jakieś dziesięć dni temu czekał na znajomego, którego zaprosił do niedawno postawionej herbaciarni. Gościa jeszcze nie było. Gejsza też pojawiła się tylko jedna, pozostałe spóźniały się widocznie.
- Proszę zdjąć krawat, gorąco nie do wytrzymania - powiedziała gejsza.
- Mhm.
Shingo nie protestował, gdy rozwiązała i zdjęła mu krawat. Nie doszło między nimi do żadnej poufałości, a jednak gejsza, wetknąwszy krawat do kieszeni okrycia Shingo, które wisiało obok tokonoma1, rozpoczęła zwierzenia.
Mniej więcej dwa miesiące temu gejsza oraz cieśla, który stawiał tę oto herbaciarnię, postanowili, jak się zdaje, popełnić razem samobójstwo. Ale gdy przyszła pora wypicia kwasu pruskiego, dziewczynę opanowały wątpliwości, czy aby na pewno ta porcja wystarczy, aby umrzeć.
- Ten człowiek zapewnia mnie, że dawka jest śmiertelna. A na dowód powiada: ,,Po cóż by pakowano ją w osobną torebeczkę? Otruje nas skutecznie, nie ma co.”
Nie uwierzyła jednak. Przeciwnie, umocniła się jeszcze w swych wątpliwościach.
- „Od kogo masz tę truciznę? Może ten człowiek specjalnie odmierzył taką porcję, aby ciebie i kobietę ukarać, wydać na cierpienia?” Pytam go: „Który lekarz czy aptekarz dał ci to?”, a on nic nie mówi. Przecież to śmieszne! Mamy umrzeć oboje, a on, nie wiadomo dlaczego, nie chce nic powiedzieć. Przecież po wszystkim i tak bym się nie dowiedziała.
- Ależ to brzmi jak farsa! - miał już powiedzieć Shingo, lecz ugryzł się w język. Gejsza upierała się, że po truciźnie otrzymanej od nie wiadomo kogo na pewno przyjdą do siebie.
- Tak więc noszę ją przy sobie!
Co za niesamowita rozmowa” - pomyślał. Zapamiętał tylko, że chodzi o cieślę, który stawiał tę herbaciarnię.
Z papierowego portfelika dziewczyna wydostała torebeczkę z trucizną i pokazała ją Shingo.
- Mhm - mruknął, rzuciwszy tylko na nią okiem. Nie mógł ocenić, czy to rzeczywiście kwas pruski, czy też co innego.
Właśnie w tym momencie, zamykając okno werandy, Shingo przypomniał sobie tę gejszę.
Położył się na materacu. Nie zdobył się jednak na to, aby obudzić swą starą żonę i opowiedzieć jej o tym, jak słyszał głos góry, i o lęku, jaki go wtedy ogarnął.

3.
Shuichi pracował w tej samej firmie co ojciec, a ponadto miał za zadanie przypominać mu o wszystkim. Oczywiście także Yasuko i Kikuko, młoda żona Shuichiego, podzieliły się zadaniem czuwania nad pamięcią Shingo. I tak wspólnym wysiłkiem cała trzyosobowa rodzina wspierała umykającą pamięć ojca. W biurze funkcję tę pełniła urzędniczka rezydująca w gabinecie Shingo.
Shuichi, wszedłszy do pokoju Shingo, z małej biblioteczki w rogu wyciągnął jakąś książkę i zaczął przerzucać kartki.
- Oho ho! - mruknął, podszedł do stolika urzędniczki i pokazał jej otwartą stronicę.
- Co takiego? - spytał Shingo z uśmiechem.
Shuichi zbliżył się z otwartą książką. Było tam napisane: „Tutaj oto nie zanikło jeszcze poczucie cnoty. Kiedy mężczyzna cierpi z miłości ku kobiecie, a kobieta nie może znieść cierpień, jakie niesie jej miłość mężczyzny, to lekarstwem na to, aby odczuwali oni radość, aby mogli dłużej kochać się nawzajem, jest ich wzajemne odnalezienie się jako ludzi, nie tylko jako kochanków. Wzmacniając ponadto ich wewnętrzne więzi...”
- „Tutaj” to znaczy gdzie? - zapytał Shingo.
- W Paryżu. To dziennik podróży po Europie.
Wrażliwość Shingo na dowcipy i aforyzmy nieco już stępiała. Jednak to, co usłyszał, było dlań nie tyle dowcipne czy paradoksalne, co jasne jak na dłoni.
Nie wydaje się, żeby te słowa wywarły większe wrażenie na Shuichim. Nie ulega natomiast wątpliwości, że za ich pośrednictwem zręcznie dogadał się z urzędniczką w kwestii wspólnego wyjścia z biura. Shingo wyczuł to instynktownie.
Kiedy wysiadł na dworcu w Kamakurze, pomyślał, że dobrze by się stało, gdyby ustalił z Shuichim wspólną godzinę powrotu albo wracał później od niego.
Tłumy ludzi jechały właśnie z Tokio, autobus też był przepełniony, więc Shingo poszedł pieszo.
Gdy zatrzymawszy się na chwilę przed sklepikiem z rybami rzucił nań okiem, właściciel sklepu pozdrowił go uprzejmie. Podszedł więc do wystawy. Woda w cebrzyku, do którego włożono krewetki, miała mętno biały kolor. Shingo potrącił palcem langustę. Wyglądała na żywą, ale nie poruszyła się. Obok leżało mnóstwo ślimaków sazae, więc doszedł do wniosku, że kupi ślimaki.
- Ile pan sobie życzy?
Shingo stropił się, usłyszawszy pytanie właściciela.
- Hm... Proszę trzy. Z tych większych.
- Chwileczkę. Już przygotowuję.
Właściciel i jego syn otwierali muszelki końcem kuchennego noża i wydłubywali z nich zawartość. Dźwięk, jaki wydawało ostrze w zetknięciu z muszlą, wydał się Shingo obrzydliwy.
Podczas gdy sklepikarz, umywszy ślimaki pod kranem, zręcznie kroił je na kawałki, przed sklepem zatrzymały się dwie dziewczyny.
- Czego? - mruknął właściciel, nie przerywając krojenia.
- Proszę makrele.
- Ile?
- Jedną.
- Tylko jedną?
- Tak.
- Na pewno tylko jedną?
Makrele były dosyć niewielkie. Dziewczyny nie zwracały uwagi na nie ukrywane szyderstwo w głosie sklepikarza. Ten owinął rybę kawałkiem papieru i podał pierwszej z nich. Dziewczyna stojąca z tyłu trąciła swoją towarzyszkę w ramię i rzuciła:
- Może weźmiemy jeszcze coś?...
Pierwsza dziewczyna schowała makrelę, po czym obróciła się w stronę langust.
- Te langusty będą chyba jeszcze w sobotę? Mój chłopak bardzo je lubi.
Druga nic nie odpowiedziała.
Shingo, wzdrygnąwszy się, spojrzał ukradkiem na dziewczęta. To chyba jakieś latawice z sąsiedztwa. Gołe plecy, na nogach płócienne sandały, zbudowane nieźle.
Właściciel sklepiku z rybami zsunął posiekane mięczaki na środek deski i, rozkładając mięso do trzech muszelek, wyrzucił z siebie:
- Takich teraz namnożyło się w Kamakurze!
Shingo zaoponował, jako że ton sklepikarza wydał mu się zbyt okrutny:
- Czy to źle? Przecież nic złego nie robią
Właściciel zręcznie nakładał mięso do muszelek, ale pokrojone sazae pomieszały się i Shingo ze zdziwieniem uzmysłowił sobie fakt, że chyba żaden ślimak nie wrócił do własnej skorupy.
Dzisiaj jest czwartek, do soboty zostało trzy dni, i w tym czasie na pewno wykupią langusty ze sklepiku - pomyślał. - Te nieokrzesane dziewczyny, cóż one przyrządzą z jednej langusty? Pewnie poczęstują tym jakiegoś cudzoziemca. Langustę można ugotować albo usmażyć, albo podgrzać nad parą... one chyba zrobią coś barbarzyńsko prostego.”
Shingo mimo wszystko myślał o dziewczynach z sympatią, lecz wkrótce myśli te wyparło przejmujące uczucie osamotnienia. Jego rodzina składa się z czterech osób, a on wziął tylko trzy sazae. Wiedział wprawdzie, że Shuichi nie wróci na kolację, świadomie jednak nie zrobiłby nic, co mogłoby zranić Kikuko. Zagadnięty nagle przez sklepikarza, podświadomie jakoś pominął Shuichiego.
Po drodze kupił jeszcze na straganie owoce miłorzębu. (..)

Przełożyła Ewa Szulc 
Tytuł oryginału «Yama no oto»

1 tokonoma - rodzaj wnęki lub alkowy w pokoju, gdzie wisi zwykle rozwijany obraz, kaligrafia lub stoją kwiaty (przyp. tłum.).



Wanda Szczypiorska. Znakomite opowiadanie

 

W   N I E B Y T 

 




Więc powiedziałam jej, żeby się wyniosła. Dosłownie tak. Brutalnie. Bo dla niej zdrada była czymś zwyczajnym i niby żartem, niby serio raiła mu to tą, to tamtą. Mojemu mężowi, znaczy się. 

Od pewnego czasu z konieczności mieszkała z nami. Nie miała się gdzie podziać po ciągłych przeprowadzkach, zmianach pracy. To trwało już od kilku lat, od chwili kiedy porzuciła męża. Nie tylko męża, dzieci również. Mieszkała jakiś czas w Kraśniku dopóki nie umarło jej kolejne dziecko. Dziecko, które nie miało szansy na przeżycie. Wodogłowie. Ojcem dzieciaka był lokator, to z nim uciekła do Kraśnika, mężowi zostawiając tamtych troje. To prawda, mąż, który nie dawał jej spokoju, dziś powiedzielibyśmy - molestował, miał również dziecko ze służącą. Czuła się wiec poniekąd usprawiedliwiona. Tak myślała. A może była zakochana? Ten facet jednak szybko ją porzucił. Kiedy urodził się kaleka, była sama.
W Kraśniku pracowała w zakładach przemysłowych, ale po śmierci dziecka zwolniła się i przyjechała do mnie. Nie znałam wtedy jeszcze obecnego męża, byłam sama, wynajmowałam pokój. Pracowałam. Miałam dwadzieścia lat a ona o trzynaście więcej. Co mogłam zrobić? Siostra przecież. Jej mąż przez jakiś czas nalegał na jej powrót. Nie chciała. Czemu? Nie wiem. A potem było już za późno; ich dzieci wychowywała jakaś inna.
Miałam maleńki pokój, było ciasno. Spałyśmy w jednym łóżku. Tu też dostała pracę, bo w Peerelu nie było z tym problemu. Problemem było zdrowie. Nic wielkiego, plamy na płucach. Dostała miejsce w sanatorium. Przyznaję, odetchnęłam. Dość miałam krępującego towarzystwa a ona tam robiła nowe znajomości. Pojawił się doktor Rybak. Gruźlik, mniej więcej po trzydziestce. Też chyba niezbyt ciężko chory.. Nie wiem co się działo w sanatorium, nigdy tam nie byłam, potem mi pokazała zdjęcia z potańcówki. Z Rybakiem w czułej pozie. Wydaje się, że traktowała go poważnie pomimo, że miał żonę. Obojgu im wycięto po kawałku płuca. Wrócili razem, on przejazdem a więc musiałam go ugościć. Myślałam, że jak kupię ser, to będzie elegancko a zresztą kupić ser było najłatwiej, nawet bez kolejki. Rybak nie lubił sera, ser mu śmierdział. U niego na wsi sera się nie jada. Owszem biały, własnej roboty tak, ale żółtego nawet nie tknie. Kiełbasy nie ma? Nie, nie było. Rybak wyjechał bez kolacji
Postanowiła szukać pracy w domach wczasowych, w sanatoriach. To jej ustawi życie. Mieszkanie, wyżywienie. Rzeczywiście. Wkrótce dostała angaż w FWP jako księgowa zaopatrzeniowiec. I wyjechała do Jeleniej Góry...
Nasze kontakty były luźne, rzadkie. Wyszłam za mąż. Mieszkaliśmy z teściową, to był mój pierwszy własny dom, właściwie dom mojego męża i układało nam się nieźle. Wkrótce mieliśmy dziecko, syna.
Elżbieta, moja siostra, siostra przyrodnia, nie rodzona, zmieniała pracę dosyć często a zmiana pracy była zwykle zmianą miejscowości. Pół roku, rok i nowy adres, zależnie od sezonu w FWP w tym albo innym domu. A może co innego? Być może była to konieczność? Wiedziałam, że gdziekolwiek była, z kimkolwiek zamieszkała zdarzało się jej coś przywłaszczyć, zazwyczaj jakiś drobiazg, nic cennego. Jeszcze mam po niej bardzo starą, lekko żółtawą różę ze słoniowej kości.
Po przeprowadzce zwykle pisała do mnie list o nowym miejscu pracy. List pełen entuzjazmu. Zapraszała. A gdzie tam! Jechać na koniec świata z dzieckiem? Syn chodził już do szkoły. Lecz w końcu się zdecydowałam. Tym razem była w Wiśle i miała wynajęty pokój, jak napisała – samodzielny, z osobnym wejściem. Za domem zbocze góry. Nigdy nie byłam w górach! A więc jedziemy, ja i syn.
Podróży nie pamiętam. Musiała być przesiadka. Była na dworcu. Ona i jej nowy facet, o którym pisała w liście – narzeczony. Trudno, niech będzie. Pokój wspólny. Dwa łóżka. Ona z tym swoim narzeczonym, a ja z dzieckiem. Była już wtedy po rozwodzie. O tamtych dzieciach nie mówiła nigdy. Ja nie pytałam, nie wiem czemu. Było głupio, bo może zacznie płakać i co wtedy? Prawda, że nie mieściło się to w głowie, ale tak sobie ułożyła życie. Lubiła mężczyzn i nie tylko seks. Po prostu się zakochiwała. Żal dzieci. Pewno tak. Podobno miała od nich wiadomości. Jakie? Czegoś się jednak dowiedziałam. Ponoć nie chciały jej widywać.
A jednak noce były krępujące. Na szczęście moje dziecko spało a rano kiedy oni wychodzili, zostawaliśmy sami. Padał deszcz. Stroma i śliska ścieżka tuż za domem, droga na jakiś zalesiony szczyt, może pagórek, nie wiem. Poszliśmy, ale niedaleko, bo tam był tylko las. Nic więcej. A więc do miasta, w dół. Miasto, jak miasto, takie sobie. Zapamiętałam tylko basen. Pomimo mżawki ktoś się pluskał. Poszliśmy więc do tego domu wczasowego na obiad z tego, co zostało w kuchni. Dawała mi do zrozumienia, że dla niej to nie problem. Ma tu chody. Problemem, wydawało się, był ślub z tym niby narzeczonym, bo się nie rozwiódł. Wiedziałam że się kłócą i sytuacja jest napięta. Nie traktowałam go jak szwagra. Budził odrazę, bo chyba mu się podobałam, byłam młodsza. To bardzo krępujące, nieprzyjemne. To jego podniecenie wieczorami. Na szczęście tylko trzy wieczory. Jeszcze wycieczka następnego dnia. Ale to męka. Ślisko, stromo. Nigdzie nie widać horyzontu. Wszędzie góry. Trzeba by było chyba iść i iść, ale nie miałam na to chęci, syn też nie. I ta mżawka. Zbieraliśmy się do powrotu.
Potem długo nie było od niej wiadomości. Wreszcie, że szuka nowej pracy. Jakieś kłopoty z kręgosłupem. Depresja? Może. Tamten znikł i znów jest sama. Przysłała fotografię z innego domu wczasowego, siedzi na schodkach, z kimś rozmawia a kto jej robi zdjęcie, nie wiem. Wygląda już na swoje lata, chociaż jak zawsze stara się być młoda. I nagle zapowiada przyjazd.
Miałam pracę w urzędzie miejskim, wtedy Prezydium Rady Narodowej, był już osiemdziesiąty-któryś rok. Ela zobowiązała się prowadzić dom, sprzątać, gotować obiad i tak dalej. Nie bardzo mnie to urządzało, ale co mogłam zrobić? Miesiąc, dwa.. Z wolna stawała się panią domu, no i zaczęły się te gadki z mężem. O paniach. Ciągłe aluzje, ta czy tamta? Jakieś namowy nie wiadomo na co. To właśnie wtedy powiedziałam - wynoś się! Dałam jej kilka dni na wyprowadzkę po załatwieniu sobie czegoś do mieszkania.
Przeniosła się do koleżanki. Znalazła prace w rzeźni kurcząt. Nie miała do mnie żalu. Tak mi się wydawało... Kto ją wie. Wygodniej było jej udawać, że wszystko jest w porządku. Było w porządku. Chyba tak. Płaciła za mieszkanie. Lecz osiem godzin w lodowatej hali nie wychodziło jej na zdrowie. Ale co robić, dobrze płacą. W dzieciństwie chorowała na krzywicę, ja tam nie wiem, bo prawie żeśmy się nie znały, miała coś jakby garb. Jednak wciąż jeszcze była dosyć sprawna, dawała sobie radę. I nadarzyła się okazja. W NRD potrzebowano pracowników w rzeźni drobiu. Zgłosiła się, pozałatwiała formalności, pojechała. Można tam ładne rzeczy kupić.
Na pierwszy urlop przyjechała obsprawiona. W nowych kozaczkach, z nową torbą. Tylko że chyba jakaś inna. Była niskiego wzrostu w przeciwieństwie do mnie a teraz jakby jeszcze mniejsza i wyglądała tak, jak gdyby się zapadła. Mówiła że nie czuje się najlepiej a mimo to znów wyjechała po urlopie. Tym razem jednak wróciła znacznie szybciej. Poprzednie lokum było już nieaktualne, więc znowu zamieszkała z nami. Nie na długo, była naprawdę ciężko chora, o żadnej pracy już nie było mowy, lekarze, szpital. Była kaleką z postępującą chorobą kręgosłupa, ale zwierzyła mi się kiedyś, że musi mieć mężczyznę. To chyba przesądziło. To i renta. Znalazła w okolicy domek, wrośnięty w ziemię stary drewniak. Była tam tylko jedna izba będąca jednocześnie kuchnią, wygódka na podwórzu, obok szopa, ale żyć można. Wynajęła.
Nie wiem czy pojawili się mężczyźni, pewno tak. Słyszałam o kimś, kto przychodził do niej a ona miała zwyczaj żartować sobie z konkurenta. Oni to lubią, wolą to, niż sentymenty, wynurzenia. I zawsze miała papierosy, kawę. Kiedy zadomowiła się na dobre kupiła kilka kur i przygarnęła jakieś koty, potem znalazła na przystanku bezdomnego psa. To były już poważne obowiązki. Całymi dniami czytała kryminały, które wypożyczała z biblioteki. Znała sąsiadów, bliższych, dalszych. Odwiedzał ją mój syn. Tak. Nastolatek lubił ciotkę, dobrze się czuł w jej towarzystwie.
Był u niej również tego dnia. Przyszedł po szkole, czekał, jej nie było. Piec zimny, siedział w kurtce. Ściemniło się, to była jesień. Zamknął kury. Pies głodny, ale nie wiedział co mu dać. Wiec czekał jeszcze jakiś czas. Potem zapytał właścicielkę, która mieszkała po sąsiedzku, gdzie ciotka może być. Sąsiadka nie wiedziała. A może pojechała kupić ziarno? Do miasta jeździ autobusem. Wieczorem jednak autobusu nie ma. Syn wrócił i powiedział nam, że ciotka gdzieś przepadła. A ona wtedy już nie żyła.
Co parę dni jeździła na bazarek. Tego dnia również. I ktoś, jak zawsze pomógł jej wsiąść do autobusu, podał wózek. Do targowiska od przystanku było dość daleko, ale nie miało to znaczenia, lubiła być wśród ludzi, była wścibska. A w dzień targowy coś przecież mogło się wydarzyć i rzeczywiście, coś się działo. W bocznej ulicy był sklep mięsny, a przed nim zawsze spory tłumek a teraz tłumek dziwnie się rozproszył. Część ludzi pchała się do sklepu. Ktoś krzyczał
   - Zaraz przyjedzie pogotowie!
To było coś. Postanowiła to zobaczyć. I tak musiała iść po kości, stanąć w kolejce do rzeźnika. Szła tam, skąd inni uciekali, ciekawa, co się mogło stać. Już była blisko. We wnętrzu sklepu zbity tłum, ludzie dawali jakieś znaki a ona była na ulicy sama. O co chodzi? Ostatnim słowem jakie usłyszała było...
Wieczorem wiadomość jeszcze nie dotarła, ale rano wiedziano na osiedlu, że w mieście wybuchł gaz. Są ranni, ci co byli w sklepie. Gaz w sklepie? A nie, nie w sklepie, na ulicy. A Eli wciąż nie było. W osiedlu nie ma telefonu. Syn czeka w domku ciotki, ja do pracy. A w mieście nikt nic nie wie. Tylko że ktoś podobno zginął. Lecz nie wiadomo kto. Dygoczę. Nerwy. Radzą mi dzwonić do szpitali. Dzwonię. Nie ma. Milicja też nic nie wie i pogotowie również nie. W szpitalu mówią, żeby dowiedzieć się w kostnicy. Jest tam. Jedziemy obydwoje, ja i mąż. Dziwnie wygięte, połamane nogi. Stoję. Nie płaczę, nie wiem czemu. I tylko myślę z przerażeniem, czy żyła jeszcze, czy już nie, kiedy leżała sama na ulicy wśród rozbitego szkła i gruzu.
Pogrzeb był na koszt państwa. Takie prawo, kiedy ktoś zginie z winy służb. Byliśmy my, sąsiedzi, niezbyt wielu, kilku starych znajomych i nikt więcej. A przecież dopełniłam obowiązku. Szukałam ich adresu, telefonu. Znalazłam, zadzwoniłam. W domu była ta ich przybrana matka i powiedziała, że powtórzy. Nikt nie przyjechał. Żadne z trojga dzieci. Dzieci? Nie, już nie dzieci. Już dorośli.

Kury oddaliśmy sąsiadom, koty znikły. Psa wzięliśmy do siebie. Długo żył. Był z nami nim zdechł. Ale niemrawy jakiś, smutny.  

wtorek, 10 lutego 2015

KRYSTYNA HABRAT UMYSŁ W ODWROCIE


To było w odległym wieku XX- tym. Nawet w jego końcówce. Wymarzony początek kolejnego tysiąclecia wniosło inne spojrzenie na człowieka. Teraz to wszystko spowszedniało. Pieniądz i komercja wyparły najwznioślejsze ideały. Nawet testy mierzące iloraz inteligencji stały się tak popularne, że mało kogo to kręci.
  Mam wrażenie, iż człowiek przyszłości wychowany w obecnych czasach będzie inny niż zapowiadano kiedyś: bardzo umięśniony, z ogromnym brzuchem, ale jego mózg będzie w zaniku. No może tyle zostanie z głowy, żeby fryzjer i kosmetyczka nie poszli z torbami.
 Ta smętna wizja człowieka przyszłości to odbicie trendów wychowawczych, jakie się teraz nam wmusza. Może nie w szkolnictwie, ale w mediach, które pełnią misję kształtowania nawyków i osobowości młodzieży i ludzi dorosłych. Przecież na każdym kroku uczy się wszystkich, jak gotować? co jeść?  Na każdym chyba programie coś w studio pichcą, jedzą, kosztują, stoły pełne najdziwaczniejszych warzyw i mięs. A do tego obok programy, jak się odchudzać i pokonywać choroby wynikłe z przejadania. Nie mówiąc już o reklamach, często nieapetycznych, unaoczniających działanie leków ułatwiających trawienie.
  No więc człowiek przyszłości będzie miał wielki brzuch, bo to okazuje się najważniejsze.
Do tego umięśnione odpowiednio nogi, żeby uprawiał ciągle biegi i różne sporty.
  Mnie to nie bawi.
  Dlatego z zainteresowaniem przeczytałam artykuł Zenony Macużanki o Michale Sprusińskim. Wychowałam się kiedyś na miesięczniku Nowe Książki, którego naczelnym redaktorem była pani Macużanka. Mam chyba jeszcze jakieś numery tego pisma lub wyrwane z niego kartki w „telimenowym” biurku. Pamiętam też, jak zza mgły, Sprusińskiego z artykułów oraz występów w telewizji. Imponował rozległą wiedzą literacką, oczytaniem, intelektem oraz wysokimi wymaganiami, jakie stawiał literaturze. Wydawał się niedosięgły w swych kryteriach, aż niesympatyczny. Taki obraz zapamiętałam ogólnie, ale jeden epizod z telewizji szczególnie. Pan Michał, którego wtedy wszędzie było pełno, miał raz coś powiedzieć na temat jakiegoś filmu, tytułu nie pamiętam, ale  z gatunku lżejszej strawy. I on z wyraźnym skrzywieniem ust połączył go z nazwiskiem pewnej  poczytnej wtedy autorki. Nie odgadł, ale to wystarczyło za całą recenzję i określiło jego pogardliwy stosunek do literatury popularnej, choćby poczytnej, oraz owego filmu.
  To zapamiętałam. Przydałby się teraz ktoś, kto odsiewałby ziarno od plew i zawyżał kryteria wobec dobrej literatury. Żeby nie trzeba było błądzić pośród masy książek nieodmiennie chwalonych, ale czasem z bliska „nieczytelnych”. Żeby nie pasować na pisarza, ktoś, kto napisze jedną książkę o sobie samym, bo jest znaną postacią z innej, odległej od literatury dziedziny,  i teraz dostaje do kolekcji jeszcze tytuł pisarza, choć nie napisał(a) tej biografii sam(a).  Dawniej panowało przekonanie, że każdy potrafi napisać jedną, dobrą, książkę – o sobie samym. Ale czy o każdym warto czytać. Pamiętam, jak w liceum nasz profesor od polskiego  oburzał się, że nie wszyscy w klasie czytali „Quo vadis” Sienkiewicza, a  tracą czas na jakąś wtedy wydaną biografię znanej kawiarnianej postaci. Jak on z tego szydził!
   Kiedyś  wpajano nam, że nie można przeczytać wszystkich książek, nawet nie za wiele z nich, więc  należy starannie dobierać sobie lektury i czytać to, co najlepsze. Dotąd  się tym kieruję. Że wybiera się do czytania najważniejsze osiągnięcia literatury. Te prezentujące najwznioślejsze idee i piękny styl, język. Wnoszące coś nowego do skarbnicy kultury, do literatury rodzimej i światowej. Tylko czasem warto wziąć w rękę coś dla relaksu, co może być balsamem dla niespokojnej duszy.
  Czy jednak nie brakuje nam ludzi takich, jak Michał Sprusiński, jak  Zenona Macużanka z jej kiedyś miesięcznikiem a teraz artykułami na tym portalu, którzy by nam, wyszłym już spod opieki nauczycieli,  takie   wartościowe pozycje polecali. By nie komercja decydowała o tym, co warto wydać, kupić, czytać.
  Mamy teraz dużo książek, szczególnie w internecie i trudno coś wybrać dla siebie. W bibliotekach nie znajdzie się każdej pożądanej książki. Księgarnie znikają. A przecież najwięcej się kupowało, gdy można było wziąć książkę do ręki, przekartkować, poczytać tu i tam i wpadło w oko jakieś zdanie, zwrot, początek...
  Szkoda księgarń. Szkoda starych księgozbiorów, które bywają gdzieś wywożone, bo już podobno nie czytane masowo. Przychodzą nowe książki, nowe nazwiska autorów.
 Może  ludziom nie chce się szukać w tej masie mało znanych autorów i tytułów. Dlatego jedzą, tyją, odchudzają się, biegają, uprawiają sporty... To się przecież dla zdrowia zaleca. Tylko to wszystko dla ciała. Ale, czy dba się o strawę dla umysłu?!

Krystyna Habrat
 
 
.

niedziela, 8 lutego 2015

PRZEJECHAĆ SIĘ PO KUSPICIE

KUBA BANASIAK na swoim blogu m.in. napisał

Pod koniec listopada ukazała się książka Koniec Sztuki Donalda Kuspita (co znamienne - wydanie polskie jest pierwszym w Europie), otwarto także wystawę Nowi Dawni Mistrzowie (Pałac Opatów w Oliwie – oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku, do 15 lutego 2007). Wystawa jest zła, a książka demagogiczna i dyletancka, jednak w tym wypadku zasadnym staje się pytanie - pisać o tych wydarzeniach - czy nie? Jest to wszak oczywisty, a jednocześnie niezwykle trujący dla przeciętnego odbiorcy sztuki szwindel. Z drugiej strony - czy skrytykowanie tak rozległego kuriozum możliwe jest w sposób inny, niż rozprawą o objętości sięgającej objętości Końca Sztuki? Nowi Dawni Mistrzowie nie są przecież zwykłą wystawą - to cała filozofia, która odrzuca sztukę zapoczątkowaną - w ujęciu Kuspita - przez koncepcje Duchampa. Kolejny pamflecik czy zjadliwy felieton jest wobec takiego potwora bezsilny. Tu trzeba wytoczyć cięższe działa i przejechać się po Kuspicie dwustustronicowym walcem merytorycznej argumentacji.” ŹRÓDŁO

Donald Kuspit

Słowacki napisał w liście do matki: „Byłem na przyjęciu. Zebrali się goście. Mickiewicz czytał wiersze, Chopin grał. Strasznie się wynudziłem”
Strasznie się nudzę czytając teksty polskich "znawców" sztuki. I zmuszam do powagi czytając ich wynurzenia, będące wyrazem głębokiej chęci zaistnienia za wszelką cenę.  
Jak ktoś mało ważny może zaistnieć w oceanie internetu? Najlepiej przez dowalenie w pysk komuś znanemu, mającemu ugruntowaną pozycję. Ot, jak nieszczęsny M. B., który napisał "dupek Herbert" albo inny mizerota, kreślące wiekopomne zdanie " Słuchanie wysilonej gitary Santany odbieram jak wizytę u dentysty piłującego mi szczękę wysokoobrotowym wiertłem  - żadna przyjemność.

Czytając współczesną prozę polską, oglądając polskiej filmy i seriale, mam wrażenie iż znalazłem się w kulturowym skansenie, w kręgu nietwórczych a pretensjonalnych epigonów kogoś, czegoś... 
Napisałem ongi, iż we współczesnej literaturze polskiej - poza komercyjnym gównem z gatunku "co by tu napisać?" - nie ma ani jednej książki intelektualnej. jednego pisarza-intelektualisty poza Januszem Głowackim i Adamem Czerniawskim
Napisałem też "Czytając z bólem zębów "nowożytną" literaturę polską tworzoną po 1991 roku, mam nieodparte wrażenie, iż współczesny polski pisarz to taki, który wprawdzie nie ma poglądów, intelektu ni talentu, ale za to wie z kim warto się przespać i ma znajomych tam, gdzie ich się mieć opłaca."
W kontekście materiału piśmiennego Jakuba Banasiaka powyższe uzupełnię: I wie, że najwięcej szumu wokół siebie narobi ten, kto ważniejszemu od siebie, publicznie narobi na łeb. 

Jak to było? "Tu trzeba wytoczyć cięższe działa i przejechać się po Kuspicie dwustustronicowym walcem merytorycznej argumentacji.” 
Właśnie - "przejechać się." I tylko mi tej "merytorycznej argumentacji" zbrakło na magazynie Pana Banasiaka.

Sławomir Majewski

POWRÓT DO MAGAZYNU LITERACKIEGO



"ROZMOWA" JUŻ W SPRZEDAŻY!



Cezary Sikorski, Leszek Żuliński,  Rozmowa
Szczecin 2015, Zaułek Wydawniczy Pomyłka,
Oprawa twarda, str. 320.
Wstęp Andrzej Wołosewicz
Koncepcja graficzna Anna Paszkowska
Opracowanie graficzne, skład i łamanie Konrad Kowalczyk
ISBN 978-83-643461-4-9
Cena 37,00 PLN 


lub pisząc w tej sprawie maila na adres


-------------




MARCIN WROŃSKI - PISARZ BEZ POGLĄDÓW?




"Marcin Wroński przyznał, że retro powieści kryminalne zaczął pisać nie z sympatii do kryminałów, ale z zamiłowania do historii 20-lecia międzywojennego. Gdy był studentem, w jego ręce trafiła gazeta z tamtego okresu. Odtąd, pisząc książki, walczy m.in. z mitami swojej babci. 
    - Od początku mojego pisarstwa walczę z tym co opowiadała: że przed wojną ludzie byli pobożni, dobrzy, że nie trzeba było zamykać drzwi i nie było złodziei - wyjaśnił. Jak mówił, przedwojenna Polska jest "barwna i wieloskładnikowa, jest dobrą zupą". 
   - Polska lat 50. przypomina zupę, którą dają w więzieniu: składa się z dwóch składników - kaszy i wody - powiedział. Autor przyznał, że w swoich książkach stara się nie eksponować własnych poglądów. 
    - Jestem zdania, żeby pisarz w ogóle nie miał poglądów - powiedział."


Kiedy w latach 60-tych wracałem ze szkoły do domu, w drzwiach zastawałem karteczkę "Klucz pod wycieraczką. Mama." Przez lata karteczka pojawiała się w drzwiach a klucz spoczywał pod wycieraczką; mieszkanie nigdy nie było okradzione. Moja Babcia codziennie dreptała na gdańską Halę Targową po zakupy i do późnych lat 70-tych nie zamykała drzwi na klucz, podobnie jej sąsiadki. A więc tak było i po II Wojnie Światowej, Panie Wroński. 
    Złodzieje byli zawsze, bo ludzkość w ok. 20 % składa się ze złodziei. Starczy poczytać Stanisława Grzesiuka przesławne "Boso ale w ostrogach" lub "Sztukmistrza z Lublina" klasyka literatury światowej - Isaaca Bashevisa Singera  albo znakomitą powieść Leopolda Tyrmanda pt. "Zły" by wiedzieć, że tak w przedwojennej, jak i powojennej Polsce byli złodzieje. Rozumiem, że Babcia Pana Wrońskiego mówiła o skali i proporcji, nie zaś o zjawisku jako takim. Czego pisarz nie pojął.

   Czytając z bólem zębów "nowożytną" literaturę polską tworzoną po 1991 roku, mam nieodparte wrażenie, iż współczesny polski pisarz to taki, który wprawdzie nie ma poglądów, intelektu ni talentu, ale za to wie z kim warto się przespać i ma znajomych tam, gdzie się ich mieć opłaca

   Zaznaczam, że podkreślona część wyżej zapisanego zdania prowadząca do interesującego artykułu, nie jest adresowana do Pana Wrońskiego.

Sławomir Majewski 


POWRÓT do "MAGAZYNU LITERACKIEGO" 

.
.