poniedziałek, 11 maja 2015

Nieuchwytność granicy

SŁAWOMIR MAJEWSKI
























- Nieuchwytność granicy jest prawdopodobnie jedną z ciekawszych rzeczy w życiu.
   - Granicy między czym a czym?
   - Między faktem i fantazją, między umysłowo chorym i zdrowym. Strefa odgradzająca te dwa pojęcia jest niesłychanie wąska.

                                                                           Elia Kazan, Układ




Anaïs jedząc zupę cebulową z grzankami, zakreśla flamastrem ogłoszenie.
- Gaston, mogę ją sobie zatrzymać? Zapłacę.
- A weź dzieciaku, weź za darmo. Colette ma drugą na zapleczu.
- Dzięki, jesteś boski.
- Tyle to i ja wiem. Znalazłaś coś ciekawego? O sztuce?
- Nie, ogłoszenie o pracy. Wydawnictwo zatrudni ilustratora.
- Hachette?
- Zaraz Hachette! Jakaś mała oficyna w pobliżu Dworca Północnego.
- Próbuj, Anaïs, próbuj. Próbować zawsze warto, a nuż cię zatrudnią.
- Może zatrudnią, Gaston. Cholernie potrzebuję kasy.
- A kto jej nie potrzebuje, Słoneczko?
Anaïs wyciera usta serwetką, wstaje, niesie Gastonowi talerz i łyżkę.
- To do jutra, Gaston. Dziękuję za gazetę.
- Do jutra, Słoneczko!

Więc ten anons ukazał się w czwartkowej popołudniówce a w piątek z samego rana Anaïs zjawiła się w wydawnictwie tak, jakby przyszła wprost z pokazu gothic-fashion z tym makijażem wampira. Wokół nienaturalnie jadeitowych oczu duże plamy czarnego tuszu, kredowy puder na całej twarzy, krwiste usta, wypisz-wymaluj panda z rozbitymi wargami. Właśnie parzył sobie kawę kiedy bezszelestnie weszła do jego małego biura i postawiła tekę z rysunkami obok fotela. Właśnie odwrócił się z filiżanką podniesioną do ust i zamarł, patrząc zaskoczony na żałobną koronkową bluzkę, koronkową minispódniczkę z różowo-czarnymi falbanami, buty na potężnym koturnie i na ten cudaczny makijaż. Wygląda jak upiorna dziewczynka z tych horrorów o dzieciach-wampirach, myśli. Laleczka Czaki? Coś jakby.
- Pani w sprawie...?
- Ja w sprawie pracy.
- Pracy... Aaa, no tak, anons. Wyciąga do niej rękę nad biurkiem. Eryk Vincent, jestem tu jedynym szefem.
- Anaïs Michelet.
Eryk wskazuje palcem tekę
- Pani prace?
- Tak.
- Doskonale! Zaciera dłonie jakby mu było zimno. Proszę pokazać co pani tam ma.
Dziewczyna pochyla się i w rozchyleniu bluzki Eryk dostrzega mikroskopijne dziecięce piersi. Anaïs rozkłada na biurku kartony, przypadkiem zrzucając papierowy kubek z ołówkami, pudełko spinaczy i bloczek faktur.
- O, kurwa! Ojej, naprawdę przepraszam. Mam taką niewyparzoną gębę... a do tego jestem cholernie niezgrabna. To wszystko moje prace. Nie wszystkie, oczywiście. Oczywiście, wszystkie są mojego autorstwa, ale nie przyniosłam wszystkich. Jak będzie potrzeba, przyniosę wszystkie.
Wybrnęła z tych „wszystkich”, zasiada głęboko w fotelu i kiepsko udając obojętność spogląda na Eryka, który na przemian patrzy to na kartony, to na jej postrzępione granatowoczarne włosy. Tak, jest pod wrażeniem prac. Zaskoczyła go dojrzałość techniki i pewność kreski, precyzja posunięć kredą i węglem kładzionych bezpośrednio na farbach. I te impasty, rozświetlone w nieznany mu sposób... Przypomina sobie wczesne prace Rafaela, ta sama doskonałość kreski ale dostrzega wpływ współczesnych japońskich rysowników. O tak, myśli,na pewno duży talent.
- Ile pani ma lat?
- Siedemnaście.
- Siedemnaście? No tak, siedemnaście... Uczennica?
- W Collège Lycée Racine.
- To niedobrze. Nie, nie to chciałem powiedzieć. Chciałem powiedzieć, że to dobrze że się pani kształci ale jest pani nieletnia a ja nie mogę zatrudniać nieletnich. Prawo. Rozumie pani?
- Rozumiem. Jestem młoda ale nie jestem głupia. Widzi pan, mnie interesuje tylko dorywcza współpraca, taka na zlecenia, rysowanie na zamówienie. Pan mówi co i jak, ja to robię a pan mi płaci za wybrane rysunki. Rozumie pan?
- Jasne że rozumiem. Wprawdzie jestem stary ale nie głupi.
Uśmiechają się.
- Tak, na zlecenie tak, powtarza Eryk, na zamówienie, na zlecenie tak. Taka forma chyba jest możliwa.
- Chyba?
- Muszę zasięgnąć porady prawnika. No i ocenić prace innych kandydatów.
- Ma pan innych kandydatów?
- Przychodząc tak wcześnie nie dała pani innym okazji do prezentacji. Godna pochwały szybkość działania.
- Potrzebuję kasy, więc nie mogę się opierdalać. Zarumieniła się pod warstwą pudru. Erykowi podoba mu się dziewczyna, podoba mu się to co i jak maluje. Teraz podobają mu się nawet jej strój, szokujący makijaż bezwstydnej dziwki a nawet jej arogancka pewność siebie. Kto wie, myśli, może?
Dziewczyna przygładzając wystrzępione włosy, rozgląda się po biurze, bezwiednie opiera kostkę prawej stopy na lewym kolanie. Biel szczupłych ud kontrastuje z koronką czerwono-czarnych, mocno przejrzystych majteczek. Patrz! Chcesz?
- I co pan sadzi o moich pracach, nadadzą się?
- Przyznam, że mnie pani zaskoczyła. Pozytywnie. To są bardzo dobre prace. Bardzo dojrzałe. Nie spodziewałem się, że tak młoda osoba... Jestem pod ogromnym wrażeniem. Ma pani wielki talent, Anaïs.
- To wiem, ale czy moje prace trafiają klimatem i techniką w profil i oczekiwania pańskiego wydawnictwa?
Eryk szuka odpowiedzi a dziewczyna wyciąga z torebki papierosy, nie pytając o pozwolenie zapala. Machinalnie podsuwa jej popielniczkę.
- Czy teraz pracuje pani dla kogoś?
- Nie, teraz nie. Jakiś czas temu chałturzyłam dla jednego undergroundowego pisma i paru fanzinów. Co jeszcze... O, ilustrowałam książeczki dla dzieci na zlecenia. Nic ważnego, obrazki w stylu anime. Skończyłam z tym, bo to żadna praca, żadne doskonalenie warsztatu i żadna płaca. Taka tam... japońszczyzna.
- No tak, da się zauważyć manierę japońskich rysowników.
- To źle?
- Nie, dlaczego? Takie dziś zapotrzebowanie. Maniera nie zawsze jest zła.
- Maniera to gówno.
- A więc Botticelli i Modigliani malowali gówna?
- Och nie, nie to miałam na myśli!
Zląkł się jej przestrachu. Już wie na pewno, że nikogo innego nie przyjmie. Czego się wystraszył? Że ta mała odejdzie i więcej jej nie zobaczy? Milczy chwilę, zbierając myśli.
- Zrobimy tak... proszę mi zostawić swój adres.
- Adres?
- Och, miałem na myśli numer telefonu. Zadzwonię do pani jutro wieczorem, najpóźniej pojutrze, do południa.
- Pojutrze? W niedzielę? W niedzielę zazwyczaj śpię do południa i nie odbieram telefonów.
- Przepraszam. Zupełnie poplątały mi się dni, nie wiem dlaczego ale myślałem że dziś jest środa.
- Piątek.
- Więc dobrze, proszę zostawić telefon. Zadzwonię jak podejmę decyzję. I zadzwonię bez względu na wynik, dobrze? Odpowiada pani?
- Jak najbardziej.
Zapisuje numer telefonu, podaje jej swoją wizytówkę, ona oddaje długopis, wstaje, idzie do drzwi.
- A pani prace?
- Niech pan się im jeszcze przypatrzy bez żadnych zobowiązań. Do widzenia.
- Do widzenia.
Patrzy za nią przez okno, kiedy przechodzi przez jezdnię między samochodami stojącymi w korku. Na chodniku zatrzymała się i obróciła, widzi uśmiech na jej kredowo-białej twarzy i to że kiwa do niego palcami dyskretnie uniesionej dłoni w koronkowych mitenkach. Pomyślał że doskonale będzie się nadawać na postać Dante, tylko trzeba ją odmłodzić o jakiś rok albo dwa.
Zadzwoniła jeszcze tego samego wieczora na krótką chwilę przed tym, nim zamknął biuro. Spytała czy może wpaść nazajutrz, pokazać kilka rysunków jakie zrobiła po ich rozstaniu i czy zgłosili się inni chętni. Na pozór obojętnie powiedział żeby przyszła i że chętnie zobaczy nowe rysunki i że tak, owszem, zgłosili się inni kandydaci ale nie zadowoliły go ich prace, więc jutro czeka na nią w biurze.
- Będę na pewno. Czekaj na mnie.
Wspomniał jej arogancką pewność siebie, biel ud kontrastujących z koronką czerwono-czarnych majtek Patrz! Chcesz? I szokujący makijaż dziwki. Nie jestem taka, proszę pana... Jesteś, jesteś.
Kiedy obejrzał nowe prace powiedział jej że tak, że to jest „to”, o co mu chodzi i pozornie wyluzowany zaproponował kawę a wtedy ona zaproponowała żeby zaraz, teraz, poszli coś zjeść, bo jeszcze nie jadła a jest głodna jak wilk. Wiedzieli. (...)


.