poniedziałek, 20 kwietnia 2015

PRZYBYSZE





PRZYBYSZE

Wanda Szczypiorska


Pojawili się i zbliżali. Szli drogą wokół gęsiego stawu. Trzech chłopców. Dwóch małych i jeden dość wysoki. Patrzyłam na nich ukradkiem zza firanki Na pewno domyślili się, że ich widzę, bo kiedy przechodzili obok któryś gwizdnął. Minęli staw, byłe czworaki, w których mieszkali pracownicy stoczni, szkołę i drogą wśród poletek nieskoszonego jeszcze żyta ruszyli w stronę lasu. Las nie mógł być ich celem i chyba zboczą na pagórek. Na pewno mają ze sobą papierosy. Zapalą, ale później. Teraz, wydaje mi się, jeszcze nie.

Pobiegłam do Brygidy powiedzieć, że już są. Truda gdzieś w rowie pasie kozę i niby przez przypadek, niby od niechcenia przypędzi ją na miedzę. Truda jest dumna. Ceni się. Nie to, co ja. Ja jestem gotowa biec za nimi. To przecież chłopcy z miasta. Chyba nie tyle z samej Gdyni, co z Chyloni, może . Ja chodzę tam do szkoły. Skończyłam w lipcu jedenaście lat i po wakacjach będę w siódmej klasie. W Pogórzu można skończyć cztery klasy. Dwie moje przyjaciółki, Truda i Brygida mają to za sobą.

Nie wiemy kim są chłopcy. Maja dwanaście, może trzynaście lat. Najwyższy i najstarszy ma na imię Radek. Ten Radek dzisiaj przyszedł do mnie. Bo chociaż wszystkie trzy jesteśmy takie sobie, ja mam kręcone włosy. Tych z miasta poznałyśmy poprzedniego dnia, kiedy siedziałyśmy na miedzy pasąc kozę. Podeszli do nas niezbyt pewni siebie i coś zaczęli gadać. Potem usiedli bardzo blisko. Czego chcieli? Nie tego chyba, czego nasi chłopcy. Z chłopcami ze wsi gramy w klipę.

Siedziałyśmy onieśmielone, tamci gadali między sobą o czymś, czego nie rozumiałam, lecz Truda, chyba tak. Ci mniejsi chichotali, a ten ubrany w marynarkę Radek rozsiadł się przy mnie. Blisko. Potem przysunął się jeszcze bliżej. Pół leżąc obok mnie zapalił papierosa. Miał przy tym taki dziwny wyraz twarzy, bezczelny i onieśmielony. Właściwie leżał z tyłu tuż tuż za mną i jakoś tak się dziwnie stało, że w pewnej chwili zaczął mnie dotykać. W lewej ręce trzymał zapalonego papierosa a prawą niezbyt zręcznie manipulował tuż przy moim udzie. Nie śmiałam się poruszyć. Gisia podniosła się, jak gdyby chciała odejść, Truda siedziała pomiędzy tymi dwoma, szturchali ja z dwóch stron, a ona tego z prawej odpychała łokciem i razem chichotali. My dwoje byliśmy osobno. Bo ze mną działo się coś dziwnego. Drżałam.

Potem oni zerwali się i poszli. W stronę boiska do siatkówki, a może w stronę szosy zwanej serpentyną, a my odeszłyśmy prowadząc kozę, prosto do wsi. Radek powiedział, że znów przyjdą. Zgodnie, choć każda na swój sposób, dałyśmy im do zrozumienia, że nas to nie obchodzi. Mnie jednak skrycie obchodziło. One wiedziały już co nieco, lecz ja nie, ja nie wiedziałam do tej pory jak to jest, kiedy się dotknie chłopca. Wciąż było mi gorąco, trochę wstyd, a jednocześnie czułam satysfakcję. Z nas trzech ja byłam tą wybraną. 
 
*
 
Krzyczę do Gisi 
– Przyszli!
Biegniemy do mojego domu. Przebrać się. Przez cały dzień chodziłam boso, a więc w pośpiechu myję nogi. Gisia policzki ma czerwone, pomalowała je burakiem. Spojrzałam w lustro. Loczki mam niczym aureola. Nieźle. Czegoś się jednak boję. Że odejdą? Więc chodźmy już.

Biegniemy. Tylko kawałek i zwalniamy. Dalej idziemy wolno. Coraz wolniej, czuje się dość niepewnie. Niepokój jakiś? Podniecenie? Czemu? Mijamy ogród szkolny i nagle Gisia nie chce dalej iść. Nie chce i już. Nie pójdzie. Bo kozę uwiązali. Trudzie kazali niańczyć dziecko. Teraz dopiero o tym mówi? E tam. Zapomniała. Ale bez Trudy nie ma po co, ci chłopcy dziwni są. Bo nie wiadomo czego chcą. Przecież ja też się boję. A mimo to, pokusa jest zbyt silna. Pójdę. Coś się takiego ze mną dzieje, że muszę jeszcze raz przez chwilę poczuć dotknięcie tego Radka.
Gisia kuca pod krzakiem głogu przy szkolnym ogrodzeniu. Będzie czekać. A ja nie rezygnuję, idę sama. Są tam. Na górce, wiem, bo słyszę głosy. Leżą za krzakiem, palą papierosy. Czuję. Są czymś zajęci, mnie nie widzą. Jeszcze krok. Radek podnosi głowę. Patrzy. Nie jest zadowolony. Coś usiłuje schować za plecami. A tamci dwaj maja niepewne miny. Radek siada i mówi do mnie 
– Po co przyszła?
Po co? Nie wiem. Lecz stoję. Tamci się śmieją. Ze mnie? Radek nie. I patrzy na mnie jakoś tak. Znów ma ten dziwny wyraz twarzy. Zarazem chytry i nieśmiały.