niedziela, 10 maja 2015

Franciszek Fiszer w anegdocie





Początki legendy o Fiszerze sięgają jakiejś mitycznej Warszawy Gucia Potockiego, epoki złotej młodzieży, której wprost z "Sielanki" zdarzało się jechać na dalszy ciąg zabawy do Wiednia, załadowawszy warszawską dorożkę na platformę pociągu wiedeńskiego.
Ja oczywiście znałem Fiszera z epoki późniejszej. Któż z bywalców dawnej "Udziałowej", Jackowskiego, Lijewskiego i Gablera nie pamięta tej malowniczej, olbrzymiej postaci, tego grzmiącego głosu? Kimże był ten tęgi Zeus z fantastycznie ubarwioną brodą i nieodmiennym płomiennym goździkiem w klapie podniszczonego surduta? Niełatwo dać na to odpowiedź. Wiadomo było, że nic nie robił. Nie napisał żadnej książki ani felietonu, chwalił się nawet tym, że ręka jego "nie pohańbiła się" żadną pracą. Była w tym naturalnie swoista kokieteria, bo czyż umysł jego nie pracował stale? Czyż wszystkie jego słynne improwizacje i pełne humoru wypowiedzi nie były owocem wysiłku myśli i czyż nie trudniej czasem wymyślić żart niż skomponować najpoważniejszy felieton?
Fiszer był mistrzem w kpinach, a skala jego humoru sięgała od rzeczy najbłahszych do szczytów zawikłanych dociekań. Gdyby ktoś chciał dokładnie sklasyfikować humor Fiszerowski, musiałby napisać osobną książkę. Każde spotkanie czy rozmowa z Fiszerem stawały się przygodą, wycieczką w nieznane. Nikt nie potrafiłby powiedzieć, jaką pointą, jakim kawałem zakończy on swoje wywody. Humor jego miał strukturę dwupoziomową i jakkolwiek niski mógł być nieraz jeden z tych poziomów, drugi był zawsze bardzo wysoki.
W swym studium o naturze śmiechu J. C. Gregory mówi, że śmiech jest zawsze rodzajem spadku, największą zaś ma wartość, gdy spada z wysoka. Śmiech Fiszera był właśnie śmiechem tego rodzaju. Był on mistrzem improwizacji słownej, autorem niezrównanych historyjek i powiedzonek, których zresztą sam nie potrafiłby powtórzyć. Po prostu ich nie pamiętał, nudziły go.
Cóż z tego, że z jego słynnej metafizyki nikt prawie niczego nie rozumiał, że jego system filozoficzny był zagadką dla kutych na cztery nogi, wyszczekanych filozofów kawiarnianych. Sam Fiszer zresztą podkpiwał sobie z niego. Posiadał natomiast niewątpliwie cudowną zdolność nadawania nowego sensu i znaczenia słowom, dar ukazywania niespodziewanych punktów widzenia, które dzięki magii jego słów stawały się nagle poezją, czymś zgoła nowym, nabierającym jakiegoś głębszego znaczenia. Działała tu nie tylko jego nieprzeciętna inteligencja, oczytanie, entuzjazm dla sztuki, najprzedniejszy humor, ale i samo ich podanie, głos, gesty, postawa. Tym się też niewątpliwie tłumaczy, że trzy pokolenia artystów i poetów szukały jego towarzystwa, znajdując w obcowaniu z nim odświeżającą, ożywczą i pobudzającą atmosferę, w której nuda, banał i bezpłodny sceptycyzm przemijały, a dojrzewały i krystalizowały się myśli twórcze. I dlatego pewnie ze wszystkich tak licznych w owych czasach apostołów kawiarnianych był on niewątpliwie postacią najbardziej wartościową.
"Humor Fiszera był improwizacją", jak pisał Boy. Rodził się doraźnie z podniet rozmowy, towarzystwa, z uciechy wdzięcznych słuchaczy, z błogostanów biesiadnego stołu. Był twórcą w zakresie słowa - miał radość słowa, które w jego ustach rosło, potworniało, wyolbrzymiało się gargantuicznie w swojej niezrównanej obfitości, w melodii potężnego głosu, to znów zagęszczało się w celne i nieoczekiwane formuły.
Nawet łgarstwo - na miarę pana Zagłoby - stawało się czystą poezją. Doraźnie powstały kawał stawał się legendą, stawał się własnością Warszawy.
Przyjaciel artystów, ze wszystkimi niemal był na ty. Było coś wzruszającego - jak zanotował któryś z pamiętnikarzy - w bruderszaftach tego starca, zawieranych z ludźmi o pół wieku od niego młodszymi. Swą formą obcowania znosił nie tylko różnice wieku, ale i różnice towarzyskie. To "tykanie" płynęło z głębokiej potrzeby młodości i przyjaźni. Każdy człowiek, choćby smarkacz, który w opinii Fiszera nie był idiotą, stawał się kolegą.
Ta najjaskrawsza postać cyganerii warszawskiej przełomu dwóch wieków prosi się o osobną biografię. Zanim to nastąpi, pozwolę sobie przypomnieć parę typowych jego historyjek i kawałów, które umożliwią, choćby w nieznacznym stopniu, wyprowadzenie z mroków zapomnienia tej charakterystycznej dla epoki, wspaniałej i malowniczej osobowości.
Fiszer namiętnie lubił dyskutować, obojętne na jaki temat; używał przy tym niezwykłych argumentów. Słynna była na przykład jego dysputa o Prouście z Wieniawą, który dowodził, że modny ów autor francuski to geniusz, subtelny artysta, mistrz "boskich detali", Franc natomiast dowodził, że był to tępy matoł, grafoman i w ogóle kretyn. Entuzjasta Prousta pieniąc się cytował fragmenty, sypał coraz to nowymi argumentami, przytaczał recenzje najznakomitszych krytyków etc. Wreszcie znudzony przedłużającą się w nieskończoność dyskusją Fiszer najspokojniej oświadczył:
- Widzisz, kochany, ja mam tę przewagę nad tobą, że ty czytałeś Prousta, a ja nie.

Nie mniej charakterystyczny był spór akademicki o istnienie Boga osobowego. Kiedy uzbrojony w doświadczenie i świetny w dialektyce przeciwnik nie dawał się przekonać, Fiszer po dwudziestominutowej dyskusji oświadcza, że za chwilę da argument miażdżący i najbardziej przekonywający, argument nie do odparcia, że Bóg osobowy nie istnieje. Kiedy wszyscy zamarli z ciekawości, zagrzmiał swym basem:
- No więc daję wam na to słowo honoru!

Niebezpieczne były również próby przekonania Fiszera, że się na czymś nie zna. Kiedyś podczas kolacji posadzono go obok słynnego profesora-ichtiologa (Fiszer nie lubił naukowców). Profesor po parokrotnych próbach nawiązania rozmowy, wyczuwając, że jest ignorowany, usiłuje pognębić Franca zapytaniem:
- Założę się, że mistrz nie wie, do jakiej rodziny ryb należą śledzie (właśnie jedzono śledzie).
- Owszem - odpowiada Fiszer z sarkazmem - wiem doskonale: śledzie należą do rodziny zakąsek.

Fiszer był niezrównanym narratorem. Kiedy Mikołaj II w początkach swego panowania przyjechał do Warszawy, ugodowo nastawione ziemiaństwo opowiadało cuda o bankiecie, w którym uczestniczył na Zamku, o serdecznej atmosferze panującej podczas uczty, o polonezie prowadzonym przez cara. Fiszer, który też był na tym przyjęciu, oświetlił sprawę nieco inaczej. Pointą jego opowieści nie były ani rozkosze gastronomiczne, ani serdeczność toastów, ani rzekome bruderszafty, ale niespodziewany finał tych uroczystości. Otóż, według jego relacji, kiedy oczarowana przyjęciem szlachta opuszczała wreszcie Zamek i z lekka zataczając się kierowała swe kroki do pobliskich hoteli, z ulicy Piwnej wyskoczyła nagle sotnia kozaków i "zaczęła okładać nas nahajami" - opowiadał.
- Jak to? Za co? - pytali zdumieni słuchacze.
- Żeby nam się w głowach nie poprzewracało - wyjaśnił znacząco Fiszer. *[Asumpt do tej zabawnej historyjki (powtarzanej i przez Antoniego Słonimskiego) dała Fiszerowi wizyta w Warszawie cara Mikołaja II i raut wydany z tej okazji na Zamku w dniu 1 września 1897 roku przez generał-gubernatora warszawskiego, księcia Aleksandra Imeretyńskiego. Wszystkie szczegóły są, oczywiście, zmyślone przez Fiszera.]

Fiszer nie znosił malkontentów i snobów. Kiedyś w "Udziałowej" ktoś narzekał na obsługę, chwaląc dawne czasy i kelnerów, którzy rzekomo stali za plecami każdego gościa, gotowi na każde skinienie.
- To głupstwo - powiada Franc. - Miałem stangreta. Józef mu było. Wyjeżdżając do Paryża ze stacji Ostrołęka, błądząc już myślami nad Sekwaną, powiedziałem mu machinalnie: "Niech Józef czeka." Nie było mnie w kraju dwa lata. Wracam niespodziewanie, wezwany telegraficznie przez plenipotenta. Była noc. Jak ja się tu dostanę do domu? Wychodzę przed dworzec, patrzę: moje konie i Józef. Zdumiony pytam, skąd on wiedział o moim powrocie. "Ja nie wiedziałem, ale pan dziedzic kazał czekać, no to ja czekam." Dwa lata!

Poeta Antoni Lange należał do najbliższych przyjaciół Fiszera. Kiedyś Fiszer nie zastawszy go w domu wszedł do jego pięknej biblioteki, wybrał parę książek i wyszedł. W bramie spotyka powracającego poetę.
- Cóż to dźwigasz, Franiu? - spytał Lange biorąc jedną z książek, a nie poznawszy w roztargnieniu swojej własności, wykrzyknął: - Pożycz mi tę książkę, już od dawna marzę o jej przeczytaniu.
- Książek nie pożyczam z zasady! - zagrzmiał swym tubalnym basem Franc i z iskierkami śmiechu w oczach majestatycznie odszedł.

Pewien grafoman pokazuje Fiszerowi własnym zapewne sumptem wydaną pierwszą książkę, mówiąc:
- Zrobiłem oto pierwszy krok do nieśmiertelności, mistrzu.
- Tak, ale tyłem, łaskawy panie, tyłem - huknął z sarkazmem Fiszer.

Istnieje szereg anegdot pogrzebowych Fiszera. Podczas żałobnych przemówień na pewnym pogrzebie stremowany mówca zamiast powiedzieć Dunin-Markiewicz powiedział Munin-Darkiewicz czy coś w tym rodzaju.
- Ale się sypnął - grzmiącym półgłosem powiedział Fiszer - no i cały pogrzeb na nic!

Na pogrzebie Mieczysława Frenkla jedna z aktorek wystąpiła we wspaniałej toalecie żałobnej. A więc kapelusz z czarnymi strusimi piórami, suknia z czarnej mory, naszyjnik z białych pereł, naręcz białych chryzantem na ręku. Po uroczystościach pogrzebowych Fiszer podszedł do niej i całując ją w czarną rękawiczkę powiedział:
- Pani niewątpliwie była dziś królową pogrzebu.

Kiedyś na pogrzebie jednego z adwokatów, znanego z przenikliwości i niesłychanej wprost intuicji przewidywania, Fiszer szepnął na ucho swemu przyjacielowi:
- Ciekawym, dlaczego on to zrobił?

W swoim czasie Warszawa szalała na występach jakiegoś znakomitego tancerza paryskiego. W kawiarniach nie mówiono o niczym innym, wychwalano go pod niebiosa. Fiszer znudzony tymi zachwytami oświadczył:
- To pętak w porównaniu z Makarem, strzelcem hrabiego Tyszkiewicza. Zwykle po obiedzie - mówił - Tyszkiewicz grał na bałabajce, a Makar tańczył kozaka. Po paru minutach prysiudów skakał on nagle z jakieś trzy metry pod sufit, a potem n i e z m i e r n i e p o w o l i o p a d a ł k u z i e m i. To był taniec!

Jedna z aktorek, oburzona, że Fiszer nie poznaje jej, powiedziała mu o tym
- Na Boga! - wykrzyknął Fiszer. - Po czymże mam panią poznać? Żeby pani miała jakiś pryszcz na nosie albo wąsy, a tak, twarz goła jak pięść, codziennie inny kapelusz i uczesanie, po czymżeż mam panią poznać? [...] 

 JERZY ZARUBA
 

.