środa, 27 maja 2015

STALKER

MIROSŁAW G. MAJEWSKI




FICTION


STALKER


Wiem jakim jestem marudą. Mówią mi to prawie wszyscy i jest mi ciężko dźwigać ciężar tej prawdy, ale dźwigam ją dzielnie. (chociaż w tym jednym nie marudzę) Kiedy jest już mi bardzo źle pocieszam się wspominając mit o Syzyfie.

Ten to dopiero miał krzyż pański.

W sumie moje malkontenctwo jest stonowane, a moi bliscy przyzwyczaili się do niego i znoszą je nawet bez większej szkody dla swojego zdrowia psychicznego.

Kiedy zabierałem się za pisanie powieści byłem pełen zapału, który wypalił się na popiół po dziesięciu stronach, a ja teraz siedzę w tym popiele nucąc pod nosem inwokacje szamanów z Kamczatki i posypuję od czasu do czasu mój durny łeb tym popiołem, który kiedyś był zapałem, słomianym. co zresztą widać na załączonym obrazku.

I kiedy wszystko wydawało mi się beznadziejne, a ja zamknąłem się w moim pudełko nicości, nagle przeżyłem iluminację, zostałem wręcz oślepiony jej intensywnością.

Nie będę kontynuował wątku o Karlu Gutmannie i Marcie Sznajderman, wrócę do Chillout, mojej zakurzonej powieści o socjalistycznej enklawie pozostawionej na peryferiach peryferii III i IV Rzeczpospolitej. Miasteczko to było chyba oczkiem w głowie samego Pana Boga. Dlaczego? No właśnie. Co tu dużo gadać, wkrótce sami poznacie odpowiedź.

Miasteczko Hammermühle, czy jak mówili Polacy, Młotkomłyn nie było ani z tego, ani z tamtego, ani żadnego innego świata.

Od niepamiętnych czasów istniało sobie niezależnie i równolegle, z dala od głównych szlaków handlowych, schowane w dolince pośród wzgórz morenowych, chronione tysiącami hektarów mieszanych lasów i uczuć. Mieszkający tam Niemcy, dopiero w 1947 roku spotkali się oko w oko z repatriantami, ku obopólnemu, aczkolwiek krótkotrwałemu zdziwieniu. Osadnicy ze wschodu, jak i z centralnej Polski, oprócz swoich regionalnych zwyczajów i kulinarnych dziwactw przywieźli ze sobą komunizm, na co rodacy Karola Marksa przystali ochoczo, wprowadzając do tej ideologii swoisty porządek.

Die Ordnung muss sein!

I był!

W całej Polsce nie uświadczyłeś takiego ideowego porządku jak w Młotkomłynie.

Mijały lata, zamieniono co prawda niektóre nazwy ulic jak na przykład Hitlerstraße na ulicę Lenina, ale poza tym nic godnego odnotowania nie zauważono.

W 1956 zawarto najwięcej mieszanych małżeństw, Polacy brali sobie zdyscyplinowane Niemki za żony, a Niemcy ponętne Polki. Dzieci z tych związków uczyły się dwóch języków jednocześnie, a w roku 1976 w Młotkomłynie powstała swoista, niespotykana nigdzie indziej gwara, coś pośredniego pomiędzy kaszubskim, łemkowskim i śląskim. W urzędach i szkołach, co prawda obowiązywał język polski, co do którego nie jeden polonista miałby zastrzeżenia, ale ulica mówiła swoim śpiewno-gardłowym specyficznym dialektem.

W roku 1981 nie zorganizowano strajku w żadnym z trzech zakładów, ani nigdzie indziej. Zresztą Młotkomłynian nie interesowała polityka, zdawali sobie sprawę ze swojej niepowtarzalności i bronili swojej tradycji niczym Amisze z Pensynwalii.

W roku 2004 wszystkie zakłady były nadal własnością gminy, a więc państwowe. Tytularne stanowisko Burmistrza piastował już od ponad dwudziestu lat ostatni w kraju nad Wisłą Naczelnika Miasta i Gminy towarzysz Tadeusz Mazur, którego wszyscy mieszkańcy darzyli niesamowitym szacunkiem, a na dodatek stanęli za nim murem, kiedy jacyś polityczni celebryci z województwa próbowali wprowadzić obowiązuję w unijnej już Polsce, nowe, reżimowe ustawy.

1 maja 2005 wylądował Marsjanie mówiący w dialekcie mieszkańców Hammermühle i stanęli na straży tej archaicznej i jedynej w kosmosie osady. Nie wiem na czym polegały ich kosmiczne zabiegi, ale Młotkomłyn od tej pory znalazł się jakby poza czasem i przestrzenią.

Z miasta nie można było wyjechać, czego nikt i tak nie chciał robić, ani wjechać, (a chciało już tego coraz więcej osób skuszonych dziwnymi wieściami o tajemniczym mieście) bez zgody Strażników, czyli stojących na straży facetów z Marsa.

Młotkomłyn dla Rządu Tonalda Duska stał się solą w oku. Wielokrotnie wysyłanych, rządowych negocjatorów odnajdowano w środku Puszczy Knyszyńskie z objawami amnezji i schizofrenii. Ostatnim, desperackim aktem gabinetu Duska było wysłanie elitarnej jednostki Grot, wraz z grupą towarzyszących im doradców z amerykańskiej Gwardii Narodowej w celu, co tu ukrywać, pacyfikacji Młotkomłyna. Ale po odnalezieniu zdezorientowanych komandosów na prywatnej posesji prezydenta Białorusi postanowiono raz na zawsze wymazać wszelki ślad o Hammermühle a nazwę Młotkomłyn usunąć z map.

Stąd wszelkie wertowanie map przez szanownych czytelników będzie bezowocne.

No i stało się, stare mapy nabrały czarnorynkowej wartości, a po jakimś czasie, niczym grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać nielegalne firmy, oferujące przerzut, mających w dupie UE, wszelkiej maści dysydentów, kontestatorów i anarchistów i pisarzy z Małopolski do Hammermühle.

A w Hammermühle życie płynęło szczęśliwie i leniwie niczym w szwajcarskiej wiosce, w odróżnieniu do tego co działo się poza enklawą, strzeżoną przez marsjańskich strażników. A tam, nad Wisłą, aferom, korupcjom, strajkom, protestom, migracjom i emigracjom nie było końca. Nasze słonko świeciło sobie radośnie nad głowami mieszkańców Młotkomłyna i ani myślało świecić nad Polską.

Chyba że…

No właśnie, chyba że…



Żeby to jakoś wyjaśnić muszę odwołać się do powieści Performance i jej głównego bohatera Makarego Hanuszkiewicza. Powieść ta kończy się wejściem Makarego w surrealistyczny świat obrazów Paula Delvaux, a konkretnie dzieła zatytułowanego Wiosna. Właśnie tam Makary odkrył swoje prawdziwe powołanie, zrozumiał, że nie jest tylko pisarzem, lecz przede wszystkim Stalkerem. Stalkerswto to powołanie, Stalkerem człowiek się rodzi, stalkerstwa nie można się nauczyć. Wielu już próbowało i teraz nie ma ich pośród żywych!

Bywa, że stajemy się niewolnikami naszych pragnień, naszych marzeń, niewolnikami wyidealizowanej rzeczywistości, która kusi nas swoją niedostępnością.

A my, kładąc własne życie na szalę, desperacko próbujemy pokonać ten mityczny mur, który nas od niej oddziela. Niewielu ludziom udaje się ta sztuka, nawet takim jak Siddhartha Gautama czy Mahatma Gandhi. A to, że udała się Makaremu Hanuszkiewiczowi obala wszystkie socjologiczne, psychologiczne i teologiczne teorie.

Makary pokonał mur, pokonał nie tylko Ciemność, ale przede wszystkim Anioła z wirującym mieczem. Dopiero po czasie zrozumiał, że Anioł stał po jego stronie. Zrozumiał też, że Wiosna nie była wiosną, że była zaledwie głosem syren wabiących takich szaleńców i nieszczęśników jak Makary. I ten skończyłby jak większość jemu podobnych naiwnych megalomanów, gdyby nie fakt, że był Stalkerem, ale odkrył to, dopiero wtedy, kiedy przyszła na to właściwa pora.