środa, 4 marca 2015

C.D. JANUSZ ANDERMAN OPOWIADANIA



KOMISARIAT NA KAZIMIERZU

Tę fotografię musiał zrobić ktoś, kto miał lampę błyskową, bo była wtedy głęboka noc i czuje się, jak betonowe płyty na Rynku Krakowskim oddają jeszcze dławiący upał przeszłego dnia. Siedzimy na kamiennej ławie i lgniemy plecami do ściany ratusza; może głazy w murze nieco ostygły i dają chłód?
Pijemy ciepłą wódkę, wielu z nas nie potrafię rozpoznać, ale widzę, jak ta ciepła wódka dławi i Piotra Skrzyneckiego, i Wiesława Dymnego, i Waldemara Żyszkiewicza, poetę, i Zygmunta Koniecznego. I tego, który teraz zadziera głowę i przytyka flaszkę do ust, jakby trąbił hejnał; ma na sobie pasiastą koszulę, w której wygląda jak bułgarski matros i to na niego najpierw położyli oko milicjanci, gdy zatrzymała się przy nas nagle milicyjna warszawa.
Sytuacja w Krakowie była napięta, miesiąc wcześniej 7 maja 1977 roku w bramie przy Szewskiej znaleziono zwłoki zamordowanego przez bezpiekę studenta Stanisława Pyjasa. Ściągnięto potem do Krakowa z odległych miejsc wielu milicjantów; w obcym mieście czuli się niepewnie, byli przez to bardziej brutalni i nic im nie mówił słomkowy kapelusz z piórkiem Skrzyneckiego.
Chcieli zabrać tylko bułgarskiego matrosa, bo w samochodzie było jedno miejsce, ale gdy oświadczyliśmy, że nie zostawimy go w potrzebie, wezwali pakowną nyskę, która powiozła nas na komisariat, aż na Kazimierz.
Ustawiono nas w obskurnej izbie; kilka blaszanych szaf i stół, za którym panoszył się rozwścieczony sierżant.
- Kumie, kumie! - jęczał do niego Dymny, a spisujący nas sierżant podrywał się z zydla i jak szlachciura macał u boku za karabelą; pała od częstego używania rzeczywiście była wygięta w łuk.
Manewrowałem przy brudnej ścianie tak, by jak najdalej się odsunąć i odwlec moment spisywania; mieszkałem w Warszawie, do Krakowa przyjechałem na parę dni, od roku nie byłem nigdzie zameldowany, a za brak meldunku powyżej trzech dni było kolegium i przy tym ujawnienie faktu, że od roku ukrywam się, jako absolwent filologii, przed zagładą, jaką byłoby wcielenie na rok do szkoły oficerów politycznych.
- Zawód! - ryczał sierżant do Żyszkiewicza.
- Filozof - odpowiedział Żyszkiewicz, zgodnie z prawdą, a sierżant porwał się na równe nogi i macał na oślep u boku.
I gdy zostałem do spisania tylko ja, wybiła szósta rano, a do pokoju wkroczył sierżant z kolejnej zmiany i z obrzydzeniem popatrzył na pozostawione przez kolegę papiery; na jego szczerym obliczu widać było trud myślenia o pracy, która go jeszcze z nami czeka.
- Wicie co - odezwał się, zapatrzony w blat stołu - wicie wy co, bajoki, a dali, spierdalajta wy mnie stąd! Co to, ja... - i już nie wiedział, co dalej mówić, pogubił się.
Wyszliśmy w poranny upał, artyści z Piwnicy pod Baranami wyglądali wśród tych pokrytych liszajem epoki murów jak egzotyczne ptaki i gdy już chcieliśmy ruszyć przed siebie, w drzwiach stanęła olbrzymia, dwumetrowa milicjantka i patrząc na nas, mówiła jakby do siebie, spokojnie i beznamiętnie: gnoje, śmiecie, jakby mnie tak dali tego karabina maszynowego, postawili was pod mur i powiedzieli mnie: strzelaj do tych gnojów kurewskich, to ja bym do was z tego karabina maszynowego, do was, gnoje, seriami, seriami, seriami...
I obszerna twarz rozmarzyła się jej na ten obraz, a ja zobaczyłem w tym momencie, jak Skrzynecki znienacka zbladł.



O SZKODLIWOŚCI PALENIA


W Oborach pod Warszawą jest dwór z oficyną; po wojnie urządzono tam dla pisarzy dom pracy twórczej. Być może powstały w Oborach jakieś dzieła, ale wydaje się, że była to działalność uboczna, do tego stopnia zapomniana, że nie tak dawno zasłużona i wysłużona autorka robiła mi gorzkie wymówki, gdy wieczorem usiłowałem przepisać kilka zdań na maszynie. W dawnych latach odgłosy dziobania na maszynach przebijały się czasem przez oponę gromkich toastów, chóralnych przyśpiewek i cichych łkań porzuconych eseistek.
Na wyjazdy do Obór dobierały się składy pokoleniowe; starsi pisarze siadywali godnie na tarasie dworu i nieśpiesznie omawiali; kiedyś, gdy tak siedzieli o zmierzchu, w alejce, opasującej rozległy klomb, wychynęła z mroku maleńka, nigdy nie starzejąca się autorka; trzymała za rękę swojego batalistę i idąc, podskakiwała jak niezrównoważona dziewczynka, aż furkotały nogawice spodni; jakże ona łatwo przerzuca sobie zaganiacza z nogawki do nogawki, odezwał się z tarasu sędziwy poeta i zaraz wrócił do sytuacji międzynarodowej.
Młodsi nie lubili opuszczać oficyny, tym bardziej że śniadania roznoszono po pokojach i szkoda było tracić czas na obiady w dworskiej jadalni.
Dni i noce szły płynnie, mało zauważalnie i ten spokój rzadko był zakłócany. Czasem tylko miały miejsce jakieś mało istotne zajścia, ale nikt na nie nie zwracał uwagi. Kiedyś raptownie obudziłem się nad ranem; panowały jeszcze ciemności. Drzwi oficyny nie były zamykane na noc, by nie odciąć drogi powrotu tym, którzy lubili się błąkać po parku, i teraz usłyszałem jakieś łoskoty, szuranie, jęki i dyszenie, jakby zboczeniec, który wkradł się do naszego domu, ciągnął przez korytarz zwłoki kolosalnej poetki, wypełniającej dotąd sąsiedni pokój. Ale gdy przemogłem strach i wyjrzałem, przekonałem się z ulgą, że to tylko Miron Białoszewski, który funkcjonował wyłącznie nocami, chce sobie umaić pokój i w tym celu ściąga z parku olbrzymie konary utrącone przez szalejące niedawno pioruny.
Mnóstwo zdjęć zachowało się z tych Obór; najwięcej z końca lat 70., bo wtedy jeździło się tam najwięcej; dołączałem do Anki Kowalskiej i Jacka Bierezina. Za murem, przy zabudowaniach dawnego majątku Potulickich, był wiejski sklepik, w którym można było nabyć w drodze kupna osiemnaście gatunków wódki; czas spędzaliśmy wesoło i beztrosko. I chociaż w tamtych latach widywaliśmy się każdego dnia, to Warszawa gnieździ się tylko w pamięci; na zdjęciach z Obór jesteśmy więc realni i bardziej prawdziwi.
Jedno z nich: obok nas siedzi ktoś o dziwnej twarzy w cętki, jak po epidemii ospy, i gruntownie opowiada tragiczną historię; to prozaik Leszek Płażewski, którego, jako byłego boksera Gwardii, nic nie jest w stanie pozbawić spokoju. To było prawie dwadzieścia lat temu: Płażewski urządzał nowe, siedemnastometrowe mieszkanie i postanowił kupić do kuchni szafkę. W mroźny dzień udał się do Rotundy po pieniądze; miał książeczkę oszczędnościową, na wszelki wypadek na hasło. I gdy chciał wejść do Rotundy, przypomniał sobie, że tego hasła nie pamięta. Zatrzymał się, sięgnął po papierosa, zapalił zapałkę i ocknął się w przejściu podziemnym; zakrwawiony, z ćwiekami szkieł, wbitymi w twarz, umykał po chwili Marszałkowską przed gromadą goniących go ludzi; bał się samosądu, ale oni chcieli go tylko schwytać i doprowadzić do pogotowia na Hożą. Gdy po paru dniach zjawił się w Oborach, by dojść do siebie, z plikiem banknotów, które dostał ze Związku Literatów jako zapomogę, dalej nie był pewien, czy to przypadkiem nie jego papieros zniósł ten budynek z powierzchni ziemi wraz z ludźmi.
A teraz, na zdjęciu, opowiada, jak schował pieniądze pod poduszkę, ale nie mógł się pohamować i pochwalił się nimi przed młodym tłumaczem, który mieszkał obok i właśnie go odwiedził. Tłumacz na widok pieniędzy poczuł gwałtownie pragnienie i zaproponował wyprawę taksówką do SPATiF-u w Warszawie. Ponieważ była już noc, Płażewski ostatkiem sił odmówił, a udając się do toalety, jako realista, zamknął tłumacza na klucz. Gdy wrócił, pokój był bez tłumacza i bez pieniędzy, a pod otwartym oknem, piętro niżej, czerniła się w zaspie jama, od której wiodły w dal odciski chwiejnych stóp.
- I gdzie on teraz taryfę złapie - martwił się szczerze Płażewski. - 20 stopni mrozu, zadymka, noc, a my tu sobie w cieple... gorzałkę... i na co ja tę fajkę zapalałem wtedy...


UPADŁE ANIOŁY



Dziewiętnastego sierpnia siedemdziesiątego szóstego roku wysiedliśmy z Edwardem Stachurą z pociągu na poznańskim dworcu; Stachura długo się wahał, czy przyjąć dziwaczne zaproszenie na ten spęd, ale w końcu z ciekawości je przyjął. Przez pomyłkę zaproszono go na zjazd autorów fantastyki naukowej i trudno odgadnąć, jak w ogóle mogło dojść do takiego grubego nieporozumienia.
Hotel Polonez był w tamtych warunkach hotelem luksusowym i tam umieszczono fantastów naukowych. Przez kilka wieczorów, myląc zręcznie portierów i agenciaków hotelowych, przemykałem do windy; w pokoju Stachury stał olbrzymi fotel, obity wytwornym skajem; na tym fotelu spałem.
Zjazd urządzono z wielkim rozmachem i brali w nim udział najważniejsi aparatczycy z partii i władz miasta. Ich liczna obecność tłumaczyła się bardzo prosto: gościem honorowym, który podnosił rangę imprezy gdzieś w przestworza, był słynny radziecki kosmonauta.
Najważniejszym i niecierpliwie oczekiwanym punktem programu czterodniowych obrad było pieczenie barana, nazwane przez organizatorów tradycyjnym pieczeniem barana. Misterium odbyło się w podpoznańskich lasach, dokąd wywieziono kongresowiczów; las stał niewzruszony, ale i tak wydawało się, że porusza się i pulsuje niespokojnie; za każdym pniem kręcił się nerwowo funkcjonariusz w cywilu z krótkofalówką w ręku i pilnie wypatrywał niespodziewanych zagrożeń. Bezpieczny kosmonauta radziecki podnosił w górę głowę; jego szerokie oblicze smagały odblaski ogniska, a pełen obrzydzenia wzrok myszkował gdzieś wśród gwiazd. Zbici w gromadę autorzy fantastyki naukowej śledzili z nabożeństwem każdy ruch żywego dowodu swoich rojeń.
Ale kosmonauta radziecki przecknął się nagle, umiejętnie przyswoił szklankę wyborowej, powąchał na zagryzkę własny kciuk, rozejrzał się przytomnie i otworzył usta:
- Nu da - powiedział - priekrasno, da, nu poczemu diewoczek niet? Żenszczin nado! - rzucił twardo, patrząc z niechętną troską na autorów fantastyki naukowej, wśród których rzeczywiście nie było ani jednej kobiety.
Dygnitarze partyjni struchleli na moment, ale natychmiast doszli do siebie; żwawo zaczęły bełkotać krótkofalówki, padło kilka żelaznych komend i doprawdy nie minęło wiele czasu, kiedy na polanę wdarł się jak tur rozpędzony autobus, wypełniony barwnymi niczym stado pawi poznańskimi prostytutkami, wyłapanymi w błyskawicznej akcji po hotelach.
- Nu da, choroszo - rozjarzył się z zadowoleniem radziecki kosmonauta i z uznaniem powiódł wzrokiem po dygnitarzach. - Mołodcy!
Prostytutki rozpierzchły się po polanie, by oswoić niecodzienne miejsce pracy, a zbici w gromadę autorzy fantastyki naukowej cofnęli się w nagłym popłochu; baran majestatycznie obracał się na rożnie w pomrukach palonego tłuszczu.
Gdy następnego dnia opuszczaliśmy hotel, do Stachury podszedł od niechcenia jeden z tajniaków.
- Ten z długimi włochami - zagadnął - to na co on się tak do pana przesmykiwał, panie autorze? Co on kompinował? Że my oczu nie mamy? My oczy mamy dookoła głowy, panie autorze, jak ten Pele. On się nie musiał przesmykiwać, bo my dostaliśmy instrukcje na odprawie. Wiecie, powiedzieli nam na odprawie, tu, prawda, autorzy poważni przyjadą ze stolicy i z innych stolic, ranga, prawda, jest najwyższej wagi, kosmonauta radziecki, czynniki partyjne na szczeblu, prawda, żadnych incydentów niezadowolenia, żeby zabezpieczyć. A tacy autorzy, prawda, powiedzieli uświadamiająco, to rozumiecie, różne tam mają zwyczaje i przyzwyczajenia skądinąd. Niejednokrotnie niejeden z nich, to na ten przykład będzie wolał chłopa, a nie babę. I gdyby taka dana sytuacja miała miejsce, żadnych interwencji, bo mogiła. Tak, że ten tu - znów pokazał brodą na mnie i skrzywił się w nagłym przypływie mdłości - był w prawie, żeby do pana, panie autorze, mieć przystęp. A autor to jest autor, i jego się już nie zmieni, powiedzieli nam na odprawie.
Wtedy zrobiłem im z oddalenia to zdjęcie; jest na nim niepozorny emerytowany esbek, dorabiający w służbie hotelowej, i Stachura, z ustami rozdziawionymi ze zdumienia.
 .