piątek, 3 kwietnia 2015

ANDRZEJA WALTERA



A d a g i o





Włoski muzykolog Remo Giazotto odnalazł w ruinach zbombardowanej nalotem dywanowym drezdeńskiej biblioteki cztery takty partii basowej pewnej sonaty. Założywszy, że są one autorstwa siedemnastowiecznego kompozytora weneckiego Tomasa Albinoniego usiłował przez dwanaście lat odtworzyć cały utwór. Tak powstała kompozycja Adagio Albinoniego. Większość badaczy uznała ją za mistyfikację jednak nikt do dziś nie kwestionuje jej uroku. Adagio Albinoniego otrzymało rozgłos międzynarodowy m.in. dzięki Herbertowi von Karajanowi, który nagrał i często włączał ten utwór do programu swoich koncertów.

Pięćdziesiąt lat później pocisk moździerza zabija 18 osób stojących w kolejce po chleb na ulicach Sarajewa. Toczy się tam krwawa wojna. Wojna unicestwiła biblioteki, teatry, uniwersytety – zniszczyła wszystko. Nie wyłączając filharmonii. Pewien wiolonczelista sarajewskiej orkiestry symfonicznej – aktualnie (lata 1992 – 1996) bezrobotny – wychodził każdego dnia na ostrzeliwane przez snajperów ulice i grał. Szukał nadziei? Oszalał? A może po prostu nie potrafił inaczej? Często, kiedy był w wyjątkowym zagubieniu, kończył grać i po krótkiej przerwie wykonywał Adagio …

Co takiego stało się ponad dwadzieścia lat temu w Sarajewie? Czym było wtedy Sarajewo i czym stało się dzisiaj, albo, czym też było przed tą okrutną i bezsensowną wojną, kiedy jako jedyne z miast zza żelaznej kurtyny było zdolne zorganizować zimowe igrzyska olimpijskie roku 1984? Sarajewo – bodaj najbardziej fascynujące z miast Europy i jak określił go niegdyś Karol Wojtyła – europejska Jerozolima. Tygiel kultur i kłębowisko tradycji. Jeden z bośniackich twórców Dżevad Karahasan napisał o swoim najdroższym mieście tak – „Tylko w Sarajewie i tylko w Jerozolimie na tak małej przestrzeni istnieją obok siebie świątynie wszystkich czterech monoteistycznych religii”.

Miałem to szczęście, że będąc dzieckiem pamiętam jeszcze przedwojenne Sarajewo, gdyż miałem tam okazję być przed igrzyskami z moimi rodzicami. Potem wkraczając w dorosłość śledziłem z zapartym tchem doniesienia informacyjne z początku lat dziewięćdziesiątych. W ostatnich latach odwiedziłem Sarajewo dwukrotnie. Poranione miasto wciąż nie zatarło wszystkich śladów piekła, które stało się jego losem przez długie cztery lata. Było to, bowiem, najdłuższe oblężenie nowożytnej wojskowości. Sarajewo nadal stanowi przedmiot fascynacji. Nadal przyciąga aurą niesamowitości, magią położenia oraz atmosferą styku kultur. Nie udało się go unicestwić. Nie udało się go zniszczyć. Nie zdołano go zabić. Nadal tętni i kipi podniesioną z gruzów energią, aurą tajemniczości, mieszanki słów, idei i etnicznych niuansów. I nadal na styku setek ludzkich losów czai się jakieś groźne i niesamowite widmo wciąż możliwego konfliktu. Oby nigdy już nie nastąpił.

Sarajewo wciąż stanowi dla mnie nieodkrytą kartę. Przestrzeń zagadki. Obszar do zgłębienia. Tęsknię za nim, choć nie wiem, za czym tęsknię. Może za mitem? Jakże realnie bolesnym. Może ten mit kształtował się „zaczytaną na śmierć” lekturą dzieciństwa - „Piratami z wysp śpiewających” Adama Bahdaja? Jugosławia, według Bahdaja, to piękne góry z czystymi jeziorami i balsamicznymi lasami, zabytkowe miasta pełne pamiątek po Rzymianach czy Wenecjanach, ciepłe morze usiane romantycznymi wysepkami, a także życzliwi i gościnni ludzie, którzy na dźwięk polskiej mowy jeszcze szerzej otwierają serca. Szczególnie, jeśli spotkają kogoś takiego jak wujaszek Leon.
Wuj Leon, bowiem, to postać nieprzeciętna, z rudą brodą godną pirata, partyzancką przeszłością, znajomością języków obcych i nieprzepartym urokiem osobistym. Ma też starodawny samochód zwany pieszczotliwie „mamutem” oraz siostrzeńca, którego zabrał na wakacyjną wyprawę do Jugosławii. Po czym niemal zaraz na jej początku lekkomyślnie zgubił wszystkie przydziałowe dewizy w kwocie stu dwudziestu dolarów (!). W przeciwieństwie do swego czternastoletniego towarzysza podróży, Marcina, nie wydawał się tym szczególnie przejęty i zamierzał jechać dalej, żywiąc się tym, co da natura i rozbijając namiot, w co urokliwszych miejscach. I tak bez pieniędzy, ale za to z uśmiechami na twarzach bohaterowie zwiedzali Jugosławię, popadając w rozliczne tarapaty, z których zawsze wychodzili obronną ręką.

Ja też przed wojną przemierzyłem taką Jugosławię. Jugosławię, którą odwiedził 1938 roku Krzysztof Kamil Baczyński. Gdzie napisał pierwsze wiersze … Jugosławię ze snów i marzeń. Jugosławię przygody i … drogi do Sarajewa. Miałem tam nawet poważny wypadek w Gradacu nad Adriatykiem (byłem dosyć żywym dzieciakiem) i moje życie uratował … Rosjanin. Najbliższy szpital, który mógł zaszyć tętnicę był oddalony o siedemdziesiąt kilometrów. Ów pan (mieszkaniec Moskwy) zabrał mnie swoim czerwonym moskwiczem do bazy wojskowej, gdzie błyskawicznie zatamowano krwotok i zaszyto ranę. Współczuję dziś bardzo świadomie moim rodzicom takiego gagatka.

Taką też Jugosławię przymusowo odwiedził też Franciszek Dolas, bohater wiecznie żywej polskiej komedii wszechczasów „Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową”. Jego okrzyk radości podczas ucieczki przed Niemcami, kiedy wyskakuje z pędzącego pociągu i stacza się z potężnych gór stał się wręcz symbolem naszego myślenia o tym bałkańskim zakątku świata. Jugosławiaaaaaa! …

Wytworzyliśmy w sobie pewien fałszywy obraz, pewien mit, wolnej i rajskiej krainy. Krainy, w której rzekomo, po wojnie Josip Broz Tito postawił się sowieckim włodarzom. Krainy dostatniej, będącej dla nas wrotami do Zachodu. Prawda – jak pokazuje wiedza historyczna – wyglądała mniej baśniowo. Tito rozprawiał się z wrogami systemu brutalnie. Był jednak, paradoksalnie i zarazem jednocześnie, elementem scalającym powojenne losy Słoweńców, Chorwatów, Serbów, Bośniaków i pewnej części Albańczyków. Do momentu upadku Żelaznej Kurtyny. Fantastycznie i w sposób iście poetycki ukazuje to Emir Kusturica w filmie „Underground”. Ten serbski reżyser, urodzony – a gdzieżby indziej - w Sarajewie – kręci ten film w 1995. W Sarajewie trwa wciąż wojna. Muzyka Gorana Bregovica urodzonego – mój Boże – w Sarajewie (!) … dopełnia dzieła. Ba, arcydzieła. Czy wszystkie drogi prowadzą zatem do Sarajewa? Wydaje się, że tak. Czy Sarajewo, ten bodaj najważniejszy ośrodek kultury byłej Jugosławii, jest jakoś winne koszmarowi, którego padło udziałem?

W naszych polskich księgarniach pojawiła się przepięknie napisana książka Stevena Gallowaya (ur. 1975) Kanadyjczyka z Vancouver pod tytułem „Wiolonczelista z Sarajewa”. To już trzecia książka tego autora, do której prawa zakupiło po jej wydaniu aż trzydzieści krajów, a obecnie mówi się nawet o szansach na ekranizację. Książka ta jest naprawdę wyjątkowa. Poprzez minimum środków i maksimum uczuć autor ukazuje los człowieka zaplątanego w dramatyzm czasów i wydarzeń. Przenosimy się zatem do Sarajewa. Czujemy, boimy się i myślimy razem z trójką postaci będących w centrum oblężonego miasta. Pozornie nic ich nie łączy. Ich zwyczajność wplata się w naszą. Ich los wnika w nasz, a siła metaforycznych opisów, przedstawionych sytuacji i najzwyczajniejszych odruchów, utożsamia nas z prawdopodobieństwem znalezienia się w takim samym miejscu, czasie i podobnej przestrzeni. To przestrzeń wojny. Wojny, która czai się za rogiem i chyba wpisana jest jakoś w nasze geny. W nasze człowieczeństwo.

Trafnie ujął to Lew Trocki w przywołanym motcie
– „Możesz nie interesować się wojną, lecz wojna interesuje się tobą” …

Nie wierzycie? Wystarczy włączyć telewizor. Można go też jednak wyłączyć i spróbować przejść się Aleją Snajperów, zdobyć kawałek chleba, zaczerpnąć wody ze studni przy browarze – pod ostrzałem kul, przy świście moździerzowych pocisków nie rozróżniających dzieci od dorosłych, psów od kotów i chrześcijan od muzułmanów.

Welcome to Sarajewo. Witamy w rzeźni. A może to „Rzeźnia numer pięć”?. To – było nie było – mój rocznik, rocznik tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty dziewiąty. Rocznik wydania powieści Kurta Vonneguta inspirowanej bombardowaniem Drezna. Najbardziej absurdalnego bombardowania tamtej wojny. Bo wszędzie i zawsze musi być jakaś wojna. Tak jak i ono (owo bombardowane Drezno), tak i główny bohater „Rzeźni numer pięć”, czy też – wyobraźmy sobie - pół bohater błogosławionej mega współczesności jest człowiekiem „wypadającym z czasu”, dzięki czemu znajduje się jednocześnie we wszystkich momentach swojego życia. Nie ma on żadnego wpływu na to, który z tych momentów akurat ogląda. Namacalna dygresja? Dramatycznie bliska? Welcome to Sarajewo. Welcome to Donbas.

Sarajewski stadion, na którym świętowano inaugurację igrzysk 1984 roku idealnie nadał się jako ogromna przestrzeń ziemi do chowania zwłok. Podczas tych pogrzebów niejednokrotnie nadlatywały pociski i można było „wypaść z czasu” … Te pociski nadlatywały z armii kierowanej pośrednio przez serbskiego poetę Radowana Kardzića… Czy właśnie wtedy Karadzić napisał? …


Spójrz, jak strach zamienił się
w pająka, co w komputerze
odpowiedzi szuka.

*
Przejdźcie na mą wiarę, ludzie
Dam Wam to, czego nikt Wam nie dał
Dam prawo do beztroski i wino,
A ten, kto głód czuje – nakarmi się
promieniami mego słońca.
*
Słyszę, jak kroczy kataklizm
Miasto płonie niczym gromnica
Nasza świadomość spowita dymem,
Wśród zbrojnych szeregów
uzbrojone drzewa...
Wszystko co widzę jest zbrojne
Bo wszystko zmieniło się w armię,
wojnę i bój...
Radowan Karadżić – poeta (!) to sprawca największego ludobójstwa w Europie po II wojnie światowej, a mianowicie jako przywódca bośniackich Serbów wraz z generałem Radko Mladiciem był odpowiedzialny za masakrę muzułmanów w Srebrenicy w 1995 roku i wymordowanie przeszło 8 tysięcy ludzi i zabicie w ramach „czyszczenia” około 10 tysięcy ludzi w rejonie Sarajewa.
Karadżić przed wojną na Bałkanach to absolwent Uniwersytetu Medycznego w Sarajewie (!!!), psychiatra po specjalizacjach w Danii i USA w leczeniu depresji i fobii i jednocześnie zdolny poeta, a także prezydent Republiki Serbskiej w Bośni i autor programu czystek etnicznych, jeden z entuzjastów tworzenia Wielkiej Serbii. Zatem specjalista od stanów depresyjnych i tolerancyjny, ciepły terapeuta, który u innych stwierdzał nienormalność, wrażliwy, liryczny twórca i nacjonalistyczny obsesjonat, bezwzględny, okrutny morderca; to wszystko zmieściło w jednym człowieku.
Przygodę z literaturą rozpoczął Karadżić będąc stypendystą w USA; tam zetknął się z poezją beatników i był pod dużym wrażeniem strof Allena Ginsberga i współczesnych imaginistów w rodzaju  Roberta Bly, Franka o’Hary. Z tego okresu pochodzą przepełnione witalizmem i radością życia wiersze, których nie powstydziłby się sam Grek Zorba:”(…)Dam prawo do beztroski i wina./ A ten, kto głód czuje-nakarmi się/ promieniami mojego słońca”. Im bliżej było wojny, tym częściej pojawiały się w jego utworach obrazy zapowiadające potrzebę przemocy i rozlewu krwi w imię nacjonalistycznych ideałów; tak jest w przypadku wierszy zabranych w tomiku „Czarna bajka” z 1990 roku. W podobnym tonie utrzymane jest popularne „Sarajewo”, które zaczyna się wersami: ”Miasto pali się jak kadzidło./ W dymie dudni nasza świadomość (…)’ Jest w tym obłąkańcze przekonanie, że przy pomocy zniszczenia i armat można zbudować lepszą przyszłość, serbski raj w Bośni. Zadziwiające jest to, że kiedy Karadzić był poszukiwany za ludobójstwo i ukrywał się jako doktor Dragan Dabić  w Belgradzie, to Rosjanie przyznali mu nagrodę literacką im.Michaiła Szołochowa za wybitny wkład w słowiańską kulturę. Deja vu? Czy cała dojmująca złożoność świata, w którym przyszło nam żyć? Świata paradoksów, świata złożonego, w którym raz się jest poetą, a raz zbrodniarzem.
Czy naprawdę wiemy, kim jesteśmy?
Wróćmy jednak do książki Gallowaya. Absurdalność koncertów wiolonczelisty splata się ze snującą się opowieścią – czy wręcz myślami - trójki bohaterów. To opowieść o ich życiu. O czterech latach życia w strachu, w głodzie, w brudzie i … w nadziei. Na co? Nadziei, że jeszcze jakaś nadzieja ma sens. W nadziei na samo posiadanie nadziei. Na znalezienie sobie takiego mikrokosmosu, który pomoże przetrwać. Po co? Aby było normalnie. Tylko jak to jest – normalnie?
27 maja 1992 roku o godz.16.00 pociski moździerzowe spadły na jeden z sarajewskich bazarów. W ataku zginęły według jednaj z relacji 22 osoby. Vedran Smajlović, wiolonczelista i kompozytor, zdecydował się wówczas na niesamowity gest - przez dwadzieścia dwa dni punktualnie o 16.00 siadał na taborecie tuż obok miejsca, gdzie doszło do ataku, i grał adagio g-moll, by w ten sposób uczcić pamięć ofiar. Grał wśród morza kwiatów przynoszonych przez mieszkańców Sarajewa … Czy to było normalne? Nie, ale było realne. Vedran to postać prawdziwa. Tak jak wojna – była, jest i będzie boleśnie prawdziwa.
Steven Galloway napisał książkę antywojenną, która daje nadzieję na to, że nawet w piekle można znaleźć pocieszenie – pisze bloger grupy „Na Temat” Adam Kraszewski o „Wiolonczeliście z Sarajewa”.

Przed Autorem stało trudne zadanie. Postanowił on pokazać pełen tragizm Sarajewa, w sposób, który uderzy w każdego z czytelników, tak, by odkładając książkę byli wstrząśnięci i uznali, że każda wojna jest złem. Jednocześnie nie mógł on przedstawić w sposób chronologiczny trzech lat oblężenia miasta. Z tego względu ograniczył historię do jednego miesiąca, a spośród mieszkańców miasta wybrał trójkę bohaterów, codziennie spotykających Wiolonczelistę.

Strzała, świetna snajperka, codziennie likwiduje żołnierzy wroga, Kenan kilka razy w tygodniu wyrusza po wodę dla swojej rodziny, i wreszcie Dragan, który żałuje, że nie opuścił kraju wraz ze swoją rodziną. Ich codzienność musi przerażać. Kenan każdego dnia może zostać zabity. W Sarajewie przejście na drugą stronę ulicy może zakończyć się śmiercią. Idzie jednak, bo bez wody nie można żyć. To jest bohaterstwo dnia codziennego, nie tak spektakularne jak walka na froncie, jednak właśnie ono i bezinteresowne noszenie wody sąsiadce, powoduje, iż czytelnik myśli o Kenanie z szacunkiem. Dragan pracuje w piekarni. Również jego droga do pracy może skończyć się tragicznie. Dragana już raz zmuszono do kopania okopów pod ostrzałem wroga. Zrobili to ci, którzy uznali wojnę za świetny biznes. Ci sami ludzie handlowali wodą, lekarstwami czy wstępem do tunelu pod lotniskiem, którym można wyjść z miasta. Bo w Sarajewie trudno o bezinteresowność. Tu nawet towarzysze broni nie mogą sobie wierzyć. Nawet w armii broniącej miasta dochodzi do podziałów, walk o wpływy, korupcji, a oficerowie tej właśnie armii dochodzą do wniosku, że muszą również zastosować terrorystyczne metody walki.

Tymczasem codziennie Wiolonczelista stawia na środku ulicy krzesło i zaczyna grać tę smutną, znaną nam wszystkim melodię. Początkowo nikt go nie słucha, szybko jednak Wiolonczelista staje się bohaterem miasta, jego symbolem. Musi zginąć, bo tego chcą oblegający miasto. Zadanie to otrzymuje jeden z serbskich snajperów, zaś Strzała ma mu w tym przeszkodzić…

Jak ogarnąć Sarajewo naszych czasów? Czy ono przypadkiem nie nadchodzi? Czy nie zbliża się do nas wielkimi krokami? A kiedy stanie u bram, jak się wtedy zachowamy? Chwycimy za broń, czy za bukłak z wodą?

I ktoś woła z sarkazmem - obyś żył w ciekawych czasach !
ale przecież, jak widać, właśnie w nich żyjemy…

Tylko nasze życie uciekło dziś w inną przestrzeń. Przestrzeń wirtualną, odmierzaną pracą „od-do”, informacyjnie przyrządzaną papką, plastikową rozrywką i wciąż kurczącym się snem. Snem wytchnienia bez wytchnienia. Welcome to Sarajewo. Nie cenimy już prostych radości, prostych przyjemności, prostych zachowań – prostych i prawdziwych. Kiedy nadejdzie wojna będziemy tęsknić za chlebem z masłem. A może i w ogóle – tylko za samym chlebem. Za chlebem … z drugim człowiekiem, za prawdą dotyku psiej sierści oraz spokoju bez wystrzałów. Bez przemocy. Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że za naszą wschodnią granicą … będzie rodzić się imperium? Imperium chorych ambicji oraz nostalgii za minionym złudzeniem.

I może dlatego warto przeczytać „Wiolonczelistę z Sarajewa”. Kiedy wracałem tam, kiedy powracałem – Tam - do … mojego Sarajewa (bo to były powroty) i spoglądałem na zwykłe szare budynki z przytwierdzonymi złotymi tabliczkami z wygrawerowanymi nazwiskami oraz datami narodzin i śmierci, przechodził mnie dreszcz emocji i zastanawiałem się, co takiego się stało w tym mieście ponad 20 lat temu? Do dziś nie znajduję odpowiedzi. Wciąż jej szukam. Nie potrafię wyjaśnić - dlaczego człowiek chce (i potrafi) zabić drugiego człowieka? I choć znam wiele odpowiedzi. Pojmuję znaczenie słów – władza, majątek, wpływy, ambicje, agresja, polityka – miłość czy nienawiść, nie znam tej najważniejszej odpowiedzi. Nie interesuję się wojną – to chyba wojna, interesuje się mną … Tobą …

Witajcie w piekle, witajcie w Sarajewie, łączniku Wschodu z Zachodem i Północy z Południem. To Adagio naszych czasów, których sensu nie da się ogarnąć, które prowadzą nas na skraj historii i domagają się wielkiego wybuchu.

Sięgamy za pióra, i piszemy słowa, które już nikogo nie zajmują, tworzymy adagia i sonaty, które milkną w ruinach dni … I przypominamy sobie myśl Ivo Andrica – jakże paradoksalnie - Serba, katolika, ale i sarajewskiego gimnazjalisty, a potem (no, tak się złożyło) noblisty, który przestrzega nadal aktualnie:

Piękno to złudzenie i pułapka na drodze człowieka,
jedno, z nie dających się objaśnić, przekleństw jego istnienia.

Teraz, na koniec tej opowieści o Sarajewie, pozostaje tylko zanurzyć się w fascynujące takty Adagio Albinoniego – ten przepiękny utwór o losie człowieka skazanego na okrucieństwa, które sam stwarza. Skazanego na los, który konstruuje z: marzeń, ambicji, idei, tka z poezji, który konstruuje z ucieczki przed nicością w jakże inną - swoją prywatną nicość łaknienia, którą lepi z ułomności podniesionej do rangi władcy świata. Tylko ten świat nie chce takiego władcy. Chce władcy, który potrafi kochać, a nie tego, który zabija – obojętnie w imię czego …

Bo Sarajewo jest w nas. I my nie potrafimy się z niego otrząsnąć. W zbombardowanej duszy odnajdujemy swoje cztery takty partii basowej, z których potem odtwarzamy jeden utwór całego swojego życia. Wychodzimy w ruiny i gramy tęskną melodię. Nie słychać braw. Kule są ślepe. Wielu jednak przeżywa. Tylko niektórzy, zbyt wcześnie trafieni, nagle milkną. Legia Cudzoziemska woła - Maszeruj, albo giń…

Andrzej Walter

___________________________________________________________________
Steven Galloway, Wiolonczelista z Sarajewa. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2015, stron 288, tłumaczenie Łukasz Witczak.

Adam Bahdaj, Piraci z Wysp Śpiewających, ilustracje Hanna Kohlmann-Maczubska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1983, seria Klub Siedmiu Przygód, stron 176.

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć. Wydawnictwo Albatros, Poznań 2011, stron 256, tłumaczenie Lech Jęczmyk.

Sarajewo:

Oblężenie Sarajewa:

Adagio in G Minor (Albinoni)


POWRÓT DO MAGAZYNU LITERACKIEGO
.