wtorek, 19 maja 2015

Ziemia Szatana













Wtedy, w Erytrei, załamał się drugiego dnia. Trzydzieści tysięcy uciekinierów, zagłodzonych kobiet, dzieci, starców i tylko dwanaście tysięcy racji żywnościowych. Dla wszystkich nie starczyłoby nawet na jeden dzień. W magazynie lekarstw zastał szelest gorącego piasku i wychudłe pustynne szczury ogryzające wybebeszone skrzynie.
- Doktorze Finch, co z lekarstwami?
- Z lekarstwami? A czekamy na nie, panie kolego, czekamy. Cały czas bardzo cierpliwie i nader uprzejmie czekamy na ten na transport, który miał przybyć już w ubiegłym tygodniu. I codziennie bardzo uprzejmie ponaglamy, monitujemy, prosimy. Serca nam rosną przez cały tydzień od bezustannych zapewnień tych skorumpowanych skurwysynów z ichniego ministerstwa, że transport jest w drodze.
- Boże... Przecież ci ludzie umierają z głodu! Ale co gorsza, zauważyłem że nie każdy tutaj dostaje nawet te nędzne resztki ryżu. Dostaje jakaś jedna trzecia, może jedna czwarta, no a reszta? Nie wiedziałem że tu są lepsi i gorsi, doktorze. Czy ktoś tutaj bawi się w Boga? To jest nieludzkie. Nieludzkie i niesprawiedliwe!
Finch wzniósł brwi.
- Wydzielamy racje żywnościowe przede wszystkim tym, którzy mają więcej sił od innych. Ale, skoro dla ciebie mój młody przyjacielu jest to nieludzkie i niesprawiedliwe, to jeszcze dziś rozdziel całą żywność między wszystkich bez wyjątku. Zapewniam, że pojutrze osobiście zaczniesz kopać dla nich groby. Zapomnij o sprawiedliwości. Zapomnij o sprawiedliwości i pięknych ideałach, którymi cię nafaszerowali. Ale przede wszystkim, zapomnij o chrześcijańskim miłosierdziu. Czy ktoś tutaj bawi się w Boga? Nie, tutaj nie ma Boga miłosiernego, Pana sprawiedliwych zastępów, kolego. Tutaj nie ma dla niego miejsca. Jesteśmy na ziemi Szatana, Pana bardziej niż bezlitosnego.
Doktor Finch pokręcił głową, wciągnął brzuch i wysunął z biurka szufladę, wydobywając z niej opróżnioną do połowy butelkę whisky.
- Młodzieńcze, nie z narcyzmu, tylko pragmatyzmu zacytuję samego siebie sprzed chwili: bardzo uprzejmie ponaglamy, monitujemy i prosimy, osobliwie w sprawie alkoholu.
Podniósł butelkę do spłowiałych oczu, popatrzył na złotobrązową ciecz i westchnął.
- Ostatnia resztka whisky w promieniu pięciuset kilometrów! To też jest niesprawiedliwe i niehumanitarne. Pojmuje pan mój ból?
Rozlał dwie równe porcje do szklanek, dolał wody.
- Milcz pan i pij. I zapomnij o kostkach lodu.
Nie patrząc na siebie, wypili bez toastu. Finch z westchnieniem żalu schował pustą butelkę.
- Sam nie wiem, po co ją chowam. Wszyscy wiedzą że jestem pijakiem. Ale też wiedzą, że od teraz nie będę mieć co pić. A wracając do naszych baranów.... Davidzie, jeśli naprawdę chcesz im pomóc, posiłkuj się w swoich działaniach teorią nieokiełznanego w swej dalekowzroczności staruszka Darwina, która głosi: przetrwają najsilniejsi. Bo czy nam się podoba czy nie, przetrwają tylko ci, którzy zachowają tyle sił, by doczekać cholernego transportu na który czekają. Inni umrą. Umrą bez względu na to, czy będziemy nad nimi płakać czy nie. To nie ma znaczenia. Tu nic nie ma znaczenia, tylko przetrwanie. A przetrwanie to transport. Kolumna ciężarówek albo helikoptery. To ma znaczenie. Tu od wieków czas liczono inaczej, niż w naszym świecie. Więc ratuj wyłącznie tych, którzy doczekają transportu. Jeśli tego nie pojmujesz, uciekaj do domu.
Nie uciekł. Zrozumiał. Potem były Kosowo. Srebrenica, Mogadiszu; już nie miał rozterek. Ani wątpliwości. Wiedział doskonale, że gdziekolwiek pojedzie, będzie wolontariuszem. Wolontariuszem Boga na ziemi Szatana, pana bardziej niż bezlitosnego. Czy był mocno wierzący? Nie, po prostu wierzył. Jemu znak był dany wiele lat temu, nie potrzebował dodatkowego wsparcia. Nie rozumiał Piotra i jego Quo vadis, Domine? On by nie uciekł. Na pewno nie? Na pewno nie. Znać siebie, to znać swoje możliwości. Znał siebie i możliwość swoje. Nie rozumiał tych, którzy mówili wierzę, oczywiście że wierzę, ale mam pewne wątpliwości. Nie można trochę wierzyć. Albo się wierzy albo. Tertium non datur. Istota wiary zawarta jest w słowie wiara, czyż nie tak? Nie był dogmatyczny ani ortodoksyjny, jak ci pejsaci Żydzi których widział na ulicach Jerozolimy i Tel Awiwu. Śmieszyli go ale szanował ich. Za upór. Nasi starsi bracia w wierze. I oprawcy Jezusa. Ale jak być takim, jak oni - bezwzględnie wierni zasadom Pisma? Człowiek nie jest Bogiem, tylko człowiekiem, na Boga! Słabym i omylnym poczciwcem, Szlachetnym i wzniosłym tytanem. I kłamliwym, krwiożerczym skurwysynem. Skurwysynem? A co ze słowami na obraz i podobieństwo? Chodziło o duchowe, jak sądzę. Duchowe obraz i podobieństwo. A reszta od małpy z drzewa Darwinowego. Czemu nie, teoria łysego Karola nie musi się kłócić z Genesis. Na przykład Chłopiec z Taung na dowód. Zjadł go lampart? Lampart albo coś podobnego. Te dwie dziury w czaszce. Potem ktoś napisał, że to ślady po kulach. Boże, co za durnie, wszędzie zwęszą sensację. A Chińczycy twierdzą, że nie pochodzą z tej samej linii co Homo sapiens sapiens, tylko od Homo erectus. Podobno w jaskini Zhiren znaleziono szczątki ludzkie, mające więcej niż sto tysięcy lat, niemające nic wspólnego z wywodzącym się z Afryki współczesnym człowiekiem. Podobno. Czyli że co, że Chińczycy to Pitekantropy? A swoją drogą ciekawe, ciekawe czy istnieje Wielki Bóg-Pitekantrop, taki skośnooki, żółtoskóry, w czerwonych jedwabnych ciżmach? Możliwe, czemu nie. Uśmiechnięty, tłuściutki, z wieloma fałdami brzucha wzdętego jak dynia. Mamy taką figurkę. Z laki. Owoc wyprawy do Szanghaju. Stoi obok Siwy tańczącego w kole. Potomkowie Pitekantropów, dobre sobie!   (Fragment)

Sławomir Majewski