środa, 4 marca 2015

C.D. "ŚWIŃSKIE RYJE"




W Hamlecie, również pokazywanym na warszawskim festiwalu, oglądaliśmy zdegradowany świat psów, w którym wyłącznie główny bohater został obdarzony zdolnością autorefleksji, w olśniewających monologach kontemplując swoją psią kondycję. Bohaterów Rewizora Kolada potraktował okrutniej: nie wyposażył ich co prawda w zwierzęce atrybuty, odebrał im jednak zdolność myślenia egzystencjalnego i, co gorsza, niemal kompletnie odarł logikę ich działań z jakiejkolwiek celowości. Mówiąc brutalnie, reżyser zobaczył Gogolowską prowincję jako plugawe gniazdo klinicznych idiotów, tak bezwolnych, że aż niezdolnych do elementarnego rozpoznania sytuacji, w jakiej się znaleźli. Ergo: całkowicie niezdolnych do udziału w dramacie. Bo wyobraźmy sobie, co dzieje się z akcją sztuki Gogola, jeżeli wiadomość o przyjeździe stołecznego urzędnika nie wprawia mieszkańców miasteczka w strach? Jeżeli nie rozumieją, co się wiąże z ewentualną demaskacją ich zaniedbań, minoderii, kombinatorstwa? Jeżeli są zbyt głupi, by zadbać o swój choćby najbardziej egotyczny interes? Wówczas cała maszyna zaprogramowana przez autora siada. Choć oczywiście można przy okazji Rewizora bawić się w trochę przaśny, trochę straszny ludzki chlew. Pytanie jednak, czy Gogol jest do takiej zabawy najodpowiedniejszym autorem?
Chyba tylko nerwowy Horodniczy Krzysztofa Stelmaszyka, jako jedyny zaangażowany w tworzenie fasady dobrobytu swojego miasteczka, byłby w stanie zrozumieć grozę tej sytuacji. Zresztą to z jego ust pada w finale spektaklu znamienne rozpoznanie: „Wszędzie jakieś świńskie ryje zamiast twarzy”. I ma absolutną rację. Tyle tylko, że Gogol, żyjący ponad wiek przed twórcami teatru absurdu, wbrew pozorom nie napisał dramatu o zezwierzęceniu człowieka. Czytanie Rewizora w duchu Ionesco razi nieadekwatnością – jest bowiem znacząca różnica między opowieścią o katastrofalnym rozkładzie więzi i degradacji języka a sytuacyjną groteską o małości człowieka, choćby i w planie egzystencjalnym.
Ponieważ reżyser pozbawił dramat Gogola sytuacyjnego kręgosłupa, destrukcji ulega też cały zapisany w dziele komizm. Podczas gdy autor Rewizora wydobywa śmieszność swoich bohaterów w toku wartkiej akcji, demaskuje ich małość, stawiając w sytuacjach bez wyjścia, Kolada proponuje przeskalowany slapstick. Głównym chwytem komicznym jest u niego ślizganie się w błocie, efektowne upadki oraz babranie sobie kostiumów i twarzy czarną mazią. Wykonane z większym lub mniejszym wyczuciem efektu, powtarzane przez niemal trzy godziny, staje się w końcu męczące i płonne.
Ciężko wobec tego rozstrzygać, jaki interes ma w całej tej sytuacji Chlestakow, skoro w roli łapówek mieszkańcy miasteczka wręczają mu garściami błoto… Choć rzecz jasna uwodzi córkę i żonę Horodniczego, które Kolada, nieco nadrealistycznym gestem, wprowadza na scenę w sukniach ślubnych. Bardzo dosadna scena gwałtu na obu kobietach jest kulminacją opowieści, w której zwierzęca bezmyślność prowadzi w końcu do przemocy. Prowincja czy stolica – wszystko jedno, w każdym z nas siedzi okrutna bestia, zdaje się mówić reżyser. Szkoda, że grającemu tę kluczową rolę Erykowi Kulmowi nie starczyło nerwu, żeby podejść do niej bez asekuracji i pójść do końca w straceńczy koncept Kolady.
Bez trzymanki, ale do sensu, gra za to trójka aktorów drugiego planu. Modest Ruciński i Łukasz Simlat – jako Bobczyński i Dobczyński – grają jak opętani. W gwałtowności ich słownych i cielesnych reakcji jest grubymi nićmi szyty komizm, ale i ton rozpaczy, jakby z całych sił chcieli się wydostać z trybów farsowej maszyny. Obaj panowie powinni natychmiast dostać etaty na wydziałach aktorskich, żeby uczyć studentów sztuki slapstickowego upadania i potykania się – w Rewizorze robią to w sposób zupełnie widowiskowy. Z kolei Łukasz Lewandowski kradnie całą długą sekwencję skarg wiejskiej społeczności na Horodniczego – ot, siedząc z boku sceny i mamrocząc pod nosem nazwisko swojego bohatera: „Siemlianika”. Co chwilę nachyla się też ku drewnianej zastawce i szepcze coś przez szparę, oglądając się, czy nikt nie podsłuchuje. Jest w tym jego mamrotaniu coś porażającego – aktor tworzy rysunek człowieka, z którego w niekontrolowany sposób ulewa się obrzydliwość. Nie dlatego, że ma interes w tym, by na kogoś nakablować przez dziurę od płotu, ale dlatego, że jest z gruntu bezmyślny i podły. Lewandowski, Ruciński i Simlat wzięli kulawy koncept reżysera za dobrą monetę, nie uratowali co prawda spektaklu, ale stworzyli wspaniałe solówki.
Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem równie radykalnej w swojej goryczy, ale też i niezbornej interpretacji tego dramatu. Finał spektaklu, w którym następuje odarcie z szat oraz publiczne „ukamieniowanie” – błotem, ma się rozumieć – Bobczyńskiego i Dobczyńskiego, pokazuje, że jedyną relacją, do jakiej zdolna jest ta społeczność, jest zwierzęca agresja. Wobec tego nawet tradycyjny taniec wiejskich bab z początku przedstawienia wygląda wyłącznie na gorzką ułudę wspólnoty. Pod tym sugestywnym obrazem ludzkiego bagna nie stoi jednak ani przemyślana prowokacja, ani zwarta artystyczna konstrukcja. Reżyser posunął się o kilka kroków za daleko – zgubił całą logikę tekstu, który oczywiście poddaje się rozmaitym interpretacjom (mamy na to w Polsce kilka świetnych przykładów), jednak literatura postawiła opór.
Gest dyrekcji Teatru Studio był skądinąd szlachetny – w ostatnich miesiącach trudno nam patrzeć na Rosję inaczej niż przez pryzmat agresywnej polityki międzynarodowej. Stworzenie szansy, by zobaczyć współczesną Rosję w większym skomplikowaniu, niż przedstawiają to media, choćby poprzez obcowanie z jej najnowszym teatrem, jest cenne. Kolada, z pochodzenia Ukrainiec, niekryjący jednak proputinowskich sympatii, mało mówi o polityce w swoich przedstawieniach. Zapada w pamięci i budzi niesmak obraz „złej Ameryki” w Tramwaju zwanym pożądaniem, przedstawionej niemal na radziecką modłę. Można by też szukać w prezentowanych na festiwalu spektaklach, choćby w ciekawym Hamlecie, wątków dotyczących charakteru despotycznej władzy. W Rewizorze zaś pada tylko jedna, być może zupełnie nieznacząca, aluzja do bieżącej sytuacji na świecie. Horodniczy, zaaferowany wieścią o rychłym przyjeździe stołecznego urzędnika, rzuca w pewnym momencie pytanie: „A może Rosja szykuje wojnę?”. Stojący nieopodal Łukasz Lewandowski bierze w rękę garść błota, podrzuca do góry, imitując dźwięk spadającej bomby. Ale tak Horodniczy, jak i Kolada szybko porzucają tę myśl i do końca przedstawienia już do niej nie powracają.

Teatr Studio w Warszawie
Rewizor Nikołaja Gogola
tłumaczenie Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria, opracowanie muzyczne, koncepcja scenografii i kostiumów Nikołaj Kolada
współpraca scenograficzna i światło Justyna Łagowska
choreografia Maćko Prusak
premiera 7 listopada 2014