środa, 11 marca 2015

C. D. Pragnienie miłości




WSZYSTKIE ZABICIA PSA

''Nie'' - krótkie słowo przecina powietrze w kościele jak brzytwa. Wypowiada je niespełna dwuletni chłopiec w odświętnym garniturku. Głośno i wyraźnie, po odczekanej z wyczuciem chwili milczenia. Zebrani spoglądają po sobie niespokojnie. Jest 26 grudnia 1935 r. i Marek Hłasko ma zostać ochrzczony. Podrósł już na tyle, by samemu odpowiedzieć na pytanie księdza. A pytanie brzmi: ''Czy wyrzekasz się złego ducha?''.
Ciemnoblond włosy obcięte na krótko. Żywe, inteligentne oczy, sympatyczna, pyzata buzia. Ładny. Trochę mały jak na swój wiek. Ale też wrażliwy, niecierpliwy, nerwus. Kiedy śpi, wszyscy w domu muszą chodzić na palcach. Powtórzone przez Marka w kościele jeszcze kilka razy ''nie'' rodzina będzie wspominać latami. Przyszły pisarz miał udzielić właściwej odpowiedzi dopiero po negocjacjach połączonych z przekupstwem drobnymi prezentami.
Jest jedynym synem prawnika Macieja Hłaski i urzędniczki Marii z domu Rosiak. Mieszka w dobrych warunkach, ma też stałą opiekunkę, która jeździ z nim na wakacje. Rodzice rozwiodą się już za dwa lata, za cztery - ojciec umrze. Choroba nerek. Choć 13 września 1939 r. można by się spodziewać czegoś całkiem innego. Kiedy Marek umrze, będzie miał tylko o dwa lata więcej niż Maciej w chwili śmierci. Ale na razie musi przeżyć wojnę.
''Sam, będąc dzieckiem w czasie okupacji, widziałem tak wiele zabitych, zmasakrowanych i publicznie rozstrzeliwanych ludzi, że nie robiło to na mnie wcale wrażenia'' - napisze potem.
Z czasów wojny najlepiej zapamięta psy. Tego na stacji kolejowej, którego zaczął głaskać, za co dostał od Niemca kopniaka w twarz. I tego polskiej prostytutki, która jechała z niemieckim oficerem. Pies biegł za pociągiem. Oficer wychylił się, żeby go zastrzelić. Pif-paf! I jeszcze kundla Mikiego, którego dostał od matki. Jego też obrali sobie za cel nudzący się żołnierze.
Mieszka w Warszawie. Również podczas powstania. Ze starego domu przy ul. Ciepłej przenosi się wtedy do olbrzymiego gmachu Sądów. Bombardowania się nasilają, a budynek wydaje się bezpieczniejszym schronieniem. Marek goni po jego dziedzińcach z bratem ciotecznym - Andrzejem Czyżewskim, który wiele lat później napisze jego biografię. Lubi gadać o samolotach. Później razem z matką tuła się po ruinach miasta w poszukiwaniu reszty rodziny.
Zachowa się przepustka zezwalająca Marii Hłasko wraz z synem Markiem na przejście przez ''post. wojskowe w kierunku Skorupki 4 i z powrotem''.

MAMINSYNEK

''To po ranie odniesionej podczas walki w partyzantce'' - mówi dziewczynie, która na plaży przygląda się jego bliźnie. Kiedy wojna się kończy, Marek ma dziesięć lat. Nigdzie nie walczył. Ślad na skórze ma po zabawie z kuzynostwem w Indian. Gorąca żywica pociekła mu po dłoni, gdy wyrywali sobie fajkę pokoju.
Na razie nic nie wskazuje na jego przyszłą opinię brutala i amanta. Jest drobny, delikatny, wygląda na znacznie młodszego, niż jest. Uwielbia się bawić z kuzynką Alą, ale gdy ta wyrasta na piękną dziewczynę, czuje się nieswojo. Rówieśnicy przypominają już młodych mężczyzn, a on wciąż jest brany za dziecko. Leczy się z kompleksów, biorąc zastrzyki z hormonami. Zaczyna się jego skłonność do nadużywania medykamentów. Na zawołanie symuluje rozmaite choroby. Według relacji najbliższych ma sobie nawet dać wyciąć zdrową ślepą kiszkę, by tylko odwlec powrót do szkoły. A na dodatek - niezły z niego maminsynek.
''Auu! Auu! O, ja nieszczęśliwy - pisze w wieku 12 lat w pamiętniku. - O, ja biedne, opuszczone dziecko! Moja mama pojechała do Warszawy i nie wraca, a ja nieszczęsny tęsknię okropnie''.

TRUDNY WRAŻLIWIEC:
''MAREK HŁASKO. SAMOTNOŚĆ KRÓLA KAMERALNEJ''

''Z nimi żyłem, z nimi piłem, ich kochałem'' - fragmenty dokumentu o Hłasce

Zagrożenie. Kazimierz Gryczkiewicz zwany Massą. Nowy mężczyzna mamy. Podobnie jak ona jest urzędnikiem, pracuje w zakładzie ubezpieczeń. Dużo starszy, nudny, zasadniczy. Ale adorujący i opiekuńczy. Dla niej. Potrafi z krótkiej podroży służbowej wysłać telegram z samym: ''Dzień dobry, Marianno''. Pseudonim wymyśla mu Marek. Bardzo lubi pseudonimy. W książkach Karola Maya, które czytał podczas wojennych wakacji, murzyńscy niewolnicy nazywali tak białego pana. Słowo nie ma złośliwego charakteru i przyjmuje się w rodzinie na stałe. Ale chłopcu przyszły ojczym wcale się nie podoba, bo robi mu wyrzuty, że szarpie matce nerwy. Nazywa go ''nieukiem'', a nawet ''szmatą''. Chłopiec zaczyna uciekać przez niego z domu.
''Kochana Mamo! - pisze 16 marca 1948 r. (ma 14 lat). - U Babci nie będę bo jestem tam więcej niż niepotrzebny. Massa złamał mi życie i przez niego jest taka sytuacja. Z domu nie ukradłem nic. Pieniędzy nic nie mam, ale dam sobie radę. Kocham ciebie tak samo jak kochałem tak mi przykro że wolisz obcego człowieka niż mnie. Nie dziw się że uciekłem lecz powiedział mi » Paszoł won «powiedział że mnie zabije. Natomiast ja zabiję go z przyjemnością gdy tylko zdobędę broń''.
''Obustronnie zaborcza'' - tak Czyżewski nazwie w biografii ''Piękny dwudziestoletni'' relację Hłaski z matką. I na pewno skomplikowana. Maria ogromnie kocha syna, ale nie potrafi z nim wytrzymać. Być może powodem jest niechęć do pierwszego męża. Marek coraz bardziej go przypomina. Ostatecznie zostaje wysłany na jakiś czas do internatu.
W ''Pięknych dwudziestoletnich'' - z lekka kreowanych wspomnieniach - Hłasko będzie twierdził, że już w czasie okupacji wyrzucano go ze szkół. ''Za głupotę''. I że musiał nosić ośle uszy z papieru przeznaczone dla najgorszych. Prześlizguje się z klasy do klasy tylko dzięki wypracowaniom, które wychodzą mu jako tako. Lata powojenne to ciągłe zmiany adresu. Częstochowa, Chorzów, Białystok, wreszcie Wrocław. Przeprowadzki nie pomagają w pilności. Chcąc się dostać do harcerstwa, kłamie, że jest starszy o rok. Wkrótce i tak zostaje wylany za niechodzenie na zbiórki. W 1948 r. nie uzyskuje świadectwa ukończenia szkoły powszechnej, uda mu się to dopiero w następnym roku w Legnicy.
''Na wniosek kuratora posłano mnie do poradni () psychotechnicznej, czy coś w tym rodzaju - napisze w ''Pięknych dwudziestoletnich''. - Kazano mi układać jakieś klocki, kazano mi do jakichś idiotycznych tekstów wpisywać brakujące słowa, zadawano mi szokujące pytania dotyczące moich rodziców i krewnych; wreszcie kazano mi się rozebrać do naga i uznano za niezdolnego do nauki w szkole typu humanistycznego; posłano mnie do szkoły handlowej we Wrocławiu (), wychodząc widocznie z założenia, że idioci niezbędni są w handlu''.

''CZY PAN SIĘ JUŻ SKOŃCZYŁ?''

Kierowca. Bez wykształcenia. W wolnych chwilach próbuje przelać swoje doświadczenia na papier. Prosto. Z takim wizerunkiem - nieco tylko naciąganym - Hłasko startuje w literaturze. Trudno o lepszy w dobie PRL-u Entuzjazm.
W Liceum Administracyjno-Handlowym we Wrocławiu uczył się dwa miesiące. Przez rok uczęszczał do warszawskiego Liceum Techniczno-Teatralnego, ale został z niego usunięty. Kiedy skończył 16 lat, zaczął go obejmować obowiązek pracy. Pierwszą posadę podjął w Stoczni Rzecznej we Wrocławiu. Skończył kurs samochodowy. Został pomocnikiem kierowcy. Przez dwa zimowe miesiące pracował w Państwowej Centrali Drzewnej PAGED w Bystrzycy Kłodzkiej. Te doświadczenia wykorzysta później w ''Bazie sokołowskiej'' i ''Następnym do raju''. Już teraz zaczyna myśleć o pisaniu. Nie bez znaczenia okazują się protekcje.
Stefan Łoś jest prezesem wrocławskiego Związku Literatów Polskich. Bierze chłopaka pod opiekę. Hłasko napisze o nim eufemistycznie, że ''nie należał do przesadnych wielbicieli kobiet''. Kiedy nie może dojść do porozumienia z rodziną, zatrzymuje się u niego w domu. Nie chce podać matce adresu. Sytuacja robi się dwuznaczna. Gdy Marek miał 14 lat, Łoś załatwił mu pracę gońca przy Światowym Kongresie Intelektualistów. Teraz wprowadza go w środowisko literatów. Nierzadko również homoseksualistów. Jak Jerzy Andrzejewski.
''Jerzy! Ja Ciebie bardzo kocham, wiem to może nawet lepiej teraz niż przedtem; teraz kiedy jestem daleko od Ciebie, sam tutaj. Ale nie o to chodzi. Jesteś człowiekiem, dla którego mogę zmienić wyznanie, religię, no nie wiem co, ale Jerzy - są przecież sprawy, o których nie ja decyduję'' - pisze Hłasko w jednym z listów z 1955 r. I dalej: ''Jerzy! Bóg mi świadkiem, że robiłem jakieś nieśmiałe próby; robiłem je dla człowieka, który jest mi może droższy ponad wszystko, lecz cóż ja jestem winien, że mi to nie wychodzi''.
Jest teraz pięknym młodym mężczyzną. Włosy zaczesuje w efektowny czub i smaruje mydłem, żeby się trzymały. Nie pozwala ich dotykać. Chcesz go pogłaskać? Możesz stracić rękę. Kurtkę nosi z charakterystycznie podniesionym kołnierzem (w 2014 r. polska firma odzieżowa wypuści kolekcję inspirowaną jego wizerunkiem.) Pali papierosy ze zblazowaną miną. Nareszcie jest wysoki. Podoba się, nie tylko kobietom. Listy miłosne wysyłają mu Andrzejewski i pisarz Wilhelm Mach. Na oku ma go podobno sam Jarosław Iwaszkiewicz.
Wysoko postawieni znajomi pomagają mu załatwić stypendia. Hłasko publikuje opowiadania w czasopismach i antologiach, w 1955 r. zaczyna pracę w redakcji ''Po prostu''. Rok później debiutuje zbiorem ''Pierwszy krok w chmurach''.

PRZED HŁASKĄ BYŁ ON:
''TYRMAND: BOKSER, PIJAK I DZIWKARZ''

Ma 22 lata. Z dnia na dzień staje się autorem na fali. Niedawno otrzymał mieszkanie na Ochocie, na które normalnie musiałby czekać pewnie do pięćdziesiątki. Niemal od razu zaczynają się prace nad trzema ekranizacjami jego prozy: ''Ósmym dniem tygodnia'' w reżyserii Aleksandra Forda, ''Pętlą'' Wojciecha Hasa i ''Bazą ludzi umarłych'' Czesława Petelskiego (będzie wobec nich krytyczny, pod ostatnią odmówi podpisu). Ukoronowaniem kariery staje się Nagroda Literacka Wydawców. Hłasko otrzymuje ją jako 24-latek z jedną książką na koncie.
''Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?'' - ma go zapytać starszy pisarz Adolf Rudnicki.
''Dlaczego?'' - dziwi się Hłasko.
''Bo ja - słyszy w odpowiedzi - kiedy napisałem ''Szczury'', moją pierwszą książkę, spotkałem Karola Irzykowskiego i Irzykowski spytał: Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?''.

ON SIEBIE WYMYŚLIŁ

Henryk Grynberg w ''Uchodźcach'' napisze o Hłasce: ''Pojawiał się około północy jak duch. Latem w szoferskiej skórze, zimą w szoferskim kożuchu. Wszyscy cisnęli się do baru, żeby zobaczyć, usłyszeć, otrzeć się. Przez niego w Kameralnej zawsze brakowało miejsc. Tylko najodważniejsi ośmielali się do niego odezwać, bo kto się głupio odezwał, dostawał w zęby. No i snoby, którym wszystko imponowało.
- Widziałeś, jak mi Hłasko dał w zęby?''.

Swoją awanturniczą legendę Hłasko z upodobaniem konstruuje sam. Opowiada, że trafił do redakcji ''Po prostu'', bo chciał wejść do knajpy, a pomyliły mu się drzwi. Komuś wmawia, że pije od ósmego roku życia. Kiedy ładna koleżanka odczytuje na zebraniu żenująco słaby referacik, rzuca niedbale: ''Czy ona nie może po prostu zostać dziwką?''. Wystarczy, że wyczuje w towarzystwie apetyt na przedstawienie, a zaraz jest gotów je dać. Podobnie teatralni bywają jego bohaterowie - samotni buntownicy próbujący wyłamać się z systemu. Hłasko wstrzela się w nastroje odwilżowe. Jego twórczość zaczyna być nazywana ''krzykiem pokolenia''.
''On siebie wymyślił i cała ta demonstracja wobec innych ludzi była pokazem kompensacji czegoś stworzonego na użytek ideału herosa, ale uwspółcześnionego - będzie o nim mówił aktor Gustaw Holoubek, odtwórca głównej roli w pijackim filmie ''Pętla'' (Piotr Wasilewski, ''Śladami Marka Hłaski'') - W związku z tym musiała w nim tkwić jakaś słabość. Te jego wyczyny, które demonstrował, były swego rodzaju panicznym ratunkiem przed własną słabością''.
Kobiety. Wydaje się, że ma ich na pęczki. Któregoś razu zadzwoni do wuja z pytaniem ''A wiesz, kto obok mnie leży w łóżku? Basia Kwiatkowska!''. Ale według Czyżewskiego Hłasko afiszuje się ze swymi romansami, by dać odpór męskim zalotom. Oświadcza się w zasadzie każdej dziewczynie, z którą się spotyka. A one najczęściej go nie chcą. Ma słabość do starszych, mężatek, z dziećmi. Czy przypominają mu matkę? Jego pierwszą wielką miłością ma być Wanda - spotkana po latach koleżanka ze szkoły (jej ślad pozostanie w opowiadaniu ''Pamiętasz, Wanda''). Jest też Hanka Golde, znajoma z Kameralnej, którą przyjmie się uważać za tę największą z wielkich. I Agnieszka Osiecka. Oraz przyszła żona poznana na planie filmowym. Ta jedyna, która powiedziała ''tak''.
''Ósmy dzień tygodnia'' jest koprodukcją polsko--niemiecką. Kilkanaście lat po wojnie? Ewenement. Opowiada o dziewczynie, która szuka w miłości ucieczki od ohydy świata. Marzy, aby jej pierwsze zbliżenie z chłopakiem było wyjątkowe, ale młodzi nie mają nawet własnego kąta (socjalistyczne realia nie spodobają się władzom i film poleży na półce). Główne role grają Zbigniew Cybulski i Sonja Ziemann, rozchwytywana wówczas aktorka niemiecka.
Spotkanie na planie Sonja będzie po latach wspominać tak (Henryk Rozpędowski, ''Sonja i Marek''): pewnego dnia aktorzy przymierzają się do sceny w barze. Ona siedzi przy ladzie, Cybulski obok, bliżej reflektorów. Kobieta zerka w ich kierunku i widzi Rudiego Hambacha. To jej dawna miłość, ojciec jej dziecka. Robi jej się ciepło na sercu. ''Jak to dobrze, że interesuje się moim losem, że przyjechał mnie zobaczyć'' - myśli sobie. Zaraz jednak ogarnia ją niepokój. Może nie zjawił się tu wcale w pokojowych zamiarach? Spogląda raz jeszcze. To nie Rudi.
''Młody człowiek był niemal tak samo przystojny i wysoki, nie, wyższy niż Rudi - powie Sonja Rozpędowskiemu. - Lecz w jego typie. Miał podobny owal twarzy i podobny kolor włosów, ale nosił się inaczej i trochę inaczej palił papierosa. Palił go w zwiniętej dłoni i nerwowo. Był podobny do Jamesa Deana. Nasze spojrzenia się spotkały, skrzywił się, jakby napił się octu, i patrzył we mnie uporczywie, bez zmrużenia powiek, jakby chciał mnie zahipnotyzować''.
Inne opowieści są mniej romantyczne. Według jednej z nich Hłasko, który nie zna niemieckiego, ma poprosić kolegę, aby przetłumaczył Sonji zdanie: ''Chcę cię pierdolić.''

TĘPIONY

''Do Prezesa Związku Literatów Polskich. Zwracam się do Pana z uprzejmą prośbą, aby ułatwił mi Pan wyjazd na jakiś czas do innego kraju. Nigdzie dotychczas nie byłem, nie widziałem w życiu jednego porządnego przedstawienia w teatrze; nie widziałem dziesięciu dobrych filmów (...). Nie mam niestety żadnych krewnych poza Polską; a ponieważ nie znam żadnego języka i nie mogę pojechać jako korespondent jakiejkolwiek gazety - moje szanse wyjazdu są żadne. (...) Chciałbym jeszcze coś zobaczyć i napisać, nim kompletnie zgłupieję pośród ruin, knajp i plotek. Marek Hłasko''.

''HŁASKO KOBIECYM OKIEM''

Spotkanie z Sonją w Polsce to miał być tylko przelotny romans. Na pewno nie jedzie na Zachód, by jej szukać. Zaprasza go Instytut Literacki. Przez pierwsze miesiące mieszka w redakcji ''Kultury'' paryskiej w Maisons-Laffitte. Poznaje Jerzego Giedroycia. W kolejnych latach będzie z nim obficie korespondował w sprawach publicystycznych i tłumaczył mu się z niedotrzymywania terminów (''Ja się Pana nawet trochę boję, mówiąc szczerze między nami''). Wprowadza nieco zamętu w życie domowników. Zofia Hertz będzie opowiadać, jak chodził na czworakach pod stołem, żeby reporterzy nie zrobili mu zdjęcia. Podróżuje. Odwiedza Włochy i Niemcy. Dziwi się ich krzykliwości.
Zetknięcie z Zachodem ugruntuje w Hłasce przekonanie, że świat dzieli się na połowy. Jedna jest nie do życia. Druga - nie do wytrzymania.
''Kultura'' drukuje w 1958 r. jego ''Cmentarze'', daje mu za nie nagrodę dla pisarza krajowego. Opowiadanie jest atakiem na totalitaryzm, pokazuje ludzi ogłupionych przez propagandę, niepewnych jutra. ''Proszę zmówić paciorek za moją duszę'' - pisze Hłasko Giedroyciowi, zapowiadając ten tekst. W ''Trybunie Ludu'' ukazuje się wkrótce napastliwy artykuł ''Primadonna jednego tygodnia?''. Zaczyna się w kraju oficjalne tępienie Hłaski. Wobec odmowy przedłużenia paszportu pisarz występuje o azyl w Berlinie Zachodnim. Dostaje. Ale wkrótce i tak zaczyna się starać o powrót. W podaniach pisze, że to był błąd.
Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, leci do Tel Awiwu, aby tam doczekać decyzji (ma na miejscu znajomych). Intensywnie koresponduje z Osiecką. Raz po raz wyznaje jej miłość, domaga się wierności, chce nawet małżeństwa na odległość. Ale odnowił już znajomość z Sonją. Przyjechała do niego do ''Kultury'', gdzie miał ją jakoby przywitać pytaniem: ''Czego ta gestapówka tu chce?''. W Izraelu poznaje stewardesę Esther Steinbach, która również okaże się ważna w jego życiu.
Osiecka powie w filmie dokumentalnym Andrzeja Titkowa ''Piękny dwudziestoletni'': ''Czytając takie czułe kartki czy listy i kolekcjonując jak koraliki słowo >kocham<, można by powiedzieć, że adresatka odegrała jakąś rolę w życiu piszącego człowieka. Ale (...) ja żadnej roli w życiu Marka nie odegrałam''.
Hłasko irytuje się na matkę, która nie tylko wierzy we wszystkie oszczerstwa, jakie są o nim opowiadane w kraju, ale jeszcze radzi mu, aby pisał w listach do niej i do Agnieszki, jak bardzo chciałby wrócić do Polski. Cenzura przeczyta, uwierzy, będzie lepiej. Ma na dodatek wrażenie, że rodzinę interesują już tylko jego pieniądze.
''Jeśli będę potrzebował Twojej pomocy w mojej sprawie - poproszę o tę pomoc. Na razie proszę o to, abyś absolutnie niczego w tym kierunku nie czyniła. Uczyń to w imię mojej godności i dumy, której nie straciłem jak dotąd. Jeśli ją kiedykolwiek w życiu stracę - to i tak nie wrócę do kraju, w którym mnie nie chcą'' - pisze do matki z Tel Awiwu w styczniu 1960 r.
Pozytywnej odpowiedzi nie ma. Po latach Czyżewski ustali, że służby miały go na oku od dawna. Kilka osób, które z upodobaniem upijały Hłaskę w kraju, donosiło. Tymczasem pisarz zaczyna robić światową karierę. Jego utwory ukazują się m.in. w Nowym Jorku, Helsinkach, Tokio. Gdy w Tel Awiwie pytają go, dlaczego tyle pije, odpowiada: ''To moja odpowiedź na stworzenie świata''. Dlaczego chce wrócić do Polski? ''Bo zostawiłem swoją szczoteczkę do zębów u Agnieszki Osieckiej''. Do Izraela przylatuje do niego Sonja. Decydują się na ślub.

242 DNI W KLINIKACH

Hłasko wróci do kraju dopiero po śmierci. Małżeństwo z Sonją jest nieudane. Ona robi karierę i często wyjeżdża na długie tygodnie. Ma też własne zmartwienia - jej synek jest ciężko chory. A jemu trzeba matkować. W latach 1963-65 spędza w klinikach 242 dni. Robi sceny i histerie. Czasem posuwa się wobec żony do rękoczynów. Spędza miesiąc w areszcie za wykroczenia samochodowe. Raz po raz zatruwa się środkami nasennymi i alkoholem. Znana jest też historia o dziewczynie z Izraela, której wręcza na plaży rewolwer i każe zastrzelić siebie samą. A potem jego.
Ale ma też okresy, kiedy nie pije wcale. Pracuje. Nie idzie mu to łatwo. Według Giedroycia nawet jego alkoholizm to tylko poza. Zgrywa. Roman Polański, kolega z dawnych lat, ściąga Hłaskę do USA. Mają pracować nad scenariuszem, ale niewiele z tego wychodzi. Pisarza dodatkowo przygnębia wypadek z Krzysztofem Komedą. Podczas wspólnego spaceru mają się przyjacielsko przepychać. Komeda upada. Wkrótce diagnozują u niego krwiaka mózgu. Umiera kilka miesięcy później.
Po rozwodzie z Sonją zachowuje z nią przyjazne stosunki. Być może kobieta łudzi się co do dalszego wspólnego życia, ale Hłasko chce się żenić z Esther. Nie uznaje też odchowanego syna, o którego ojcostwo oskarża go nagle dawna znajoma z Polski (dziecko ostatecznie uznaje Andrzejewski). W ostatnich latach Hłasko nie przypomina już siebie z czasów Kameralnej. Po rzuceniu palenia bardzo przytył. Ma nalaną i starą twarz. Martwi się, że nie jest dla Esther atrakcyjny, że ona nie chce się z nim kochać.
Jego ciało zostaje znalezione rankiem 14 czerwca 1969 r. w mieszkaniu znajomego filmowca w Wiesbaden. Oficjalna przyczyna zgonu: przedawkowanie środków nasennych w połączeniu z alkoholem. Bliscy wykluczają samobójstwo. Miał plany na przyszłość, kupiony na najbliższe dni bilet do Izraela, na warsztacie obiecujący scenariusz. Niedługo przed śmiercią, w wieku 35 lat, zrealizował marzenie z dzieciństwa - ukończył szkołę pilotażu.



Marek Hłasko i Krzysztof Komeda w mieszkaniu Marka Nizińskiego, 
wrzesień 1968 r. 


Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko w Kazimierzu Dolnym, rok 1957