czwartek, 28 maja 2015

WANDA SZCZYPIORSKA


INTRUZ

 









Ciocia Zosia kuca za krzaczkiem i w obecności pana robi siusiu. Ten pan jest mężem cioci Zosi. Ciocia niczego się nie wstydzi, to ja się wstydzę za nią. Idę ze stacji kolejowej, gdzie pożegnałam moją mamę. Jestem „na odżywieniu” mówią ciotki. W domu podobno bywam głodna, bo mama ledwo wiąże koniec z końcem. Mama widać musiała na to przystać, przywiozła mnie na miesiąc albo dwa i zaraz wyjechała. Mam towarzyszyć dzieciom cioci Zosi, bawić się z nimi, opiekować, a ja nie umiem, nie chcę.
Zamiast pilnować dzieci cioci Zosi wolę myszkować w zakamarkach parku, który otacza okazały pałac. Nie jest to pałac wuja, ojca cioci, on jest zaledwie tutaj dyrektorem (mówią do niego; panie profesorze) i występuje w tle opowiadania. Opowiadania? Chyba nie, To co pamiętam składa się z migawek. Wuja zupełnie nie pamiętam, był tylko bratem mojej zmarłej babki. Za to pamiętam doskonale druga ciocię, Wandę. Widzę jak biegnie śmiejąc się po pałacowych schodach, a za nią biegnie przyjaciółka. Wydaje mi się dziwna jakaś, męska. Ciocia malutka, tamta duża. Zajmują wspólnie pałacowy pokój i tam znikają po kolacji.
Mam osiem lat. Gdzie śpię i kto pilnuje żebym się umyła, nie wiem, pewno ta stara dama, żona wuja. W mojej pamięci nie ma po niej śladu. Mam przed oczami pusty pokój, a w nim wysokie pałacowe okna. I chyba czuję się tu obco.
Wszystko, co było dla mnie interesujące działo się w parku, w warzywniku. Tam pracowały praktykantki. Są eleganckie i dorosłe. Pieliły grządki marchwi w rękawiczkach. To była marchew, wiem na pewno. Musiałam chyba patrzeć, słuchać i podziwiać. W pałacu ich nie widywałam. Pewno mieszkały w oficynie.
Ciotkom sprawiałam nieustannie zawód. Milczek, który się szwęda nie wiadomo gdzie. W pewnym ustronnym miejscu wpadłam po kolana w szambo. Skąd się tam wzięło szambo i to płytkie, nie wiem. To było gdzieś na skraju parku. Teraz myślę, że to na pewno nawóz pod tą marchew. Gdy to się stało byłam sama. A wokół cisza, pustka, chaszcze. Dobrnęłam jakoś do fontanny, to znaczy do zbiornika z wodą. Umyłam się jak mogłam. Niestarannie. Pamiętam tylko swoje nogi i sandały na pałacowych schodach. Ponieważ tylko to pamiętam, nogi i sandały, wiec jest zupełnie oczywiste, że idąc zdaję sobie sprawę z sytuacji i z tego co mnie zaraz spotka. I nie śmiem podnieść głowy .
Ładnie ubrane córki cioci Zosi nie chcą mojego towarzystwa. Ja jestem starsza, wyrośnięta, co pewno nie jest bez znaczenia. Więc trochę im zazdroszczę. To nic. Poznałam nową koleżankę. Ci ludzie, których tu widuję, a mówią na to miejsce pegeer, zbierają drewno w parku, więc moja nowa koleżanka zna wszystkie ścieżki, wszystkie przejścia. Zawędrowałam za nią do czworaków, bo ona była właśnie stamtąd. Czworaki widywałam dotąd z pewnej odległości. Z okien pałacu wyglądały tak, jak gdyby w ziemię się zapadły. Drzwi były nisko, dachy płaskie, z kominów pełzły strużki dymu. I ludzie byli jacyś inni. Przy stole, przy obiedzie mówiono o nich; przesiedleńcy. Wiedziałam, byli biedni. Ja byłam biedna, mama też, zdawałam sobie z tego sprawę, ale to było co innego. Może i znałam słowo nędza, musiano go używać przy mnie. Teraz wiedziałam jak wygląda. Szarobrunatna. Nieżyczliwa. Patrzono na mnie, byłam obca.
Ciotki nie wiedzą o tej znajomości, która jak sądzę nie trwa długo. Kończy się przykrym incydentem. Odwiedzam nową koleżankę, ona mnie tu przyprowadziła. Długie i ciemne pomieszczenie, piętrowe łóżka, bure koce. Nic nie ma do zabawy. Stoję, rozglądam się. Na jednym z łóżek siedzi staruch. Jest zarośnięty. Chyba brudny? Obdarty jakiś. Może chory? Trochę się boję, ale stoję, patrzę. On jakby mnie nie zauważył, ale nie. Poruszył się. Nie odwracając głowy dziwnym głosem mówi do mojej koleżanki:
- A nie mówiłem? Nie sprowadzaj
To pewno o mnie, jest mi wstyd, chce wyjść, lecz tylko kręcę się bezradnie. Bo sobie nagle uświadamiam i mimo że mam osiem lat zapamiętałam to na zawsze. Że w życiu czasem bywa się niepożądanym gościem. 
 
Wanda Szczypiorska