wtorek, 17 marca 2015

Przecież z tego się nie strzela!




Krzysztof Kwasiżur

Nawet nie spróbuję cytować tu, czy wymieniać tytułów, felietonów, czy rozpraw i rozprawek różnego kalibru traktujących o podłej kondycji poezji w Polsce. Zbyt wiele ich powstało, by istniał w naszym kraju człowiek parający się słowem (lub uważający się za świadomego czytelnika), który nie zetknął się z nimi.
Przyjmijmy, że wierzę im wszystkim. Właściwie to moja wiara nie ma tu nic do rzeczy, skoro setki mądrych głów są o tym przekonane.
Ci mądrzy, co kilka, kilkanaście miesięcy zbiorą się więc na jakimś sympozjum, lub innej „Debacie o kondycji polskiej poezji i jak ją poprawić”, pojedzą słonych paluszków, podebatują i w błogim przeświadczeniu, że zrobili coś (ergo – robią) w kierunku poprawy tejże kondycji – rozejdą się samouspokojeni.
Tymczasem żadnych kroków nie poczyniono i za kilka miesięcy ktoś znów się ocknie, iż poezja polska ma się źle, a właściwie jeszcze gorzej niż po ostatnich słonych paluszkach, podniesie raban i tak w koło Macieju…
Dopóki trup Wisławy Szymborskiej nie został dojedzony przez robaki, możemy czuć niczym nie zakłócony błogostan, że oto wcale tak źle nie wypadamy, na tle innych nacji; te debaty nie mają więc klimatu nerwowości, ani nie padają wzajemne oskarżenia.
A może powinny? Może dzięki ostrzejszej atmosferze byłyby wreszcie bardziej owocne? Może to sami biorący udział w rzeczonych sympozjach nie wierzą, że rzecz idzie o wysoką stawkę, dlatego nie kwapią się z podejmowaniem decyzji (z tego się przecież nie strzela, to tylko poezja!).
Przypuśćmy, że rzeczywiście idzie o wyższą stawkę. Co dla nas, maluczkich miało by wynikać z faktu, że wiersze w Polsce nie cieszą się popularnością, że nie są towarem atrakcyjnym?
Co z tego faktu ma wynikać dla przeciętnego Kowalskiego? To chyba pytanie, od którego zadania należy zacząć uzdrawianie bieżącego stanu rzeczy (zakładając, że jest on zły i uzdrowienia wymaga).
Pytanie skwapliwie – chyba – przemilczane, bo i najtrudniejsze. Według prawideł logiki, gdy odpowiemy sobie na pytanie: „W jakim celu to robić. (po co?)”, jasne się dla nas stanie „jak to uczynić?”
Mógłbym właściwie na tym, zawieszonym w próżni pytaniu zakończyć pisanie, tusząc, iż uruchamiam burzę myśli, ale wiem, że życie to nie bajka – nie będzie ani burzy, ani mózgów! A gdyby miały być merytoryczne wnioski, to już by dawno były!
Słonych paluszków też nie mam dla was – Panowie Literaci - więc drzyjcie gęby: „Veto!” ile chcecie, że wam krzywda, bo ktoś śmie wytykać wam braki.
To nie sejmik szlachecki, Tu się gęby nie otwiera, po to by kogoś poniżyć, obrazić. Jeśli niniejsze słowa szokują, lub są niemiłe – to tylko dlatego, że czasem trzeba potrząsnąć rozleniwionym indywiduum.
Zatem przez chwilę powstrzymajcie się od okrzyków oburzenia, a po cierpliwym wysłuchaniu (odczytaniu) do końca; drzyjcie się ile chcecie!
W kilku europejskich krajach (Francja, Szwecja, Niemcy w mniejszym stopniu, ale także) poeta nie ma tak ciężko jak u nas. Hinduskie czy arabskie wesele nie może się obyć bez zaproszonego poety, który bawi gości, lub dwóch – toczących swoisty „turniej” na wiersze.
Kraje te mają także (nieprzypadkowo) mocno rozwinięty rynek muzyki rozrywkowej i muzyki pop. A to już dla jaśnie szanownego pana poety (pani poetki) może mieć wymierne skutki finansowe – teksty wierszy są aranżowane, zespoły podpisują umowy z poetami na teksty; rozwój jednego zjawiska wpływa na rozwój drugiego! Szwecja rokrocznie zajmuje wysokie miejsce w konkursie Eurowizji i możemy się żachnąć, jak to się ma do niekomercyjnej, wyzwolonej sztuki, jaką jest poezja?
Ano tak, że czasy Komuny, kiedy pisarza-poety, którego nikt nie rozumiał, nawet cenzor, ale twórca miał kasę na wydanie, bo o to zadbało Nadopiekuńcze Państwo, on tylko zdobył zestaw pieczątek.
Nadeszły takie, w których ma się opłacić; jakkolwiek, komukolwiek, ale stało się to kwestią opłacalności. Czy to złe? Logiczne ekonomicznie, po prostu. Opłacić się wydawcy, autorowi, lub społeczeństwu, jeśli książka ma zawrzeć treści społecznie opłacalne. Może się po prostu opłacić autorowi, jako człowiekowi, by połechtać jego próżność (to też zysk stanowi). Ale na jakiejkolwiek płaszczyźnie ma być opłacalne.
Poezja – jeśli ma stanowić dla któregokolwiek z tych elementów wartość (a więc coś, w co się inwestuje czas, pieniądze, pracę by kwitła nie podupadała), powinna generować takie same zyski.
A jak na razie, w ogromnej większości stanowi ona wartość dla garstki zapaleńców, czyli poetów i literatów.
Trzeba zmienić takie status quo! Ale jak?
Otóż w dobie, gdy wszystko jest towarem, którego sprzedaż zależy od zdolności marketingowych sprzedawcy, nie innymi prawami rządzi się rynek kultury. Poezja również! I nie chodzi mi bynajmniej o tomiczki, tomy i tomiszcza poezji zalegające na półkach księgarni – te ani nie staną się mniej, ani bardziej atrakcyjne, niż są.
To sama poezja straciła swą atrakcyjność w oczach czytelnika, niczym żona w podeszłym wieku. Trzeba tą żonę w nowe, modne szaty przyodziać, tu i ówdzie podmalować, a nie wiecznie za trendami latać (operacjami plastycznymi w domyśle).
Nie idzie mi tu, w rzeczy samej, o wydawanie piękniejszych, bardziej atrakcyjnych optycznie książek z tą samą (wciąż) zawartością. Nawet mi o nowinki techniczne typu e-book, który wciąż zawiera te same treści.
I nie o odświeżenie poezji mi chodzi, które miało by oznaczać nagłe przestawienie się na nowe trendy i nowości „warsztatowe” poety – bo poezja współczesna (zwłaszcza ta głaskana przez krytykę) i tak jest mało zrozumiała przez zwykłego zjadacza chleba (co nie przeszkadza jej autorom rwać włosy z głów, że zwykły zjadacz chleba poezji kupować nie chce)!
Mnie idzie o podanie tego dania w ten sposób, by konsument nabrał apetytu nań, żeby zapamiętał to danie, jako pyszne i by mu się to danie – poezja na przyszłość kojarzyła z pozytywnymi odczuciami, nie z drogą przez mękę!
Proszę zauważyć, Jak zmieniła się kinematografia (światowa, ale i nasza, rodzima), jak bardzo różniły się oczekiwania widza lat 70-tych, 80-tych i roku 2000 na przykładzie poszczególnych części Trylogii Sienkiewicza.
Kino najszybciej podąża za oczekiwaniami odbiorcy, bo i wkład w tej dziedzinie jest największy, zatem presja, by odzyskać reinwestowane pieniądze – najpotężniejsza.
Wystarczy więc zastanowić się, jakbyśmy postępowali, gdyby wydanie naszego tomiku kosztowało 24 mln zł – koszt wyprodukowania Ogniem i mieczem w 1999 r, oskarżanego o to, że jest najbardziej „komiksową” i hollywoodzką ze wszystkich części trylogii.
Czy zatem poeta dzisiejszy ma być kuglarzem? Szołmenem?
A za co w średniowieczu bard dostawał datki, jeśli nie za rozbawianie publiczności, czy wzruszanie jej? Za raczenie gawiedzi DUCHOWOŚCIĄ, kiedy ona przyziemnością żyła. Poeta dzisiejszy tak daleko odstrychnął się od swych korzeni, że zapomniał, że jego rola jest służebna (a tak drodzy Państwo!), że to nie szaraczki mu służą, ale on szaraczkom.
Jakże to podobne do wyimku z Dekalogu dobrego wiersza, a właściwie do zasady dziewiątej. Nie cytuję, bo większa szansa, że jeden, czy drugi zajrzy.
Gdyby to były jednak wszystkie powody upadku tej muzy, można by spać spokojnie, bo choć smok okazał się wielogłowy – przecież ma wszystkie łby na wierzchu i widoczne. Ale nie! Najgorsza z tych paszcz pozostaje w ukryciu, a właściwie zamaskowaniu, udając naszego sprzymierzeńca, drąc się najgłośniej, że oto Poezja na marach leży i dogorywa…
Kto to taki, co to za lis? A ile wam - szanowni poeci – redaktorzy pism (papierowych, czy elektronicznych) płacą za publikację? Czy to nie oni Was przyzwyczajają do tego, ile poezja jest warta?

Krzysztof Kwasiżur