czwartek, 28 maja 2015

WANDA SZCZYPIORSKA


INTRUZ

 









Ciocia Zosia kuca za krzaczkiem i w obecności pana robi siusiu. Ten pan jest mężem cioci Zosi. Ciocia niczego się nie wstydzi, to ja się wstydzę za nią. Idę ze stacji kolejowej, gdzie pożegnałam moją mamę. Jestem „na odżywieniu” mówią ciotki. W domu podobno bywam głodna, bo mama ledwo wiąże koniec z końcem. Mama widać musiała na to przystać, przywiozła mnie na miesiąc albo dwa i zaraz wyjechała. Mam towarzyszyć dzieciom cioci Zosi, bawić się z nimi, opiekować, a ja nie umiem, nie chcę.
Zamiast pilnować dzieci cioci Zosi wolę myszkować w zakamarkach parku, który otacza okazały pałac. Nie jest to pałac wuja, ojca cioci, on jest zaledwie tutaj dyrektorem (mówią do niego; panie profesorze) i występuje w tle opowiadania. Opowiadania? Chyba nie, To co pamiętam składa się z migawek. Wuja zupełnie nie pamiętam, był tylko bratem mojej zmarłej babki. Za to pamiętam doskonale druga ciocię, Wandę. Widzę jak biegnie śmiejąc się po pałacowych schodach, a za nią biegnie przyjaciółka. Wydaje mi się dziwna jakaś, męska. Ciocia malutka, tamta duża. Zajmują wspólnie pałacowy pokój i tam znikają po kolacji.
Mam osiem lat. Gdzie śpię i kto pilnuje żebym się umyła, nie wiem, pewno ta stara dama, żona wuja. W mojej pamięci nie ma po niej śladu. Mam przed oczami pusty pokój, a w nim wysokie pałacowe okna. I chyba czuję się tu obco.
Wszystko, co było dla mnie interesujące działo się w parku, w warzywniku. Tam pracowały praktykantki. Są eleganckie i dorosłe. Pieliły grządki marchwi w rękawiczkach. To była marchew, wiem na pewno. Musiałam chyba patrzeć, słuchać i podziwiać. W pałacu ich nie widywałam. Pewno mieszkały w oficynie.
Ciotkom sprawiałam nieustannie zawód. Milczek, który się szwęda nie wiadomo gdzie. W pewnym ustronnym miejscu wpadłam po kolana w szambo. Skąd się tam wzięło szambo i to płytkie, nie wiem. To było gdzieś na skraju parku. Teraz myślę, że to na pewno nawóz pod tą marchew. Gdy to się stało byłam sama. A wokół cisza, pustka, chaszcze. Dobrnęłam jakoś do fontanny, to znaczy do zbiornika z wodą. Umyłam się jak mogłam. Niestarannie. Pamiętam tylko swoje nogi i sandały na pałacowych schodach. Ponieważ tylko to pamiętam, nogi i sandały, wiec jest zupełnie oczywiste, że idąc zdaję sobie sprawę z sytuacji i z tego co mnie zaraz spotka. I nie śmiem podnieść głowy .
Ładnie ubrane córki cioci Zosi nie chcą mojego towarzystwa. Ja jestem starsza, wyrośnięta, co pewno nie jest bez znaczenia. Więc trochę im zazdroszczę. To nic. Poznałam nową koleżankę. Ci ludzie, których tu widuję, a mówią na to miejsce pegeer, zbierają drewno w parku, więc moja nowa koleżanka zna wszystkie ścieżki, wszystkie przejścia. Zawędrowałam za nią do czworaków, bo ona była właśnie stamtąd. Czworaki widywałam dotąd z pewnej odległości. Z okien pałacu wyglądały tak, jak gdyby w ziemię się zapadły. Drzwi były nisko, dachy płaskie, z kominów pełzły strużki dymu. I ludzie byli jacyś inni. Przy stole, przy obiedzie mówiono o nich; przesiedleńcy. Wiedziałam, byli biedni. Ja byłam biedna, mama też, zdawałam sobie z tego sprawę, ale to było co innego. Może i znałam słowo nędza, musiano go używać przy mnie. Teraz wiedziałam jak wygląda. Szarobrunatna. Nieżyczliwa. Patrzono na mnie, byłam obca.
Ciotki nie wiedzą o tej znajomości, która jak sądzę nie trwa długo. Kończy się przykrym incydentem. Odwiedzam nową koleżankę, ona mnie tu przyprowadziła. Długie i ciemne pomieszczenie, piętrowe łóżka, bure koce. Nic nie ma do zabawy. Stoję, rozglądam się. Na jednym z łóżek siedzi staruch. Jest zarośnięty. Chyba brudny? Obdarty jakiś. Może chory? Trochę się boję, ale stoję, patrzę. On jakby mnie nie zauważył, ale nie. Poruszył się. Nie odwracając głowy dziwnym głosem mówi do mojej koleżanki:
- A nie mówiłem? Nie sprowadzaj
To pewno o mnie, jest mi wstyd, chce wyjść, lecz tylko kręcę się bezradnie. Bo sobie nagle uświadamiam i mimo że mam osiem lat zapamiętałam to na zawsze. Że w życiu czasem bywa się niepożądanym gościem. 
 
Wanda Szczypiorska

środa, 27 maja 2015

Angelina Sielewicz. Równowaga



















INSPIRACJA „KOMPLEKSEM PORTNOYA

To był dom, w którym nie słuchało się radia. Za radio robiły codzienne kłótnie. Jej ciągłe pytania, jego ciągłe pretensje. A po środku ona, ich nieudane dziecko. Jedno z wielu, jedno z wielu nieudanych, bo wszystkie ich dzieci były nieudane.
Gdy wychodziła już z domu do pracy, matka pytała i konstatowała zarazem: „Wychodzisz w tym? O boże”. Wtedy ona wracała się do pokoju, grzebała w szafie i w efekcie spóźniała się do pracy.
Gdy ojciec robił zakupy, i nikt nie dostrzegł, że wchodzi do domu obładowany siatami, witał się tekstem: „Nikt nic z tych zakupów nie zje”. Oznajmiał to oczywiście tonem przekraczającym 150 decybeli. Najwyraźniej nie wiedział, że już 130 jest granicą dla człowieka drażliwą.
Matka powtarzała jej: „Nikogo nie poznasz, jak nie będziesz wychodzić z domu”. Wtedy gdy ona dostawała zaproszenie na jakąś imprezę, matka jej oznajmiała: „Nie będę cię odbierać w nocy, chcę się wyspać. Nie idziesz”.
Gdy wróciła z wakacji z promienną, opaloną skórą, ojciec powiedział: „Chyba miałaś seks, bo ci się cera poprawiła”. Gdy ona skomentowała, że dziewczyna brata zatarasowała wjazd, oświadczał: „Zazdrościsz bratu, że kogoś bzyka?” Gdy zdarzyło jej się narzekać, słyszała, „że powinna się zaspokoić palcem”.
Matka nieustannie powtarzała: „Co ty byś beze mnie zrobiła”, „Ja zrobię dla ciebie wszystko”. Gdy dziewczyna chciała zmienić pracę, matka oznajmiała: „To nie jest dla ciebie”, gdy chciała zrobić prawo jazdy, słyszała: „Nie masz ciągot do samochodów. Odpuść sobie”.
Ojciec ciągle jej mówił, że mogła się uczyć matematyki, toby miała zapewnioną lepszą pracę, lepszy byt. ten sam ojciec, który gdy go o to prosiła, ani razu nie usiadł z nią nad geometrią czy rachunkiem prawdopodobieństwa.
Pewnego razu dziewczyna straciła równowagę, zachwiała się i wypadła z okna, z 10. piętra. Mieszkali na trzecim.

STALKER

MIROSŁAW G. MAJEWSKI




FICTION


STALKER


Wiem jakim jestem marudą. Mówią mi to prawie wszyscy i jest mi ciężko dźwigać ciężar tej prawdy, ale dźwigam ją dzielnie. (chociaż w tym jednym nie marudzę) Kiedy jest już mi bardzo źle pocieszam się wspominając mit o Syzyfie.

Ten to dopiero miał krzyż pański.

W sumie moje malkontenctwo jest stonowane, a moi bliscy przyzwyczaili się do niego i znoszą je nawet bez większej szkody dla swojego zdrowia psychicznego.

Kiedy zabierałem się za pisanie powieści byłem pełen zapału, który wypalił się na popiół po dziesięciu stronach, a ja teraz siedzę w tym popiele nucąc pod nosem inwokacje szamanów z Kamczatki i posypuję od czasu do czasu mój durny łeb tym popiołem, który kiedyś był zapałem, słomianym. co zresztą widać na załączonym obrazku.

I kiedy wszystko wydawało mi się beznadziejne, a ja zamknąłem się w moim pudełko nicości, nagle przeżyłem iluminację, zostałem wręcz oślepiony jej intensywnością.

Nie będę kontynuował wątku o Karlu Gutmannie i Marcie Sznajderman, wrócę do Chillout, mojej zakurzonej powieści o socjalistycznej enklawie pozostawionej na peryferiach peryferii III i IV Rzeczpospolitej. Miasteczko to było chyba oczkiem w głowie samego Pana Boga. Dlaczego? No właśnie. Co tu dużo gadać, wkrótce sami poznacie odpowiedź.

Miasteczko Hammermühle, czy jak mówili Polacy, Młotkomłyn nie było ani z tego, ani z tamtego, ani żadnego innego świata.

Od niepamiętnych czasów istniało sobie niezależnie i równolegle, z dala od głównych szlaków handlowych, schowane w dolince pośród wzgórz morenowych, chronione tysiącami hektarów mieszanych lasów i uczuć. Mieszkający tam Niemcy, dopiero w 1947 roku spotkali się oko w oko z repatriantami, ku obopólnemu, aczkolwiek krótkotrwałemu zdziwieniu. Osadnicy ze wschodu, jak i z centralnej Polski, oprócz swoich regionalnych zwyczajów i kulinarnych dziwactw przywieźli ze sobą komunizm, na co rodacy Karola Marksa przystali ochoczo, wprowadzając do tej ideologii swoisty porządek.

Die Ordnung muss sein!

I był!

W całej Polsce nie uświadczyłeś takiego ideowego porządku jak w Młotkomłynie.

Mijały lata, zamieniono co prawda niektóre nazwy ulic jak na przykład Hitlerstraße na ulicę Lenina, ale poza tym nic godnego odnotowania nie zauważono.

W 1956 zawarto najwięcej mieszanych małżeństw, Polacy brali sobie zdyscyplinowane Niemki za żony, a Niemcy ponętne Polki. Dzieci z tych związków uczyły się dwóch języków jednocześnie, a w roku 1976 w Młotkomłynie powstała swoista, niespotykana nigdzie indziej gwara, coś pośredniego pomiędzy kaszubskim, łemkowskim i śląskim. W urzędach i szkołach, co prawda obowiązywał język polski, co do którego nie jeden polonista miałby zastrzeżenia, ale ulica mówiła swoim śpiewno-gardłowym specyficznym dialektem.

W roku 1981 nie zorganizowano strajku w żadnym z trzech zakładów, ani nigdzie indziej. Zresztą Młotkomłynian nie interesowała polityka, zdawali sobie sprawę ze swojej niepowtarzalności i bronili swojej tradycji niczym Amisze z Pensynwalii.

W roku 2004 wszystkie zakłady były nadal własnością gminy, a więc państwowe. Tytularne stanowisko Burmistrza piastował już od ponad dwudziestu lat ostatni w kraju nad Wisłą Naczelnika Miasta i Gminy towarzysz Tadeusz Mazur, którego wszyscy mieszkańcy darzyli niesamowitym szacunkiem, a na dodatek stanęli za nim murem, kiedy jacyś polityczni celebryci z województwa próbowali wprowadzić obowiązuję w unijnej już Polsce, nowe, reżimowe ustawy.

1 maja 2005 wylądował Marsjanie mówiący w dialekcie mieszkańców Hammermühle i stanęli na straży tej archaicznej i jedynej w kosmosie osady. Nie wiem na czym polegały ich kosmiczne zabiegi, ale Młotkomłyn od tej pory znalazł się jakby poza czasem i przestrzenią.

Z miasta nie można było wyjechać, czego nikt i tak nie chciał robić, ani wjechać, (a chciało już tego coraz więcej osób skuszonych dziwnymi wieściami o tajemniczym mieście) bez zgody Strażników, czyli stojących na straży facetów z Marsa.

Młotkomłyn dla Rządu Tonalda Duska stał się solą w oku. Wielokrotnie wysyłanych, rządowych negocjatorów odnajdowano w środku Puszczy Knyszyńskie z objawami amnezji i schizofrenii. Ostatnim, desperackim aktem gabinetu Duska było wysłanie elitarnej jednostki Grot, wraz z grupą towarzyszących im doradców z amerykańskiej Gwardii Narodowej w celu, co tu ukrywać, pacyfikacji Młotkomłyna. Ale po odnalezieniu zdezorientowanych komandosów na prywatnej posesji prezydenta Białorusi postanowiono raz na zawsze wymazać wszelki ślad o Hammermühle a nazwę Młotkomłyn usunąć z map.

Stąd wszelkie wertowanie map przez szanownych czytelników będzie bezowocne.

No i stało się, stare mapy nabrały czarnorynkowej wartości, a po jakimś czasie, niczym grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać nielegalne firmy, oferujące przerzut, mających w dupie UE, wszelkiej maści dysydentów, kontestatorów i anarchistów i pisarzy z Małopolski do Hammermühle.

A w Hammermühle życie płynęło szczęśliwie i leniwie niczym w szwajcarskiej wiosce, w odróżnieniu do tego co działo się poza enklawą, strzeżoną przez marsjańskich strażników. A tam, nad Wisłą, aferom, korupcjom, strajkom, protestom, migracjom i emigracjom nie było końca. Nasze słonko świeciło sobie radośnie nad głowami mieszkańców Młotkomłyna i ani myślało świecić nad Polską.

Chyba że…

No właśnie, chyba że…



Żeby to jakoś wyjaśnić muszę odwołać się do powieści Performance i jej głównego bohatera Makarego Hanuszkiewicza. Powieść ta kończy się wejściem Makarego w surrealistyczny świat obrazów Paula Delvaux, a konkretnie dzieła zatytułowanego Wiosna. Właśnie tam Makary odkrył swoje prawdziwe powołanie, zrozumiał, że nie jest tylko pisarzem, lecz przede wszystkim Stalkerem. Stalkerswto to powołanie, Stalkerem człowiek się rodzi, stalkerstwa nie można się nauczyć. Wielu już próbowało i teraz nie ma ich pośród żywych!

Bywa, że stajemy się niewolnikami naszych pragnień, naszych marzeń, niewolnikami wyidealizowanej rzeczywistości, która kusi nas swoją niedostępnością.

A my, kładąc własne życie na szalę, desperacko próbujemy pokonać ten mityczny mur, który nas od niej oddziela. Niewielu ludziom udaje się ta sztuka, nawet takim jak Siddhartha Gautama czy Mahatma Gandhi. A to, że udała się Makaremu Hanuszkiewiczowi obala wszystkie socjologiczne, psychologiczne i teologiczne teorie.

Makary pokonał mur, pokonał nie tylko Ciemność, ale przede wszystkim Anioła z wirującym mieczem. Dopiero po czasie zrozumiał, że Anioł stał po jego stronie. Zrozumiał też, że Wiosna nie była wiosną, że była zaledwie głosem syren wabiących takich szaleńców i nieszczęśników jak Makary. I ten skończyłby jak większość jemu podobnych naiwnych megalomanów, gdyby nie fakt, że był Stalkerem, ale odkrył to, dopiero wtedy, kiedy przyszła na to właściwa pora.


poniedziałek, 25 maja 2015

ja pana kocham, Mandelsztam

Sławomir Majewski













ja pana kocham, Mandelsztam
choć nie znam miejsca, gdzie grób pana
ja pana na gitarze gram
gdy nieraz wódkę chlam do rana

bo nieraz tak mi jest - pan wiesz
że mnie nachodzi skuka-suka
i żaden do łba mi nie wchodzi wiersz
choćbym go całe noce szukał!

czasami myślę - że mam fart...
ja żyję sobie pan - już nie
no to mi powiedz, czy to żart
że tobie dobrze, a mnie źle?

ty jesteś, panie Mandelsztam
potęga, nieśmiertelny kolos
ja jestem zwykły polski cham
którego kręgi życia bolą

ja pana kocham, Mandelsztam
choć nie znam miejsca, gdzie grób pana...
więc pana na gitarze gram
gdy z przyjaciółmi chlam do rana


31 stycznia 2009

POWRÓT

że elegia i o krokodylach coś...

Sławomir Majewski 











ta nasza matka
zamknęła usta potem oczy
za ścianą weselnicy krzyczeli
gorzko!
skąd wiedzieli?

siostra przyjechała jak stała siedząc
w trzecim wagonie od końca 
świata a ile miała łez!

pytam co tu ma krokodyl?
ona że u niej tak zawsze
na samym końcu

no to wypijmy, siostro



Rezystory

MACIEJ FILIPEK




EPOKA BRĄZU


Orzechy. Na dębowym stole
są więc półkule mózgowia.
Dużo jest mózgowych półkuli,
izba myślicieli. Zaiste.
Dwubiegunowa depresja w podłodze.

Otóż z bujanego fotela do kołyski sięga ręka.
Za oknem widok bardzo jest klasyczny;

płot się chwieje, kogut dziób otwiera na płocie,
kot, dzban. Jak zwierzę nie strąci
albo chwiejność płotu,
mleko wleją w naczynie.
Na mleku się zetnie,
Warstwa ścięta o świcie w kałużach.

Tak. Tyle.



ESKULAP


Panienko, po atropinie
masz szerokie źrenice.

Zupełnie jakby cię kochał
chłopak przed wyjściem.

Masz źrenice szerokie,
ściągnij więc buszka, nikt nie pozna.

No i już,
no i brawo,
mgła ci podgryza gardło.




GOLGOTA


O, jeju.
Ale, czy jeju, to jest synek Boga?

Już się do Boga nie modlę,
bo Bóg nie ma siły i nie ma mocy sprawczej.

Dziś siedząc naprzeciw siebie
uświadomiłem to sobie.

A archeolog omiata czaszki trupów,
jest ich całe mnóstwo w salonie fryzjerskim.
W salonie Joanna czaszki trupów omiata archeolog.

Jeden trup jest życzliwy drugiemu trupowi
i na odwrót. Trzeci trup wyczytuje wszystkie litery
ze wszystkich gazet na stoliku.

Nic już nie zostało dla mnie oprócz obrazków.
Reszta czeka na swoją kolej, nie zna się reszta
albo udaje przede mną. To prawdziwy spisek.

Usiądziemy wszyscy, spokojnie. Usiądziemy.
Pani archeolog zmiecie pył z kości płaskich
i dowie się wiele nauka od trupów.
I trupy zapłacą za wiadomości nauce archeologii.



ALIBI


Przez dwa dni,
a w dzień pierwszy,
a i w dzień drugi nie było mnie wcale,
(a może wdzieńpierwszyidrugibyłemtylkodoćwierci)

piłem alkohol.
Piłem morze alkoholu.
Ocean, rzekę, jezioro
i ze szklaneczki piłem,
a jakże!

i chciałem zapytać swoją wątrobę,
ile ty wytrzymasz gruczołko.
A ona daje odpowiedź brzydko pachnącą.
To podstępy tak pachną brzydko.

Nie będzie mnie też dnia trzeciego,
tak na suplement dwóch dni poprzednich.
Tak na post scriptum.
Najbardziej bolesnego dnia, spośród trzech dni,
będę się odradzał,
od ćwierci jest już jakiś początek.



ZBŁĄKANEJ DUSZCE


Piło się i widziało dziwną osobę.
A to była godzina straszna,
a to godzina duchów była
i po niej wszystkich świętych
następowało.

I stanęło w drzwiach,
ale zbyt pijanym się było,
żeby porozmawiać z tym,
co w drzwiach stanęło.

Więc się rozpłynęło jak chmurka
ściągnięta z okazjonalnego papieroska,
bo piło się.

I ciężko powiedzieć,
czy to też przypadkiem nie było
jakieś upomnienie senne,
żeby pójść i odpalić zdrowaśkę
za duszkę, co była jak chmurka
z papieroska zupełnie okazjonalnego.
Bo piło się.




.

niedziela, 24 maja 2015

Dlaczego "Minotauryda"?


Czytelnicy lub Autorzy tu publikowani z pewnością zastanawiali się, dlaczego Magazyn Literacki zacumowany jest pod nazwą „Minotauryda”? Skąd ten ryzykowny, bo niezupełnie czytelny pomysł?
Postać Minotaura nieodłącznie kojarzy się z Labiryntem a Labirynt – z błądzeniem, które jak wiadomo, jest „rzeczą ludzką”. Minotaur, mieszkaniec krętych i mrocznych zakamarków, to antagonista Człowieka, istoty stąpającej po rozświetlonej słońcem Ziemi. Wśród masy zwyczajnych ludzi, są ludzie mniej zwyczajni a bywa, że nadzwyczajnie niezwykli - pisarze i poeci. Pisarze i poeci, to Ludzie i Minotaury zarazem, żyjący w dwu światach jednocześnie – na realnej, Ziemi i w kazamatach Labiryntu własnego umysłu.

Jest jeszcze jeden powód - literatura którą tworzą Europejczycy oraz Biali Amerykanie obu kontynentów i Australijczycy z Nowozelandczykami, wywodzi się z kultury basenu Morza Śródziemnego, w starożytności zdominowanej przez kreteńską kulturę Minojską, potem – Dorycką, Jońską i wreszcie (w V wieku pne.) przez ateńską kulturę Koryncką.
Wbrew nasilającym się w ostatnich czasach twierdzeniom, iż europejska literatura czerpała od wszystkich od niej wcześniejszych, świadomie nie czerpała i nie czerpie z kultur staroegipskiej, żydowskiej (Biblia nie ma tu nic do rzeczy) czy indyjskiej. Od V wieku pne. bazujemy na Hellenach, na Homerze, Ajschylosie, Sofoklesie, Eurypidesie czy Arystofanesie a w bajkach - na Ezopie. A ile arcydzieł literatury europejskiej i światowej powstało z inspiracji mitologią grecką, ile jeszcze powstanie?
Codziennie błądzimy w zakamarkach słów, myśli, idei, szukając wyjścia z Labiryntów rozterek twórczych, gdy brakuje pomysłów i zdań, które mogłyby je najdoskonalej oddać...
Tak, Minotauryda ma sens. 

Sławomir Majewski
 

Ecce Homo

PIOTRA KNASIECKIEGO















grzech że przed ślubem bez kościelnych nauk
graliśmy w kości z roztargnionym Bogiem
kształt twój misternie oblekając w ciało
by mógł twój Piłat krzyknąć: "oto człowiek!"

jak martwy padłem po ostatnim sztosie
więc pewnie dzielę winę z twoją matką
uroda zwykle grzechu jest pokłosiem
ty pierś powabną masz i skórę gładką

to nasza wina że w brzydoty mroku
skrzy się twój okruch jak w popiele diament
niejeden mieć go chciał w diademie Bohun
w niejednej głowie budził chuć i zamęt

i niejednemu wzrok szaleństwem błysnął
jakby go brali we władanie diabli
za zgodą Boga co łaskawie przysnął
gdyśmy pryzmaty na twój diament kradli

to nasza wina odkupienia znikąd
o rozgrzeszenie prosić nam nie w głowie
w zgodzie z przyjętą tutaj retoryką
co rzec chcieliśmy w końcu jednak powiem:

lepiej gdy drzwi te z hałasem zatrzaśniesz
niż miałby szept twój dręczyć go nim zaśnie
.

czwartek, 21 maja 2015

Żywot Mateusza

Sławomir Majewski





To nie jest film jak miliony innych. To dzieło sztuki. Album obrazów ruchomych zrealizowanych na taśmie filmowej wedle powieści Ptaki Tarjeia Vesaasa A zdjęcia, które „wymalował” Andrzej Kostenko? Kochani, to istny majstersztyk, zaś gra aktorów najpierwszej próby - Franciszek Pieczka jako tytułowy Mateusz i grająca jego siostrę Olgę Anna Milewska wzbudzają zachwyt niekłamany.




Napisano o „Żywocie...” iż to poetycka opowieść. Mam niechęć do określania słowem „poetyckie” czegoś innego, niż poezja. To szufladkuje, choć rozumiem, że czasem brakuje słowa, więc...
Czym dla mnie jest „Żywot...”? Podobnie, jak film Kodyn (Codine), w reżyserii Henri Colpi z genialną rolą główną wielkiego rumuńskiego aktora - Alexandru Virgil Platon, który oglądnąłem będąc rezolutnym szczeniakiem, jest opowieścią o lęku przed osamotnieniem. I choć główni bohaterowie obu filmów – poza siłą fizyczną – nie mają ze sobą nic wspólnego ba, stanowią totalne przeciwieństwa, to jednak ulokowani są w pejzażach wewnętrznego lęku osamotnienia i zagubienia.
Żywot Mateusza” dziś oglądany, nic a nic nie traci na wartości, bo jakże piękno może wartość utracić? A „Żywot Mateusza” to czyste piękno, podobnie jak to, co nam pokazał Jerzy Kawalerowicz w filmie „Matka Joanna od Aniołów” na motywach opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza albo SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ którym zachwycił świat Has, Wojciech Jerzy . Rozumiecie, dlaczego tak dziwnie wklejam nazwiska? Bo to linki a ja koniecznie chcę co poniektórych nieoświeconych oświecić w materii, kto Has, kto Kawalerowicz a kto Iwaszkiewicz. Kiedy dziś (19 maja) spytałem absolwentkę socjologii: „Oczywiście, znane jest pani nazwisko Leszek Długosz?” Zapadła głucha cisza. Tak, tak, ludek u nas ciemnawy, choć wielce nabożny...
Dziś w każdym domu znajdzie się sporo płyt DVD z filmami sensacyjnymi, romansami, komediami i – oczywiście - pornografią. W ilu domach gości i hołubiony jest „Żywot Mateusza”? Nie, to nie quiz, nie musicie się wstydzić że nie macie go na półce, obok butelki po Chianti, pamiątki z Rzymu czy plastikowych winogron w fałszywym krysztale. Ale szkoda, że nie macie, bo poza Pieczką i Milewską, występują tam: genialna Hanna Skarżanka, którą kocham m.in. za „POŻEGNANIA”, jest półnaga Małgorzata Braunek i odziany kompletnie Wirgiliusz Gryń, znamy głównie z ról szczerych komunistów. W filmie zagrali role niebagatelne: „Wielki Ptak” - czapla, gęste lasy, półdzicy drwale, szczere pola, trojaki pełne żuru i najważniejsze rekwizyty - jezioro i łódka. Łódka, choć nie ta Charona, to jednakie niosąca fatum...






Zachwycamy się pierdółami Made in Hollywood, mając takie arcydzieła! Smutne.

reżyseria: Witold Leszczyński
scenariusz: Witold Leszczyński, Wojciech Solarz
produkcja: Polska
premiera: Polska, 16 lutego 1968

ZWROTNICE



Niektórzy twierdzą że prozy uczyłem się od M.V.L. Inni poddając to w wątpliwość sugerują, że nie od M.V.L. tylko od J.L.B. Mylą się. Prawda jest taka, że zachwycony prostotą zdania - Szedł sobie drogą żołnierz; raz, dwa! - stylu i formy pisania uczyłem się od H. Ch. A.

Sławomir Majewski


1  OLŚNIENIE






W horrorze Stanleya Kubricka pod tytułem „Lśnienie”, bohater grany przez Jacka Nicholsona stawia się na rozmowę w sprawie pracy. Chce objąć posadę dozorcy w górskim hotelu, który w sezonie zimowym jest zamknięty na cztery spusty, bowiem lawiny odcinają go od cywilizacji.
Zapytany dlaczego stara się o tę posadę, bohater odpowiada
    - Szukałem właśnie czegoś takiego. Mam zamiar napisać książkę.
    - O czym będzie?
    - Jeszcze nie wiem. Dopiero się zastanawiam.
Olśniło mnie. Jeszcze nie wiem. Dopiero się zastanawiam. Najdoskonalsza z grafomańskich odpowiedzi. Kubrick potrafi robić horrory.




2   POJEDYNEK 








Po drodze będzie pił ze strumienia,
dlatego głowę podniesie

Księga Psalmów. Psalm 110 (109):7



W filmie „Niebezpieczne Związki”, nakręconym na podstawie powieści pana Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos, jest scena pojedynku pod mostem w zimowy poranek. Wicehrabia de Valmont (John Malkovich) walczy na szpady z kawalerem Danceny (Keane Reeves).
Gentlemanów dzieli nie tylko wiek, przede wszystkim różnią ich zasady moralne. Starzejący się wicehrabia zasad moralnych nie posiada żadnych, młodziutki kawaler takowe ma, acz na miarę czasów będących naonczas szalenie libertyńskimi.
Więc pojedynek pod jakimś mostem w zimowy poranek. Wicehrabia jest fechmistrzem doskonałym, jego przeciwnik szermierzem początkującym. Śmierć pana kawalera zdaje się być kwestią minut ale nagle dzieje się coś niespodziewanego. Oto po kolejnym łatwym sparowaniu pchnięcia, wicehrabia wznosząc oczy do nieba wzdycha i wystawiając pierś pozwala by przeciwnik go przebił i zabił. Umierając prosi, by kawaler przekazał kobiecie którą Valmont nadludzko kochając nieludzko potraktował, że kochał ją prawdziwie. Chwilę później umiera na rękach szlochającego zabójcy.




Ckliwa szmira, nieprawdaż? Ano nieprawdaż. Nie chodzi o ckliwy wydźwięk sceny, tylko o to wzniesienie oczu i westchnienie trwające ledwie sekundę. W tak krótkiej chwili John Malkovich genialnie oddał dramat skruchy i żalu de Valmonta. Skruchy, żalu i tęsknoty za miłością zamordowaną z zimną krwią. I śmiercionośnej oceny siebie. Oceny bez pardonu i odkupienia.
Co wicehrabia de Valmont powiedział westchnieniem aktora Malkovicha? Splunął w pysk sobie i Francji w której żyjąc szampańsko, szampańsko bawił się życiem innych. Umierając podniósł głowę, to pewne. Niepewne, z jakiego wypił strumienia.



3  MISTRZOWIE Z ULICY MARIACKIEJ



Mistrz Alfons Łosowski przed swoją pracownią przy ulicy Mariackiej


Kiedyś w Gdańsku na ulicy Mariackiej było kilka knajpek. Kiedyś na Mariackiej było kilka pracowni a w nich Artyści. Jacy to byli Artyści? A różni byli. Jedni grubi, chudzi drudzy a wszyscy nosili berety i flanelowe koszule w kratki na drelichowe spodnie. I sandały. Sandaliczni byli.
Jedni Artyści zakąszali kaszanką gryczaną czarną na zimno. Zakąszali a potem malowali konterfekty swojej ukochanej ulicy, tudzież mewy polatujące mimo. Artyści drudzy zakąszali kaszanką gryczaną czarną ze smażoną z cebulką i skwarkami. Skwarki dawali aby czerpać z niej osławioną zwierzęcą siłę, przecież w granicie lub twardym drewnie kowali Madonny i bezszelestne anioły.
Kiedy było ciepło, Artyści siadywali na schodach przedproży patrząc na turystów. A jak było zimno lub deszczowo, to na zydlach w pracowniach. Tworząc wesoły krąg w poprzek smutnej sztuki życia, pili z butelek wódki albo wina. Wódka nazywała się Czysta a wino Balatonboglari. Kiedy wypili, deklamowali wiersze a potem płakali. Czasami płakali szepcząc O moja ukochana żono! A potem spali z cudzymi żonami.
Na kaca przynosiłem Artystom taniego węgierskiego rieslinga w butelce z długą szyjką. Balatonboglari. Albo obrzydliwie kwaśne Egri Bikawer.
Artyści krzyczeli
- Nie bycza krew, tylko kwaśne gówno. Tfu, dawaj Balatonboglari!
I krzyczeli
- Wylej to gówno. Tfu, dawaj Balatonboglari!
Dosypywałem cukru i gówno zamieniało się w słodkie wino. Cud wprawdzie znakomicie mniejszy od tego w Kanie, ale zawsze cud.
Artyści kiedy do mnie mówili, mówili do mnie
- Mały, nie wiesz gdzie posiałem beret?
- Skocz na Świętego Ducha po piwo, Mały.
- Mały! A gdzie się podziała ta czyjaś żona?
- O, tak się prowadzi pędzel!
- Nie czytałeś Kierkegaarda? Przeczytaj. I podaj mi tempery.
- Przeczytam ci mój ostatni wiersz.
- Mały, napisałeś coś nowego? Przeczytaj.

Dzisiaj w Gdańsku na ulicy Mariackiej jest kilka knajpek. 
 


4  PAN SŁAWOMIR SIERECKI




        

ur. 15 lutego 1924 w Miedzeszynie, zm. 27 września 2012 r.w Gdańsku



Rok 1969 w Gdańsku. Upał. W cukierniach Polonia i Murzynek przy Podwalu Staromiejskim są zimne lody. Klaksony wokół ronda Jana III Sobieskiego. Dom Prasy, Pan Sławomir Sierecki w kwiecie i ja, gówniarz. Ledwie czternaście mi było

- To moje opowiadanie, proszę pana.

- Piszesz opowiadania? O mój Ty Boże... No cóż, trudno. Przeczytam w domu. Wpadnij jutro.

Wpadam jutro.

- I jak ?

- No cóż...

Wyszedłem z głową na kolanach. Na drodze wyrasta Stanisław Goszczurny

- Lepiej pisać stojąc niż płakać na kolanach.


Dom Prasy, rok 1971. Za oknami deszcz. Pan Sierecki nadal w kwiecie, ja dalej gówniarzem. A tak ze szesnaście.

- To moje nowe opowiadanie, proszę pana.

- O mój ty Boże, znowuż? Na stron ile?

- Na stron pięć, proszę pana.

- Na pięć?

- Pięć.

- Stron? Tylko na pięć? Na maszynie pisanych?

- Na maszynie pisanych dwoma palcami pięć stron. Nabitych znaczeniami.

- Kiedy napiszesz dziesięć, wróć. Nie! Nie i nie, na stron dziesięć oraz pół.

- Oraz pół? Z przodu czy gdzie?

- Pół daj na koniec a te dziesięć z przodu, przed tą połową na końcu.

Wyszedłem stojąc a na drodze nie stanął mi nikt. W gębie język kołkiem. O dupie nie wspomnę. Wspomnę. Pachnąc perfumą Być Może, czekała obok kiosku Ruch przy zbiegu ulic Kowalskiej i. Miała imię Grażyna, z Grażyny Mickiewicza. Miała piętnaście...? A gdzie tam, toż ona starą już była! Szesnaście miała jak obszył.


Dom Prasy, rok 1973. Osiemnaście mi przyszło. Pan Sierecki znowuż w kwiecie a ja nadalż gówniarzem. A dupa? Ło... Zestarzała się przy tym kiosku Ruch u zbiegu Kowalskiej i. Na prima aprilis z osiemnaście jak w pysk jej trzasło.

No więc Pan Sierecki był jak zawsze a ja mu pod nos

- A maszpan! Otóż i stron jedenaście.

- Otóż? A otóż z ilu jedenaście się ostało?

- Najsamprzód ze trzydzieści ich było.

Chrząknął, siadł i ojezu ty mój, ojezu! czyta, czyta i czyta a ja na kolana chcę paść a on nic. Nie smaruje bułek, nie zagryza ogórkiem ukwaszonym, nie chrząka znacząco. Tyle co mineralnej popił i czyta. Nie chcę żeby mnie w twarz uderzył słowami na przykład takimi

- Teraz weź i napisz stopięćsettysiącetrzystadwanaściestron i wróć.

Przeczytał, wziął pióro, duma. No, to teraz sobie poskreśla... Nad tytułem przeczytanego napisał

Możesz więcej nie przychodzić. Sławomir Sierecki, Gdańsk 1973




5  DRAPIEŻNIK


W roku 1890 wśród ruin Pompejów i rzymskiego Forum Romanum pan Wilhelm von Plüschow wykonał kilkaset fotografii. Widzimy na nich smukłe cyprysy, strzaskane kolumny, zwalone mury, wydeptane płyty chodników a na ich tle nagich nieletnich młodzieńców i nagie, nieletnie dziewczęta. Nagość modeli i modelek nie razi, bowiem zostali przez artystę idealnie wkomponowani w starożytne otoczenie, podobnie jak kolumny, cyprysy i chodnikowe płyty. Wprawdzie ze zdjęć nie poczujemy woni ziół rosnących wśród ruin, lecz z pewnością dopadnie nas zapach drapieżnika zaczajonego przy obiektywie.


Po spożyciu śniadania składającego się z chrupiących bułeczek, masła, prawdziwej kawy ze śmietanką i dwiema kostkami cukru, trzech płatków Prosciutto di Parma, dwu plasterków salami i jajka na miękko, pan Wilhelm albo jak chciał by go wołano Guglielmo von Plüschow uwierzył, że od teraz w Roma Aeterna ułoży mu się jak z płatka. Wczorajszą sesję fotograficzną w ruinach uznał za niebywale owocną i udaną pod każdym względem.
To nic że kilkoro spacerujących, głównie angielskich turystów z oburzeniem komentowało nagość pozujących i że dystyngowana dama w zielonej sukni nazwała go sodomitą. To wszystko było nic w porównaniu z widokiem nagich młodych ciał pozujących dokładnie tak jak chciał. I tylko dla niego.
Zadzwonił na służbę by sprzątnęła. Wstał, otworzył okno i długo patrzył na brudnoczerwone dachy i słońce jarzące się czerwoną kulą nad Tybrem.
- Pięknie, powiedział gołębiom, odwrócił się i poszedł do łazienki. Myjąc zęby, czesząc i pomadując włosy, poprawiając muszkę, wygładzając kołnierzyk, mankiety, spinki w mankietach, zapinając kamizelkę, lustrując sylwetkę raz z lewej raz z prawej strony, cały czas widział nagie ciała które doskonale uchwycił doskonałym obiektywem.
- Doskonale.

W roku 1902 von Plüschow za molestowanie nieletnich i grzech sodomii został skazany na kilka miesięcy więzienia. Sytuacja powtarza się i w roku 1910 fotografik jako persona non grata zmuszony jest porzucić słoneczną Italię, ulubioną Prosciutto di Parma, przystępnych mu cieleśnie modeli i modelki, by wrócić na zawsze do bezbarwnej surowości Berlina.
Na dworcu wita go deszcz, płynące z oddali dziarskie dźwięki wojskowej orkiestry grającej dziarski wojskowy marsz porywający stopy do marsza. Z wilgoci powietrza wyodrębnia woń piżma wiotkiej damy i gorzkawy zapach doskonałego cygara tkwiącego w ustach brodatego mężczyzny w żółtych kamaszach. Para przechodzi tuż obok kryjąc się pod obszernym czarnym parasolem a von Plüschow czuje jeszcze coś, co po chwili identyfikuje jako gęsty zapach mokrych gołębi.
Otwierając obszerny parasol w kolorze lazuru, pan Wilhelm z niekłamaną radością i ulgą dostrzega bladego młodzieńca kiwającego ku niemu ze stojącej opodal dorożki. Z zadowolonym zadowoleniem mówi głośno
- Doskonale!
Ruszając w kierunku powozu, kątem oka zauważa w narożnym sklepiku słodką buzię dziewczynki z reklamy kakao Van Houtena.
- Cudowna mała!






POWRÓT
,