piątek, 13 marca 2015

Mirosław G. Majewski


Z I E M N I A K - c.d.


***

To był okropny widok!
Jak zwykle przed pisaniem powieści, przed teatralną premierą, przed świąteczną gorączką czy przed szybkim numerkiem pod starym kasztanem w miejskim parku.
Wszystko było porozwalane, porozrzucane, walało się tu i tam, bez wyraźnego powodu, jakby z natury.
Czułem się w obowiązku to wszystko posprzątać, poukładać, poustawiać na swoje miejsca. Szczególnie Karla, którego dręczyło sumienie przez ten nocny wypad do kopca.
Z chaosu miał się wyłonić ład!
Porządek.
Powieść!
Kopiec!
Z tym, że moim zdaniem w tym chaosie i tak był już jakiś porządek, sam przez się... Był... Jest? A może go zachować? Można przecież przy odrobinie dobrej woli zgodzić się na taki stan rzeczy! Na Asymetryczność. Na nocną napaść na pegeerowski kopiec?!
Gdyby tylko ten pisarz od siedmiu boleści przestał eksperymentować.
- Proszę niczego nie ruszać!
- Dlaczego?
    - Jestem Scenografem, to moja robota. Dlatego!
    - A ja niby kim jestem?
    - Tego nie wiem. Może Narratorem.
    - No tak. Bo chodzi mi o to aby przynajmniej te krzesła poustawiać na nogach, niech sobie tam stoją przy tych stolikach. A w ogóle to jakoś tu szaro i tak ponuro. Nijako tak! Jak w opowiadaniach niespełnionych pisarzy czy podstarzałych hippisów!
    - Za przeproszeniem, ten widok, ta dekoracja jest w pańskiej głowie. I tylko w niej. Hermes, kartofel, Grisza, teatr i kamieni kupa! Więc, byłbym nieco ostrożny z tymi określeniami.
    - W mojej głowie? O mój Boże!
    - Tak. To zwyczajny strumień świadomości... No, może troszkę kontrolowany...
    - A!... Nie!... Jeśli to zwyczajny strumień świadomości, to... To... nie...No, chyba żeby te krzesła... i z tamtego kąta trzeba by je pościągać ze stołów. Niech nie drażnią sufitu tymi swoimi cienkimi nogami. Te nogi kują niebo!
    - W sumie to się da zrobić. Chyba... (kują niebo, poeta od siedmiu boleści)
    - Zadowolony?
- Teraz tak. Niech pan pomyśli panie Scenografie, gdyby wcześniej ktoś tu przyszedł, jakiś taki niezapowiedziany gość, widz, klient, pacjent, czytelnik, celnik wierny, albo nie daj Boże Sławek z Miechowa. Co by sobie pomyślał?
- Nie wiem.
- Nie wie pan?
- Nie wiem coby sobie pomyślał Sławek z Miechowa i raczej nie chciałbym tego wiedzieć. A pan jak myśli, powinienem wiedzieć?
- Sam już nie wiem – Narrator bez wyraźnej potrzeby obejrzał się za siebie. - To raczej niebezpieczne znać myśli Sławka.
- O! Otóż to. To bardzo niebezpieczne panie Narratorze?
- W rzeczy samej, to bardzo niebezpieczne poznać myśli Sławka.
- Ale w sumie powinien pan je poznać. Poznać dogłębnie, może znalazłby pan diament w popiele.
- Tak pan uważa?
- Tak, a poza tym jest pan Narratorem.
      - Ano tak. To rzeczywiście powinienem.
      Nastało niezręczne milczenie potrzebne do zwrotu akcji, to zlepienia dwóch niepasujących do siebie połówek.
- A widzi pan!
- Czy ja widzę?
- Mówię chyba wyraźnie?
- Tak. Widzę!
- Widzi pan! A jednak...
- Tak. Widzę. Nadchodzą.
- Nadchodzą? Już? Przecież tu jeszcze taki bałagan. A ilu ich?
- Ilu? Chyba czworo. Jak się mówi czworo czy czterech.
- Zależy kto idzie.
- To chyba faceci. Czterech facetów. A może i pięciu. Jakoś tak nierówno idą...
- Co to za jedni?
- Chyba aktorzy. Tak mi się wydaje. Bo to jakaś scena, czy coś w tym rodzaju.
- Scena? Co za scena?
    - W pańskiej głowie. Taka szara i ponura. To chyba scena teatralna, nawet widzę budkę suflera i cień wielkiej góry!
    - W takim razie to rzeczywiście scena. Od urodzenia noszę ją w sobie. A jeżeli scena, to ja już spi..., znikam, dobrze? Pan jest Scenografem, więc poradzi sobie pan z tymi aktorami, z tymi scenami i...Co?

***

Przy stoliku siedzi pięciu mężczyzn w uniwersalnym wieku i takiej urodzie. Idealnie wtapiają się w szaro-burość.
      - Słyszeliście?
      - O tym chłopcu?
      - Nie! O tym kopcu!
      - Ja chyba coś słyszałem.
- Panowie. Zanim przejdziemy do dyskusji, interesującej mam nadzieję, musimy sobie najpierw poradzić z naszą tożsamością. Nawet nie jesteśmy ponumerowani, więc czytelnik nie będzie miał bladego pojęcia, który z nas wypowiada jaką kwestie.
-Tak. Ma pan rację panie Artysto. – Potwierdził Bezdomny przypominający Lecha Krzywickiego zwanego Hermesem
-A pan, panie Polityku?- Artysta zwrócił się do szaroburego mężczyzny z czerwonym akcentem którym niewątpliwie był jego krawat.
- No, ja myślę, że skoro...- Podrapał się po łysinie. – Niewątpliwie...I...
- Pierdoli, pierdoli, pierdoli... Jak zwykle pierdoli!
- A pan, za przeproszeniem, to kto? – Oburzył się Polityk.
- Panowie!- Rozłożył ręce Bezdomny - Na widowni mogą być dzieci.
- A ja za przeproszeniem jestem Elektorat. Jan Elektorat.
Artysta zrobił ręką kółko nad stolikiem. Była to werbalna oznaka jego zdumienia. Takie kółko. Kółko nad stolikiem.
    - Ja chyba słyszałem, to samo co słyszeli panowie, czyli rozmowę Narratora ze Scenografem. – Artysta nadal robił kółka zdziwienia.
    - Ja bym nie drążył na siłę tego tematu. – Bezdomny złożył ręce jakby do modlitwy – i tak pozostaną wątpliwości.
    - Myślę, że ma pan rację. Proponuję skupić się na naszym istnieniu. Przypuszczam, że mamy jakąś rolę do zagrania – Artysta zaprzestał robienia kółek i spojrzał na wszystkich z jakąś taką nieuzasadnioną satysfakcją w oczach. Chyba był dumny ze swoich kółek.
    - Myślę..., mimo wszystko wrócę do tematu. – wtrącił się do rozmowy jak dotąd milczący Krytyk. – Podejrzewam... – Starał się zmienić początek - Znaczy jestem pewien, tak myślę, że Narrator robi jakieś eksperymenty z nami... Podejrzewam też, że... - tu zawiesił głos dla podgrzania atmosfery - że nie ma weny twórczej i próbuje zrzucić odpowiedzialność na nas. Zwyczajnie chce nas wrobić! Dlaczego panowie tak na mnie patrzą?
    - Ja wcale tak nie patrzę. – zaprotestował Bezdomny.
    - Jak pan nie patrzy?
    - Tak jak Polityk, Jan Elektorat i Artysta. Właśnie tak nie patrzę.
    - A jak pan patrzy?- drążył temat Krytyk.
    - Patrzę zwyczajnie. Jak Bezdomny patrzę. Zwyczajnie.
    - Proponuję jako Polityk aby Bezdomny, jako bezdomny, nie miał prawa głosu w dyskusji. Kto jest za? Dziękuję. Kto jest przeciw? Dziękuję. Kto się wstrzymał? Dziękuję.
    - Skoro nawet nie ma domu, to może i nie mieć głosu. – Bez zbytniej pewności w głosie i z opuszczoną ze wstydu głową, zauważa, cicho zauważa Jan Elektorat.
    - Panowie! Na Boga! To jest jawna dyskryminacja! – Artysta wali pięścią w blat stołu – A zresztą co to było za głosowanie? Nikt nawet ręki nie podniósł!
    - Artysta ma rację. – Wtrącił się Krytyk rozkładając ręce – Obawiam się, że to Politycy doprowadzili Bezdomnego do bezdomności. Postuluję, aby...No! Wiecie sami...
    - Zresztą, ja i tak mam w dupie co panowie ustalą. Jestem Bezdomny a więc nie mam nic do stracenia i wszystko mi wisi. Jestem bezdomnym z wyboru. W ten sposób pozbyłem się wszystkich lęków, stresów, traum i chuj wie czego jeszcze... A co to za chłopiec tam siedzi?
    - Gdzie? - Artysta ruszył za wzrokiem Bezdomnego. W ślad za Artystą ruszył Krytyk, Jan Elektorat i Polityk.
To siedział Karol, kiedy był jeszcze Karlem.
Siedział i patrzył w ziemniak, lub jak kto woli kartofel ukradziony dziś w nocy z kopca należącego do PGR.

Karl, Karol, Franz, Fiodor, Gerard, Grisza, ziemniak, kartofel, nic nie jest takie jak nam się wydaje...