sobota, 28 marca 2015

DWU PANÓW MĄDRYCH

ROZMOWA



 Kilka tygodni temu otrzymałem książkę z dawna wyczekiwaną. Obiecałem sobie: zatopię (lekko wyszczerbione) zęby umysłu w dyspucie dwu Panów Mądrych tak, jak ongi zagłębiałem się w „Zbożnej biesiadzie” Wielkiego Erazma. 


Zatopiłem co miałem, nie żałując starczego wzroku z trudnością odczytującego wspaniale wykrojone, cieniutkie małe literki, w dodatku tłoczone bordową farbą tam, gdzie tekst Cezarego Sikorskiego. Leszek Żuliński na czarno tłoczony, normalnie. 

Czym jest „Rozmowa”?
Jeśli odrzucimy myśl pierwszą, iż to pełna napuszonych zwrotów gadanina dwu panów w wieku mocno balzakowskich pań,  którzy dali upust swojej zniecierpliwionej wiedzy, przekonamy się że mamy do czynienia z pozycją wydawniczą potrzebną na domowych półkach. 

U nas po wtorku zazwyczaj dają środę a ja po lekturze zazwyczaj daję upust odczuć. Nie ukrywam, że z trudnością przyszło mi takie złożenie słów a propos „Rozmowy”, by wyniknęło z nich coś jako-tako niegłupiego. Bo tak: dlaczego „statystyczny” Kowalski ma wyjąć z kieszeni równowartość 2 butelek wódki "Czystej" lub 3 paczek papierosów i zafundować sobie „Rozmowę”? Czy ta książka zastąpi Kowalskiemu stratę upojnych godzin lub nadrukowaną na paczce papierosów cudowną wizję przedwczesnego zgonu lub impotencji? Nie. A zatem - co tak bardzo ważkiego zawarte jest między I a IV okładką książki tandemu Sikorski-Żuliński, iż Kowalski winien zrezygnować z kupna używek, wybierając ich „Rozmowę”?
Książek można nie kupować i nie czytać wcale. Wszak być ignorantem, to dziś w Polsce zaszczyt, jeśli nie nobilitacja. A „Rozmowa” pozycją dla ignorantów nie jest. Jest dla oczytanych i spragnionych wiedzy tych Czytelników, którym dojadły gazetowe headline, szum informacyjny telewizji, radia i wszechobecne reklamy.
Dwaj Panowie przepowiadają do siebie, jak się do siebie przepija. Nie masz w ich rozmowie odwzajemnianego lizusostwa, bo każdy z nich pozycję w świecie literatury ma. Ma i to nie byle jaką. Nie ma uprzejmej obojętności, wskazującej że wprawdzie rozmawiają o rzeczach i sprawach na których się znają, ale niekoniecznie im się chce. Nie ma też, tak popularnego dzisiaj poklepywania się wzajem po pleckach, czego świadkami jesteśmy na prawie wszystkich „wieczorkach poetyckich” czy „spotkaniach literackich", gdzie każdy prozatorski bzdet, każdy wytrysk rymowanej lub nie grafomanii, z aplauzem przyjmowany jest frenetycznym, jakby się objawił Alighieri Dante.
Dwaj Panowie Mądrzy mówią o życiu, literaturze, sztuce, o „dokąd zmierza i kędy zapada” kultura polska. No i jak oni sami w obecnej rzeczywistości się odnajdują. Padają słowa o przeszłości. Że była taka, siaka i owaka i że jutro będzie inne. Co wprawdzie samo w sobie nie jest odkrywcze, ale w Ich ustach nabiera sensu i odpowiedniego ciężaru gatunkowego. A nabiera przez to głównie, że nie labiedzą, nie wylewają kasandrycznych łez nad „nędzną konduitą” współczesnej kultury polskiej, jak wylewa wielu innych, zdawałoby się – też mądrych ludzi...
Nie umiem wystawiać laurek pisarzom ni dziełom. Mogę, jak Paradyz, bohater „Seksmisji”, ocenić coś „w skali od jeden do dziesięciu”. A nie umiem, bo nie chcę pisać „fiłołogicznych”, quasi-uczonych rozprawek na temat prosty „co artysta chciał powiedzieć”. Czytelnik zrozumie, albo nie zrozumie. Nikt mu tego nie wytłumaczy...
Rozmowa” zachwyca mnie uczciwością. Uczciwością i rzetelnością treści. W moim opisywaniu impresji z lektur, odnosząc się np. do wspaniałej twórczości  Adama Czerniawskiego, porównałem Jego pisanie do pióra Marguerite Yourcenar. Że dochodząc w czytaniu do połowy objętości ich książek, balem się iż zostanę bez dobrej lektury. Rzecz miała się podobnie z lekturą „Rozmowy” Cezarego Sikorskiego i Leszka Żulińskiego, bałem się że gdy skończę, zostanę bez dobrej lektury. Mam wprawdzie do czytania wiele innych, nowych lub starych, doskonale mi znanych książek, ale... 
Zaufajcie mi: „Rozmowa” warta jest czytania.



Cezary Sikorski, Leszek Żuliński, Rozmowa
Szczecin 2015, Zaułek Wydawniczy Pomyłka,
Oprawa twarda, str. 320.
Wstęp Andrzej Wołosewicz
Koncepcja graficzna Anna Paszkowska
Opracowanie graficzne, skład i łamanie Konrad Kowalczyk

ISBN 978-83-643461-4-9
Cena 37,00 PLN


Ochojski do specjalnych poruczeń



ATANAZY ZEBU









I. OCHOJSKI ZABÓJCA GOSPODYŃ

Atanazy Zebu wynajmował pokój z używalnością Gospodyni. Zebu młody był i kędzierzawy a jego podpuchnięte oczy chrabąszcza ukazywały odium. Ongi marzył o tym by pracować na rzecz społeczeństwa. Jako ochotnik. Woluntariusz. Jako ochojski, do specjalnych poruczeń. Ale mu się odechciało a zachciało grzybowej, gołych dziewuch o wyuzdanych gustach, jakiegoś pieroga z kapustą czy jak... No, jednym słowem - menda!
Na zegarze była środa, kiedy Zebu wstał, prawicą macając jądra a lewicą, co to miała nie wiedzieć co czyni prawica sięgnął po owocowe wino. Kiedy się napił, doszedł do wniosku, że właściwie to nie ma po co wstawać. więc się położył ostrożnie, jakby w obawie że mu coś przypierniczy w głowę albo wejdzie ona, ta Gospodynia jedna i znowu będzie się suczyć, łasić się będzie, tymi cyckami wiertolić, migdalić jęzorem jego kark byczy a krwisty. Ale nie weszła, bo wyszła na taras z butelką do podlewania eukaliptusa, który wyeukaliptusiał w wąskiej, drewnianej skrzyneczce i teraz, jak niedysponowany gastrycznie żuraw studzienny skrzypiał pod ciężarem własnych ramion.
- Czy ktuś zna telefon na policję? Zapytał Jakiś Głos.
- Ja nie znam, odpowiedział niezgodnie z faktami Atanazy ale Głos nie dał mu wiary, tylko dalej potrząsał jego ramieniem i kark byczy lizał, suczył się, łasił i wtedy Zebu zaskowyczał
- Omatkoboskajedyna, nie!
A ona, Gospodynia znaczy, odpowiedziała namiętnie
- Tak tak tak tak!
Więc on wtedy jak się nie podźwignie jak dźwig, jak heroj, jak alibababakszysz, jak serwolatka twarda z zamrażalnika i jak jej nie powie
- A to ja wypowiadam od pierwszego!
A Gospodynia:
- Taaaak? A kto mnie zapłaci za cztery miesiące nazad? Gorbaczow?
A Atanazy:
- Nóż, kurwa! Wezne finkie i zarżne!

I tak, w ten oto środowy dzień doszło do tragedii: młody, obiecujący kandydat na ochojskiego zaciukał jedną starą Gospodynią, jak ten Raskolnikow te lichwiarki.

Postscriptum

Zapytała mnie Czytelniczka z Morąga, niejaka Genowefa Grzyb:
- Do czego to podobne, ty popieprzona, literacka, szowinistyczna męska suko?!
Odpowiadam w zgodzie z sumieniem:
- Pani Genowefo! Nie mam zielonego pojęcia. Proszę pozdrowić samca i przychówek.




II. POTĘGA!


Atanazy Zebu był tak ubogi, że na chleb zbierał trzy dni od sąsiadów i przechodniów. Ale se kupił bochen. I litr wódki. No bo jak - zakąska bez wódki? Skandal! Kiedy wypił półtorej szklanki, zakasał rękawy a finką, co to ją jeszcze z harcerstwa posiadał urżnął solidną pajdę. Żuł z namaszczeniem. Żuł i pisał w zeszycie:


Ty mnie pokochać nie musisz
Ale pokochasz mnie szczerze
Ja ci powiadam: uczucia nie zdusisz
Bo ja ci, cholero, nie wierzę


Kiedy przeczytał napisane czknął, poczochrał szruber włosów na potylicy gdyż od fasady był nieco wytarty i powiedział głośno
- Marylu, to jest, kurnia, teges.
I było to jak najbardziej teges.
Atanazy Zebu dołączył te strofy do pliku strof innych, równie namiętnych i porywających i wypił trzecią szklaneczkę. Za oknem sąsiedzi bili przechodnia z innej dzielnicy, jakiś miły staruszek wymiotował do parkowego kosza na śmiecie, pani spod szóstki trzepała dywan i wyzywała. Dzień był piękny, czerwcowy i Atanazy postanowił wyjść na spacer, nad rzekę i popatrzyć na żaby.
Wyszedł i pijąc z butelki patrzył na żaby. Policjanci przysiedli się bezszelestnie a on, pomny nakazu staropolskiej gościnności, podzielił się z nimi i wódką i swoją poezją.
Zapłakali.




III. BUŁKA


Atanazy Zebu, jak zwykle zastawił w lombardzie narty i szatkownicę do kapusty. Wzięli, bo go pożałowali. Kupił połówkę, gofra z cukrem-pudrem i herbatę a potem, po dojrzałym namyśle, jeszcze połówkę i ćwiartkę. A po kolejnym namyśle - jeszcze dojrzalszym - dwa piwa. Tanie, żeby nie wyrzucać bezsensownie pieniędzy. No i jakieś bułki uschnięte, kilogramowe opakowanie pasztetu za jedyne 1,99 a w kiosku Ruchu - zeszyt w kratkę. Zeszyt w kratkę - rzecz poecie niezmiernie potrzebna do pisania wierszy.
Wszedł do mieszkania bez otwierania zamków, gdyż po pierwsze nie miał zamków a po drugie nawet gdyby miał zamki, to by ich już nie miał, bo by go z nich okradli. Bowiem w jego dzielnicy zapotrzebowanie na zamki okrutne było. Zlustrował wzrokiem każdy zakamarek: futryna okienna? Jest. Piec? Jest. Węgiel? Nie ma; z wiadrem, pogrzebaczem i szufelką pożyczyli sobie jacyś dobrzy ludzie. Dalej: prymulka od cioci Marcysi? Jest, ale złamana. Firanki? Zapieprzyli! Z żabkami i karniszem.
- A na cholerę mi karnisz i żabki, jak nie mam firanek? Pomyślał rezolutnie, bo Atanazy Zebu rezolut był nad rezoluty.
- Zabiję okna dyktą, będzie cieplej.
- I ciemniej, dopowiedział Jego Wewnętrzny Głos.
- Fakt, będzie cieplej, ale będę musiał więcej wydawać na świece, przytaknął Swemu Wewnętrznemu Głosowi.
- Świece? Świece w dwudziestym pierwszym wieku? Zapytają dobrzy ludzie z troską w głosach. Tak, świece. Bowiem Atanazy odcięty został od prądu przez dobrych ludzi z elektrowni, jak od gazu przez dobrych ludzi z gazowni a od pracy przez dobrych ludzi z rządu, zaś od łoża został odcięty przez jedną taką, co się na koniec małżeństwa okazała nie być bogobojną niewiastą, tylko pospolitym kurwiszonem robiącym laskę kierowcom TIR-ów.
- A to se zamaluję szybki wapnem cienko i jakoś będzie!
I dobrze.
Postawił Atanazy zakupy na stole, oderwał zębami kapsel, wyciągnął zeschłą bułkę i ugryzł i złamał ząb i wypluł go i zaklął.
- Nóż Boże, co to za bułka? A po sekundzie - Co z tobą, bułko? Zapytał bułkę z niemym wyrzutem a bułka leżała jakaś taka... Bez wyrazu, wyraźnie nadkąszona w rogu górnym, niesmaczna wyraźnie...
Atanazy zachciał nagle usiąść i nagle zachciał napisać jakiś wiersz o bułce tej niemej a twardej, co to mu ząb siekaczem zwany raczyła unicestwić u korzenia samego, no ale nie było krzesła bo jacyś dobrzy ludzie potrzebowali jak raz jego ostatniego krzesła.
- Więc wiersz nie powstanie? Zapytał samego siebie oraz bułki Atanazy. Zza pieca wyciągnął składany, aluminiowy wędkarski zydelek.
- O, mężczyzna to zawsze sobie poradzi, powiedział i wyjął kopiowy ołówek. Zaczniemy tak...


Bułka leży na stole twardawa
Bo stara jest bułka z piekarni na rogu
Cieszy się cała piękna Warszawa
Żem wspomniał przez bułkę o Bogu!


Kiedy dochodził do połowy pierwszej połówki i drugiego piwa, doszedł też do wniosku że warto będzie jutro, z samego rana, tak powiedzmy koło trzynastej wpaść do Prezesa. Do Wydawnictwa znaczy i zapytać czy może liczyć na zaliczkę. Przecież ten wiersz o bułce przełamał w nim niemoc twórczą!
Wstał, założył kapotę, poutykał zakupy po kieszeniach i wyszedł, pozostawiając otwarte drzwi. A niech sobie kradną, gdy pod pachą ma składany zydelek. Językiem obmacał dziurę po zębie i powiedział rezolutnie, bo rezolut... etc
- Ząbka nie ma, to fakt, ale jest za to miejsce na lufkę! I wetknął w szczerbę papieros marki Fajrant, bo lubił palić dużo, smacznie i tanio.
Automat miał na rogu, w kieszeni kartę a na niej jeszcze ho, ho, ze trzy impulsy.
- Pan prezes? Zapytał siadając na zydelku i wyjmując gofra z papierka. Czy mogę liczyć na przyjęcie jutro rano, tak powiedzmy cirkaebałt trzynasta?
- Wena wróciła? Zawołał Prezes radośnie. To wspaniale, panie Atanazy, wspaniale! Pan wpada bez krępacji i bez tych burżuazyjnych ceregieli. Posiedzimy, poczytamy, pogadamy, coś wypijemy. Ogóreczek kwaszony się znajdzie a i pani Stenia się niebywale ucieszy.
- O to-to! Będę. Będę punktualnie, prezesie umiłowany!
- Trzymam za słowo.
Atanazy zebrał się na odwagę.
- A czy ja w zamian mogę liczyć na serce pana prezesa i jakąś skromną zaliczkę, powiedzmy - ze trzysta złoty?
- Kochany! Dwadzieścia, no dwadzieścia pięć złoty to ja panu nawet zaraz, po prostu - od ręki!
- Zbawco!
A powiadają źli ludzie, że nie masz już dobrych ludzi.




IV. POETA W SIECI


Poeta Atanazy Zebu dziś rano zastawił w lombardzie telefon komórkowy. Kupił pastę do butów, pół litra wódki czystej, barszcz w proszku i dwie bułki. Przecenione, bo wyschnięte. Atanazy wypucował buty, wypił barszczyk i zakąsił rozmoczoną bułką. Buty stały na stole. Lśniąc. Wódka stała na stole. Kusząc.
Otworzył, wypił z gwinta, kaszlnął, potem nanizał buty na pocerowane skarpety, odział grzbiet w marynarkę, narzucił kapotę, wziął teczkę i wyszedł starannie niedomykając drzwi. Żeby go nie okradli.
Poszedł na przystanek. Wsiadł w tramwaj i dojechał. Wszedł po schodach i zapukał do drzwi; były zamknięte, żeby ich nie okradli. Po krótkiej lustracji przez judasza otworzyła mu wspaniała rasowa pani, taka po czterdziestce, z tych cycatych, tlenionych blondyn o dupskach wielkich jak u francuskich perszeronów. I w plastikowych, błyszczących kozaczkach za kolana. Szalał za takimi: pachniały jego dużą umarłą mamą i wspomnieniem obietnicy komunizmu: Być Może...
Przedstawił się i doczekał wpuszczenia na gabinety. Kiedy siedział kręcąc młynki palcami, Prezes Wydawnictwa czytał manuskrypt. Manuskrypt zawierał czterysta wierszy drobnym maczkiem. Owoc udręki ostatniego roku. I pleneru w Książniku, na który zabrał tę pindę Anielkę. Co za durna cipa; nie dość, że nie ceniła jego poezji to jeszcze nie umiała się ryćkać, głupia pinda!
- Taaa... Zagaił przyjaźnie Prezes. Wódkę pan wypijesz? I bez chwili namysłu wydobył flaszkę z biurka, polał do szklanek. Wypili bez toastów, po męsku: chlust i po krzyku.
- No, fajnie, fajnie, powiedział Prezes. Ale, drogi panie poeto, to jest do dupy. Martyrologia, ojczyzna, jakieś Och i Ach! Miłość, uczucia, sentymenty... Pan mnie rozumie? Dzisiejszy czytelnik żąda krwi, seksu, spermy, łechtaczek, cycków ze sterczącymi sutkami, wygolonej moszny, penisów jak dyszle, pogoni, pościgów, podcinania gardeł a to... A to... To jest do dupy takie bardziej. Pan mnie wyczuwasz?
- Jasne, przytaknął Atanazy. Do dupy.
- No, do dupy jakby. Drogi, kochany panie Atanazy! Kogo dziś obchodzi miłość? Dzisiaj ta wasza tak zwana „miłość” to za przeproszeniem jedno wielkie pierdolenie a te tam, jakmutam... No te Wergile, Homery, Mickiewicze... Współczesny czytelnik nawet nie wie co to za ptice i z czym to jadać... Ta...
Milczeli chwilę, potem wypili znowu.
- No a może w Internecie zamieścić tak ot, na rybkie by? Jak ludziska pochwalą a zbierze się ich sporo, to wydamy drukiem bo teraz...
- Rozumiem, bo teraz jest do dupy.
- Noż! Siecieszę że sierozumiemy!
Po powrocie do domu, Atanazy skonstatował filozoficznie, iż butelka którą zostawił na stole wychodząc, zniknęła a z nią stół i takie maciupkie radyjko za 5 złotych, kupione w sklepie "Wszystko za 5 złotych". Chuj z radyjkiem i stołem, pomyślał Atanazy, ale wódka! Dokonał błyskawicznej penetracji wszystkich otworów kieszeni, gwałcąc intymność dziurawych podszewek. Znalazł resztę z lombardu. Starczy!
Wkroczył do kawiarenki Internetowej. Wódka gulgotała w wewnętrznej kieszeni kapoty. Odpalił komputer, włączył google szukając "Poezja Amatorska". Znalazł!
- Ano, zobaczmy, co to takiego...
No! I dopiero teraz miał przerąbane!




V. PRZYPADKÓW ATANAZEGO ZEBU CIĄG DALSZY


Atanazy Zebu otworzył lewe, mniej zaciągnięte ropą oko i poczuł dojmujący ból w żuchwie.
- Panie na niebiesiech! Zakrzyknął nabożnie, gdyż w sprawach wiary nie miałeś nad Atanazego pobożniejszego człowieka. - Noż, kurwa, żeby od razu tak boleć?!
Wyciągnął rękę na podłogę, gdyż z wysokości siennika na którym sypiał trudno użyć określenia "nad" podłogę.
Więc wyciągnął tę rękę na podłogę, gdyż z wysokości siennika na którym sypiał, lepiej było mu sięgnąć po flaszkę wódki niż wstawać jak głupi, żeby zaraz potem się schylać w ukłonach, jak Tatarzyn-pohaniec. A jeszcze mogło mu się zaćmić w oczach i wtedy, nie daj Boże, mógł sobie zrobić krzywdę poprzez okropnie bolesne uderzenie twarzoczaszką w okuty kant pieca albo tym bolącym zębem w krawędź wiadra. Zatem, tak: wyciągnął rękę na podłogę, złapał flaszkę i przyłożył do ust a Halina, której wystawały tylko sflaczałe pośladki spomiędzy siana siennika po omacku wyciągnęła artretyczne paluszki i złapała butelkę.
- Cuś do picia? Wychrypiała, zaś Atanazy przytaknął sądząc, że ma ona na myśli wódkę, podczas gdy ona złakniona była w owej dobie jakiejś materii wodnistej, suto nasyconej dwutlenkiem węgla i kwasem L-askorbinowym.
Wymiotowała długo i potwornie do wiadra, wprost na węgiel zaś Atanazy nie tracąc kontenansu szybciutko założył sztuczkowe spodnie, szelki, koszulę non-iron, pilotkę, gogle, potem jeszcze skarpetki (a, pal sześć majtki!), na koniec sandały wypolerowane woskiem i - adiu Fruziu! - tyle go widzieli. Flaszkę przezornie wsadził do wewnętrznej kieszeni gabardynowej kapoty. Żeby mu nie ukradli, pijaki!
Zgodnie z ustaleniami około trzynastej pięćdziesiąt trzy Atanazy zapukał do drzwi Wydawnictwa, bowiem jak zwykle były zamknięte. Żeby ich nie okradli. Otworzyła mu pani Stenia pachnąca żywicą jak stuletni dąb, śliniąca właśnie oczko w rajstopach.
- Sie nie opłaci, stwierdził ze znawstwem Atanazy. Rajstopy dziś za psi pieniądz chodzą. Pani Stenia skrzywiła się nieładnie, choć prawdę mówiąc, była wystarczająco szkaradna żeby i bez krzywienia się wyglądać jak sporych rozmiarów ochłap pemikanu.
- A pan to się dużo zna, panie Atanazy, rzeczywiście!
Wpuściła go, zaryglowała drzwi na trzy zamki, łańcuch, sztabę i dwie zasuwy. Żeby ich nie okradli dobrzy ale spragnieni cudzego jacyś ludzie.
- Prezes czeka. Powiedziała z ponaglająco, więc Atanazy przylizał włosy, wypolerował sandały o łydki, odchrząknął i wszedł. Prezes rozrzucił ramiona, jak do ukrzyżowania.
- Nooo, nasz poeta. Nareszcie! Pan wchodzi, pan bierze krzesło, pan siada, panie Atanazy!
Co Atanazy uczynił z radością, jako że sandały były jego małoletniego siostrzeńca, Ergo przyciasne. Prezes rozlał do szklanek, podsunął ogóreczki; chlupnęli, zakąsili aż chrupło.
- No, to do rzeczy czyli do mediasu resu, ha ha ha ha!
Zarechotali obaj, po czym Prezes położył przed Atanazym dwadzieścia pięć złotych bilonem oraz jeden przedarty rubel i dwadzieścia pięć halerzy drobnemi.
- A to na co? Zapytał lękliwie Atanazy.
Prezes wzruszył ramionami.
- Daję, co mam. Niczego panu nie pożałuję. Pan mi brat rodzony.
- A co z moimi wierszami? Wie pan, w Internecie szalenie się podobają...
Prezes polał i odwrócił twarz do okna.
- No tak, prawda, szalenie się podobają. Fakt...
Odwrócił się
- Ale bądźmy szczerzy: Internet, to nie księgarnia, byle kutasy do księgarni nie zaglądają, prawda? Bo skąd takie kutasy mają mieć dziaćki? Przecież żyją tylko ze sprzedaży butelek, nież?
- Nóż, jak nie jak tak?! Przytaknął Atanazy po czym wypił do dna i zwymiotował w donicę z palemką bo jakoś ten łyk mu nie wchodził.
- Się pan nie marszczy, zaraz się przysypie, o tu mam taką łopateczkę... Sam nieraz... Wie, pan - bywało, że ho ho ho! Właściwie, zadumał się Prezes. Właściwie to ta palemka w samych rzygach rośnie... Cud! Cud prawdziwy!
- Jak to w wydawnictwie; wiem, bom sam kiedyś prowadził.
- A pamiętam, pamiętam, Mistrzu! No, ale wracając do pańskich poematów... Możemy wydać z tysiąc sztuk, formacik - standard a-pięć, objętość do sześćdziesięciu stroniczek. Pasi, Mistrzuniu?
- Jak ch... Cholera!
Poprawił się Atanazy i polał ze swojej butelki, którą wyjął z wewnętrznej kieszeni gabardynowej kapoty.
- Nasze kawalerskie!


 Sławomir Majewski

czwartek, 26 marca 2015

EVELYN NESBIT

DZIEWCZYNA NA HUŚTAWCE




Oto kolejna część mojej książki pt. „Seks, władza, sława”. Prezentuję fragment tylko, by zaostrzyć apetyt na całość. Czy książka ukaże się drukiem? Rozmowy w tłoku ale tłok - niewielki...




Ulubioną rozrywką Stanforda White'a, było kołysanie nagiej Evelyn siedzącej w jego penthousie na oplecionej bluszczem huśtawce. Gdy wieść dotarła do gazet, Evelyn Nesbit przeszła do historii jako Dziewczyna na huśtawce.

(…) Przez blisko rok zbierałem materiały do tej historii, analizując je skrupulatnie. By się wczuć w klimat, oglądnąłem dziesiątki fotografii „z epoki”, zapoznałem z artykułami publikowanymi w ówczesnej prasie amerykańskiej i nie tylko, zarówno poważanej jak i bulwarowej, przeczytałem stenogramy z przebiegu „Procesu Stulecia” w którym Evelyn odegrała niebagatelną i brzydką rolę. Wreszcie, przeglądnąłem chyba wszystkie istniejące strony internetowe jej poświęcone, ale przede wszystkim, konfrontowałem wspomnienia Evelyn i jej matki, ze wspomnieniami im współczesnych. W rezultacie doszedłem do jednego, chyba dosyć oczywistego wniosku: nigdy nie było, nie ma i nigdy nie będzie jednej historii Dziewczyny na huśtawce. (...)

Według istniejących dokumentów, Florence Evelyn Nesbit przyszła na świat prawdopodobnie 25 grudnia roku 1884. Prawdopodobnie, bowiem wiele lat później wyjawi, iż w czas finansowej bryndzy matka sfałszowała metrykę jej urodzenia, by ominąć ustawę o zatrudnianiu dzieci. Do dziś nie wiemy, o ile Evelyn była młodsza od rocznika zapisanego w metryce.
Nieznajomość prawdziwej daty jej urodzenia nie jest w tej księdze niczym nowym. Moje bohaterki były specjalistkami od fałszowania swojego wieku, skrywania miejsc narodzin a czasem - zacierania śladów prawdziwych nazwisk. Wiemy na pewno, że brat Evelyn - Howard, urodził się w roku 1886. Na pewno, chociaż...
Ówczesny świat a tym samym - kołyskę dziewczynki otacza owa cudowna epoka wiktoriańsko-edwardiańska, w której kobiety zachowywały się i odziewały jak damy a mężczyźni jak gentlemani. Ludzkość tworzyła rewolucyjne wynalazki, takie jak papierosy, pociągi elektryczne i elektryczne tramwaje, panie domu zbrojne w gorsety i urokliwe majtasy do kostek, precz odrzucały żelazka z duszą na rzecz elektrycznych, ręczny skład czcionek zastąpiły linotypy, na drogi wyruszyły automobile.
Tak, Drogi Czytelniku, Coca-cola i frytki już są, aparaty fotograficzne dzięki migawce i błonom celuloidowym stają się produktem masowym a elity tańcują przy gramofonach. W odległym Paryżu bracia Lumière prezentują pierwszy film, eter wypełnia wszechobecny gwar radia a po niebie fruwają sterowce szkieletowe. Lecz to bynajmniej nie wszystko.
Pośród tych, bez wątpienia epokowych wynalazków ułatwiających codzienne życie, nieczęsto wymienia się inne, równie rewolucyjne - piercing miejsc intymnych dla pań i panów, zestawy do aplikowania morfiny, fotografię pośmiertną i pornograficzną oraz szereg podobnych wspaniałości. Jeśli ktoś sądził, iż pornografia była dzieckiem XX wieku, to się omylił. Ta dziedzina ludzkich obsesji i wynalazczych talentów wywodzi się sprzed wielu tysięcy lat, podobnie jak kamienne dilda zaspakajające nasze praprapraprababki w jaskiniach, albo wieczne pióra, którego egzemplarz znaleziono w grobowcu Tutanhamona a którego wynalazek przypisał sobie w roku 1884 Lewis Waterman.
Staruszka-Europa zrodziła impresjonizm, post-impresjonizm, kubizm i inne formy nowoczesnego malarstwa, z zapałem podchwycone przez amerykańskich twórców, takich jak Stuart Davis, James Carroll Beckwith, John LaFarge, George Inness, John Marin, Albert Pinkham Ryder, John Sargent, Max Weber i wielu innych. Po co ta lista nazwisk? Bowiem nasza bohaterka gdy dorośnie, będzie częścią amerykanskiego świata sztuki. I show-bussinesu. Jednak nie wszystkie te europejskie cudeńka podbiją całą Amerykę, która na prowincji była (i jest nadal) niebywale konserwatywna. A Evelyn urodzi się i będzie dorastać na prowincji właśnie, w dodatku w stanie Pensylwania, stworzonym z dawnej kolonii brytyjskiej przez Williama Penna, przywódcę angielskich emigrantów-kwakrów, którzy w roku 1665 określą się mianem Stowarzyszenia Przyjaciół.
Narodziny Evelyn nastąpiły w Tarentum, miasteczku nazwanym tak przez ojców-założycieli na wzór antycznego Taranto, które podczas wojen meseńskich także założyli emigranci, potomkowie periojków zrodzeni ze związków ich ojców ze spartańskimi obywatelkami. (...)


(...) Pensylwańskie Tarentum u schyłku XIX wieku liczy sobie około 4000 dusz, spoczywa nad rzeką Allegheny opodal Pittsburgha, w którego rozlicznych kopalniach, hutach i stalowniach zatrudniona jest lwia część Stowarzyszonych.
Fama głosi, że Evelyn już w kolebce tak była piękna, iż sąsiedzi tłumnie pielgrzymowali by ją podziwiać a podziwiając, wznosili swe kwakierskie ramiona ku niebu, śpiewając Hosanna! i Hallelujah! bowiem porcelanowa cera i miedziane włoski pacholęcia, w oczach rozmodlonych, czyniły z niej cheruba zesłanego z niebios. 
Rodzicami cheruba byli powszechnie szanowani Winfield Scott Nesbit, z zawodu prawnik i Evelyn Florence née McKenzie, zawodowa Madame; oboje crème-de-la-crème lokalnej społeczności.
Małą Evelyn łączyły z ojcem szczególnie bliskie stosunki; świadom jej zamiłowania do książek, stworzył jej podręczną bibliotekę. Gdy okazało się, że jest wybitnie uzdolniona muzycznie i zafascynowana tańcem, zafundował lekcje tych zajęć. Wiedziała, że jest córeczką swego papy.
Czy nagła śmierć troskliwego i ubóstwianego ojca wycisnęła trwałe piętno na jej psychice? Najdobitniej świadczyć będą o tym jej późniejsze emocjonalne i cielesne związki z nader licznymi a dużo od niej starszymi panami. (…)

(...) List napisał modny filadelfijski malarz, James Carroll Beckwith (1852-1917) u którego Evelyn terminowała jako modelka. Wiele lat później, w rozmowie z dziennikarzami pani Nesbit zapewniać będzie gorąco, że Evelyn nigdy nikomu nie pozowała nago. Evelyn w licznych wywiadach potwierdza słowa matki (American Experience).
Obie damy mijały się z prawdą, jak dwa kajaki w przestrzeniach oceanu. Obrazy Jamesa Carrolla Beckwitha a także Fryderyka Churcha i fotografie Otto Sarony, przeczą ich zapewnieniom. Nie ulega żadnym wątpliwością, że nieletnia Evelyn pozowała ćwierćnago, półnago i zupełnie nago. A wszystko w tym wieku, w którym niewinne dziewczynki bawią się w berka kucanego, miast zwlekać z grzbietów fatałaszki w pracowniach wąsatych malarzy. 
 
 
 
 James Carroll Beckwith; Akt panny N.



Mając w kieszeni list a w głowie słowa ewangelisty Mateusza: Wciąż pukajcie, a będzie wam otworzone, Evelyn niestrudzenie puka od drzwi do drzwi pracowni najbardziej znanych, lecz przede wszystkim bogatych artystów.
I słowo staje się ciałem: po krótkim czasie pozuje dla Carla Blennera, Herberta Morgana i Fredericka Stuarta Churcha oraz Rudolfa Eickemeyera Jr., stając się kimś na pokształt ówczesnej Cindy Crawford. Pozowała także dla znanego rzeźbiarza George Grey Barnarda do jego słynnego studium Niewinność. A kto choć raz nie widział rysunku tuszem autorstwa Charlesa Dana Gibsona, rysunku znanego pod tytułem Odwieczne pytanie, na którym sportretował Evelyn z włosami w kształcie znaku zapytania? Koniecznie trzeba wspomnieć mało znany a przecie niezmiernie ważny fakt: Lucy Maud Montgomery, autorka słynnej powieści Ania z Zielonego Wzgórza, zauroczona fotografią Evelyn, nadała Ani Shirley właśnie jej wygląd.
Popularność tej niespełna czternastoletniej modelki sprawia, że jej twarz pojawia się na kładkach tak poczytnych magazynów, jak Vanity Fair, The Delineator, Harper Bazaar, Ladies' Home Journal, Ladies' Home Companion i Cosmopolitan. Reklamowała wszystko, za co tylko płacili - od pasty do zębów i maści na pryszcze, po karty do gry i podstawki pod kufle z piwem, nie gardząc reklamą cygar i papierosów. (...)




Sławomir Majewski

PS: 
 
Z kolejnych części mojej książki Czytelnik dowie się o królowej Pazyfae mającej to i owo z bykiem, o królu Lydii Kandaulesie, który nagą żonę ukazywał poddanemu, o Malintzin - azteckiej kochance Hernána Cortésa-konkwistadora, o Veronice Franco - weneckiej poetce-kurtyzanie. Pozna Elżbietę Pepys - puszczalską mieszczkę z Londynu, Zofię Glavani-Potocką - greczynkę nienasyconą seksualnie, Amy Lyon - córkę kowala przemienioną w lady Hamilton, Annę Lange - aktorkę sprzedającą się dostawcom armii, Karolinę Otero - kochankę koronowanych głów, Sylwię Beach, która stworzyła geniusza światowej literatury a także Jessie George Conrad-Korzeniowską, „matkę” króla prozy i wiele innych, arcyciekawych postaciach.

piątek, 20 marca 2015

CIEMNOOKI WSZECHŚWIAT



















Czy rozpacz można przemienić w nadzieję? Czyż wszyscy nie żyjemy w zakładzie zamkniętym dla psychicznie chorych? Nazwaliśmy go światem. Tym światem. Jedynie nam znanym światem. Światem, który jest, w natłoku swoich bolączek – mimo wszystko - piękny i zachwycający. To trzeba mocno podkreślić. Ale i jest jednocześnie – dojmująco brutalny. Jak znaleźć równowagę pomiędzy tymi sprzecznościami? Jak żyć w kontraście dobra i zła? Wreszcie, jak odszukać właściwą drogę…


Czy metamorfoza rozpaczy, katharsis ku nadziei, będącą efektem terapii życiem, nie odziera nas z marzeń i pragnień? Czy ta kuracja jest nam w ogóle potrzebna? Czy też jesteśmy na nią nieuchronnie skazani cywilizacyjną koniecznością bytu… oraz ciągłym szamotaniem się w dążeniu ku Prawdzie… prawdzie, która okazuje się niekończącą się drogą - bez drogowskazów.
Rozważam te dylematy po lekturze książki Dawida Glena „Ciemnooka”. To zaledwie ich drobna część. Ułamek wielu pytań w natłoku: sekund, chwil, myśli i refleksji. Elementy zadumy: nad moim i nad twoim – drogi Czytelniku - miejscem we Wszechświecie. Miejscu ciemnookim, a jednocześnie ponętnym. Lektura tej książki niepokoi, a zarazem wyzwala. Zatrważa, a jednocześnie prowadzi ku wyrafinowanej ścieżce koncepcji, że „nie we Wszechświecie pojawiło się życie – to w Życiu pojawił się Wszechświat …”. Czy wolno nam - tak właśnie - spojrzeć na to, co nas otacza? Autor zaproponował nam wyzywające intelektualnie odwrócenie perspektyw widzenia. Niczym Antoine de Saint-Exupéry proponuje nam podróż do prawd uniwersalnych ukazując nowe spojrzenie na przeżycia rozwiniętego duchowo człowieka XXI wieku.
     Nie trudno dociec, że Dawid Glen napisał tę książkę pod pseudonimem. Poszukajcie Autora w sieci, ale póki co nie naruszajmy Jego prawa do anonimowości. Jej celowość nie ulega wątpliwości, biorąc pod uwagę istotę przesłania zawartego na kartach książki. Chodzi bowiem o treść. Autor chce pozostać na drugim planie i uszanujmy to. „Ciemnooka” jest jedną z najlepszych książek jakie miałem przyjemność ostatnio czytać. Podobnego rodzaju refleksje i pytania wzbudziły onegdaj w mojej świadomości lektury: „Czarodziejskiej góry” Tomasza Mana oraz „Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya. Dawid Glen poszedł jednak dalej. W odróżnieniu od przywołanych tu dzieł pokazał potęgę nadziei. Szansę uleczenia i wyzwolenia. Ta swoista denominacja realiów może oszołomić. Szpital psychiatryczny to miejsce lęku, enklawa choroby, kwintesencja wyobcowania oraz miejsce wręcz bez nadziei. Można tylko uciekać od tego tematu. Można go ukazać jak Wojtek Smarzowski w sztuce teatralnej „Kuracja” na podstawie powieści Jacka Głębskiego. Tam młody naukowiec wymyśla eksperyment poznania swojego zawodu – lekarza psychiatry - zostając anonimowym pacjentem zakładu odosobnienia. Zostaje tam już jednak na zawsze. Nie ma nadziei. Jest: koniec, choroba i śmierć. Albo gorzej – piekło trwania w zamęcie i bólu.
      Bohater Glena tętni życiem. Życia pragnieniem i … nadzieją. Może to jest recepta na dziwne, trudne czasy. Rozniecić nadzieję. Pokazać nowy horyzont zapomnianych wartości. Opisać sumę doświadczeń i potęgę myśli. Wreszcie zanurzyć nas w wielkim sensie miłości oraz ofiary, bez której żadna prawdziwa miłość, obyć się nie może. To nie jest książka banalna. To nie jest książka akcji. To opowieść o współczesnym człowieku. O filozofii trwania. O wartościach bezwzględnych, które należy rozszyfrować w naszej przygodzie zwanej życiem. Nie ma od tego ucieczki. Nie mamy właściwie wyboru. Jeśli chcemy to życie przetrwać i odnaleźć w nim sens. Jeśli chcemy pojąć co to szczęście i jeśli chcemy i potrafimy je odnaleźć.
      Najważniejsze słowa padają w rozmowie bohatera powieści z bratem, który dowiaduje się o jego chorobie. Ta choroba, być może jest chorobą każdego z nas. Jej symptomy są dostrzegalne lub nie. Ale jednak one są. Pulsują w papce życia. Zanurzmy się na chwilę w świat (pozornie) schorowanej wyobraźni … Uważam, iż należy przytoczyć obszerny fragment powieści, gdyż stanowi on wielkie, ważne i zwarte przesłanie dla współczesnego człowieka… To pewnego rodzaju credo. Deklaracja niepodległości wobec „normalnej” społeczności żywiącej się – prawem, systemem i szablonem.

- Jacek, ale ja to wszystko przemyślałem. Wiem, że świat jest inny niż myślą ludzie. (…)

Zrobiło się tak czarno, jakby zamknęły się niewidzialne oczy. Jest tak słono, jakby wyparowało morze. Jest tak czerwono jak w środku serca. Rozum powinien być twoim sługą, nie panem. Nie pozwól mu okrążać twojej miłości. Bo to nie we Wszechświecie pojawiło się życie - to w „Życiu" pojawił się Wszechświat. I wcale nie jest nieskończony, jest tylko taki wielki, jak wielką potrafisz mu wyznaczyć granicę. Wszechświat jest tylko tym, co potrafisz wyobrazić sobie, poza sobą. To wszystko, co jest, jest myślą, Tam gdzie kończy się myśl, kończy się życie. To nie śmierć jest granicą, ciemnością, przepaścią - ciszą. To nieobecność myśli, jest przeciwieństwem życia. Jak prawdziwie i pięknie świat opowiada nam siebie, ptaka opowiada jego lotem i śpiewem. Trawę - jej cichą łagodnością  i chłodem. Odległość - opowiada nam, czarną kreską lasu, a bliskość - dotknięciem, czyli sobą. Kiedy jesteśmy blisko, czujemy gorące dotknięcia i sami jesteśmy, jak dłoń, jak skóra? Oddalając się odczuwamy lęk i niepewność, ale tylko tak długo, dopóki nie wyzwolimy z siebie nowej myśli, która nas zwiąże, z następnym elementem świata.
Sami też jesteśmy myślą, ale ta myśl nakłada się na tę, którą sami myślimy o niej i wtedy - powstaje świadomość, czyli świat, który wie, że jest. Jego narzędziem jest rozum, jego ludzkim kształtem jest umysł. Jego głodem jest poznanie, a jego owocem: rozwój świadomości. Oczywiście ten proces nie może następować w oderwaniu od ptaka, ziemi, trawy, czy deszczu. On dzieje się we wszystkim, co jest. Ziemia urodziła życie z myśli, a sama pomyślana została. Jej ciało rozkwitło myślami, a one zamieniły się w istoty i przedmioty, które wyzwalają następne myśli.
To wszystko, co do tej pory powiedziałem, to takie słowa ze słów - takie papierowe rozmyślania. Ale jest ważnym, żeby zadawać sobie pytania wykraczające poza egzystencjalną niepewność i usiłować „urwać się materii ". Tylko wtedy, kiedy udaje się nam " urwać materii " - zapomnieć, że jesteśmy - myśleć „poza sobą" - tyko wtedy możemy "rozszerzyć świat" - zobaczyć go o ten kawałek dalej, który stworzyliśmy w myśli, a raczej - myślą. W takiej chwili jesteśmy najbliżej Boga. Myślimy jego myślą. Nie możemy niczego stworzyć, jeżeli pozostajemy w "studni" ciała. Wtedy można tylko marzyć o wyjściu z cembrowiny. I takie marzenie tkwi w naszej podświadomości od prapoczątku. Ciało, tylko wulgarnie rzecz ujmując, jest materią. Tak naprawdę, to ciało jest, transformacją słowa. Jest możliwością myśli,  jest jej sercem i krwią. Nasze ciało jest materią, która szczelnie, precyzyjnie wypełnia ideę. Została wykrystalizowana w procesie ewolucji w ciało, które jest pochodną: chleba, powietrza, wody i ognia. Struktura ta wtedy posiada cechy, które nazywamy " życiem ", kiedy spełnia ideę, która ją powołała. Ale zaprogramowana jest tylko, jako ofiara. Musi oswoić się z tym programem i wykonać go do końca. Niezależnie od tego, czy w niego wierzy, czy nie. Od urodzenia do śmierci, uczy się dawać. Ci, którzy tego nie rozumieją, próbują brać, wkraczają w pole błędu i dokonują ofiary daremnej. Tajemnica ofiary jest trudna. Nie żyje się dla życia. Żyje się po to, żeby dokonać ofiary - dać, nie czekając nic w zamian. Płytkie, małostkowe poszukiwanie bliskich potwierdzeń, " w zasięgu ręki ", daje też takie płytkie spełnienia. W najlepszym przypadku i tak kończące się niezbywalną śmiercią. Przyjęcie każdej opcji, poza własne ciało, a już szczególnie w sferę myśli - słowa, daje rozrost świata. Przesuwanie granicy śmierci, o ten kawałek.
Oczywiście niczego nie otrzymamy za darmo. To właśnie ofiara jest ceną, którą płacimy. Żeby zaproponować lepszą, ciekawszą gałązkę świata, musimy rozszerzyć własny świat. Naj prawdziwiej dokonujemy tego poszerzenia, przez połączenie z innym światem. Następuje to w chwili, podarowania komuś drugiemu tego, co w nas najlepsze, najprawdziwsze, własne. (…) Siłą, która indukuje możliwość prawdy - jest zbliżenie przez miłość. Dlatego każda miłość jest najważniejsza, bo prowadzi nas do prawdy. Człowiek jest istotą, która ma zgromadzone w jednym bycie, wszystkie elementy Wszechświata, oczywiście w połowie. Bo tylko taki zestaw pozwala żyć i myśleć. Oczywiście  to myślenie, też jest tylko - ułomne. Dlatego tak trudno i tak długo trwa rozpoznawanie świata.
    Żeby rozpoznać świat, żeby dotknąć jego tajemnicy, trzeba " otworzyć serce" i pozwolić płynąć krwi swojej przez nieznane. Krwią, która dotyka nieznanej duszy świata, są myśli. Jeżeli potrafimy pomyśleć materię to ona się staje, staje się na tę chwilę. Materia nie trwa, ona się staje. Dlatego materii nie można pomijać, ale też nie wolno nadawać jej większej miary, niż sama sobie wyznaczyła. We Wszechświecie trwa tylko myśl. I nie jest ona tak zależna, jak to sobie ustaliliśmy. Myśl jest ideą niematerialną. Jest siłą, której źródłem wcale nie jest mózg. Owszem, w mózgu następują pewne materialne procesy (biochemiczne, biofizyczne).Ale tu nic więcej wydarzyć się nie może. Prawdziwy proces zmiany, ruchu idei - zaczyna się w " słońcu myśli " i kiedy otworzymy się, zaczynamy myśleć. Lecz nie myślimy o świecie, myślimy: światem. Na przykład:  ... Myślimy nie „o deszczu” -... Myślimy "deszczem". Bo oprócz tej postaci świata, którą widzimy, w której żyjemy, którą potrafimy opowiedzieć - jest jeszcze, a może przede wszystkim, - inna postać, inna przestrzeń. (…)
Są takie znaki, które pozwalają nam zajrzeć w strumień myśli, wyłowić z niego kolejne znaczenie. Tymi znakami są "słowa". Oczywiście to zjawisko nie dzieje się słowami. Bo my nie myślimy słowami. Jak powiedziałem wcześniej - myślimy "deszczem". Słowo "deszcz" daje nam tylko możliwość zobaczenia, że w strumieniu myśli naprawdę są krople, jest wiatr i chłód.
- Zakończę ten przydługi wywód, kilkoma uwagami wywodzącymi się z pytań podstawowych. Niebo wcale nie musi być w górze, a tym bardziej w Kosmosie. Życie ma swój rdzeń i w nim pulsuje to, co wydaje nam się „Rajem". Oddalanie od życia, to pogrążanie się w śmierci. Sonda kosmiczna, uciekająca w martwy Wszechświat umiera z przerażenia. Ludzki umysł wyposażył ją w konstrukcję wyrażającą myśl - ideę, ale ta idea tak długo istnieje, jak długo może kontaktować się z umysłem, który ją powołał. Z tego wynika, że świat oglądamy umysłem, a nie przyrządem. Opisując świat metodą naukową, wcale nie opowiadamy struktury, funkcji, czy kondycji kosmosu. Opowiadamy, uświadamiamy tylko możliwości umysłu, zdejmujemy kolejną zasłonę. Cały Wszechświat istnieje w nas.

Właściwie to, nie ma świata materialnego. Istnieje tylko nasze ludzkie wyobrażenie świata, informowane przez umysł - ( zmysły) o niemożliwości przekroczenia różnych progów - barier. Wszystkie bariery zmysłów są barierami neutralizującymi się, przy osiągnięciu progowej zasłony. Tylko dotykanie wewnętrzne nie ma bariery. Nazywamy je wyobraźnią, a tak naprawdę jest „nieskończonością". Dlatego myślą możemy dotknąć, najciemniejszego płomienia i usłyszeć "myślą" najdelikatniejszy wybuch świata. Wyobraźnia jest miłością po obu stronach życia.”
Jednak, aby to zrozumieć, uchwycić, trzeba się otworzyć na wszystko co nas otacza. Trzeba pokory i chęci poniesienia ofiary, aby doznać radości jej ponoszenia. To wyjątkowe olśnienie nie jest nam dane ot tak. Musimy do niego: dojść, dojrzeć, odszukać je dla siebie i w stosunku do bliźniego. Zobaczyć obok siebie człowieka. Nauczyć się kompromisu: pomiędzy życiem dla siebie, a również dla tego człowieka obok nas. Odczuć radość dawania. Jest większa i pełniejsza niż permanentne konsumowanie, branie i pasożytowanie.
Jakże trudne to przesłanie w dzisiejszym świecie. W świecie egoizmu i samorealizacji. W świecie pieniądza, władzy i nowoczesnej komunikacji. Wreszcie w świecie totalnym, globalnym, w którym poddawani jesteśmy: numeryzacji, utylizacji i kształtowaniu na idealnego konsumenta. Napisanie takiej książki - w tym właśnie świecie świadczy o mądrości i wielkiej odwadze. Świadczy o ogromnej głębi przemyśleń oraz empatii, którą Autor chce wyrazić i nas nią zarazić. Jego bohater poddaje się. Nie chce walczyć. Ulega terapii. A jednak pozostają w nim te wartości, w które wierzy. Może są one „jakoś tam” zredukowane, odarte z godności, ograniczone, ale są żywe i zawsze takimi pozostaną. Szkoda tylko, że aby Tutaj żyć (i przeżyć) trzeba przestać je głosić. Trzeba przestać o nich mówić. Trzeba je ukryć w głębi myśli, zamknąć w klatce siebie i trzymać pod kluczem samokontroli. „Skazać się na życie po dwóch stronach wyobraźni”. Unicestwić siebie pod maską dostosowania do współczesności. Wtedy mamy szansę na wypis ze szpitala. Szpitala przemienienia.
To jednak nie koniec. To byłoby zbyt proste. Zbyt hollywoodzko-banalne. Książka Dawida Glena jest otwarta. Na końcu zadaje pytanie, nie będące pytaniem, lecz wyzwaniem pytającym. Poetyzuje przesłaniem. Każdy wniesie weń swoją sumę doznań i doświadczeń. Czy właściwie odczytujemy przeznaczenie? Czy nasze ciągłe odradzanie jest wciąż żywe i sensowne? Czy nadal mamy szansę na nowe etapy w życiu? Nie jestem w stanie na te pytania udzielić odpowiedzi. Zapadają w świadomość głębią swojej melancholii oraz nostalgii. Kształtują obraz naszej ułomności. Na ile (?), kaleczeni przez życiową terapię normalności, będziemy nadal w stanie zachować: swoją odmienność, swoje szaleństwo i swoją walkę o ideały. Dokąd dojdziemy w „drodze powrotnej, która jest jak odradzanie, odbudowywanie równowagi psychicznej, radości istnienia i łagodnym porozumieniem ze światem”. Każdy z nas na pewnym etapie życia ma takie drogi powrotne. Do wspomnień, dzieciństwa, wyrywania się z narzucanych szablonów. A żyć trzeba tu i teraz. Warto posiadać takie drogi, lecz nie wolno nam się w nich zasklepić. Na nich zatrzymać. Nie wolno nam patrzeć wstecz. Tylko wstecz. Nie wolno nam patrzeć też tylko naprzód. Jedynym rozwiązaniem jest złoty środek. Arystotelesowska miara. A przede wszystkim: wiara, nadzieja i miłość.
Książka Glena ujęta została w pewne ramy perspektywy percepcji - poprzez brata głównego bohatera – Jacka, który jest młodym naukowcem po przejściach (rodzinnych), a jednocześnie zafascynowanym pasjonatem nauki. Chce zrozumieć i odkryć tajemnicę niewykorzystanych fragmentów mózgu. Prowadzi pozornie stabilne życie naukowca. Rytmiczne i poukładane. Układanka przeszłości majaczy jednak gdzieś w tle. Objawia nam, że relacje między ludźmi to najtrudniejsze dla nas wyzwanie … Jacek właściwie porzuca brata. Zostawia go na pastwę leczenia przez „fachowców”. I oni – dzięki pokorze i poddaniu głównego bohatera – tego dokonują. Jacek pozostaje z wyrzutami sumienia, ale i radością sukcesu uleczenia
     Książka została ujęta też w inne ramy. To wątek miłości do kobiety – ciemnookiej Anny … „Była wysoką, szczupłą brunetką, twarz miała delikatną i ciemne, głębokie oczy, pełne smutku i zdziwienia światem”. To wątek kuszenia życiem, zdradą i zwykłą – zdawałoby się ludzkiej miary – miłością … A jednak kreślą one atmosferę dla ważniejszych rozważań. Z piekła myśli bowiem składa się człowieka świat. To trzeba obłaskawić, okiełzać, oraz ujarzmić.
Czy owa ciemnooka jest demiurgiem tytułu? Być może w jakiejś części. Sądzę jednak, że za woalem tajemnic - „Ciemnooka” stanowi sztafaż intelektualny. Autorem powieści jest … znany poeta Który żyje naturą w jej świetlistym pięknie przenikniętym słonecznym światłem, światłem ziemskim, w perspektywie Boskości. Pod delikatną tkanką tej poezji kryje się siła niezwykła, duchowa; siła przeciwstawiania się rozpaczy, nihilizmowi, katastrofizmowi, pesymizmowi. Przeciwstawiania się zwątpieniu i beznadziei trawiącym współczesny świat – temu wszystkiemu, co w sposób zgoła niszczycielski wpływa na duchowość człowieka, ulegającego nawet podświadomie presji mrocznych tendencji.... to poeta żarliwy, z odwagą poruszający się na przeciwstawnych biegunach świata zmysłowego i zrodzonego z ludzkich pragnień, lęków, fascynacji. Ton jego wierszy jest niepodobny do innych: wyrazisty, samodzielny, niepokojący.
(Bohdan Pociej, “SYCYNA” Nr 17(95) 1998.)
Odkryłem zatem kilka kart. Nie mogę więcej, gdyż to książka, którą po prostu trzeba i warto przeczytać. Na zawsze pozostanie w pamięci czytelnika. Ja, przeżyłem ją głęboko. Spojrzałem na swoje życie z perspektywy Wszechświata, który pojawił się w nim, bądź który ja sam stworzyłem. Taki prywatny wszechświat na własne potrzeby, aby tanio uzasadniać swoją drogę i swoje istnienie. Spojrzałem z dystansem na egoizm, los, radości i smutki. Muszę to wszystko przemyśleć. To wszystko co jest, jest przecież … myślą.
Muszę odkryć nowe horyzonty. Otworzyć nowy etap w życiu. Każdemu jest on potrzebny. Warto poznać „Ciemnooką” oraz ciemnooki wyraz Wszechświata; doznać olśnienia, czy nawet wielu olśnień, by po prostu - lepiej żyć …
Andrzej Walter
___________________
Dawid Glen; „Ciemnooka”. Wydawnictwo Self Publishing, str. 138, ISBN:978-83-272-3843-6


.

wtorek, 17 marca 2015

Przecież z tego się nie strzela!




Krzysztof Kwasiżur

Nawet nie spróbuję cytować tu, czy wymieniać tytułów, felietonów, czy rozpraw i rozprawek różnego kalibru traktujących o podłej kondycji poezji w Polsce. Zbyt wiele ich powstało, by istniał w naszym kraju człowiek parający się słowem (lub uważający się za świadomego czytelnika), który nie zetknął się z nimi.
Przyjmijmy, że wierzę im wszystkim. Właściwie to moja wiara nie ma tu nic do rzeczy, skoro setki mądrych głów są o tym przekonane.
Ci mądrzy, co kilka, kilkanaście miesięcy zbiorą się więc na jakimś sympozjum, lub innej „Debacie o kondycji polskiej poezji i jak ją poprawić”, pojedzą słonych paluszków, podebatują i w błogim przeświadczeniu, że zrobili coś (ergo – robią) w kierunku poprawy tejże kondycji – rozejdą się samouspokojeni.
Tymczasem żadnych kroków nie poczyniono i za kilka miesięcy ktoś znów się ocknie, iż poezja polska ma się źle, a właściwie jeszcze gorzej niż po ostatnich słonych paluszkach, podniesie raban i tak w koło Macieju…
Dopóki trup Wisławy Szymborskiej nie został dojedzony przez robaki, możemy czuć niczym nie zakłócony błogostan, że oto wcale tak źle nie wypadamy, na tle innych nacji; te debaty nie mają więc klimatu nerwowości, ani nie padają wzajemne oskarżenia.
A może powinny? Może dzięki ostrzejszej atmosferze byłyby wreszcie bardziej owocne? Może to sami biorący udział w rzeczonych sympozjach nie wierzą, że rzecz idzie o wysoką stawkę, dlatego nie kwapią się z podejmowaniem decyzji (z tego się przecież nie strzela, to tylko poezja!).
Przypuśćmy, że rzeczywiście idzie o wyższą stawkę. Co dla nas, maluczkich miało by wynikać z faktu, że wiersze w Polsce nie cieszą się popularnością, że nie są towarem atrakcyjnym?
Co z tego faktu ma wynikać dla przeciętnego Kowalskiego? To chyba pytanie, od którego zadania należy zacząć uzdrawianie bieżącego stanu rzeczy (zakładając, że jest on zły i uzdrowienia wymaga).
Pytanie skwapliwie – chyba – przemilczane, bo i najtrudniejsze. Według prawideł logiki, gdy odpowiemy sobie na pytanie: „W jakim celu to robić. (po co?)”, jasne się dla nas stanie „jak to uczynić?”
Mógłbym właściwie na tym, zawieszonym w próżni pytaniu zakończyć pisanie, tusząc, iż uruchamiam burzę myśli, ale wiem, że życie to nie bajka – nie będzie ani burzy, ani mózgów! A gdyby miały być merytoryczne wnioski, to już by dawno były!
Słonych paluszków też nie mam dla was – Panowie Literaci - więc drzyjcie gęby: „Veto!” ile chcecie, że wam krzywda, bo ktoś śmie wytykać wam braki.
To nie sejmik szlachecki, Tu się gęby nie otwiera, po to by kogoś poniżyć, obrazić. Jeśli niniejsze słowa szokują, lub są niemiłe – to tylko dlatego, że czasem trzeba potrząsnąć rozleniwionym indywiduum.
Zatem przez chwilę powstrzymajcie się od okrzyków oburzenia, a po cierpliwym wysłuchaniu (odczytaniu) do końca; drzyjcie się ile chcecie!
W kilku europejskich krajach (Francja, Szwecja, Niemcy w mniejszym stopniu, ale także) poeta nie ma tak ciężko jak u nas. Hinduskie czy arabskie wesele nie może się obyć bez zaproszonego poety, który bawi gości, lub dwóch – toczących swoisty „turniej” na wiersze.
Kraje te mają także (nieprzypadkowo) mocno rozwinięty rynek muzyki rozrywkowej i muzyki pop. A to już dla jaśnie szanownego pana poety (pani poetki) może mieć wymierne skutki finansowe – teksty wierszy są aranżowane, zespoły podpisują umowy z poetami na teksty; rozwój jednego zjawiska wpływa na rozwój drugiego! Szwecja rokrocznie zajmuje wysokie miejsce w konkursie Eurowizji i możemy się żachnąć, jak to się ma do niekomercyjnej, wyzwolonej sztuki, jaką jest poezja?
Ano tak, że czasy Komuny, kiedy pisarza-poety, którego nikt nie rozumiał, nawet cenzor, ale twórca miał kasę na wydanie, bo o to zadbało Nadopiekuńcze Państwo, on tylko zdobył zestaw pieczątek.
Nadeszły takie, w których ma się opłacić; jakkolwiek, komukolwiek, ale stało się to kwestią opłacalności. Czy to złe? Logiczne ekonomicznie, po prostu. Opłacić się wydawcy, autorowi, lub społeczeństwu, jeśli książka ma zawrzeć treści społecznie opłacalne. Może się po prostu opłacić autorowi, jako człowiekowi, by połechtać jego próżność (to też zysk stanowi). Ale na jakiejkolwiek płaszczyźnie ma być opłacalne.
Poezja – jeśli ma stanowić dla któregokolwiek z tych elementów wartość (a więc coś, w co się inwestuje czas, pieniądze, pracę by kwitła nie podupadała), powinna generować takie same zyski.
A jak na razie, w ogromnej większości stanowi ona wartość dla garstki zapaleńców, czyli poetów i literatów.
Trzeba zmienić takie status quo! Ale jak?
Otóż w dobie, gdy wszystko jest towarem, którego sprzedaż zależy od zdolności marketingowych sprzedawcy, nie innymi prawami rządzi się rynek kultury. Poezja również! I nie chodzi mi bynajmniej o tomiczki, tomy i tomiszcza poezji zalegające na półkach księgarni – te ani nie staną się mniej, ani bardziej atrakcyjne, niż są.
To sama poezja straciła swą atrakcyjność w oczach czytelnika, niczym żona w podeszłym wieku. Trzeba tą żonę w nowe, modne szaty przyodziać, tu i ówdzie podmalować, a nie wiecznie za trendami latać (operacjami plastycznymi w domyśle).
Nie idzie mi tu, w rzeczy samej, o wydawanie piękniejszych, bardziej atrakcyjnych optycznie książek z tą samą (wciąż) zawartością. Nawet mi o nowinki techniczne typu e-book, który wciąż zawiera te same treści.
I nie o odświeżenie poezji mi chodzi, które miało by oznaczać nagłe przestawienie się na nowe trendy i nowości „warsztatowe” poety – bo poezja współczesna (zwłaszcza ta głaskana przez krytykę) i tak jest mało zrozumiała przez zwykłego zjadacza chleba (co nie przeszkadza jej autorom rwać włosy z głów, że zwykły zjadacz chleba poezji kupować nie chce)!
Mnie idzie o podanie tego dania w ten sposób, by konsument nabrał apetytu nań, żeby zapamiętał to danie, jako pyszne i by mu się to danie – poezja na przyszłość kojarzyła z pozytywnymi odczuciami, nie z drogą przez mękę!
Proszę zauważyć, Jak zmieniła się kinematografia (światowa, ale i nasza, rodzima), jak bardzo różniły się oczekiwania widza lat 70-tych, 80-tych i roku 2000 na przykładzie poszczególnych części Trylogii Sienkiewicza.
Kino najszybciej podąża za oczekiwaniami odbiorcy, bo i wkład w tej dziedzinie jest największy, zatem presja, by odzyskać reinwestowane pieniądze – najpotężniejsza.
Wystarczy więc zastanowić się, jakbyśmy postępowali, gdyby wydanie naszego tomiku kosztowało 24 mln zł – koszt wyprodukowania Ogniem i mieczem w 1999 r, oskarżanego o to, że jest najbardziej „komiksową” i hollywoodzką ze wszystkich części trylogii.
Czy zatem poeta dzisiejszy ma być kuglarzem? Szołmenem?
A za co w średniowieczu bard dostawał datki, jeśli nie za rozbawianie publiczności, czy wzruszanie jej? Za raczenie gawiedzi DUCHOWOŚCIĄ, kiedy ona przyziemnością żyła. Poeta dzisiejszy tak daleko odstrychnął się od swych korzeni, że zapomniał, że jego rola jest służebna (a tak drodzy Państwo!), że to nie szaraczki mu służą, ale on szaraczkom.
Jakże to podobne do wyimku z Dekalogu dobrego wiersza, a właściwie do zasady dziewiątej. Nie cytuję, bo większa szansa, że jeden, czy drugi zajrzy.
Gdyby to były jednak wszystkie powody upadku tej muzy, można by spać spokojnie, bo choć smok okazał się wielogłowy – przecież ma wszystkie łby na wierzchu i widoczne. Ale nie! Najgorsza z tych paszcz pozostaje w ukryciu, a właściwie zamaskowaniu, udając naszego sprzymierzeńca, drąc się najgłośniej, że oto Poezja na marach leży i dogorywa…
Kto to taki, co to za lis? A ile wam - szanowni poeci – redaktorzy pism (papierowych, czy elektronicznych) płacą za publikację? Czy to nie oni Was przyzwyczajają do tego, ile poezja jest warta?

Krzysztof Kwasiżur