poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Leszka Żulińskiego Suche Łany

wspomnień...







Są rozliczne wiersze współczesne, które nie mają z poezją nic wspólnego. Które przez Czytelników nawet nie są traktowane jak wiersze. I które wierszami nie są. Ale są utwory poezji pełne, jak strofy poniższe

Madonno moja, grzechu pełna,
w sen jak w zwierciadło pęknięte wprawiona.
Duszna noc, kamień gwiazd na ramionach
i ta trwoga, jak ty — nieśmiertelna.
*
W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.
*
To jest kiełbasa
To jest moja matka jadalna
Ona wisi na niklowym haku
i pachnie kominem


*

Tomik Leszka Żulińskiego pod wielce wymownym tytułem Suche Łany, to refleksyjne, pełne żywych obrazów łany wspomnień Autora. Wiersz „Powroty” - rodzaj swoistego prólogos do antycznych tragedii, zapowiadający mające nieuchronnie nastąpić, dramatyczne wydarzenia - tak się kończy

Ten stary film puszczam sobie godzinami,
słychać terkot projektora, ale to tylko nasze serca jeszcze bije,
jeszcze trochę bije...

Zakończenie jako prólogos? A tak, Kochani, albowiem Leszek Żuliński tymi słowy wprowadza nas w dramę swoich młodzieńczych przeżyć, do których tęskni, jak się tęskni za wodą na pustyni. I ja za taką wodą tęsknię codziennie. Czas przecież nieubłaganie upływa nam wszystkim a z nim – nasze życie ergo: panta rhei... A skoro panta rhei to i Heraklit z jego nieuchronnością bezpowrotów do wód płodowych dziecięctwa i młodzieńczości, do których drugi raz wstąpić się nie da. Oto tragedia antyczna w tych wierszach!
Wracamy do swoich zakurzonych wczoraj, brnąc przez Suche łany chwil minionych. Wracamy przez ongi wypowiedziane-zasłyszane słowa, przez zapamiętane smaki, zapachy i szelesty, które wprawdzie odeszły bezpowrotnie w rozumieniu fizykalnym, lecz pozostały w nas i hałasują (coraz ciszej) jak terkot projektora...
Wiersze Leszka Żulińskiego są utworami o tyle nieczęsto spotykanymi w dzisiejszej poezji, że nie zawierając metafor, są czystymi metaforami - jako całość. Leszek Żuliński nie sprokurował zestawu poezji narracyjnej. To są krótkie poematy do zapamiętania a zatem – jak cytowane powyżej – są wierszami jak najbardziej poetyckimi. Może się zdawać że popełniłem jakiś a logiczny lapsus językowy. Nie popełniłem.
Jak we wstępie napisałem: Są rozliczne wiersze współczesne, które nie mają z poezją nic wspólnego. I takich, niemających nic wspólnego z poezją quasi-wierszy mamy dziś setki tysięcy, jeśli nie miliony. Suche Łany Leszka Żulińskiego to wiersze, które chce się czytać, chce się mieć na półce, które ilekroć czytane będą – każdemu dadzą radość obcowania z Dobrą Polską Poezją.
Byłem zaskoczony swoją reakcją na słowa z wiersza pt. "Lotta"

moja kamienica
była z lat pięćdziesiątych – toporna
jak wszystko z lat pięćdziesiątych

Zaskoczony byłem skurczem krtani; lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte, siedemdziesiąte etc. Każde pokolenie ma i mieć będzie jakieś „swoje" lata. Doskonale rozumiem, co widział Żuliński pisząc toporna/jak wszystko z lat pięćdziesiątych
    Mój dom też był z końca lat pięćdziesiątych. Nie tyle „toporny” ile - nijaki. Mogę dodać: nijaki jak wszystko z owego czasu; nijacy pomięci i niedomyci ludzie w nijakich, pomiętych ubraniach. Pamiętam dziewczyny z końca lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych, ich okropne, porozciągane kostiumy kąpielowe i niegustowne sukienki. Pamiętam smak lodów, oranżady, pączków, zapach olejku do opalania i nędzę eau de Cologne rodzimej produkcji. Wszystko było przaśne i szare, nędzne i wulgarne, ale przecież było smakiem naszej młodości... 





przez okienko w szczycie dachu widziałem
kasztanowiec z huśtawką na zetlałej linie
step podwórka z osieroconą psią budą
i studnię pełną wyschniętych życzeń

dziewczyna miała na imię Renata
smakowała truskawkowymi lodami i niebem
które zstąpiło dla mnie pewnej nocy
zagadkowo oblizywała palce

 Tak kiedyś napisałem... Teraz smakuję wiersze Leszka Żulińskiego, bo przecież to także MOJA młodość. To także moje "toporne kamienice", domy, miasta i miasteczka i autobusy pieszczotliwie zwane „ogórkami". 

Nie, Kochani, to nie tęsknota za komuną... Bo jak śpiewa Andrzej Sikorowski

Za drzwiami stała brudnoszara rzeczywistość
A z czystych rzeczy tośmy mieli wódkę czystą
Cichą nadzieję na kolejny cud nad Wisłą,
Która artystom pozwalała wierzyć w przyszłoś
ć

A dzisiaj śledczy tamtej przeszłości,
Którego wtedy w planach nie było
Sporządza listę moich słabości
I wie najlepiej co mi się śniło

Nim na pożarcie rzucą nas tłumom
Chcemy powiedzieć niektórym gościom
To nie tęsknota jest za komuną
To nie tęsknota za komuną
To jest tęsknota za młodością
 
Tak, tęsknota za naszą młodością... Wszak innej nigdy nie mieliśmy i już nigdy mieć nie będziemy, więc każdemu z nas pozostaje iść z oczyma mocno zaciśniętymi przez szeleszczące Suche Łany wspomnień... Ktokolwiek zechce własne łany opisać, niech to zrobi jak Leszek Żuliński: pięknie!