piątek, 24 kwietnia 2015

Niech nam żyje Prezes Dyzma!


















Świat należy do tych, co umieją skrupuły wyrzucić za okno”.

Tak pisał Tadeusz Dołęga-Mostowicz wkładając powyższą sentencję w kategorie widzenia świata przez jednego z najsłynniejszych swych literackich bohaterów…
A dziś? Co napisałby dziś?
Kiedy myślę – Tadeusz Dołęga-Mostowicz słyszę gdzieś w tle tekst współcześnie odtwarzanej piosenki zespołu Elektryczne Gitary
Czy ktoś się przyzna, że w nim jest Dyzma?
Bo taki jest czas, ile Dyzmy w nas
.
Wiem, niestety, że nikt się nie przyzna.

W czasach kiedy Autor pisał „Karierę Nikodema Dyzmy” słowo gówno uchodziło za tak wulgarne, że kropkowano je w tekstach. Dziś standardy kultury i granice jej wyznaczone przesunęły się o wiele, wiele dalej. Wolno więcej, a właściwie – prawie wszystko. Dyzma – pozostał ten sam. Różnica polega chyba tylko na tym, że współczesny Dyzma: po pierwsze nikogo aż tak nie razi, po wtóre wolno mu również - o wiele, wiele więcej…

Tadeusz Dołęga-Mostowicz – gdyż o nim chcę zdać sprawę – napisał rzecz jasna mnóstwo innych powieści. Jego twórczość – o ironio – przeszła do historii literatury wbrew wszystkim: krytykom, cynikom oraz standardowym wyśmiewaczom kultury niskiej czyli takiej: dla maglarek, pensjonarek i kucharek. O, przepraszam za seksizm – dla maglarzy, pensjonarek (brak odpowiednika) i kucharzy. Nie ten język? Język był i jest taki jak Rzeczypospolitej wychowanie. A dziś żadnego wychowania już nie ma. Dziś świat należy do tych …
No, mniejsza z tym – wiemy przecież, do kogo należy.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz urodził się w rodzinie ziemiańskiej 10 sierpnia 1898 w Okuniewie, w guberni witebskiej, zginął natomiast 20 września 1939 w miejscowości Kuty na Pokuciu. Krótkie to było życie, ale jakże intensywne i aktywne. Był popularnym (dziś powiedzielibyśmy sprzedawanym masowo) polskim pisarzem, prozaikiem i scenarzystą. Autorem kilkunastu powieści. Synem Stefana i Stanisławy z Potopowiczów. Wychowany się w atmosferze dobrobytu.
Sam Mostowicz ujął to tak:

Fatalną właściwością moich dziecinnych marzeń i pragnień było to, że wszystkie bardzo szybko … urzeczywistniały się. Jakże można długo cieszyć się nadzieją, że człowiek zostanie stangretem, gdy już w ósmym roku życia umie nieźle powozić parą koni, a nawet tandemem. Cóż zostanie z marzeń o szoferce, gdy już w jedenastym roku, z trudem sięgając nogami do pedałów, kieruje się autem. (…)
I tak już szło dalej. Po zaznajomieniu się z historią Powstań, chciałem zostać spiskowcem. Ale już od pierwszych klas gimnazjalnych należałem do tajnych organizacji patriotycznych, ponosząc wszelkie tego konsekwencje.
Z kolei zachwycony »Trylogią« Sienkiewicza, widziałem siebie z szablą w dłoni w brawurowej szarży kawaleryjskiej. Byłem jeszcze gołowąsem, gdy i to marzenie się ziściło (wojna polsko-sowiecka 1920). To samo z kierowaniem wielkim dziennikiem politycznym”.

Ta wypowiedź dobrze oddaje świat Dołęgi-Mostowicza i jego ogólny zarys stosunku do życia. Mało jest materiałów biograficznych tej ciekawej postaci. Wywiadów udzielał bardzo, ale to bardzo niechętnie. Wracając do faktów - w 1915 roku ukończył gimnazjum w Wilnie, a następnie rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Kijowie. Należał w tym czasie do konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Wojna, a potem Rewolucja odcisnęła się mocno na losach Rodziny Mostowiczów (herbu Dołęga- stąd pierwszy człon nazwiska).
W końcu, po wielu perypetiach, trafił w 1918 roku do Warszawy, gdzie zaciągnął się ochotniczo do wojska. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W latach 1922-1926 był współpracownikiem, a następnie redaktorem dziennika „Rzeczpospolita”.
Jako felietonista używał wówczas pseudonimu C. hr. Zan. I jak chrzan – był ostry oraz - dla wielu – nie do wytrzymania.

Ja nie piszę, tylko zarabiam – mówił Tadeusz Dołęga-Mostowicz. – Gdy zarobię wystarczająco dużo i zbiję majątek, wezmę się do pisania czegoś wielkiego i prawdziwego. Myślę, że nastąpi to, gdy skończę pięćdziesiątkę”.

Nie było mu dane słowa dotrzymać. Jako człowiek swojej epoki nie potrafił skrupułów wyrzucić za okno.
Relacje ze śmierci 41 letniego mężczyzny są dość różne. Generalnie wiemy, że musiał zachować się i zginąć w sposób godny i wielki, gdyż żegnał go tłum ludzi, a historia oddała mu to co zabrała za życia – ogromny szacunek.
Sprzeczne opisy śmierci udało się częściowo zweryfikować, zwłaszcza po ekshumacji. Mostowicz przecież nie zginął jak tchórz i uciekinier. Chciał – jak to zawsze On – pomóc ludziom, na coś się przydać, coś zorganizować. By wreszcie spełnić swój żołnierski obowiązek. To z dzisiejszej perspektywy fantastyczna postawa. Musimy też, uzmysłowić sobie kontekst prozaiczny – miał w 1939 roku ponad 40 lat i był bardzo, ale to bardzo, bogaty. Zaszczytny obowiązek obrony Ojczyzny … mógł go po prostu (z pomocą ….) ominąć. Nie chciał tego. A ludzie to docenili.

Owszem, zaznał ogromnej popularności, ale z powodu niemiłosiernego wyszydzania stosunków panujących w Rzeczypospolitej , a zwłaszcza wśród jej elit, był traktowany wręcz jak paszkwilant, który podważa zasługi sanacyjnych osobistości oraz zaufanie do ich działań „na rzecz państwa i narodu”. Ta śmierć – jako prostego żołnierza, wypełniającego do końca powinność, a do tego od kul zdradzieckiego okupanta zza wschodniej granicy – ten szacunek mu oddała. Jak już wspomniałem oddała mu też go historia. Historia jednak, jak wiemy, jest bezosobowa, niczego nie odda bez siły sprawczej w postaci … ludzi. Ludzkiej pielęgnacji wydarzeń. Tych, którzy podziwiają i pamiętają. W przypadku naszego Autora byli to między innymi: Kardynał Stefan Wyszyński oraz Jarosław Iwaszkiewicz. Pogrzeb na Powązkach odbył się w roku 1978…

Właściwie muszę tu poczynić pewną dygresję i nawiązać do felietonu Igora Wieczorka zamieszczonego w numerze 48/13 (171) E-tygodnika Pisarze.pl pod tytułem „Na żyznym rozległym polu”. Autor rozważa ni mniej ni więcej – przez czysty przypadek jak mniemam – owo oburzenie elit na kogoś pokroju Dołęgi-Mostowicza. Przybliża nam też postać Pasquino i jego niezwykłą historię. Ocenia wzajemne obrzucanie się błotkiem oraz sądy ex cathedra jako bezproduktywne, gdyż wartości dzieł i tak ocenią: czas i historia, a w zasadzie też ludzkie zapotrzebowanie na to, co chcą przeżyć i uznać za Sztukę. Temat jest bardzo – tytułowo – szeroki i rozległy. Mądrze podany i dyskusyjny. Czego jednak Igor Wieczorek nie napisał? Otóż nie napisał, że dzisiejszą kulturę masową możemy podzielić: na kulturę masową i pseudokulturę. (Też masową). Kultura masowa dostarcza – (podkreślę!!!) dobrej – rozrywki. Przykładowo filmy o Jamesie Bondzie są ewidentnie objawem kultury masowej, acz mają w sobie znamiona wartości nie obcych inteligentnemu człowiekowi naszych czasów. Polecam zwłaszcza tytuł „Jutro nie umiera nigdy” („Tommorow never dies”). Twórcy filmu byli chyba bliżej prawdy o współczesnym świecie, niż im się zdawało. Magnat medialny manipulujący wydarzeniami światowymi dla własnych korzyści? Brzmi znajomo. Jest wielce prawdopodobne. Nie wszyscy zrozumieli tekst Igora, ale cóż, trudno wymagać od betonu, aby wyrosła na nim trawa. Na drugim biegunie kultury masowej plasują się właśnie celebryci, którzy nie niosą za sobą żadnych wartości, a jedynie własną „pseudowartość”. Ich odbiorcy to niestety kompletny kultury upadek i trudno takich celbryckich konsumentów dopisać do odbiorców „kultury masowej” … To odbiorcy jakiejkolwiek przyswajalnej papki, a nie żadnej kultury. Fakt, że ta papka podpisuje się słowem „kultura”, wcale nie świadczy, że w ogóle nią jest. A że chcą oni to tak nazwać – to już ich problem. Gorzej z tymi, co w to wierzą, że to kultura.

W czasach Tadeusza Dołęgi-Mostowicza przejawem kultury masowej były właśnie książki pisane przez wyżej przywołanego Autora. To nie przypadek, że niosły za sobą pewne prawdy uniwersalne. Prawdy, które i dziś pokazują, że Mostowicz jednak był fenomenem na miarę epoki, że jego bohaterowie funkcjonują nadal, tylko w innym przebraniu i kontekście. Czas zatem dowiódł, że komercyjny sukces Mostowicza nie kłócił się z wartością jego pisarstwa. Pisał po prostu ciekawie i zajmująco. Poruszał sprawy – było nie było – ważne. Czytali go wszyscy: kucharki, kierowcy, arystokratki i inteligencja. Kino sprawiło, że historie te utrwaliły się w świadomości odbiorców, ale i fakt uniwersalności powołanych do życia bohaterów. Pytanie jednak brzmi czy przypadkiem Autor ten nie trzymał się nazbyt blisko prawdziwego życia i owi bohaterowie nie byli w najprostszy z możliwych sposobów po prostu z tego życia wycięci i opisani… Zatem życie w zasadzie samo powołało na bohaterów te postacie, a Dołęga-Mostowicz nadał im tylko rys literacki tworząc sprawne i ciekawe fabuły opowieści. To się - po prostu - świetnie czytało. Podkreślić jednak należy to, co powiedziałem przy okazji dygresji na temat felietonu Wieczorka – literatura tworzona przez Dołęgę-Mostowicza niosła za sobą refleksję i namysł. Inaczej by nie przetrwała. To nie była najtandetniejsza szmira. Inaczej żaden film nie powołałby jej ponownie do życia i nie byłoby szansy na ciąg dalszy.

Słowem przykład Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, jako literata, jest bardzo potrzebny i bardzo właściwy do zadumania się nas obecnym życiem literackim w Polsce. Koledzy odmawiali mu talentu, nazywając jego twórczość „literaturą wagonową”, „brukową” czy „powieściami dla kucharek”. Zapewne takową była. Drugim dnem prawdy jest jednak to, że była też warsztatowo zrobiona genialnie. To, możemy już dziś powiedzieć z całą pewnością – czas i historię (póki co) Dołęga-Mostowicz przetrwał. Prezes Dyzma był, jest i będzie. (…)

Pisanie prawdy o elitach nigdy nie jest łatwe. Niesie za sobą bagaż krzywd, które stają się udziałem autora ośmielającego się opisywać realia. Jest też poczytne, co drażni wielkich tego świata, (czy też za wielkich się uważających) … bądź nawet określmy to: „tego światka”, gdyż światek ów tak się skurczył, że może go już nie ma? Nie, nie. Jest na pewno i będzie zawsze.

Życiorys Dołęgi-Mostowicza to materiał na film bądź obszerną powieść o zacięciu sensacyjnym. Początki w Warszawie były bardzo trudne. Pierwsze typy spod ciemnej gwiazdy opisywane przez Autora pochodziły najprawdopodobniej z życiowego doświadczenia, z obserwacji. Pióro czerpało z życia. Mieszkał wówczas (po roku 1922 i demobilizacji) w jakichś spelunkach – podejrzanych, zatłoczonych, jazgotliwych. Musiał jednak zacząć mieć tego dosyć. Sytuacja odmieniła się radykalnie, kiedy przeprowadził się do wuja - Zygmunta Rytla na ulicę Grójecką 40. Było to w 1924 roku. Nie wiadomo na ile wuj pomógł Autorowi w angażu do Rzeczpospolitej. Biografowie wyrobili Mostowiczowi legendę kariery „od zecera do milionera”. Efektowne to i ładne, aczkolwiek widziane ex post. Finalnie - tak się jednak nie wydarzyło. Literackie gawędy oraz środowiskowe plotki utrwalają miłą dla oka – taką właśnie - legendę. Tworzą pewien mit. Z drugiej strony kim byśmy byli bez takich mitów?

Zaczynał zatem jako zecer w drukarni dziennika „Rzeczpospolita”, z czasem zaczął pisać krótkie wiadomości, potem jako C.h.rzan tak się spodobał, że zaczął pisywać regularnie. Uważano go za przeciwnika Piłsudskiego. Co raczej częściowo stanowi prawdę, gdyż krytykował on nie samego Marszałka, ale jego otoczenie, a wiemy kim Marszałek potrafił się … otoczyć… Historia zresztą pokazała to dobitnie w roku 1939.

W swoich krytykach dżentelmenów sanacji doszedł jednak do takiego punktu, w którym stał się celem brutalnego pobicia przez nieznanych sprawców. Sprawcy (znani-nieznani) wcześniej sugerowali zmianę tematyki felietonów, ale Mostowicz nie ugiął się presji. Gorzko za to zapłacił. Ledwo żywy został uratowany z glinianki w Jankach. (według innych źródeł w Łomiankach – złośliwi?). Uratował go chłop powracający z pola. Zawiózł do domu wuja, a tam już zajęli się nim lekarze. Ta historia posłużyła później za kanwę „Znachora”. Dołęga w odróżnieniu od profesora Wilczura zachował jednak świetną pamięć i zrobił z niej użytek.

W zasadzie napastnicy osiągnęli cel. Utrata zdrowia spowodowała wycofanie się z publicystyki, a Mostowicz już do końca życia chorował na serce. Całą energię skoncentrował na pracy literackiej. Warto było. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, gdyż poczytność skutkowała rewelacyjnymi zarobkami, a w przenośni, gdyż tematyka książek była tak popularna, iż rozprzestrzeniała się ponad możliwość wyobrażenia. Scenariusze u niego zamawiali nawet producenci z Hollywood.

W tym miejscu warto też pokusić się o małą dygresję do Polski obecnej. Tadeusz Dołęga-Mostowicz i jego felietonowa złośliwość, cięte riposty oraz zdolności polemiczne powodowały szał w gremiach ówczesnej opozycji politycznej. Odwracając optykę spojrzenia Mostowicz wcale nie był, tak jakby to pozornie wyglądało zaangażowanym ideologiem chadecji. (a taką opinię miała Rzeczpospolita). Co najwyżej akceptował w swych felietonach pewne postulaty. W roku 1931 stwierdził:

Otóż oświadczam, że nigdy nie byłem nie tylko endekiem, lecz żadnym partyjniakiem partyjnym, czy partyjniakiem bezpartyjnym – nie byłem, nie jestem i nie będę. (…) Czy naprawdę w Polsce nie wolno dziś być człowiekiem na własną odpowiedzialność, czy naprawdę nie wolno własnymi oczami patrzeć na współczesne życie i mieć o nim własne zdanie.”

Takie słowa mogłyby zostać wypowiedziane i dziś przez wielu Polaków. Sam bym się pod nimi podpisał. Acz, rzecz jasna, zrobić to mogą Ci, którzy jeszcze mają własne oczy. (i własne zdanie – nie kalkowane z telewizora). Oczywiście takie postawy mnożą się w atmosferze konfliktu. Dziś ten konflikt jest też (jak przed wojną) podsycany. Ciekawym tematem jest to, przez kogo… Dziś polaryzuje się postawy, a jednocześnie, kiedy mówi się swoim głosem cała publika kierująca się myśleniem szablonowym i stadnym, po prostu musi tych zbyt samodzielnych gdzieś: przylepić, przyporządkować bądź zakwalifikować. Samodzielność jest dla stada groźna. Mówi tak podstawowe prawo buszu. Tyle, że wierzymy w potęgę cywilizacji, a nie buszu.
Istnieje też i inny aspekt problemu. W kakofonii informacji jej fałszerstwo czy manipulacja są sprawą dość łatwą, często geometrycznie powielaną. Świadomy odbiorca też może się w tym pogubić.

W 1931 Dołęga-Mostowicz zaczął drukować w gazecie ”ABC” najgłośniejszą swoją powieść ”Kariera Nikodema Dyzmy”. Sposób, w jaki przedstawił ówczesną elitę był swego rodzaju zemstą na grupie sanacyjnej za wcześniejsze pobicie.
Fragmenty powieści zostały skonfiskowane. Interwencja cenzury spowodowała jednak, że o Mostowiczu i jego powieści zaczęło być głośno. I tak, z dnia na dzień rodziła się legenda pisarza. - To ”self made man”, człowiek, który sam siebie stworzył. Tadeusz Dołęga-Mostowicz miał niezwykłą łatwość pisania. Od 1931 do 1939 wydrukował 17 powieści. Był przewidujący, zdawał sobie sprawę z roli, jaką zacznie odgrywać sztuka filmowa, dlatego np. ”Znachora” napisał właśnie jako scenariusz filmu. W połowie lat 30tych zaczęto filmować jego powieści, drukowano je w odcinkach, Mostowicz zaczął zarabiać bajońskie sumy, ok. 15 tys. miesięcznie, a dolar kosztował wtedy 5 zł. Ale mało kto wie, że prowadził działalność charytatywną, pomagał, bardzo wielu ludziom, fundował stypendia. Zaczynał w obskurnym mieszkanku na Pradze, a skończył jak milioner. Co o swej popularności sądził sam zainteresowany?

- Ze względu na poczytność moich utworów, krytyka łaskawie połączyła ich popularność z prostotą języka, znajdując dla mnie wytłumaczenie, jako dla karmiciela szerokich mas”

Warto zatrzymać się na chwilę przy wątku cenzury. Wydaje nam się dziś w Polsce, że ten etap mamy za sobą. W jak wielkim jesteśmy błędzie pokaże przyszłość i czas. Obecne elity też boją się „całej prawdy”, którą usiłują kształtować medialnie w sposób dla siebie wygodny.
Cenzura pozostała niezmienna, zmienił się jedynie Cenzor – przestał być aparatczykiem systemu „socjalistycznej ojczyzny” – wyłonił się jak feniks z popiołów po PRLu. Teraz cenzuruje „w białych rękawiczkach” poprawności politycznej. Tylko czasami ABW wpadnie z rana tu i tam, ale to incydentalne. Obecnie każdy tytuł czemuś, bądź komuś służy. Nie drukuje się tam tekstów odbiegających od pewnej linii (programowej?). Odnosi się wrażenie, że „czwarta władza” przestaje powoli istnieć. Zresztą obecnie już prawie cała prasa jest w rękach zachodnich. Ściślej w zachodnioeuropejskich. Nie będę wątku rozwijał ponieważ nie chcę podążyć śladami Mostowicza. Wolę fotel w gabinecie, niż gliniankę w Łomiankach. (albo Jankach)

Cenzura miała wiele powodów do wniknięcia w „Karierę Nikodema Dyzmy”. Nie tylko satyrę na polityków. Można do tego dołożyć służalczą rolę policji. Dla wydawców pióro Tadeusza Dołęgi-Mostowicza warte już jednak było każdych pieniędzy oraz przeciwstawienia się cenzurze. Zresztą cenzura Dołęgi-Mostowicza dotknęła i po śmierci - w czasach PRLu. Wersję śmierci przedstawiano w taki sposób, że dosięgła go kula polskiego patrolu. Cóż, takie były czasy. Nie wolno było drażnić bratniego narodu. Ataki na elity przedwojenne bardzo pasowały twórcom „socjalistycznej demokracji”. Życie i śmierć Mostowicza już jakby trochę mniej.

Warte podkreślenia jest też to, że Autor nie uległ majątkowi oraz pieniądzom, które zarabiał. Traktował je jako środek płatniczy – środek, do jakiegoś celu. Nie był skąpy. A owa cecha jest bodaj jedną z gorszych przypadłości ludzi dobrze sytuowanych.

Mostowicz był tytanem pracy. Drukowanie powieści w odcinkach wymagało wielkiej dyscypliny. Wymagało organizacji. Tu nie było czasu na opóźnienia, obsunięcia i niedopatrzenia, jakże typowo polskie epoki już powojennej.
Kolejne powieści biły rekordy poczytności. Ostatnia brygada (druk w odcinkach 1930, wyd. książkowe 1932), Kariera Nikodema Dyzmy (1932), Kiwony (druk w odcinkach 1932, wyd. książkowe 1987), Prokurator Alicja Horn (1933), Dr Murek zredukowany i Drugie życie doktora Murka (1936),
Znachor (1937), Profesor Wilczur (1939), Pamiętnik pani Hanki (1939). Wymieniłem kilka wybranych tytułów w układzie chronologicznym.
Czy był „rzemieślnikiem doskonałym”? Z pewnością tak. Fenomen Dołęgi-Mostowicza zaskakuje do dziś. Jego „kultura masowa” weszła do obiegu powszechno-mentalnego za sprawą postaci Nikodema Dyzmy. A właściwie za sprawą adaptacji filmowych. Film z roku 1956 z Adolfem Dymszą nie był tak bardzo udany, jak serial, w którym zagrał Roman Wilhelmii (1936-1991). Jego kreacja była arcymistrzowska. Spotkałem się nawet ze zdaniem, że właśnie ta kreacja aktorska zasługuje na miano Oskara. To prawda. Znamiennym jednak jest, że Dyzma przetrwał władców, ustroje, czasy i zdarzenia. Nadal ma się świetnie, by nie powiedzieć – coraz lepiej.

Ten pan Dyzma ma trafne podejście do życia: chwyta je za grzywę i wali w pysk!”

- panie Dyzma, szczerze gratuluję. Szczerze. Gdybyśmy mieli w kraju więcej ludzi takich jak Pan, drogi przyjacielu, co to umieją nie dać w swoją kaszę dmuchać, inaczej byśmy stali. Potrzeba ludzi silnych”

Pisarstwo Tadeusza Dołęgi-Mostowicza przetrwało. Jego życie nie poszło na marne. Tragiczna śmierć była rodzajem świadectwa. Intensywność trwania, tworzenia oraz swojego rodzaju walka z głupotą, chamstwem i prostactwem, w sposób jasny i zrozumiały przyniosła efekty. Finalna scena z Dyzmy jest puentą przesłania jakie nam zostawił na obecne czasy… Kiedy już Dyzma odrzuca propozycję objęcia stanowiska premiera, a elity są ogromnie zdumione, wręcz zszokowane … :

„— Milczeć! — wrzasnął Ponimirski i jego blada twarzyczka chorowitego dziecka zrobiła się czerwona z wściekłości. — Milczeć! Sapristi! Z was się śmieję! Z was! Elita Cha, cha, cha… Otóż oświadczam wam, że wasz mąż stanu, wasz Cincinnatus, wasz wielki człowiek, wasz Nikodem Dyzma to zwykły oszust, co was za nos wodzi, to sprytny łajdak, fałszerz, i jednocześnie kompletny kretyn! Idiota, nie mający zielonego pojęcia nie tylko o ekonomii, lecz o ortografii. To cham, bez cienia kindersztuby, bez najmniejszego okrzesania! Przyjrzyjcie się jego łużyckiej gębie i jego prostackim manierom! Skończony tuman, kompletne zero! Daję słowo honoru, że nie tylko w żadnym Oksfordzie nie był, lecz żadnego języka nie zna! Wulgarna figura spod ciemnej gwiazdy, o moralności rzezimieszka. Sapristi! Czy wy tego nie widzicie? Źle powiedziałem, że on was za nos wodzi! To wy wywindowaliście to bydlę na piedestał! Wy ludzie pozbawieni wszelkich rozumnych kryteriów! Z was się śmieję, głuptasy! Z was! Motłoch!…

Istotnym jest również, co następuje potem. Istotnym i znamiennym… (!)

Co to znaczy? — zapytał. — Kto to ten pan?
Pani Przełęska odezwała się:
Niech pan wybaczy, panie dyrektorze, to mój siostrzeniec, a szwagier prezesa. Zwykle bywa spokojny… jest niespełna rozumu.
To wariat — wyjaśnił wojewoda.
Biedny chłopak — westchnęła panna Czarska.
Aha — uśmiechnął się doktor Litwinek — no, oczywiście, wariat.

No, oczywiście – wariaci. Jastrząb, Różycki, Walter i kilku innych… Państwo wybaczą, zwykle bywamy spokojni, ale teraz lamentujemy, fatalizujemy i wygłaszamy jakieś dziwne sądy oraz uwagi… Kasandryczni, meczący, paskudni. Trzeba nam wybaczyć

Czy ktoś się przyzna, że w nim jest Dyzma?
Bo taki jest czas, ile Dyzmy w nas.


Bohater Mostowicza wciąż inspiruje. Pozwolę sobie przywołać film Jacka Bromskiego „Kariera Nikosia Dyzmy”. Film warsztatowo właściwie zły. Słaby. Zbyt wiele w nim pastiszu, przerysowań i groteski. To jednak nie cała prawda o tym obrazie. Reżyser być może porwał się z motyką na Księżyc. Trudno po serialu z lat 80tych, o którym wspomniałem zrobić dobry film w tym temacie. Jednak Bromski perfekcyjnie oddał dzisiejszą polską rzeczywistość. Dołożył (i słusznie): biznesmenom, ich pochodzeniu, politykom, również ich pochodzeniu, elitom, policji, dziennikarzom, lekarzom i … właściwie wszystkim, którzy tę rzeczywistość tworzą. Którzy tworzą cały chory system i utwierdzają go w egzystencji, bo tak im pasuje. Warto to zobaczyć pod tym kątem. Są tam sceny ż życia (polskiego ćwierćwiecza 89-14) wyjęte, których nie zobaczymy w „polskich” mediach. Tudzież o nich nie przeczytamy. Nepotyzm, korupcja, kolesiostwo, układy i układziki, teczki, sfery, maniery, genezy i tak dalej… Pod tym kątem obraz – jak wspomniałem – perfekcyjny. Szkoda, że przemilczany. A przemilczany, gdyż otarł się zbyt blisko prawdy. Czytałem recenzje jakie ukazały się po premierze, potem zobaczyłem film. Tego, co tu napisałem nie napisał nikt. Przypadek? W Polsce obecnej nie ma takich przypadków. Celowo przemilczano ten aspekt filmu. I powtórzę – szkoda. Choć jest szansa na odwrócenie tej tendencji.

To, co jawi się nam dziś w pełnej jaskrawości to Polska Dyzmy. Polska Barei - unowocześniona, uładzona, dorobiona . Prezes Dyzma pławi się na salonach. Dziś nie odrzuciłby propozycji. Żadnej. Dziś świat należy do tych, co umieją skrupuły wyrzucić za okno…

A My…? Tak, my. My stoimy pod tym oknem i przyjmujemy na siebie te pomyje skrupułów wylewane na nasze cierpliwe i dumne głowy. Niektórzy z nas udają, że to opady atmosferyczne. Inni nazywają rzecz po imieniu. Rzeczą – coraz bardziej - Pospolitą.

Oj, miałby dziś Tadeusz Dołęga-Mostowicz o czym pisać. O jego talencie niech zaświadczy fakt, że współczesna literatura nie objawiła nam, póki co, kogoś Jego pokroju… Tylko czy taki Mostowicz, jakiego znamy, trafiłby dziś do ludzi łaknących kultury? Obawiam się, że nie.

Andrzej Walter

.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Leszka Żulińskiego Suche Łany

wspomnień...







Są rozliczne wiersze współczesne, które nie mają z poezją nic wspólnego. Które przez Czytelników nawet nie są traktowane jak wiersze. I które wierszami nie są. Ale są utwory poezji pełne, jak strofy poniższe

Madonno moja, grzechu pełna,
w sen jak w zwierciadło pęknięte wprawiona.
Duszna noc, kamień gwiazd na ramionach
i ta trwoga, jak ty — nieśmiertelna.
*
W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.
*
To jest kiełbasa
To jest moja matka jadalna
Ona wisi na niklowym haku
i pachnie kominem


*

Tomik Leszka Żulińskiego pod wielce wymownym tytułem Suche Łany, to refleksyjne, pełne żywych obrazów łany wspomnień Autora. Wiersz „Powroty” - rodzaj swoistego prólogos do antycznych tragedii, zapowiadający mające nieuchronnie nastąpić, dramatyczne wydarzenia - tak się kończy

Ten stary film puszczam sobie godzinami,
słychać terkot projektora, ale to tylko nasze serca jeszcze bije,
jeszcze trochę bije...

Zakończenie jako prólogos? A tak, Kochani, albowiem Leszek Żuliński tymi słowy wprowadza nas w dramę swoich młodzieńczych przeżyć, do których tęskni, jak się tęskni za wodą na pustyni. I ja za taką wodą tęsknię codziennie. Czas przecież nieubłaganie upływa nam wszystkim a z nim – nasze życie ergo: panta rhei... A skoro panta rhei to i Heraklit z jego nieuchronnością bezpowrotów do wód płodowych dziecięctwa i młodzieńczości, do których drugi raz wstąpić się nie da. Oto tragedia antyczna w tych wierszach!
Wracamy do swoich zakurzonych wczoraj, brnąc przez Suche łany chwil minionych. Wracamy przez ongi wypowiedziane-zasłyszane słowa, przez zapamiętane smaki, zapachy i szelesty, które wprawdzie odeszły bezpowrotnie w rozumieniu fizykalnym, lecz pozostały w nas i hałasują (coraz ciszej) jak terkot projektora...
Wiersze Leszka Żulińskiego są utworami o tyle nieczęsto spotykanymi w dzisiejszej poezji, że nie zawierając metafor, są czystymi metaforami - jako całość. Leszek Żuliński nie sprokurował zestawu poezji narracyjnej. To są krótkie poematy do zapamiętania a zatem – jak cytowane powyżej – są wierszami jak najbardziej poetyckimi. Może się zdawać że popełniłem jakiś a logiczny lapsus językowy. Nie popełniłem.
Jak we wstępie napisałem: Są rozliczne wiersze współczesne, które nie mają z poezją nic wspólnego. I takich, niemających nic wspólnego z poezją quasi-wierszy mamy dziś setki tysięcy, jeśli nie miliony. Suche Łany Leszka Żulińskiego to wiersze, które chce się czytać, chce się mieć na półce, które ilekroć czytane będą – każdemu dadzą radość obcowania z Dobrą Polską Poezją.
Byłem zaskoczony swoją reakcją na słowa z wiersza pt. "Lotta"

moja kamienica
była z lat pięćdziesiątych – toporna
jak wszystko z lat pięćdziesiątych

Zaskoczony byłem skurczem krtani; lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte, siedemdziesiąte etc. Każde pokolenie ma i mieć będzie jakieś „swoje" lata. Doskonale rozumiem, co widział Żuliński pisząc toporna/jak wszystko z lat pięćdziesiątych
    Mój dom też był z końca lat pięćdziesiątych. Nie tyle „toporny” ile - nijaki. Mogę dodać: nijaki jak wszystko z owego czasu; nijacy pomięci i niedomyci ludzie w nijakich, pomiętych ubraniach. Pamiętam dziewczyny z końca lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych, ich okropne, porozciągane kostiumy kąpielowe i niegustowne sukienki. Pamiętam smak lodów, oranżady, pączków, zapach olejku do opalania i nędzę eau de Cologne rodzimej produkcji. Wszystko było przaśne i szare, nędzne i wulgarne, ale przecież było smakiem naszej młodości... 





przez okienko w szczycie dachu widziałem
kasztanowiec z huśtawką na zetlałej linie
step podwórka z osieroconą psią budą
i studnię pełną wyschniętych życzeń

dziewczyna miała na imię Renata
smakowała truskawkowymi lodami i niebem
które zstąpiło dla mnie pewnej nocy
zagadkowo oblizywała palce

 Tak kiedyś napisałem... Teraz smakuję wiersze Leszka Żulińskiego, bo przecież to także MOJA młodość. To także moje "toporne kamienice", domy, miasta i miasteczka i autobusy pieszczotliwie zwane „ogórkami". 

Nie, Kochani, to nie tęsknota za komuną... Bo jak śpiewa Andrzej Sikorowski

Za drzwiami stała brudnoszara rzeczywistość
A z czystych rzeczy tośmy mieli wódkę czystą
Cichą nadzieję na kolejny cud nad Wisłą,
Która artystom pozwalała wierzyć w przyszłoś
ć

A dzisiaj śledczy tamtej przeszłości,
Którego wtedy w planach nie było
Sporządza listę moich słabości
I wie najlepiej co mi się śniło

Nim na pożarcie rzucą nas tłumom
Chcemy powiedzieć niektórym gościom
To nie tęsknota jest za komuną
To nie tęsknota za komuną
To jest tęsknota za młodością
 
Tak, tęsknota za naszą młodością... Wszak innej nigdy nie mieliśmy i już nigdy mieć nie będziemy, więc każdemu z nas pozostaje iść z oczyma mocno zaciśniętymi przez szeleszczące Suche Łany wspomnień... Ktokolwiek zechce własne łany opisać, niech to zrobi jak Leszek Żuliński: pięknie!


PRZYBYSZE





PRZYBYSZE

Wanda Szczypiorska


Pojawili się i zbliżali. Szli drogą wokół gęsiego stawu. Trzech chłopców. Dwóch małych i jeden dość wysoki. Patrzyłam na nich ukradkiem zza firanki Na pewno domyślili się, że ich widzę, bo kiedy przechodzili obok któryś gwizdnął. Minęli staw, byłe czworaki, w których mieszkali pracownicy stoczni, szkołę i drogą wśród poletek nieskoszonego jeszcze żyta ruszyli w stronę lasu. Las nie mógł być ich celem i chyba zboczą na pagórek. Na pewno mają ze sobą papierosy. Zapalą, ale później. Teraz, wydaje mi się, jeszcze nie.

Pobiegłam do Brygidy powiedzieć, że już są. Truda gdzieś w rowie pasie kozę i niby przez przypadek, niby od niechcenia przypędzi ją na miedzę. Truda jest dumna. Ceni się. Nie to, co ja. Ja jestem gotowa biec za nimi. To przecież chłopcy z miasta. Chyba nie tyle z samej Gdyni, co z Chyloni, może . Ja chodzę tam do szkoły. Skończyłam w lipcu jedenaście lat i po wakacjach będę w siódmej klasie. W Pogórzu można skończyć cztery klasy. Dwie moje przyjaciółki, Truda i Brygida mają to za sobą.

Nie wiemy kim są chłopcy. Maja dwanaście, może trzynaście lat. Najwyższy i najstarszy ma na imię Radek. Ten Radek dzisiaj przyszedł do mnie. Bo chociaż wszystkie trzy jesteśmy takie sobie, ja mam kręcone włosy. Tych z miasta poznałyśmy poprzedniego dnia, kiedy siedziałyśmy na miedzy pasąc kozę. Podeszli do nas niezbyt pewni siebie i coś zaczęli gadać. Potem usiedli bardzo blisko. Czego chcieli? Nie tego chyba, czego nasi chłopcy. Z chłopcami ze wsi gramy w klipę.

Siedziałyśmy onieśmielone, tamci gadali między sobą o czymś, czego nie rozumiałam, lecz Truda, chyba tak. Ci mniejsi chichotali, a ten ubrany w marynarkę Radek rozsiadł się przy mnie. Blisko. Potem przysunął się jeszcze bliżej. Pół leżąc obok mnie zapalił papierosa. Miał przy tym taki dziwny wyraz twarzy, bezczelny i onieśmielony. Właściwie leżał z tyłu tuż tuż za mną i jakoś tak się dziwnie stało, że w pewnej chwili zaczął mnie dotykać. W lewej ręce trzymał zapalonego papierosa a prawą niezbyt zręcznie manipulował tuż przy moim udzie. Nie śmiałam się poruszyć. Gisia podniosła się, jak gdyby chciała odejść, Truda siedziała pomiędzy tymi dwoma, szturchali ja z dwóch stron, a ona tego z prawej odpychała łokciem i razem chichotali. My dwoje byliśmy osobno. Bo ze mną działo się coś dziwnego. Drżałam.

Potem oni zerwali się i poszli. W stronę boiska do siatkówki, a może w stronę szosy zwanej serpentyną, a my odeszłyśmy prowadząc kozę, prosto do wsi. Radek powiedział, że znów przyjdą. Zgodnie, choć każda na swój sposób, dałyśmy im do zrozumienia, że nas to nie obchodzi. Mnie jednak skrycie obchodziło. One wiedziały już co nieco, lecz ja nie, ja nie wiedziałam do tej pory jak to jest, kiedy się dotknie chłopca. Wciąż było mi gorąco, trochę wstyd, a jednocześnie czułam satysfakcję. Z nas trzech ja byłam tą wybraną. 
 
*
 
Krzyczę do Gisi 
– Przyszli!
Biegniemy do mojego domu. Przebrać się. Przez cały dzień chodziłam boso, a więc w pośpiechu myję nogi. Gisia policzki ma czerwone, pomalowała je burakiem. Spojrzałam w lustro. Loczki mam niczym aureola. Nieźle. Czegoś się jednak boję. Że odejdą? Więc chodźmy już.

Biegniemy. Tylko kawałek i zwalniamy. Dalej idziemy wolno. Coraz wolniej, czuje się dość niepewnie. Niepokój jakiś? Podniecenie? Czemu? Mijamy ogród szkolny i nagle Gisia nie chce dalej iść. Nie chce i już. Nie pójdzie. Bo kozę uwiązali. Trudzie kazali niańczyć dziecko. Teraz dopiero o tym mówi? E tam. Zapomniała. Ale bez Trudy nie ma po co, ci chłopcy dziwni są. Bo nie wiadomo czego chcą. Przecież ja też się boję. A mimo to, pokusa jest zbyt silna. Pójdę. Coś się takiego ze mną dzieje, że muszę jeszcze raz przez chwilę poczuć dotknięcie tego Radka.
Gisia kuca pod krzakiem głogu przy szkolnym ogrodzeniu. Będzie czekać. A ja nie rezygnuję, idę sama. Są tam. Na górce, wiem, bo słyszę głosy. Leżą za krzakiem, palą papierosy. Czuję. Są czymś zajęci, mnie nie widzą. Jeszcze krok. Radek podnosi głowę. Patrzy. Nie jest zadowolony. Coś usiłuje schować za plecami. A tamci dwaj maja niepewne miny. Radek siada i mówi do mnie 
– Po co przyszła?
Po co? Nie wiem. Lecz stoję. Tamci się śmieją. Ze mnie? Radek nie. I patrzy na mnie jakoś tak. Znów ma ten dziwny wyraz twarzy. Zarazem chytry i nieśmiały.

sobota, 4 kwietnia 2015

Wanda Szczypiorska







O  W  C  E


Owce pasły się spokojnie w dolinie, a starzec chodził z wolna po zboczu i szukał miejsca na legowisko. Wreszcie usiadł. Ziemia była wilgotna, przez całą noc padał deszcz, z żółtych kwiatuszków irku zwisały jeszcze kropelki rosy. Starzec kręcił się niespokojnie. Obmacał dokładnie trawę wokół miejsca na którym usiadł, potem podwinął pod siebie poły szynela i znieruchomiał. Zaczęła ogarniać go senność.
Obudził się przejęty chłodem. Podniósł głowę. Owce pasły się niedaleko, deszcz nie padał, szynel jednak przesiąkł wilgocią i stary drżał. Rozejrzał się niepewnie po wzgórzach, po niebie, postawił kołnierz płaszcza, zapiął guziki. W dolinie ktoś się poruszał. To mała Wala Bork. Przyszła ze swoją kozą i teraz łaziła tu i tam zbierając kwiatuszki. Pastuch zawołał - Waaala - ale głos jego ugrzązł schrypnięty i nieswój. Skulił się jeszcze bardziej, wymacał ręką worek za sobą, wyjął z niego kawałek chleba, zaczął jeść, a worek zarzucił na plecy.
Wala chodziła po zboczu, wreszcie podeszła blisko i przystanęła patrząc jak stary je.
- Nie zimno ci? zapytał pastuch.
- Nie. Tobie zimno?
- Siedzisz w płaszczu jak w zimie - zdziwiła się - i jeszcze masz worek na plecach.
   
- To co?
- Nic. Nie masz już więcej chleba?
- Nie
- Już zjadłeś?
Pastuch nie odpowiedział. Popatrzył na nią z ukosa i zanim odwrócił głowę mruknął coś niewyraźnie.

Wala kucnęła. Kolana przykryła spódnicą i grzebiąc palcami w piasku nuciła coś monotonnie. Starzec nie słuchał. Patrzył przed siebie, gdzieś w przestrzeń, zapewne na owce. Wali się wydawało, że wyglądał teraz inaczej, dziwnie. Wstała i chciała odejść.
Starzec poruszył się gwałtownie, powiedział:
- Zaczekaj.
- Czego chcesz?
Pastuch milczał. Pochylił się bardziej do przodu i dłonią przesuwał po połach płaszcza. Potem poruszył głową i patrząc w bok szepnął:
- Chodź tu, ogrzej starego 
- Gdzie? zapytała.
Starzec skrzywił się.
- Dam ci coś - powiedział niepewnie.
Wala znów przykucnęła. Głowę oparła na dłoni i przechyliła ją na bok.
- No?
- Co tam mówisz?
- Chcesz na cukierki?
- Chcę. 
Starzec patrzył na Walę niepewny, nastroszony szarawą szczeciną.
- Chodź tu.
Wala zbliżyła się. Stary wyciągnął rękę. Wala krzyknęła, ale umilkła zaraz. Nie opierała się.

Potem przez kilka dni padał deszcz. Okryta płachtą poszła na wzgórza, ale starego nie było. Kiedy rozpogodziło się trochę, znalazła go. Siedział tam gdzie zawsze, pod krzewem na zboczu, a z pleców zwisał mu worek. Nie ruszał się. Pewno spał. Wala podeszła cicho i popatrzyła na niego. Starzec siedział skurczony, obrośnięty siwą szczeciną. Nie spał. Nie podniósł jednak głowy, kiedy Wala stanęła przed nim i nie poruszył się. Trąciła go lekko ręką.
- Idź precz, powiedział bezdźwięcznie.
Troszeczkę się odsunęła i stała z półotwartymi ustami, ale nie odchodziła. Czekała. Pastuch nic więcej nie mówił, patrzył gdzieś tylko poza nią, daleko na wzgórza. Spojrzała tam. Na co on patrzy? Nic tam nie było. Nawet owce się tam nie pasły.
- Józef! Starzec nieznacznie się skrzywił i milczał, a więc Wala odeszła z wolna. Dla zabawy wybrała stromy kawałek zbocza. Zsuwała się pochylona, rękami czepiając traw. Po chwili pastuch rozejrzał się ostrożnie i nie zobaczył nikogo. Wstał ociężale, zszedł w dół i usiadł w krzakach, gdzie było zaciszniej. 

.

piątek, 3 kwietnia 2015

ANDRZEJA WALTERA



A d a g i o





Włoski muzykolog Remo Giazotto odnalazł w ruinach zbombardowanej nalotem dywanowym drezdeńskiej biblioteki cztery takty partii basowej pewnej sonaty. Założywszy, że są one autorstwa siedemnastowiecznego kompozytora weneckiego Tomasa Albinoniego usiłował przez dwanaście lat odtworzyć cały utwór. Tak powstała kompozycja Adagio Albinoniego. Większość badaczy uznała ją za mistyfikację jednak nikt do dziś nie kwestionuje jej uroku. Adagio Albinoniego otrzymało rozgłos międzynarodowy m.in. dzięki Herbertowi von Karajanowi, który nagrał i często włączał ten utwór do programu swoich koncertów.

Pięćdziesiąt lat później pocisk moździerza zabija 18 osób stojących w kolejce po chleb na ulicach Sarajewa. Toczy się tam krwawa wojna. Wojna unicestwiła biblioteki, teatry, uniwersytety – zniszczyła wszystko. Nie wyłączając filharmonii. Pewien wiolonczelista sarajewskiej orkiestry symfonicznej – aktualnie (lata 1992 – 1996) bezrobotny – wychodził każdego dnia na ostrzeliwane przez snajperów ulice i grał. Szukał nadziei? Oszalał? A może po prostu nie potrafił inaczej? Często, kiedy był w wyjątkowym zagubieniu, kończył grać i po krótkiej przerwie wykonywał Adagio …

Co takiego stało się ponad dwadzieścia lat temu w Sarajewie? Czym było wtedy Sarajewo i czym stało się dzisiaj, albo, czym też było przed tą okrutną i bezsensowną wojną, kiedy jako jedyne z miast zza żelaznej kurtyny było zdolne zorganizować zimowe igrzyska olimpijskie roku 1984? Sarajewo – bodaj najbardziej fascynujące z miast Europy i jak określił go niegdyś Karol Wojtyła – europejska Jerozolima. Tygiel kultur i kłębowisko tradycji. Jeden z bośniackich twórców Dżevad Karahasan napisał o swoim najdroższym mieście tak – „Tylko w Sarajewie i tylko w Jerozolimie na tak małej przestrzeni istnieją obok siebie świątynie wszystkich czterech monoteistycznych religii”.

Miałem to szczęście, że będąc dzieckiem pamiętam jeszcze przedwojenne Sarajewo, gdyż miałem tam okazję być przed igrzyskami z moimi rodzicami. Potem wkraczając w dorosłość śledziłem z zapartym tchem doniesienia informacyjne z początku lat dziewięćdziesiątych. W ostatnich latach odwiedziłem Sarajewo dwukrotnie. Poranione miasto wciąż nie zatarło wszystkich śladów piekła, które stało się jego losem przez długie cztery lata. Było to, bowiem, najdłuższe oblężenie nowożytnej wojskowości. Sarajewo nadal stanowi przedmiot fascynacji. Nadal przyciąga aurą niesamowitości, magią położenia oraz atmosferą styku kultur. Nie udało się go unicestwić. Nie udało się go zniszczyć. Nie zdołano go zabić. Nadal tętni i kipi podniesioną z gruzów energią, aurą tajemniczości, mieszanki słów, idei i etnicznych niuansów. I nadal na styku setek ludzkich losów czai się jakieś groźne i niesamowite widmo wciąż możliwego konfliktu. Oby nigdy już nie nastąpił.

Sarajewo wciąż stanowi dla mnie nieodkrytą kartę. Przestrzeń zagadki. Obszar do zgłębienia. Tęsknię za nim, choć nie wiem, za czym tęsknię. Może za mitem? Jakże realnie bolesnym. Może ten mit kształtował się „zaczytaną na śmierć” lekturą dzieciństwa - „Piratami z wysp śpiewających” Adama Bahdaja? Jugosławia, według Bahdaja, to piękne góry z czystymi jeziorami i balsamicznymi lasami, zabytkowe miasta pełne pamiątek po Rzymianach czy Wenecjanach, ciepłe morze usiane romantycznymi wysepkami, a także życzliwi i gościnni ludzie, którzy na dźwięk polskiej mowy jeszcze szerzej otwierają serca. Szczególnie, jeśli spotkają kogoś takiego jak wujaszek Leon.
Wuj Leon, bowiem, to postać nieprzeciętna, z rudą brodą godną pirata, partyzancką przeszłością, znajomością języków obcych i nieprzepartym urokiem osobistym. Ma też starodawny samochód zwany pieszczotliwie „mamutem” oraz siostrzeńca, którego zabrał na wakacyjną wyprawę do Jugosławii. Po czym niemal zaraz na jej początku lekkomyślnie zgubił wszystkie przydziałowe dewizy w kwocie stu dwudziestu dolarów (!). W przeciwieństwie do swego czternastoletniego towarzysza podróży, Marcina, nie wydawał się tym szczególnie przejęty i zamierzał jechać dalej, żywiąc się tym, co da natura i rozbijając namiot, w co urokliwszych miejscach. I tak bez pieniędzy, ale za to z uśmiechami na twarzach bohaterowie zwiedzali Jugosławię, popadając w rozliczne tarapaty, z których zawsze wychodzili obronną ręką.

Ja też przed wojną przemierzyłem taką Jugosławię. Jugosławię, którą odwiedził 1938 roku Krzysztof Kamil Baczyński. Gdzie napisał pierwsze wiersze … Jugosławię ze snów i marzeń. Jugosławię przygody i … drogi do Sarajewa. Miałem tam nawet poważny wypadek w Gradacu nad Adriatykiem (byłem dosyć żywym dzieciakiem) i moje życie uratował … Rosjanin. Najbliższy szpital, który mógł zaszyć tętnicę był oddalony o siedemdziesiąt kilometrów. Ów pan (mieszkaniec Moskwy) zabrał mnie swoim czerwonym moskwiczem do bazy wojskowej, gdzie błyskawicznie zatamowano krwotok i zaszyto ranę. Współczuję dziś bardzo świadomie moim rodzicom takiego gagatka.

Taką też Jugosławię przymusowo odwiedził też Franciszek Dolas, bohater wiecznie żywej polskiej komedii wszechczasów „Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową”. Jego okrzyk radości podczas ucieczki przed Niemcami, kiedy wyskakuje z pędzącego pociągu i stacza się z potężnych gór stał się wręcz symbolem naszego myślenia o tym bałkańskim zakątku świata. Jugosławiaaaaaa! …

Wytworzyliśmy w sobie pewien fałszywy obraz, pewien mit, wolnej i rajskiej krainy. Krainy, w której rzekomo, po wojnie Josip Broz Tito postawił się sowieckim włodarzom. Krainy dostatniej, będącej dla nas wrotami do Zachodu. Prawda – jak pokazuje wiedza historyczna – wyglądała mniej baśniowo. Tito rozprawiał się z wrogami systemu brutalnie. Był jednak, paradoksalnie i zarazem jednocześnie, elementem scalającym powojenne losy Słoweńców, Chorwatów, Serbów, Bośniaków i pewnej części Albańczyków. Do momentu upadku Żelaznej Kurtyny. Fantastycznie i w sposób iście poetycki ukazuje to Emir Kusturica w filmie „Underground”. Ten serbski reżyser, urodzony – a gdzieżby indziej - w Sarajewie – kręci ten film w 1995. W Sarajewie trwa wciąż wojna. Muzyka Gorana Bregovica urodzonego – mój Boże – w Sarajewie (!) … dopełnia dzieła. Ba, arcydzieła. Czy wszystkie drogi prowadzą zatem do Sarajewa? Wydaje się, że tak. Czy Sarajewo, ten bodaj najważniejszy ośrodek kultury byłej Jugosławii, jest jakoś winne koszmarowi, którego padło udziałem?

W naszych polskich księgarniach pojawiła się przepięknie napisana książka Stevena Gallowaya (ur. 1975) Kanadyjczyka z Vancouver pod tytułem „Wiolonczelista z Sarajewa”. To już trzecia książka tego autora, do której prawa zakupiło po jej wydaniu aż trzydzieści krajów, a obecnie mówi się nawet o szansach na ekranizację. Książka ta jest naprawdę wyjątkowa. Poprzez minimum środków i maksimum uczuć autor ukazuje los człowieka zaplątanego w dramatyzm czasów i wydarzeń. Przenosimy się zatem do Sarajewa. Czujemy, boimy się i myślimy razem z trójką postaci będących w centrum oblężonego miasta. Pozornie nic ich nie łączy. Ich zwyczajność wplata się w naszą. Ich los wnika w nasz, a siła metaforycznych opisów, przedstawionych sytuacji i najzwyczajniejszych odruchów, utożsamia nas z prawdopodobieństwem znalezienia się w takim samym miejscu, czasie i podobnej przestrzeni. To przestrzeń wojny. Wojny, która czai się za rogiem i chyba wpisana jest jakoś w nasze geny. W nasze człowieczeństwo.

Trafnie ujął to Lew Trocki w przywołanym motcie
– „Możesz nie interesować się wojną, lecz wojna interesuje się tobą” …

Nie wierzycie? Wystarczy włączyć telewizor. Można go też jednak wyłączyć i spróbować przejść się Aleją Snajperów, zdobyć kawałek chleba, zaczerpnąć wody ze studni przy browarze – pod ostrzałem kul, przy świście moździerzowych pocisków nie rozróżniających dzieci od dorosłych, psów od kotów i chrześcijan od muzułmanów.

Welcome to Sarajewo. Witamy w rzeźni. A może to „Rzeźnia numer pięć”?. To – było nie było – mój rocznik, rocznik tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty dziewiąty. Rocznik wydania powieści Kurta Vonneguta inspirowanej bombardowaniem Drezna. Najbardziej absurdalnego bombardowania tamtej wojny. Bo wszędzie i zawsze musi być jakaś wojna. Tak jak i ono (owo bombardowane Drezno), tak i główny bohater „Rzeźni numer pięć”, czy też – wyobraźmy sobie - pół bohater błogosławionej mega współczesności jest człowiekiem „wypadającym z czasu”, dzięki czemu znajduje się jednocześnie we wszystkich momentach swojego życia. Nie ma on żadnego wpływu na to, który z tych momentów akurat ogląda. Namacalna dygresja? Dramatycznie bliska? Welcome to Sarajewo. Welcome to Donbas.

Sarajewski stadion, na którym świętowano inaugurację igrzysk 1984 roku idealnie nadał się jako ogromna przestrzeń ziemi do chowania zwłok. Podczas tych pogrzebów niejednokrotnie nadlatywały pociski i można było „wypaść z czasu” … Te pociski nadlatywały z armii kierowanej pośrednio przez serbskiego poetę Radowana Kardzića… Czy właśnie wtedy Karadzić napisał? …


Spójrz, jak strach zamienił się
w pająka, co w komputerze
odpowiedzi szuka.

*
Przejdźcie na mą wiarę, ludzie
Dam Wam to, czego nikt Wam nie dał
Dam prawo do beztroski i wino,
A ten, kto głód czuje – nakarmi się
promieniami mego słońca.
*
Słyszę, jak kroczy kataklizm
Miasto płonie niczym gromnica
Nasza świadomość spowita dymem,
Wśród zbrojnych szeregów
uzbrojone drzewa...
Wszystko co widzę jest zbrojne
Bo wszystko zmieniło się w armię,
wojnę i bój...
Radowan Karadżić – poeta (!) to sprawca największego ludobójstwa w Europie po II wojnie światowej, a mianowicie jako przywódca bośniackich Serbów wraz z generałem Radko Mladiciem był odpowiedzialny za masakrę muzułmanów w Srebrenicy w 1995 roku i wymordowanie przeszło 8 tysięcy ludzi i zabicie w ramach „czyszczenia” około 10 tysięcy ludzi w rejonie Sarajewa.
Karadżić przed wojną na Bałkanach to absolwent Uniwersytetu Medycznego w Sarajewie (!!!), psychiatra po specjalizacjach w Danii i USA w leczeniu depresji i fobii i jednocześnie zdolny poeta, a także prezydent Republiki Serbskiej w Bośni i autor programu czystek etnicznych, jeden z entuzjastów tworzenia Wielkiej Serbii. Zatem specjalista od stanów depresyjnych i tolerancyjny, ciepły terapeuta, który u innych stwierdzał nienormalność, wrażliwy, liryczny twórca i nacjonalistyczny obsesjonat, bezwzględny, okrutny morderca; to wszystko zmieściło w jednym człowieku.
Przygodę z literaturą rozpoczął Karadżić będąc stypendystą w USA; tam zetknął się z poezją beatników i był pod dużym wrażeniem strof Allena Ginsberga i współczesnych imaginistów w rodzaju  Roberta Bly, Franka o’Hary. Z tego okresu pochodzą przepełnione witalizmem i radością życia wiersze, których nie powstydziłby się sam Grek Zorba:”(…)Dam prawo do beztroski i wina./ A ten, kto głód czuje-nakarmi się/ promieniami mojego słońca”. Im bliżej było wojny, tym częściej pojawiały się w jego utworach obrazy zapowiadające potrzebę przemocy i rozlewu krwi w imię nacjonalistycznych ideałów; tak jest w przypadku wierszy zabranych w tomiku „Czarna bajka” z 1990 roku. W podobnym tonie utrzymane jest popularne „Sarajewo”, które zaczyna się wersami: ”Miasto pali się jak kadzidło./ W dymie dudni nasza świadomość (…)’ Jest w tym obłąkańcze przekonanie, że przy pomocy zniszczenia i armat można zbudować lepszą przyszłość, serbski raj w Bośni. Zadziwiające jest to, że kiedy Karadzić był poszukiwany za ludobójstwo i ukrywał się jako doktor Dragan Dabić  w Belgradzie, to Rosjanie przyznali mu nagrodę literacką im.Michaiła Szołochowa za wybitny wkład w słowiańską kulturę. Deja vu? Czy cała dojmująca złożoność świata, w którym przyszło nam żyć? Świata paradoksów, świata złożonego, w którym raz się jest poetą, a raz zbrodniarzem.
Czy naprawdę wiemy, kim jesteśmy?
Wróćmy jednak do książki Gallowaya. Absurdalność koncertów wiolonczelisty splata się ze snującą się opowieścią – czy wręcz myślami - trójki bohaterów. To opowieść o ich życiu. O czterech latach życia w strachu, w głodzie, w brudzie i … w nadziei. Na co? Nadziei, że jeszcze jakaś nadzieja ma sens. W nadziei na samo posiadanie nadziei. Na znalezienie sobie takiego mikrokosmosu, który pomoże przetrwać. Po co? Aby było normalnie. Tylko jak to jest – normalnie?
27 maja 1992 roku o godz.16.00 pociski moździerzowe spadły na jeden z sarajewskich bazarów. W ataku zginęły według jednaj z relacji 22 osoby. Vedran Smajlović, wiolonczelista i kompozytor, zdecydował się wówczas na niesamowity gest - przez dwadzieścia dwa dni punktualnie o 16.00 siadał na taborecie tuż obok miejsca, gdzie doszło do ataku, i grał adagio g-moll, by w ten sposób uczcić pamięć ofiar. Grał wśród morza kwiatów przynoszonych przez mieszkańców Sarajewa … Czy to było normalne? Nie, ale było realne. Vedran to postać prawdziwa. Tak jak wojna – była, jest i będzie boleśnie prawdziwa.
Steven Galloway napisał książkę antywojenną, która daje nadzieję na to, że nawet w piekle można znaleźć pocieszenie – pisze bloger grupy „Na Temat” Adam Kraszewski o „Wiolonczeliście z Sarajewa”.

Przed Autorem stało trudne zadanie. Postanowił on pokazać pełen tragizm Sarajewa, w sposób, który uderzy w każdego z czytelników, tak, by odkładając książkę byli wstrząśnięci i uznali, że każda wojna jest złem. Jednocześnie nie mógł on przedstawić w sposób chronologiczny trzech lat oblężenia miasta. Z tego względu ograniczył historię do jednego miesiąca, a spośród mieszkańców miasta wybrał trójkę bohaterów, codziennie spotykających Wiolonczelistę.

Strzała, świetna snajperka, codziennie likwiduje żołnierzy wroga, Kenan kilka razy w tygodniu wyrusza po wodę dla swojej rodziny, i wreszcie Dragan, który żałuje, że nie opuścił kraju wraz ze swoją rodziną. Ich codzienność musi przerażać. Kenan każdego dnia może zostać zabity. W Sarajewie przejście na drugą stronę ulicy może zakończyć się śmiercią. Idzie jednak, bo bez wody nie można żyć. To jest bohaterstwo dnia codziennego, nie tak spektakularne jak walka na froncie, jednak właśnie ono i bezinteresowne noszenie wody sąsiadce, powoduje, iż czytelnik myśli o Kenanie z szacunkiem. Dragan pracuje w piekarni. Również jego droga do pracy może skończyć się tragicznie. Dragana już raz zmuszono do kopania okopów pod ostrzałem wroga. Zrobili to ci, którzy uznali wojnę za świetny biznes. Ci sami ludzie handlowali wodą, lekarstwami czy wstępem do tunelu pod lotniskiem, którym można wyjść z miasta. Bo w Sarajewie trudno o bezinteresowność. Tu nawet towarzysze broni nie mogą sobie wierzyć. Nawet w armii broniącej miasta dochodzi do podziałów, walk o wpływy, korupcji, a oficerowie tej właśnie armii dochodzą do wniosku, że muszą również zastosować terrorystyczne metody walki.

Tymczasem codziennie Wiolonczelista stawia na środku ulicy krzesło i zaczyna grać tę smutną, znaną nam wszystkim melodię. Początkowo nikt go nie słucha, szybko jednak Wiolonczelista staje się bohaterem miasta, jego symbolem. Musi zginąć, bo tego chcą oblegający miasto. Zadanie to otrzymuje jeden z serbskich snajperów, zaś Strzała ma mu w tym przeszkodzić…

Jak ogarnąć Sarajewo naszych czasów? Czy ono przypadkiem nie nadchodzi? Czy nie zbliża się do nas wielkimi krokami? A kiedy stanie u bram, jak się wtedy zachowamy? Chwycimy za broń, czy za bukłak z wodą?

I ktoś woła z sarkazmem - obyś żył w ciekawych czasach !
ale przecież, jak widać, właśnie w nich żyjemy…

Tylko nasze życie uciekło dziś w inną przestrzeń. Przestrzeń wirtualną, odmierzaną pracą „od-do”, informacyjnie przyrządzaną papką, plastikową rozrywką i wciąż kurczącym się snem. Snem wytchnienia bez wytchnienia. Welcome to Sarajewo. Nie cenimy już prostych radości, prostych przyjemności, prostych zachowań – prostych i prawdziwych. Kiedy nadejdzie wojna będziemy tęsknić za chlebem z masłem. A może i w ogóle – tylko za samym chlebem. Za chlebem … z drugim człowiekiem, za prawdą dotyku psiej sierści oraz spokoju bez wystrzałów. Bez przemocy. Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że za naszą wschodnią granicą … będzie rodzić się imperium? Imperium chorych ambicji oraz nostalgii za minionym złudzeniem.

I może dlatego warto przeczytać „Wiolonczelistę z Sarajewa”. Kiedy wracałem tam, kiedy powracałem – Tam - do … mojego Sarajewa (bo to były powroty) i spoglądałem na zwykłe szare budynki z przytwierdzonymi złotymi tabliczkami z wygrawerowanymi nazwiskami oraz datami narodzin i śmierci, przechodził mnie dreszcz emocji i zastanawiałem się, co takiego się stało w tym mieście ponad 20 lat temu? Do dziś nie znajduję odpowiedzi. Wciąż jej szukam. Nie potrafię wyjaśnić - dlaczego człowiek chce (i potrafi) zabić drugiego człowieka? I choć znam wiele odpowiedzi. Pojmuję znaczenie słów – władza, majątek, wpływy, ambicje, agresja, polityka – miłość czy nienawiść, nie znam tej najważniejszej odpowiedzi. Nie interesuję się wojną – to chyba wojna, interesuje się mną … Tobą …

Witajcie w piekle, witajcie w Sarajewie, łączniku Wschodu z Zachodem i Północy z Południem. To Adagio naszych czasów, których sensu nie da się ogarnąć, które prowadzą nas na skraj historii i domagają się wielkiego wybuchu.

Sięgamy za pióra, i piszemy słowa, które już nikogo nie zajmują, tworzymy adagia i sonaty, które milkną w ruinach dni … I przypominamy sobie myśl Ivo Andrica – jakże paradoksalnie - Serba, katolika, ale i sarajewskiego gimnazjalisty, a potem (no, tak się złożyło) noblisty, który przestrzega nadal aktualnie:

Piękno to złudzenie i pułapka na drodze człowieka,
jedno, z nie dających się objaśnić, przekleństw jego istnienia.

Teraz, na koniec tej opowieści o Sarajewie, pozostaje tylko zanurzyć się w fascynujące takty Adagio Albinoniego – ten przepiękny utwór o losie człowieka skazanego na okrucieństwa, które sam stwarza. Skazanego na los, który konstruuje z: marzeń, ambicji, idei, tka z poezji, który konstruuje z ucieczki przed nicością w jakże inną - swoją prywatną nicość łaknienia, którą lepi z ułomności podniesionej do rangi władcy świata. Tylko ten świat nie chce takiego władcy. Chce władcy, który potrafi kochać, a nie tego, który zabija – obojętnie w imię czego …

Bo Sarajewo jest w nas. I my nie potrafimy się z niego otrząsnąć. W zbombardowanej duszy odnajdujemy swoje cztery takty partii basowej, z których potem odtwarzamy jeden utwór całego swojego życia. Wychodzimy w ruiny i gramy tęskną melodię. Nie słychać braw. Kule są ślepe. Wielu jednak przeżywa. Tylko niektórzy, zbyt wcześnie trafieni, nagle milkną. Legia Cudzoziemska woła - Maszeruj, albo giń…

Andrzej Walter

___________________________________________________________________
Steven Galloway, Wiolonczelista z Sarajewa. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2015, stron 288, tłumaczenie Łukasz Witczak.

Adam Bahdaj, Piraci z Wysp Śpiewających, ilustracje Hanna Kohlmann-Maczubska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1983, seria Klub Siedmiu Przygód, stron 176.

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć. Wydawnictwo Albatros, Poznań 2011, stron 256, tłumaczenie Lech Jęczmyk.

Sarajewo:

Oblężenie Sarajewa:

Adagio in G Minor (Albinoni)


POWRÓT DO MAGAZYNU LITERACKIEGO
.