poniedziałek, 16 marca 2015

MAŁGORZATA KÖHLER



  WSZYSCY LUDZIE 

ARCHITEKTA



Żywa natura z rękawiczką


Mokra jak szmata na zmywaku, szara, obok niej przebiśnieg.
Nierówna to para w gruzach ogrodu Gretl - śnię

od wczoraj tylko ją (dziś stopniał ślad butów
tego człowieka, który wyrwał kratę
w drzwiach pod tarasem. Weszliśmy bez trudu)

- on, przednia straż marca, pionek bez znaczenia,
i napuchła, dawna piękność z żółtej giemzy,
wkrótce znikną razem; coś się tutaj zmienia,
taje, odtajnia, wychodzi spod ziemi
według wyższych planów.

Cały teren – śmietnik, po willi Arnade
pohulała sobie bezkarnie historia; chichot, podszepty
w kuluarach mówią, że zbiera się znowu,
rośnie
vom Osten.

*

Klasyczne kształty, idealny kwadrat,
wieżyczki w każdym rogu, lśniły w słońcu złotem.
Z okien widać było fabrykę na Moys, ale potem zarosło.
I most, kolejowy, to tamtędy szło wszystko na Europę:
kabury i kufry, pasy, tajne skrytki, które mogły się przydać.
I tamtędy to przyszło.

Na Ujeżdzie, w wagonie, ma szeroki widok na dom.
Coś mówi jeszcze, lecz właśnie odjeżdża jej pociąg,
coś za siebie rzuca, kamień, papier? Może
to ptak szybuje jak chusta nad miastem, (ja zostaję)
ona wygląda niedobrze,
w tym punkcie zdarzenia nie wie żadna z nas,
że kiedyś będę grzebać w jej śmieciach.

Chciałam chociaż guzik
po niej, po jej wytwornej, cienkiej rękawiczce
- wszystko wymiecione.

*

Margarete Arnade, lat pięćdziesiąt sześć,
wiotka jak na matronę nie przystało, przędło się
cienko i żyło niezdrowo, lecz zawzięcie; nadal
włosy płomień, gwiazda
- frau dyrektorowo, do ostatnich sreber?

A że dłużej już nie szło, to teraz w podróży,
do Theresienstadt. I właśnie samotnie
schodzi z rampy. W tłumie gdzieś się stracił Paul.
Jest luty, mżawka, i w szczelinie cegieł wschodzi zieleń,
bez sensu, za wcześnie,

i jeszcze musi myśleć w kółko o walizce
z byczej skóry, jej rączce,
gdzie Paul zaszył kilka z tych żółtawych diamentów,
które już nie poszły,
a która teraz moknie, namaka powoli na stosie innych waliz,
stracone, stracone!

Jej uszy, blade jak płatki konwalii, bez kolczyków, marzną.
Bez sensu. Bez sensu.
Trzeba było słuchać Kurta, płacić
wcześniej i więcej,
i komu innemu.

Zanim odmaszeruje, bez ubrania, myśli o chłopcu z brązu,
przy fontannie, nagim: zawsze w pół skoku do wody, bezwstydny,
tak jak go stworzył kaprys architekta,
bawił i straszył obrzezanym członkiem, zanim mu Julius, przechrzta,
dokładnie odtrącił stalowym szpicem laski tę gorszącą część.

Nic im nie pomógł wszystkim Jan Chrzciciel z kościoła
Boga, któremu ojciec oddał plac na Moysie,
ani Bóg Israela, obaj byli w zmowie.


*

O czym ona nie wie, to że Paul już poszedł
przed nią. O czym ja nie wiem - że jednak zostanie
jej walizka, że kupię za grosz na allegro
rozprutą rączkę,
podszewkę, monogram -
  • wszystko.

Zeszła na skinięcie, na stronę fryzjera,
gdzie się otwiera nowa droga. Jeszcze
żyć, jeszcze podróżować będzie
do Birkenau i dalej, nach Ost
proch, włos, skaza
w obrazie zaćmionego nieba.

Otwieram
rozdział zaklejony śliną.

Jej rude sploty wyjadą do Hannau,
stamtąd za ocean a później do urny
w ostatniej roli von Frau Irgendwelch.
Mnie wciąż dręczy guzik
rękawiczki kalekiej jak zszargany żonkil.
Ją – spóźniony wstyd
- naga nie była od dawna przed nikim,
Paul – gdzie się zgubił? - przygasł, zmalał, zczerniał,
nie dotykał, a ona nagle teraz o nim,

nie o maszynce jeżdżącej po skroni,
leżącym w błocie futrze, zimnie, psach
śmierdzących padliną,
ale o mężczyźnie,
z którym ją połączyło coś więcej niż złoto,
dzieci i kilka waliz. I jeszcze: niech biorą,
niech golą, niech żrą,
cóż znaczy łysa czaszka,
nic to dla Żydówki,
a Paul chciał od dawna.

*

Muszę ci donieść, Gretl, bo byłam tam:
kos śpiewa w tym roku wcześniej, lecz poza tym reszta
wydaje się nietknięta. Ta sama wiewiórka skacze głową w dół
po tym samym modrzewiu. Ta sama tapeta w kuchni i w bawialni.
Jakby nic się nie stało tutaj. Jakby.

Dom oddaje opary, szyby, płaci haracz, zwyczajnie, bez pośpiechu.
Takie prawa, Gretl.

Makler mówi, że z każdym pociagiem do miasta
rośnie szansa, bo każdy wiezie stada głupców
i wszyscy chcą coś kupić,
a co setny głupiec kupuje dom,

więc tak to biorąc, Gretl, twoje miejsce, każde,
nawet sekretne, pod schodami, gdzie schowałaś zeszyt
z czerwoną uwagą, zapominając ją na wiek – lub eon –
zostanie wkrótce dokładnie zbadane przez głupca, gościa,
turystę z Bawarii, Bonn albo Japonii.

Ktoś podpisze papier,
dokupi figury zdarte z postumentów,
zmieni zamki, powie: no, wreszcie jesteśmy na swoim,
kochanie. Ktoś zadrży wieczorem, stojąc na tarasie,
bo będzie ciągnąć od Moys i od rzeki,
i zostanie czule otulony szalem.

.