sobota, 28 lutego 2015

Wanda Szczypiorska. Znakomite opowiadanie

 

W   N I E B Y T 

 




Więc powiedziałam jej, żeby się wyniosła. Dosłownie tak. Brutalnie. Bo dla niej zdrada była czymś zwyczajnym i niby żartem, niby serio raiła mu to tą, to tamtą. Mojemu mężowi, znaczy się. 

Od pewnego czasu z konieczności mieszkała z nami. Nie miała się gdzie podziać po ciągłych przeprowadzkach, zmianach pracy. To trwało już od kilku lat, od chwili kiedy porzuciła męża. Nie tylko męża, dzieci również. Mieszkała jakiś czas w Kraśniku dopóki nie umarło jej kolejne dziecko. Dziecko, które nie miało szansy na przeżycie. Wodogłowie. Ojcem dzieciaka był lokator, to z nim uciekła do Kraśnika, mężowi zostawiając tamtych troje. To prawda, mąż, który nie dawał jej spokoju, dziś powiedzielibyśmy - molestował, miał również dziecko ze służącą. Czuła się wiec poniekąd usprawiedliwiona. Tak myślała. A może była zakochana? Ten facet jednak szybko ją porzucił. Kiedy urodził się kaleka, była sama.
W Kraśniku pracowała w zakładach przemysłowych, ale po śmierci dziecka zwolniła się i przyjechała do mnie. Nie znałam wtedy jeszcze obecnego męża, byłam sama, wynajmowałam pokój. Pracowałam. Miałam dwadzieścia lat a ona o trzynaście więcej. Co mogłam zrobić? Siostra przecież. Jej mąż przez jakiś czas nalegał na jej powrót. Nie chciała. Czemu? Nie wiem. A potem było już za późno; ich dzieci wychowywała jakaś inna.
Miałam maleńki pokój, było ciasno. Spałyśmy w jednym łóżku. Tu też dostała pracę, bo w Peerelu nie było z tym problemu. Problemem było zdrowie. Nic wielkiego, plamy na płucach. Dostała miejsce w sanatorium. Przyznaję, odetchnęłam. Dość miałam krępującego towarzystwa a ona tam robiła nowe znajomości. Pojawił się doktor Rybak. Gruźlik, mniej więcej po trzydziestce. Też chyba niezbyt ciężko chory.. Nie wiem co się działo w sanatorium, nigdy tam nie byłam, potem mi pokazała zdjęcia z potańcówki. Z Rybakiem w czułej pozie. Wydaje się, że traktowała go poważnie pomimo, że miał żonę. Obojgu im wycięto po kawałku płuca. Wrócili razem, on przejazdem a więc musiałam go ugościć. Myślałam, że jak kupię ser, to będzie elegancko a zresztą kupić ser było najłatwiej, nawet bez kolejki. Rybak nie lubił sera, ser mu śmierdział. U niego na wsi sera się nie jada. Owszem biały, własnej roboty tak, ale żółtego nawet nie tknie. Kiełbasy nie ma? Nie, nie było. Rybak wyjechał bez kolacji
Postanowiła szukać pracy w domach wczasowych, w sanatoriach. To jej ustawi życie. Mieszkanie, wyżywienie. Rzeczywiście. Wkrótce dostała angaż w FWP jako księgowa zaopatrzeniowiec. I wyjechała do Jeleniej Góry...
Nasze kontakty były luźne, rzadkie. Wyszłam za mąż. Mieszkaliśmy z teściową, to był mój pierwszy własny dom, właściwie dom mojego męża i układało nam się nieźle. Wkrótce mieliśmy dziecko, syna.
Elżbieta, moja siostra, siostra przyrodnia, nie rodzona, zmieniała pracę dosyć często a zmiana pracy była zwykle zmianą miejscowości. Pół roku, rok i nowy adres, zależnie od sezonu w FWP w tym albo innym domu. A może co innego? Być może była to konieczność? Wiedziałam, że gdziekolwiek była, z kimkolwiek zamieszkała zdarzało się jej coś przywłaszczyć, zazwyczaj jakiś drobiazg, nic cennego. Jeszcze mam po niej bardzo starą, lekko żółtawą różę ze słoniowej kości.
Po przeprowadzce zwykle pisała do mnie list o nowym miejscu pracy. List pełen entuzjazmu. Zapraszała. A gdzie tam! Jechać na koniec świata z dzieckiem? Syn chodził już do szkoły. Lecz w końcu się zdecydowałam. Tym razem była w Wiśle i miała wynajęty pokój, jak napisała – samodzielny, z osobnym wejściem. Za domem zbocze góry. Nigdy nie byłam w górach! A więc jedziemy, ja i syn.
Podróży nie pamiętam. Musiała być przesiadka. Była na dworcu. Ona i jej nowy facet, o którym pisała w liście – narzeczony. Trudno, niech będzie. Pokój wspólny. Dwa łóżka. Ona z tym swoim narzeczonym, a ja z dzieckiem. Była już wtedy po rozwodzie. O tamtych dzieciach nie mówiła nigdy. Ja nie pytałam, nie wiem czemu. Było głupio, bo może zacznie płakać i co wtedy? Prawda, że nie mieściło się to w głowie, ale tak sobie ułożyła życie. Lubiła mężczyzn i nie tylko seks. Po prostu się zakochiwała. Żal dzieci. Pewno tak. Podobno miała od nich wiadomości. Jakie? Czegoś się jednak dowiedziałam. Ponoć nie chciały jej widywać.
A jednak noce były krępujące. Na szczęście moje dziecko spało a rano kiedy oni wychodzili, zostawaliśmy sami. Padał deszcz. Stroma i śliska ścieżka tuż za domem, droga na jakiś zalesiony szczyt, może pagórek, nie wiem. Poszliśmy, ale niedaleko, bo tam był tylko las. Nic więcej. A więc do miasta, w dół. Miasto, jak miasto, takie sobie. Zapamiętałam tylko basen. Pomimo mżawki ktoś się pluskał. Poszliśmy więc do tego domu wczasowego na obiad z tego, co zostało w kuchni. Dawała mi do zrozumienia, że dla niej to nie problem. Ma tu chody. Problemem, wydawało się, był ślub z tym niby narzeczonym, bo się nie rozwiódł. Wiedziałam że się kłócą i sytuacja jest napięta. Nie traktowałam go jak szwagra. Budził odrazę, bo chyba mu się podobałam, byłam młodsza. To bardzo krępujące, nieprzyjemne. To jego podniecenie wieczorami. Na szczęście tylko trzy wieczory. Jeszcze wycieczka następnego dnia. Ale to męka. Ślisko, stromo. Nigdzie nie widać horyzontu. Wszędzie góry. Trzeba by było chyba iść i iść, ale nie miałam na to chęci, syn też nie. I ta mżawka. Zbieraliśmy się do powrotu.
Potem długo nie było od niej wiadomości. Wreszcie, że szuka nowej pracy. Jakieś kłopoty z kręgosłupem. Depresja? Może. Tamten znikł i znów jest sama. Przysłała fotografię z innego domu wczasowego, siedzi na schodkach, z kimś rozmawia a kto jej robi zdjęcie, nie wiem. Wygląda już na swoje lata, chociaż jak zawsze stara się być młoda. I nagle zapowiada przyjazd.
Miałam pracę w urzędzie miejskim, wtedy Prezydium Rady Narodowej, był już osiemdziesiąty-któryś rok. Ela zobowiązała się prowadzić dom, sprzątać, gotować obiad i tak dalej. Nie bardzo mnie to urządzało, ale co mogłam zrobić? Miesiąc, dwa.. Z wolna stawała się panią domu, no i zaczęły się te gadki z mężem. O paniach. Ciągłe aluzje, ta czy tamta? Jakieś namowy nie wiadomo na co. To właśnie wtedy powiedziałam - wynoś się! Dałam jej kilka dni na wyprowadzkę po załatwieniu sobie czegoś do mieszkania.
Przeniosła się do koleżanki. Znalazła prace w rzeźni kurcząt. Nie miała do mnie żalu. Tak mi się wydawało... Kto ją wie. Wygodniej było jej udawać, że wszystko jest w porządku. Było w porządku. Chyba tak. Płaciła za mieszkanie. Lecz osiem godzin w lodowatej hali nie wychodziło jej na zdrowie. Ale co robić, dobrze płacą. W dzieciństwie chorowała na krzywicę, ja tam nie wiem, bo prawie żeśmy się nie znały, miała coś jakby garb. Jednak wciąż jeszcze była dosyć sprawna, dawała sobie radę. I nadarzyła się okazja. W NRD potrzebowano pracowników w rzeźni drobiu. Zgłosiła się, pozałatwiała formalności, pojechała. Można tam ładne rzeczy kupić.
Na pierwszy urlop przyjechała obsprawiona. W nowych kozaczkach, z nową torbą. Tylko że chyba jakaś inna. Była niskiego wzrostu w przeciwieństwie do mnie a teraz jakby jeszcze mniejsza i wyglądała tak, jak gdyby się zapadła. Mówiła że nie czuje się najlepiej a mimo to znów wyjechała po urlopie. Tym razem jednak wróciła znacznie szybciej. Poprzednie lokum było już nieaktualne, więc znowu zamieszkała z nami. Nie na długo, była naprawdę ciężko chora, o żadnej pracy już nie było mowy, lekarze, szpital. Była kaleką z postępującą chorobą kręgosłupa, ale zwierzyła mi się kiedyś, że musi mieć mężczyznę. To chyba przesądziło. To i renta. Znalazła w okolicy domek, wrośnięty w ziemię stary drewniak. Była tam tylko jedna izba będąca jednocześnie kuchnią, wygódka na podwórzu, obok szopa, ale żyć można. Wynajęła.
Nie wiem czy pojawili się mężczyźni, pewno tak. Słyszałam o kimś, kto przychodził do niej a ona miała zwyczaj żartować sobie z konkurenta. Oni to lubią, wolą to, niż sentymenty, wynurzenia. I zawsze miała papierosy, kawę. Kiedy zadomowiła się na dobre kupiła kilka kur i przygarnęła jakieś koty, potem znalazła na przystanku bezdomnego psa. To były już poważne obowiązki. Całymi dniami czytała kryminały, które wypożyczała z biblioteki. Znała sąsiadów, bliższych, dalszych. Odwiedzał ją mój syn. Tak. Nastolatek lubił ciotkę, dobrze się czuł w jej towarzystwie.
Był u niej również tego dnia. Przyszedł po szkole, czekał, jej nie było. Piec zimny, siedział w kurtce. Ściemniło się, to była jesień. Zamknął kury. Pies głodny, ale nie wiedział co mu dać. Wiec czekał jeszcze jakiś czas. Potem zapytał właścicielkę, która mieszkała po sąsiedzku, gdzie ciotka może być. Sąsiadka nie wiedziała. A może pojechała kupić ziarno? Do miasta jeździ autobusem. Wieczorem jednak autobusu nie ma. Syn wrócił i powiedział nam, że ciotka gdzieś przepadła. A ona wtedy już nie żyła.
Co parę dni jeździła na bazarek. Tego dnia również. I ktoś, jak zawsze pomógł jej wsiąść do autobusu, podał wózek. Do targowiska od przystanku było dość daleko, ale nie miało to znaczenia, lubiła być wśród ludzi, była wścibska. A w dzień targowy coś przecież mogło się wydarzyć i rzeczywiście, coś się działo. W bocznej ulicy był sklep mięsny, a przed nim zawsze spory tłumek a teraz tłumek dziwnie się rozproszył. Część ludzi pchała się do sklepu. Ktoś krzyczał
   - Zaraz przyjedzie pogotowie!
To było coś. Postanowiła to zobaczyć. I tak musiała iść po kości, stanąć w kolejce do rzeźnika. Szła tam, skąd inni uciekali, ciekawa, co się mogło stać. Już była blisko. We wnętrzu sklepu zbity tłum, ludzie dawali jakieś znaki a ona była na ulicy sama. O co chodzi? Ostatnim słowem jakie usłyszała było...
Wieczorem wiadomość jeszcze nie dotarła, ale rano wiedziano na osiedlu, że w mieście wybuchł gaz. Są ranni, ci co byli w sklepie. Gaz w sklepie? A nie, nie w sklepie, na ulicy. A Eli wciąż nie było. W osiedlu nie ma telefonu. Syn czeka w domku ciotki, ja do pracy. A w mieście nikt nic nie wie. Tylko że ktoś podobno zginął. Lecz nie wiadomo kto. Dygoczę. Nerwy. Radzą mi dzwonić do szpitali. Dzwonię. Nie ma. Milicja też nic nie wie i pogotowie również nie. W szpitalu mówią, żeby dowiedzieć się w kostnicy. Jest tam. Jedziemy obydwoje, ja i mąż. Dziwnie wygięte, połamane nogi. Stoję. Nie płaczę, nie wiem czemu. I tylko myślę z przerażeniem, czy żyła jeszcze, czy już nie, kiedy leżała sama na ulicy wśród rozbitego szkła i gruzu.
Pogrzeb był na koszt państwa. Takie prawo, kiedy ktoś zginie z winy służb. Byliśmy my, sąsiedzi, niezbyt wielu, kilku starych znajomych i nikt więcej. A przecież dopełniłam obowiązku. Szukałam ich adresu, telefonu. Znalazłam, zadzwoniłam. W domu była ta ich przybrana matka i powiedziała, że powtórzy. Nikt nie przyjechał. Żadne z trojga dzieci. Dzieci? Nie, już nie dzieci. Już dorośli.

Kury oddaliśmy sąsiadom, koty znikły. Psa wzięliśmy do siebie. Długo żył. Był z nami nim zdechł. Ale niemrawy jakiś, smutny.