poniedziałek, 11 maja 2015

NIEDOKOŃCZONA

Wanda Szczypiorska



Mama i ja zebrałyśmy cały swój dobytek, sprzedałyśmy stół, jedyny przedmiot, który nadawał się do sprzedaży i ze skromną walizką, no - może dwiema, rozpoczęłyśmy przeprowadzkę w nieznane – do Warszawy. Pamiętam scenę pełną nostalgii i nieruchomą, jak zdjęcie: peron na dworcu w Gdyni i siebie stojącą na peronie, w czarnej, wytartej, męskiej dyplomatce.




Pamięci Władysława Hasiora


Nowe życie na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych zaczęło się w pierwszych dniach października od ogólnego zebrania ZMP. To wydarzenie pamiętam wyjątkowo dobrze, bo oczarował mnie wtedy Władek . Stojąc na trybunie wygłaszał referat ideologiczny, błyskotliwie, inteligentnie, z głowy. Używał modnych powiedzonek, które ja, przybyła z prowincji, uznałam za oryginalne. Mój podziw musiał być widoczny. Nie zdając sobie z tego sprawy, prawdopodobnie wyrażałam go całą sobą. Władek schodząc z mównicy zauważył to i docenił. I jeszcze tego samego dnia zaczepił mnie na dziedzińcu. Zaczęliśmy się spotykać, z pozoru całkiem dobrze dobrana para. Bo Władek był równie biedny, jak ja i wyglądaliśmy tak samo nędznie.
Pierwsze miesiące na drugim roku studiów mają w mojej pamięci bury kolor deszczowej i zimnej jesieni. Pozostał tylko ogólny, niewyraźny obraz. W pracowni trudno było z kimkolwiek nawiązać kontakt. Jeśli chodzi o przynależność do ZMP, to skończyła się nie wiadomo kiedy, sama przez się. Jeszcze nie formalnie, ale faktycznie - na pewno. To, co absorbowało przez tyle lat, nie miało teraz żadnych następstw. Władek był aktywistą, przewodniczącym, czy kimś takim i nie mógł, albo i nie chciał skończyć z tym, przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ja natomiast od razu odzyskałam wolność w postaci absolutnej obojętności. To nie było trudne. W liceum uważano mnie za niepełnowartościowego członka organizacji, bo nie zabierałam głosu i przejawiałam znikomą aktywność. Nie byłam kontestatorem, nigdy mi to nawet nie przyszło do głowy, robiłam wrażenie kontestatora tylko z powodu nieśmiałości. W Gdańsku, na pierwszym roku studiów, czołówka zetempowska z liceum straciła cały swój autorytet. Poszarzeli, stali się mniej widoczni, zajęli się sztuką - no i dobrze. Wydaje mi się, że Władek też traktował swoją funkcje w ZMP czysto formalnie. Tak czy owak, unikał na ten temat rozmów.
Przekonałam się wkrótce, co było dla niego naprawdę ważne. Rysował Madonny z dzieciątkiem, tytułując te dzieła „Macierzyństwo”. Widziałam te rysunki, kiedy wstąpiliśmy po coś do mieszkania, w którym wynajmował łóżko. W mieszkaniu byli jeszcze inni lokatorzy, wielu ich było i unosił się specyficzny, nieprzyjemny zapach, którym Władek również był przesiąknięty. Rysował Madonny siedząc na łóżku i przechowywał te rysunki w pudłach. W Akademii, na swoim wydziale był uznaną znakomitością i należało się spodziewać, że będzie wielki.
Był ode mnie starszy, wiecznie czymś zaabsorbowany i nasze spotkania, niezależnie od mojej woli, stawały się coraz rzadsze. Zimowa plucha zrobiła się jeszcze bardziej nieprzyjemna, a my, kuląc się w naszych płaszczach, niby to chodziliśmy ze sobą nadal, ale bez większego zaangażowania raczej, ot tak sobie, po koleżeńsku. Okazało się z biegiem czasu, że mieliśmy zbyt mało spraw, przekonań, gustów naprawdę wspólnych. I coś jeszcze nas dzieliło, coś w czym nie umiałam współuczestniczyć w pełni, chociaż starałam się, jak mogłam, żeby mu pod tym względem sprostać. To jego miłość do muzyki. Chodziliśmy na Uniwersytet, bo tam można było wysłuchać koncertów muzyki mechanicznej, połączonych z prelekcją. Tak to się nazywało - muzyka mechaniczna, ale chodziło o Beethovena i Mozarta. Publiczność stanowili głównie studenci Akademii. Siedziałam razem z innymi słuchaczami skupionymi wokół gramofonu - onieśmielona, ale pełna najlepszych chęci, czując, że moja fascynacja Władkiem zaczyna z wolna ustępować miejsca uczuciu obcości. Było tak, jak byśmy zeszli się w jednym punkcie idąc z dwóch różnych stron. Z innego środowiska i po przeczytaniu nie tych samych książek. Doszliśmy do tego punktu i zaczęliśmy się mijać z wolna. Ale Requiem i 9 Symfonia mogły nas przecież połączyć. Niestety. Nie byłam zbyt muzykalna. Podczas koncertów patrzyłam ukradkiem na twarz Władka, nieobecną, zaczerwienioną, z oczami błyszczącymi, obcą. W jego oczach była wyłącznie miłość do Mozarta.
Po koncercie lekko oszołomiony, ale w widoczny sposób podniesiony na duchu, odprowadzał mnie na stację kolei podmiejskiej, którą dojeżdżałam do miejscowości podwarszawskiej. Staliśmy blisko siebie na peronie i czekaliśmy na czas odjazdu mojego pociągu. Stąd rozeszliśmy się pewnego wieczoru na zawsze, chociaż oczywiście widywaliśmy się przelotnie. Wiedziałam, co się z nim dzieje, trudno było tego nie wiedzieć - był sławny, a jego sztuka zanurzała się coraz bardziej w mistyczne głębie. W tym czasie ja należałam do klubu filmowego „Po prostu” i zajmowałam się czymś zupełnie innym.

Być może, nie jestem muzykalna, ale dźwięki płynące z gramofonu, otaczały mnie i przenikały, zatrzymywały w sobie emocje, a wszystko, co działo się wtedy wokół, splotło się z utworami klasyków i pozostało tam na zawsze. Przekonałam się o tym teraz, kiedy któregoś dnia usłyszałam 8 symfonię Schuberta, Niedokończoną – w radio. Otworzyła się oddając mi na chwilę tamten świat i pamięć o Władku, razem z tym dość paskudnym zapachem jego zniszczonego płaszcza.

POWRÓT DO MAGAZYNU LITERACKIEGO

.