piątek, 24 kwietnia 2015

Niech nam żyje Prezes Dyzma!


















Świat należy do tych, co umieją skrupuły wyrzucić za okno”.

Tak pisał Tadeusz Dołęga-Mostowicz wkładając powyższą sentencję w kategorie widzenia świata przez jednego z najsłynniejszych swych literackich bohaterów…
A dziś? Co napisałby dziś?
Kiedy myślę – Tadeusz Dołęga-Mostowicz słyszę gdzieś w tle tekst współcześnie odtwarzanej piosenki zespołu Elektryczne Gitary
Czy ktoś się przyzna, że w nim jest Dyzma?
Bo taki jest czas, ile Dyzmy w nas
.
Wiem, niestety, że nikt się nie przyzna.

W czasach kiedy Autor pisał „Karierę Nikodema Dyzmy” słowo gówno uchodziło za tak wulgarne, że kropkowano je w tekstach. Dziś standardy kultury i granice jej wyznaczone przesunęły się o wiele, wiele dalej. Wolno więcej, a właściwie – prawie wszystko. Dyzma – pozostał ten sam. Różnica polega chyba tylko na tym, że współczesny Dyzma: po pierwsze nikogo aż tak nie razi, po wtóre wolno mu również - o wiele, wiele więcej…

Tadeusz Dołęga-Mostowicz – gdyż o nim chcę zdać sprawę – napisał rzecz jasna mnóstwo innych powieści. Jego twórczość – o ironio – przeszła do historii literatury wbrew wszystkim: krytykom, cynikom oraz standardowym wyśmiewaczom kultury niskiej czyli takiej: dla maglarek, pensjonarek i kucharek. O, przepraszam za seksizm – dla maglarzy, pensjonarek (brak odpowiednika) i kucharzy. Nie ten język? Język był i jest taki jak Rzeczypospolitej wychowanie. A dziś żadnego wychowania już nie ma. Dziś świat należy do tych …
No, mniejsza z tym – wiemy przecież, do kogo należy.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz urodził się w rodzinie ziemiańskiej 10 sierpnia 1898 w Okuniewie, w guberni witebskiej, zginął natomiast 20 września 1939 w miejscowości Kuty na Pokuciu. Krótkie to było życie, ale jakże intensywne i aktywne. Był popularnym (dziś powiedzielibyśmy sprzedawanym masowo) polskim pisarzem, prozaikiem i scenarzystą. Autorem kilkunastu powieści. Synem Stefana i Stanisławy z Potopowiczów. Wychowany się w atmosferze dobrobytu.
Sam Mostowicz ujął to tak:

Fatalną właściwością moich dziecinnych marzeń i pragnień było to, że wszystkie bardzo szybko … urzeczywistniały się. Jakże można długo cieszyć się nadzieją, że człowiek zostanie stangretem, gdy już w ósmym roku życia umie nieźle powozić parą koni, a nawet tandemem. Cóż zostanie z marzeń o szoferce, gdy już w jedenastym roku, z trudem sięgając nogami do pedałów, kieruje się autem. (…)
I tak już szło dalej. Po zaznajomieniu się z historią Powstań, chciałem zostać spiskowcem. Ale już od pierwszych klas gimnazjalnych należałem do tajnych organizacji patriotycznych, ponosząc wszelkie tego konsekwencje.
Z kolei zachwycony »Trylogią« Sienkiewicza, widziałem siebie z szablą w dłoni w brawurowej szarży kawaleryjskiej. Byłem jeszcze gołowąsem, gdy i to marzenie się ziściło (wojna polsko-sowiecka 1920). To samo z kierowaniem wielkim dziennikiem politycznym”.

Ta wypowiedź dobrze oddaje świat Dołęgi-Mostowicza i jego ogólny zarys stosunku do życia. Mało jest materiałów biograficznych tej ciekawej postaci. Wywiadów udzielał bardzo, ale to bardzo niechętnie. Wracając do faktów - w 1915 roku ukończył gimnazjum w Wilnie, a następnie rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Kijowie. Należał w tym czasie do konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Wojna, a potem Rewolucja odcisnęła się mocno na losach Rodziny Mostowiczów (herbu Dołęga- stąd pierwszy człon nazwiska).
W końcu, po wielu perypetiach, trafił w 1918 roku do Warszawy, gdzie zaciągnął się ochotniczo do wojska. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W latach 1922-1926 był współpracownikiem, a następnie redaktorem dziennika „Rzeczpospolita”.
Jako felietonista używał wówczas pseudonimu C. hr. Zan. I jak chrzan – był ostry oraz - dla wielu – nie do wytrzymania.

Ja nie piszę, tylko zarabiam – mówił Tadeusz Dołęga-Mostowicz. – Gdy zarobię wystarczająco dużo i zbiję majątek, wezmę się do pisania czegoś wielkiego i prawdziwego. Myślę, że nastąpi to, gdy skończę pięćdziesiątkę”.

Nie było mu dane słowa dotrzymać. Jako człowiek swojej epoki nie potrafił skrupułów wyrzucić za okno.
Relacje ze śmierci 41 letniego mężczyzny są dość różne. Generalnie wiemy, że musiał zachować się i zginąć w sposób godny i wielki, gdyż żegnał go tłum ludzi, a historia oddała mu to co zabrała za życia – ogromny szacunek.
Sprzeczne opisy śmierci udało się częściowo zweryfikować, zwłaszcza po ekshumacji. Mostowicz przecież nie zginął jak tchórz i uciekinier. Chciał – jak to zawsze On – pomóc ludziom, na coś się przydać, coś zorganizować. By wreszcie spełnić swój żołnierski obowiązek. To z dzisiejszej perspektywy fantastyczna postawa. Musimy też, uzmysłowić sobie kontekst prozaiczny – miał w 1939 roku ponad 40 lat i był bardzo, ale to bardzo, bogaty. Zaszczytny obowiązek obrony Ojczyzny … mógł go po prostu (z pomocą ….) ominąć. Nie chciał tego. A ludzie to docenili.

Owszem, zaznał ogromnej popularności, ale z powodu niemiłosiernego wyszydzania stosunków panujących w Rzeczypospolitej , a zwłaszcza wśród jej elit, był traktowany wręcz jak paszkwilant, który podważa zasługi sanacyjnych osobistości oraz zaufanie do ich działań „na rzecz państwa i narodu”. Ta śmierć – jako prostego żołnierza, wypełniającego do końca powinność, a do tego od kul zdradzieckiego okupanta zza wschodniej granicy – ten szacunek mu oddała. Jak już wspomniałem oddała mu też go historia. Historia jednak, jak wiemy, jest bezosobowa, niczego nie odda bez siły sprawczej w postaci … ludzi. Ludzkiej pielęgnacji wydarzeń. Tych, którzy podziwiają i pamiętają. W przypadku naszego Autora byli to między innymi: Kardynał Stefan Wyszyński oraz Jarosław Iwaszkiewicz. Pogrzeb na Powązkach odbył się w roku 1978…

Właściwie muszę tu poczynić pewną dygresję i nawiązać do felietonu Igora Wieczorka zamieszczonego w numerze 48/13 (171) E-tygodnika Pisarze.pl pod tytułem „Na żyznym rozległym polu”. Autor rozważa ni mniej ni więcej – przez czysty przypadek jak mniemam – owo oburzenie elit na kogoś pokroju Dołęgi-Mostowicza. Przybliża nam też postać Pasquino i jego niezwykłą historię. Ocenia wzajemne obrzucanie się błotkiem oraz sądy ex cathedra jako bezproduktywne, gdyż wartości dzieł i tak ocenią: czas i historia, a w zasadzie też ludzkie zapotrzebowanie na to, co chcą przeżyć i uznać za Sztukę. Temat jest bardzo – tytułowo – szeroki i rozległy. Mądrze podany i dyskusyjny. Czego jednak Igor Wieczorek nie napisał? Otóż nie napisał, że dzisiejszą kulturę masową możemy podzielić: na kulturę masową i pseudokulturę. (Też masową). Kultura masowa dostarcza – (podkreślę!!!) dobrej – rozrywki. Przykładowo filmy o Jamesie Bondzie są ewidentnie objawem kultury masowej, acz mają w sobie znamiona wartości nie obcych inteligentnemu człowiekowi naszych czasów. Polecam zwłaszcza tytuł „Jutro nie umiera nigdy” („Tommorow never dies”). Twórcy filmu byli chyba bliżej prawdy o współczesnym świecie, niż im się zdawało. Magnat medialny manipulujący wydarzeniami światowymi dla własnych korzyści? Brzmi znajomo. Jest wielce prawdopodobne. Nie wszyscy zrozumieli tekst Igora, ale cóż, trudno wymagać od betonu, aby wyrosła na nim trawa. Na drugim biegunie kultury masowej plasują się właśnie celebryci, którzy nie niosą za sobą żadnych wartości, a jedynie własną „pseudowartość”. Ich odbiorcy to niestety kompletny kultury upadek i trudno takich celbryckich konsumentów dopisać do odbiorców „kultury masowej” … To odbiorcy jakiejkolwiek przyswajalnej papki, a nie żadnej kultury. Fakt, że ta papka podpisuje się słowem „kultura”, wcale nie świadczy, że w ogóle nią jest. A że chcą oni to tak nazwać – to już ich problem. Gorzej z tymi, co w to wierzą, że to kultura.

W czasach Tadeusza Dołęgi-Mostowicza przejawem kultury masowej były właśnie książki pisane przez wyżej przywołanego Autora. To nie przypadek, że niosły za sobą pewne prawdy uniwersalne. Prawdy, które i dziś pokazują, że Mostowicz jednak był fenomenem na miarę epoki, że jego bohaterowie funkcjonują nadal, tylko w innym przebraniu i kontekście. Czas zatem dowiódł, że komercyjny sukces Mostowicza nie kłócił się z wartością jego pisarstwa. Pisał po prostu ciekawie i zajmująco. Poruszał sprawy – było nie było – ważne. Czytali go wszyscy: kucharki, kierowcy, arystokratki i inteligencja. Kino sprawiło, że historie te utrwaliły się w świadomości odbiorców, ale i fakt uniwersalności powołanych do życia bohaterów. Pytanie jednak brzmi czy przypadkiem Autor ten nie trzymał się nazbyt blisko prawdziwego życia i owi bohaterowie nie byli w najprostszy z możliwych sposobów po prostu z tego życia wycięci i opisani… Zatem życie w zasadzie samo powołało na bohaterów te postacie, a Dołęga-Mostowicz nadał im tylko rys literacki tworząc sprawne i ciekawe fabuły opowieści. To się - po prostu - świetnie czytało. Podkreślić jednak należy to, co powiedziałem przy okazji dygresji na temat felietonu Wieczorka – literatura tworzona przez Dołęgę-Mostowicza niosła za sobą refleksję i namysł. Inaczej by nie przetrwała. To nie była najtandetniejsza szmira. Inaczej żaden film nie powołałby jej ponownie do życia i nie byłoby szansy na ciąg dalszy.

Słowem przykład Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, jako literata, jest bardzo potrzebny i bardzo właściwy do zadumania się nas obecnym życiem literackim w Polsce. Koledzy odmawiali mu talentu, nazywając jego twórczość „literaturą wagonową”, „brukową” czy „powieściami dla kucharek”. Zapewne takową była. Drugim dnem prawdy jest jednak to, że była też warsztatowo zrobiona genialnie. To, możemy już dziś powiedzieć z całą pewnością – czas i historię (póki co) Dołęga-Mostowicz przetrwał. Prezes Dyzma był, jest i będzie. (…)

Pisanie prawdy o elitach nigdy nie jest łatwe. Niesie za sobą bagaż krzywd, które stają się udziałem autora ośmielającego się opisywać realia. Jest też poczytne, co drażni wielkich tego świata, (czy też za wielkich się uważających) … bądź nawet określmy to: „tego światka”, gdyż światek ów tak się skurczył, że może go już nie ma? Nie, nie. Jest na pewno i będzie zawsze.

Życiorys Dołęgi-Mostowicza to materiał na film bądź obszerną powieść o zacięciu sensacyjnym. Początki w Warszawie były bardzo trudne. Pierwsze typy spod ciemnej gwiazdy opisywane przez Autora pochodziły najprawdopodobniej z życiowego doświadczenia, z obserwacji. Pióro czerpało z życia. Mieszkał wówczas (po roku 1922 i demobilizacji) w jakichś spelunkach – podejrzanych, zatłoczonych, jazgotliwych. Musiał jednak zacząć mieć tego dosyć. Sytuacja odmieniła się radykalnie, kiedy przeprowadził się do wuja - Zygmunta Rytla na ulicę Grójecką 40. Było to w 1924 roku. Nie wiadomo na ile wuj pomógł Autorowi w angażu do Rzeczpospolitej. Biografowie wyrobili Mostowiczowi legendę kariery „od zecera do milionera”. Efektowne to i ładne, aczkolwiek widziane ex post. Finalnie - tak się jednak nie wydarzyło. Literackie gawędy oraz środowiskowe plotki utrwalają miłą dla oka – taką właśnie - legendę. Tworzą pewien mit. Z drugiej strony kim byśmy byli bez takich mitów?

Zaczynał zatem jako zecer w drukarni dziennika „Rzeczpospolita”, z czasem zaczął pisać krótkie wiadomości, potem jako C.h.rzan tak się spodobał, że zaczął pisywać regularnie. Uważano go za przeciwnika Piłsudskiego. Co raczej częściowo stanowi prawdę, gdyż krytykował on nie samego Marszałka, ale jego otoczenie, a wiemy kim Marszałek potrafił się … otoczyć… Historia zresztą pokazała to dobitnie w roku 1939.

W swoich krytykach dżentelmenów sanacji doszedł jednak do takiego punktu, w którym stał się celem brutalnego pobicia przez nieznanych sprawców. Sprawcy (znani-nieznani) wcześniej sugerowali zmianę tematyki felietonów, ale Mostowicz nie ugiął się presji. Gorzko za to zapłacił. Ledwo żywy został uratowany z glinianki w Jankach. (według innych źródeł w Łomiankach – złośliwi?). Uratował go chłop powracający z pola. Zawiózł do domu wuja, a tam już zajęli się nim lekarze. Ta historia posłużyła później za kanwę „Znachora”. Dołęga w odróżnieniu od profesora Wilczura zachował jednak świetną pamięć i zrobił z niej użytek.

W zasadzie napastnicy osiągnęli cel. Utrata zdrowia spowodowała wycofanie się z publicystyki, a Mostowicz już do końca życia chorował na serce. Całą energię skoncentrował na pracy literackiej. Warto było. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, gdyż poczytność skutkowała rewelacyjnymi zarobkami, a w przenośni, gdyż tematyka książek była tak popularna, iż rozprzestrzeniała się ponad możliwość wyobrażenia. Scenariusze u niego zamawiali nawet producenci z Hollywood.

W tym miejscu warto też pokusić się o małą dygresję do Polski obecnej. Tadeusz Dołęga-Mostowicz i jego felietonowa złośliwość, cięte riposty oraz zdolności polemiczne powodowały szał w gremiach ówczesnej opozycji politycznej. Odwracając optykę spojrzenia Mostowicz wcale nie był, tak jakby to pozornie wyglądało zaangażowanym ideologiem chadecji. (a taką opinię miała Rzeczpospolita). Co najwyżej akceptował w swych felietonach pewne postulaty. W roku 1931 stwierdził:

Otóż oświadczam, że nigdy nie byłem nie tylko endekiem, lecz żadnym partyjniakiem partyjnym, czy partyjniakiem bezpartyjnym – nie byłem, nie jestem i nie będę. (…) Czy naprawdę w Polsce nie wolno dziś być człowiekiem na własną odpowiedzialność, czy naprawdę nie wolno własnymi oczami patrzeć na współczesne życie i mieć o nim własne zdanie.”

Takie słowa mogłyby zostać wypowiedziane i dziś przez wielu Polaków. Sam bym się pod nimi podpisał. Acz, rzecz jasna, zrobić to mogą Ci, którzy jeszcze mają własne oczy. (i własne zdanie – nie kalkowane z telewizora). Oczywiście takie postawy mnożą się w atmosferze konfliktu. Dziś ten konflikt jest też (jak przed wojną) podsycany. Ciekawym tematem jest to, przez kogo… Dziś polaryzuje się postawy, a jednocześnie, kiedy mówi się swoim głosem cała publika kierująca się myśleniem szablonowym i stadnym, po prostu musi tych zbyt samodzielnych gdzieś: przylepić, przyporządkować bądź zakwalifikować. Samodzielność jest dla stada groźna. Mówi tak podstawowe prawo buszu. Tyle, że wierzymy w potęgę cywilizacji, a nie buszu.
Istnieje też i inny aspekt problemu. W kakofonii informacji jej fałszerstwo czy manipulacja są sprawą dość łatwą, często geometrycznie powielaną. Świadomy odbiorca też może się w tym pogubić.

W 1931 Dołęga-Mostowicz zaczął drukować w gazecie ”ABC” najgłośniejszą swoją powieść ”Kariera Nikodema Dyzmy”. Sposób, w jaki przedstawił ówczesną elitę był swego rodzaju zemstą na grupie sanacyjnej za wcześniejsze pobicie.
Fragmenty powieści zostały skonfiskowane. Interwencja cenzury spowodowała jednak, że o Mostowiczu i jego powieści zaczęło być głośno. I tak, z dnia na dzień rodziła się legenda pisarza. - To ”self made man”, człowiek, który sam siebie stworzył. Tadeusz Dołęga-Mostowicz miał niezwykłą łatwość pisania. Od 1931 do 1939 wydrukował 17 powieści. Był przewidujący, zdawał sobie sprawę z roli, jaką zacznie odgrywać sztuka filmowa, dlatego np. ”Znachora” napisał właśnie jako scenariusz filmu. W połowie lat 30tych zaczęto filmować jego powieści, drukowano je w odcinkach, Mostowicz zaczął zarabiać bajońskie sumy, ok. 15 tys. miesięcznie, a dolar kosztował wtedy 5 zł. Ale mało kto wie, że prowadził działalność charytatywną, pomagał, bardzo wielu ludziom, fundował stypendia. Zaczynał w obskurnym mieszkanku na Pradze, a skończył jak milioner. Co o swej popularności sądził sam zainteresowany?

- Ze względu na poczytność moich utworów, krytyka łaskawie połączyła ich popularność z prostotą języka, znajdując dla mnie wytłumaczenie, jako dla karmiciela szerokich mas”

Warto zatrzymać się na chwilę przy wątku cenzury. Wydaje nam się dziś w Polsce, że ten etap mamy za sobą. W jak wielkim jesteśmy błędzie pokaże przyszłość i czas. Obecne elity też boją się „całej prawdy”, którą usiłują kształtować medialnie w sposób dla siebie wygodny.
Cenzura pozostała niezmienna, zmienił się jedynie Cenzor – przestał być aparatczykiem systemu „socjalistycznej ojczyzny” – wyłonił się jak feniks z popiołów po PRLu. Teraz cenzuruje „w białych rękawiczkach” poprawności politycznej. Tylko czasami ABW wpadnie z rana tu i tam, ale to incydentalne. Obecnie każdy tytuł czemuś, bądź komuś służy. Nie drukuje się tam tekstów odbiegających od pewnej linii (programowej?). Odnosi się wrażenie, że „czwarta władza” przestaje powoli istnieć. Zresztą obecnie już prawie cała prasa jest w rękach zachodnich. Ściślej w zachodnioeuropejskich. Nie będę wątku rozwijał ponieważ nie chcę podążyć śladami Mostowicza. Wolę fotel w gabinecie, niż gliniankę w Łomiankach. (albo Jankach)

Cenzura miała wiele powodów do wniknięcia w „Karierę Nikodema Dyzmy”. Nie tylko satyrę na polityków. Można do tego dołożyć służalczą rolę policji. Dla wydawców pióro Tadeusza Dołęgi-Mostowicza warte już jednak było każdych pieniędzy oraz przeciwstawienia się cenzurze. Zresztą cenzura Dołęgi-Mostowicza dotknęła i po śmierci - w czasach PRLu. Wersję śmierci przedstawiano w taki sposób, że dosięgła go kula polskiego patrolu. Cóż, takie były czasy. Nie wolno było drażnić bratniego narodu. Ataki na elity przedwojenne bardzo pasowały twórcom „socjalistycznej demokracji”. Życie i śmierć Mostowicza już jakby trochę mniej.

Warte podkreślenia jest też to, że Autor nie uległ majątkowi oraz pieniądzom, które zarabiał. Traktował je jako środek płatniczy – środek, do jakiegoś celu. Nie był skąpy. A owa cecha jest bodaj jedną z gorszych przypadłości ludzi dobrze sytuowanych.

Mostowicz był tytanem pracy. Drukowanie powieści w odcinkach wymagało wielkiej dyscypliny. Wymagało organizacji. Tu nie było czasu na opóźnienia, obsunięcia i niedopatrzenia, jakże typowo polskie epoki już powojennej.
Kolejne powieści biły rekordy poczytności. Ostatnia brygada (druk w odcinkach 1930, wyd. książkowe 1932), Kariera Nikodema Dyzmy (1932), Kiwony (druk w odcinkach 1932, wyd. książkowe 1987), Prokurator Alicja Horn (1933), Dr Murek zredukowany i Drugie życie doktora Murka (1936),
Znachor (1937), Profesor Wilczur (1939), Pamiętnik pani Hanki (1939). Wymieniłem kilka wybranych tytułów w układzie chronologicznym.
Czy był „rzemieślnikiem doskonałym”? Z pewnością tak. Fenomen Dołęgi-Mostowicza zaskakuje do dziś. Jego „kultura masowa” weszła do obiegu powszechno-mentalnego za sprawą postaci Nikodema Dyzmy. A właściwie za sprawą adaptacji filmowych. Film z roku 1956 z Adolfem Dymszą nie był tak bardzo udany, jak serial, w którym zagrał Roman Wilhelmii (1936-1991). Jego kreacja była arcymistrzowska. Spotkałem się nawet ze zdaniem, że właśnie ta kreacja aktorska zasługuje na miano Oskara. To prawda. Znamiennym jednak jest, że Dyzma przetrwał władców, ustroje, czasy i zdarzenia. Nadal ma się świetnie, by nie powiedzieć – coraz lepiej.

Ten pan Dyzma ma trafne podejście do życia: chwyta je za grzywę i wali w pysk!”

- panie Dyzma, szczerze gratuluję. Szczerze. Gdybyśmy mieli w kraju więcej ludzi takich jak Pan, drogi przyjacielu, co to umieją nie dać w swoją kaszę dmuchać, inaczej byśmy stali. Potrzeba ludzi silnych”

Pisarstwo Tadeusza Dołęgi-Mostowicza przetrwało. Jego życie nie poszło na marne. Tragiczna śmierć była rodzajem świadectwa. Intensywność trwania, tworzenia oraz swojego rodzaju walka z głupotą, chamstwem i prostactwem, w sposób jasny i zrozumiały przyniosła efekty. Finalna scena z Dyzmy jest puentą przesłania jakie nam zostawił na obecne czasy… Kiedy już Dyzma odrzuca propozycję objęcia stanowiska premiera, a elity są ogromnie zdumione, wręcz zszokowane … :

„— Milczeć! — wrzasnął Ponimirski i jego blada twarzyczka chorowitego dziecka zrobiła się czerwona z wściekłości. — Milczeć! Sapristi! Z was się śmieję! Z was! Elita Cha, cha, cha… Otóż oświadczam wam, że wasz mąż stanu, wasz Cincinnatus, wasz wielki człowiek, wasz Nikodem Dyzma to zwykły oszust, co was za nos wodzi, to sprytny łajdak, fałszerz, i jednocześnie kompletny kretyn! Idiota, nie mający zielonego pojęcia nie tylko o ekonomii, lecz o ortografii. To cham, bez cienia kindersztuby, bez najmniejszego okrzesania! Przyjrzyjcie się jego łużyckiej gębie i jego prostackim manierom! Skończony tuman, kompletne zero! Daję słowo honoru, że nie tylko w żadnym Oksfordzie nie był, lecz żadnego języka nie zna! Wulgarna figura spod ciemnej gwiazdy, o moralności rzezimieszka. Sapristi! Czy wy tego nie widzicie? Źle powiedziałem, że on was za nos wodzi! To wy wywindowaliście to bydlę na piedestał! Wy ludzie pozbawieni wszelkich rozumnych kryteriów! Z was się śmieję, głuptasy! Z was! Motłoch!…

Istotnym jest również, co następuje potem. Istotnym i znamiennym… (!)

Co to znaczy? — zapytał. — Kto to ten pan?
Pani Przełęska odezwała się:
Niech pan wybaczy, panie dyrektorze, to mój siostrzeniec, a szwagier prezesa. Zwykle bywa spokojny… jest niespełna rozumu.
To wariat — wyjaśnił wojewoda.
Biedny chłopak — westchnęła panna Czarska.
Aha — uśmiechnął się doktor Litwinek — no, oczywiście, wariat.

No, oczywiście – wariaci. Jastrząb, Różycki, Walter i kilku innych… Państwo wybaczą, zwykle bywamy spokojni, ale teraz lamentujemy, fatalizujemy i wygłaszamy jakieś dziwne sądy oraz uwagi… Kasandryczni, meczący, paskudni. Trzeba nam wybaczyć

Czy ktoś się przyzna, że w nim jest Dyzma?
Bo taki jest czas, ile Dyzmy w nas.


Bohater Mostowicza wciąż inspiruje. Pozwolę sobie przywołać film Jacka Bromskiego „Kariera Nikosia Dyzmy”. Film warsztatowo właściwie zły. Słaby. Zbyt wiele w nim pastiszu, przerysowań i groteski. To jednak nie cała prawda o tym obrazie. Reżyser być może porwał się z motyką na Księżyc. Trudno po serialu z lat 80tych, o którym wspomniałem zrobić dobry film w tym temacie. Jednak Bromski perfekcyjnie oddał dzisiejszą polską rzeczywistość. Dołożył (i słusznie): biznesmenom, ich pochodzeniu, politykom, również ich pochodzeniu, elitom, policji, dziennikarzom, lekarzom i … właściwie wszystkim, którzy tę rzeczywistość tworzą. Którzy tworzą cały chory system i utwierdzają go w egzystencji, bo tak im pasuje. Warto to zobaczyć pod tym kątem. Są tam sceny ż życia (polskiego ćwierćwiecza 89-14) wyjęte, których nie zobaczymy w „polskich” mediach. Tudzież o nich nie przeczytamy. Nepotyzm, korupcja, kolesiostwo, układy i układziki, teczki, sfery, maniery, genezy i tak dalej… Pod tym kątem obraz – jak wspomniałem – perfekcyjny. Szkoda, że przemilczany. A przemilczany, gdyż otarł się zbyt blisko prawdy. Czytałem recenzje jakie ukazały się po premierze, potem zobaczyłem film. Tego, co tu napisałem nie napisał nikt. Przypadek? W Polsce obecnej nie ma takich przypadków. Celowo przemilczano ten aspekt filmu. I powtórzę – szkoda. Choć jest szansa na odwrócenie tej tendencji.

To, co jawi się nam dziś w pełnej jaskrawości to Polska Dyzmy. Polska Barei - unowocześniona, uładzona, dorobiona . Prezes Dyzma pławi się na salonach. Dziś nie odrzuciłby propozycji. Żadnej. Dziś świat należy do tych, co umieją skrupuły wyrzucić za okno…

A My…? Tak, my. My stoimy pod tym oknem i przyjmujemy na siebie te pomyje skrupułów wylewane na nasze cierpliwe i dumne głowy. Niektórzy z nas udają, że to opady atmosferyczne. Inni nazywają rzecz po imieniu. Rzeczą – coraz bardziej - Pospolitą.

Oj, miałby dziś Tadeusz Dołęga-Mostowicz o czym pisać. O jego talencie niech zaświadczy fakt, że współczesna literatura nie objawiła nam, póki co, kogoś Jego pokroju… Tylko czy taki Mostowicz, jakiego znamy, trafiłby dziś do ludzi łaknących kultury? Obawiam się, że nie.

Andrzej Walter

.