sobota, 27 czerwca 2015

Anzio


(Fragment)






_________________________________________



AKT II

KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Opiera ręce na chropowatości blanków: Minotauros wypatrujący ateńskich okrętów, węszy dziewice nic nie wiedząc o kłębku. Biedny rogacz, będzie szukać dróg w labiryntach zwątpień, wypełniać myślą ową lukę pomiędzy żaglem jutro, a powietrzem wczoraj doskonałą, najczystszą iluzją podróży do Indii korzennych, by odnaleziony nowy świat mógł się objawić westchnieniem rozczarowanej ulgi Kolumba: nareszcie...

...Patrząc za kluczem żurawi z dłonią przyłożoną do czoła, myśli o Ariadnie: Ariadna... Myśli też o tym, że Chiny są jak malowane tuszem na jedwabnym papierze. Wprawdzie jest w Chinach, idzie sobie stromo w dół labiryntami absurdalnego Wielkiego Muru, ale nagle przed oczyma widzi sypialnię japońskiego domu rozkoszy. Nie, nie burdelu; domu rozkoszy opisanego w Śpiących Pięknościach Kawabaty. Ile tatami 85 na 180? Nieważne...

MINOTAUR (czyta z książki):

- "Mam wrażenie, że to już odległa przeszłość, kiedy ostatni raz rozczarowałem się kobietą. Ktoś wymyślił dom, w którym kobiety są usypiane w taki sposób, żeby nie mogły się przebudzić”.


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

    - Tyle Kawabata... Dlaczego tu i teraz przypomina sobie akurat Śpiące Piękności? Może dlatego, że dokoła pełno malutkich, prześlicznych dzieweczek o skośnych oczach i krótkich nóżkach kaczuszek? A może dlatego, że Azja unifikuje siebie samą: pastele nieba i chmur, tusze drzew, lakowe skały, jadeitowe śnieżne smoki, czerwono-złote demony... Dlatego. Śliczności obrazki: tandetne, jarmarczne Chiny, Japonie, Koree, Tajlandie... Urokliwy scenariusz krajobrazów... Ale istnieje prawdopodobieństwo, że Kawabata nasunął mu się na myśl dlatego, że jest w Azji, a to z kolei nasunęło mu Kawabatę i Śpiące Piękności, te zaś - jego kobiety, które czasami upijał do nieprzytomności, by potem... Gygesi zasiadali nonszalancko; paląc papierosy, spokojnie pijąc wódkę i czekali rozwiązania zamotanej przez niego tajemnicy jego własnej alkowy, aż do owej chwili, w której - sam nagi - zachęcał gościa do zrzucenia chitonu i wtedy odrzucał kołdrę z kochanki-żony, ukazując wszystkie jej powaby, łechtaczki nie pomijając.

JOLAOS:

- Minotaurze, a czy jego piękności wiedziały do czego zmierza, podlewając im wódkę nad miarę ich możliwości?


MINOTAUR:

- Po ich zachowaniach w ramionach Gygesów, po drżeniu ud, cichych krzykach w orgazmach, spazmatycznym i łapczywym zaciskaniu dłoni na wyprężonych, obcych penisach oraz - co ważne! - fałszywej swobodzie słów, spojrzeń i gestów następnego poranka nieomylnie wiedział: wiedziały! O, nie pisał sam tych scenariuszy; pieczołowicie rozpisywały wraz z nim każdą scenę, jemu pozostawiając rolę winowajcy.


JOLAOS:

- Więc grecka tragedia w Anzio też była podług dwój-scenariusza?


MINOTAUR:

- I jak najbardziej, Greku, była!




KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Kiedy tamtej nocy, prześliczna, skośnooka samica poznana na spacerowym statku okazała się być tajską hermafrodytą, nieuchronnie musiał sobie zadać pytanie, stosownie do powagi chwili: Czy jestem gejem? Ale zapomniał udzielić na nie odpowiedzi, bowiem owa Salmacis-hermafrodyta była pięknym, rasowym egzemplarzem swojego gatunku, do tego starannie wykształconym w dziedzinach sztuki, że o jej ars amandi nie wspomnę.

JOLAOS:

- Nie wspominaj, na rany! Nie dręcz!

KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Analizując kształty i elementy tego ciała, zapomniał o problemacie; więc może i był gejem, aczkolwiek do owej pamiętnej nocy, jego upodobania zdecydowanie wskazywały na orientację heteroseksualną.

JOLAOS:

- Trzystu Spartan, pamiętasz?

MINOTAUR:

- O Grekach nie zapominam nigdy, Greku! Pijąc wonny napar z Camellia Sinensis z dodatkiem kardamonu Elettaria cardamomum i brązowego mielonego cukru z brazylijskiej trzciny cukrowej, znanej nauce jako Saccharum officinarum, ów boski nektar wulgarnie zwany przez niepokornych Polaków Herbata, hibernijskich Rosjan - Чай, zimnokrwistych synów Albionu - Tea, a przez makaroniarzy , z bezwstydem satyra lubieżnie taksowałem obiekt swoich nocnych pożądań. Sokrates i Alkibiades według sztychów Édouarda-Henriego Avrila. Poza tym dodać trzeba, że siedziałem na tarasie krytym ciężką, purpurową dachówką śmiejąc się. Z siebie.

JOLAOS:

- Szlachetnie!


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Wspominając upojne szaleństwo, zdumiewał się własną ciekawością nowego, mając przy tym niejasne poczucie zadowolenia z fascynującej odmiany, w której, jeśli zagustuje to -kto wie, czy nie zagustuje.

JOLAOS:

- To jest na scenariusz! Na scenariusz to jest! Kto wie, może zagustuje?!


MINOTAUR:

- Zamknij się, Greku!

KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Bo czyż nie jest prawdą, że zagustował w kardamonie dodawanym w aptekarskich proporcjach do mateczki Yin Zan, owej skośnookiej cesarzowej wszystkich herbat świata, znanej pod każdą szerokością i długością geograficzną, na każdym kontynencie i przylądku, w zatokach i na półwyspach oraz suto rozsianych archipelagach Cykladów nie pomijając, pod szlachetnym mianem Srebrnej Igły?


JOLAOS:
- Zagustował, jak wiemy!


MINOTAUR:
- Właśnie! A cena jej nie zna granic, jak szczodrość bogów czy występek Szatana.


JOLAOS:
- To brzmi!


MINOTAUR:
- Nie wątpię. Zatem - skośnookie Salmacis-hermafrodyta i Ἑρμαφρόδιτος dwójjedyny, siedział w ratanowym foteliku naprzeciw, niedbale okryty srebrzystym adamaszkiem, wystawiając na promienie słońca sterczące piersi suczki i penis, mały jak u tych starogreckich rzeźb. Apoksyomenos.

JOLAOS:

- Podziękowania Lizypowi za kanon, caro mio! Pijmy dalej, nie zapominając ani na chwilę o piemonckim, cierpkim Barbaresco i penisocyckej nieśpiącej piękności z Azji!


MINOTAUR:

- Nie zapominajmy!


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:
- W sypialni pachnie kobietą i kiedy kładą się do łóżka, obejmują, całują i liżą swoje ciała, on zamykając oczy wie, że jest z niespotykanie piękną dziewczyną, a jednocześnie dotyka mężczyzny i kobiety aż w końcu nie wie, z kim i gdzie jest, czuje, że zapada się w wirujące galaktyki, staje się częścią pulsara nabrzmiewającego szumem krwi, rozpływa się, ocieka, wypływa, wytryskuje, spływa i czuje w sobie siebie i w niej w nim w nas jegojajejsiebieich i jest jakby niczego nie było tylko ten szum fal, który opływa go falliście zalepia mu usta i dłonie zastygając gorącą pianą złudzeń, że nie ma nic takiego pomiędzy nim tutaj a nim tam po drugiej stronie oddechu, wstrzymuje, oddech, przeszukuje, ciemność, gałek, ocznych: jest! Galaretowate, bladoróżowe, ciepłe wnętrze pramacicy nasuwa się, mlaszcząc, na jego ciało od głowy, jakby wchłaniały go zaślinione usta gigantycznej ameby, a synapsy-nibynóżki oplatają ściśle, zaklejając oczy, usta i uszy a teraz nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Małpki znaczeń. Nie odczuwać niczego. Czuje gwałtowny skurcz w gardle, rejestrując potok wylewający się z ust. Znika w trzewiach Kosmosu, rozpylając się we wszystkich możliwych kierunkach naraz, jak kiedyś.


MINOTAUR:

- To było tam, wtedy, na tarasie letniej willi gdzieś przy via Porto Neroniano z widokiem na Innocenziano i kołyszące się przy nim rybackie kutry i wycieczkowe stateczki.


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

O czym myślał teraz, patrząc na popielate niebo, w którego bezchmurnych przestrzeniach widział naraz tyle miejsc, ludzi, budynków, sypialni, kostnic, barów i świątyń, wież parsów nie wyłączając oraz nieskończoność zdarzeń?
O czym myślał żłopiąc ciepławego Heinekena zamiast dziesięcioletnią Glenmorangie lub wspomniane Barbaresco z Piemontu rodem? O czym myślał słuchając sitaru, jak opętany sitaryzmem sitarysta? Myślał o tym, że musi rozsupłać poplątane zwoje swojego popieprzonego życia, patrząc ponad Murem, pagodami lub ponad czerwonymi blankami Old Delhi, jak Mahatma Ghandi. Nie miało dla niego żadnego znaczenia to czy jest gejem, heterykiem, czy biseksualistą ani to, czy jest, czy nie jest rasowym Polakiem z Gryfem w herbie albo nie dumny z tego, że ze strony ojca jest tylko parszywym, nieobrzezanym pół-mośkiem i powinien wypierdalać na Madagaskar, albo do jakiegoś kibucu na Wzgórzach. Szema Israel - jebać to! Gówno go to obchodziło wtedy, zum Teuffel i gówno obchodzi teraz, bo w tej chwili znaczenie ma jedynie, że nareszcie znalazł odpowiedź na jedną z dręczących go wątpliwości.



MINOTAUR:

- Tak. Bez wątpienia! Najlepsze jest światło padające od lewej strony. Jak u Van Delfta. Tak!


JOLAOS:

- Jak tak, to tak, Minotaurze!


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

Mając za sobą tę zdumiewającą noc, o porannej cykadzie pogrążył się w mroczną czeluść bez dna, spadając przez jakieś tafle spękanej kry lęków.

JOLAOS:

- Czy sen przyniósł mu ukojenie?


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- A czy papież jest Murzynem?



__________________________________________

SPISANE WEDŁUG









piątek, 26 czerwca 2015

Geometryczna plaża

Angelina Sielewicz

Rozdział 1

Pamiętam, jak Wengerowie mieszkali w domu na obrzeżach Paryża. Na przedmieściach, na których niewiele było do roboty. W ich miejscowości znajdowała się bulanżeria i fryzjer, może kilka kafejek, ale nie więcej niż trzy. Był także kościół, merostwo, szkoła, ale nie były to miejsca, które miałby jakiekolwiek znaczenie dla Wagnerów. Było higienicznie-estetycznie, jak na to lepszych paryskich przedmieściach. ZGODA, nasi bohaterowie mieszkali na wsi, w domu z widokiem na pole, po którym jeździły traktory, a na nich jeździli mężczyźni, a na mężczyznach kobiety. Tak, rolnicy także lubią sobie pofiglować. Raz w przyczepie przyłapano dwóch panów w gumiakach. Zadowalali się pod plandeką. Gdybyście tylko widzieli, jak w pośpiechu zapinali szelki swoich ogrodniczek... Niestety z okna domu Wengerów nie można było tego dostrzec, co czyniło mieszkanie na wsi jeszcze nudniejszym.
Pozostawało więc pielenie ogródka, koszenie trawy i przycinanie żywopłotu. Zawsze jakąś atrakcją wydawało się nazbieranie jabłek z przydomowej jabłonki i nakarmienie nimi okolicznych koni. W pobliżu była stadnina, ale oni nie jeździli konno. Jeździli za to na rowerze, ale też nieprzesadnie za często – może dwa, trzy razy do roku. I to na stacjonarnym. Prawda jest taka, że woleli długie spacery i kolacje przed ekranem komputera. Dużo pracowali, Delfina jako grafik, Alex jako informatyk.
Mieli na posesji basen, ale z niego nie korzystali. Gdy pewnego dnia ona postanowiła go wyczyścić, stanowczo jej odradzał. Był święcie przekonany, że pływają w nim zdechłe koty. W końcu nikt z basenu nie korzystał od czterech lat, od momentu kiedy się tutaj wprowadzili. Argument z kotami wyśmiała, basen wyczyściła i nawet nalała do niego wody. Ale zanim się nagrzała, minęło lato.
Alex i Delfina pobrali się, gdy byli jeszcze na studiach. Rodzice Delfiny pozwalając jej studiować w Paryżu, nareszcie mieli przestrzeń, jakiej od zawsze chyba pragnęli. Po jej wyprowadzce natychmiast przystąpili do remontu domu na północy Bretanii. Pokój ich córki stał się teraz gabinetem jej matki. Powiesiła w nim bordowe zasłony w esy floresy oraz reprodukcję Maneta, na koniec przytaszczyła – za pomocą sąsiadów płci męskiej – wielki kredens po swojej babce. Czyniąc tych kilka prostych kroków, sprawiła, że droga powrotu Delfiny do domu została zamknięta.
Jej córka gdyby była swoją matką, już dawno miałaby dzieci. To było głównym problemem matki, na który skarżyła się wszystkim plotkarom z miasteczka; ubolewała, że jej pierworodna zamiast wyjść za mąż, rozpoczyna kolejny kierunek studiów. Gdy więc Delfina poznała Alexa, matka postanowiła sobie za cel oddać swoją córkę w jego ręce albo oddać jej rękę jemu, czy jak to się mówi. Delfina długo się opierała, nie po to wyjechała do Paryża, żeby teraz słuchać matki. Ale żeby mieć święty spokój, zaręczyła się z Alexem, choć sama nie pamiętała, czy to ona mu się oświadczyła czy on jej.
W tym okresie wiele balowali, mieszali whiskey z marihuaną i nie tylko. Gdy przyjaciele i rodzina pytali się ich o okoliczności zaręczyn, no, jak to było, opowiadajcie, oboje uśmiechali się niezręcznie, odpowiadając, że zaręczyli się podczas przyjęcia bożonarodzeniowego u ich przyjaciół. To była wersja, której się trzymali, bo akurat tego byli pewni i to brzmiało na tyle dobrze, że każdy mógłby to usłyszeć. Gdy ktoś z zadających pytania podsuwał im gotowe rozwiązania, zwykle odpowiadali tak.
- Podczas świąt, tak?
- Tak.
- Ale romantycznie.
- Chyba tak.
- Ale w jakim momencie? Rozmawialiście, tańczyliście?
- Tak, rozmawia…
- Tańczyliśmy.
- Rozmawialiśmy w tańcu.
- I tak po prostu Alex zapytałeś?
- Tak. To proste pytanie.
- I prosta odpowiedź.
- Nic w tym trudnego, trzeba tylko wyczuć odpowiedni moment.
Odpowiednim momentem tak naprawdę była kulminacja możliwości obydwojga, jeśli chodzi o spożycie ponczu. Wylądowali razem w toalecie, bynajmniej nie po to, by robić to, co dwoje młodych ludzi na filmach. Delfina zafundowała muszli klozetowej coś, co jeszcze wczoraj znajdowało się w muszlach: mule. Alex zwymiotował chyba cały zapas lodówki, której drzwi kilka dni temu na siłę domykali. W tych okolicznościach, gdy patrzyli na siebie, załzawionymi oczami, postanowili się pobrać. Tak Delfina i Alex, po pół roku znajomości, otrzymali status zaręczonych, którym mogliby się pochwalić na Facebooku, gdyby tylko byłby już wtedy rozpowszechniony we Francji. Alex chciał zaoszczędzić i kupić Delfinie pierścionek zaręczynowy na Ebayu, ale jego narzeczona wybiła mu to z głowy. Stanęło więc na jasnym szafirze otoczonym niewielkimi brylancikami kupionym u jubilera.
Znając matkę Delfiny, nie trudno się domyśleć, że po zaręczynach zaczęła naciskać na ślub. Delfina i Alex zbywali ją jednak, ale kiedyś, po cichu, wzięli ślub jedynie w obecności świadków. Za trzeciego świadka robił pies. Skoro do wielu sklepów i restauracji zabiera się psy – pomyślał raz Alex – to czemu by nie zabrać naszego psa na ślub? Delfina nieraz potem myślała, że przygarnięcie teriera o imieniu Thierry było dobrym pomysłem, bo gdyby nie pies, być może zdecydowaliby się na dziecko. Ta forma trójkąta wyjątkowo pasowała obojgu. I już tak zawsze miało być. Niestety Thierry, po przeprowadzce do piątej zony aglomeracji, został przejechany przez samochód.
W piątej zonie, jak już zostało wspomniane, życie płynęło niespiesznie. Alex wolał ćwiczyć swoje palce, stukając w klawiaturę, zamiast doprowadzając nimi Delfinę do rozkoszy, jak zwykł to robić na początku ich znajomości. Byli już cztery lata po ślubie, spadek po wujku i awans Alexa pozwolił im kupić na kredyt niewielki dom w Varennes-Jarcy. Lubili to miejsce, było spokojne, uroczy był w nim kościół, tuż obok merostwa, który otwierał się tylko w niedziele i to raz w miesiącu, podczas mszy. Przed stopami merostwa, do którego prowadziły jasne, kamienne schody, płynął ni to strumyczek, tryskała ni to fontanna. Raz woda przybrała czerwonawy kolor. Jacyś nastolatkowie w noc sylwestrową pozbyli się nadmiaru czerwonego wina w dość nietypowy sposób. Francuzi nie lubią profanować wina, wolą go wypić, ale nastolatkowie to przecież nie są jeszcze stuprocentowi obywatele. Być może ze względu na takie głupie pomysły picie alkoholu od 2009 roku jest dozwolone we Francji dopiero od osiemnastego roku życia.
Dni w Varennes wypełniała im praca, długie dojazdy do niej w centrum Paryża nie ułatwiały im nadrabiania w dziedzinie spędzania wspólnego czasu. Delfina nawet w weekendy ślęczała nad Photoshopem, pozbywając zmarszczek jakąś gwiazdę. Po co mam ją fotoszopować, skoro ona i tak już jest w rzeczywistości wyfotoszopowana, zastanawiała się Delfina, wygładzając fałdy na bluzce, z której wyskakiwały sztuczne piersi. Alex próbował ją od tego odciągnąć, ale jego żona upierała się, że to dodatkowe zlecenie pozwoli szybciej spłacić kredyt. Czasami Delfinę nachodziła myśl, że wiąże ich bardziej kredyt niż miłość. Dlatego podchodziła wtedy do Alexa, gładziła go po karku, ugniatała barki, po czym siadała mu na kolanach. Zaplątywała się wtedy zwykle w kabel od słuchawek. Kupiła mu je, żeby nie słyszeć ciągle przewodniego motywu z GTA czy innej gry, jaką sobie w danej chwili jej mąż upodobał.
Dom nie był wielki, ale na tyle duży, by mógł schować skarpetki Alexa w kątach, pod kanapą, na dywanie. Delfina, zbierając skarpetki, myślała o śmierdzących stopach, które chodziły po dywanie. Dlatego prała go raz w miesiącu. Podczas jednego takiego rutynowego prania, gdy jej mąż usiadł obok na kanapie i włączył telewizor, Delfina zapytała go:
- Kochanie, śmieci same wychodzą z kosza pod zlewem.
- Zagnieździły nam się robale w kuchni? – zapytał zafascynowany, jak gdyby Delfina zamiast o śmieciach oświadczyła mu, że wyszła nowa gra komputerowa.
- Mógłbyś go opróżnić?
- Jasne, ale najpierw obejrzę Family Guya.
Delfina dobrze wiedziała, co ta odpowiedź oznacza, ale uśmiechnęła się, bo wiedziała, że to ona była tą osobą, której zależało na utrzymaniu czystości. Domeną Alexa były raczej komputery, które naprawiał błyskawicznie, jak ostatnio, gdy nieopatrznie ściągnęła malware na swojego laptopa. Żartowała, że mąż informatyk przyda jej się, gdy zrobi międzynarodową karierę i jej prace będą wystawiane poza oceanem. W jej przypadku za oceanem oznaczało Wielką Brytanię, którą oddzielał od Francji Kanał La Manche, notabene stanowiący część Oceanu Atlantyckiego.
Kiedyś zabrakło papieru toaletowego. To była zimowa niedziela, a więc sklepy zamknięte. Wytrzymali bez papieru nawet w poniedziałek, bo mieli za dużo pracy, by skorzystać z toalety. Potem – gdy tylko mieli potrzebę – posiłkowali się papierem ręcznikowym. Gdy natomiast tego zabrakło, Delfina musiała wyjąć z półki serwetki, które kupiła specjalnie na zeszłoroczne Boże Narodzenie. W środę, gdy Alex załatwił już to, co do niego należało w toalecie, jak zwykle sięgnął dłonią na półkę ułożoną z płytek tuż za muszlą klozetową. Jego ręka poczuła wyjątkową miękkość materiału. Gdy serwetka znalazła się jednak na wysokości jego wzroku, poczuł się jakoś dziwnie, że te ładne renifery będą podcierać jego tyłek. „Delfina, ładne te renifery, ale to ja już wolę ten różowy papier z pieskami” – oznajmił po wyjściu z łazienki. Żona przytaknęła mu, spojrzała na zegarek i zdecydowała, że dłużej tak żyć nie mogą. Środowa wyprawa do sklepu po rolkę papieru toaletowego raz na zawsze miała odmienić jej życie…
Gdy Delfina weszła do marketu, jeszcze zanim doszła do sekcji z mrożonkami, poczuła chłód. Ten rodzaj chłodu od dawna czuła gdzieś wewnątrz siebie, ale nie miała czasu, by zastanowić się, skąd on się bierze. Uważała, że nadmiar myślenia jest skutkiem nadmiaru wolnego czasu, a na to nie mogła sobie pozwolić jako osoba z kredytem. W większości przypadków myślenie było złe, bo pozwalało zanurzyć się w depresji, a Delfina nawet nurkować się obawiała, więc wszystkiego, co głębokie i pełne otchłani, unikała jak ognia. Ognia zresztą też się bała.
Tego dnia nie miała na sobie stanika. Biustonosze za bardzo ją drapały, nosiła je więc tylko wtedy, kiedy sytuacja naprawdę tego wymagała, jak na przykład rozmowa o pracę czy msza w kościele. Ponieważ jednak i to, i to zdarzało się w jej życiu rzadko, przyzwyczaiła się do nienoszenia biustonosza. To była jej manifestacja wolności, wolności, za którą tęskniła, gdy spędzała wakacje u ciotki w New Hampshire. Tam ludzie nie płacili podatków i nosili broń. I to wydawało jej się piękne. Oczywiście, gdyby musiała zapłacić 2000 euro za godzinną wizytę w szpitalu, mówiłaby inaczej. Także mieszkając w USA, nie otrzymałaby takiego wsparcia finansowego od kraju jak w okresie, gdy przez pół roku nie mogła znaleźć pracy. Ale i tak Stany Zjednoczone jawiły jej się jako świat idealny. „Nasze babki uwolniły się od gorsetów, czas już najwyższy uwolnić się od staników” – powtarzała koleżankom podczas herbatek w bulanżerii. No cóż, każdy na różny sposób manifestuje swą wolność.
Delfina postanowiła być dobrą żoną i kupić Alexowi jego ulubiony papier toaletowy. Od kiedy on lubi róż? – zaczęła się zastanawiać, gdy szukała wzrokiem pożądanej marki papieru. Gdy sięgała po ofoliowany zapas rolek na dwa tygodnie, niechcący strąciła wdowę – samotnie stojąca na regale rolkę papieru. Rolka upadła na podłogę i rozwinęła się, tworząc coś na wzór drogi, która prowadziła tuż pod stopy jakiegoś mężczyzny. Bardzo ładne buty – pomyślała. Jej wzrok powoli zaczął kierować się ku górze. Lubię ciemny dżinsy, myślała dalej, gdy już dotarła do wysokości rozporka. Zapowiada się niezłe ciacho, rozmarzyła się. Po chwili jej oczy zatrzymały się na twarzy pryszczatego nastolatka, poczuła wtedy lekką ulgę albo rozczarowanie. Nie pozwalając sobie na jakąkolwiek refleksję, chwyciła pod pachę opakowanie rolek papieru toaletowego i udała się w stronę kasy. Gdy wrzuciła ostatnią monetę do maszyny, jej nos niemal zaświergotał, to znaczy zrobiłby to z pewnością, gdyby tylko był ptakiem. Przyjemny korzenny zapach otoczył ją i wniknął w jej włosy. Pociągnęła nosem, szukając źródła tego zapachu, ale nie znalazła. Wzięła więc rachunek i resztę, a papier toaletowy pod rękę. Szybkim krokiem doszła do samochodu, weszła do środka, zapaliła silnik, potem cygaretkę. Zaciągnęła się chwilę. Zgasiła pospiesznie cygaretkę, kręcąc głową. I odjechała.
Zajechała pod dom. Było już ciemno, wiatr był nieco bardziej porywisty niż przed wyjściem. Zgrabnym krokiem doszła do drzwi wejściowych. Wyjęła klucze z torebki i włożyła je w zamek. Ani drgnęły. Otworzyła drzwi i weszła do środka. „Kochanie, dziwne, wydawało mi się, że zamykałam drzwi na klucz, wychodziłeś gdzieś?” – zapytała, wchodząc do salonu.
Weszła do łazienki i zostawiła tam papier toaletowy, zabierając serwetki z reniferami. Wróciła do salonu i zaczęła wspinać się po schodach. „Alex? Alex?” – pytała po imieniu, myśląc, że tym razem poskutkuje. Nadal jednak cisza. Doszła już niemal do ich sypialni, tak starannie urządzanej przez nią przez te cztery lata. To był jej ulubiony pokój z ogromnym łóżkiem, pikowanym, skórzanym wezgłowiem i dywanem, najprawdziwszym perskim dywanem. Jeśli Stany Zjednoczone były rajem, to ta sypialnia była bez wątpienia oazą. Zza zamkniętymi drzwiami usłyszała jakieś dźwięki. Jęki? – zapytała samą siebie. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w brzuchu.
Nigdy nie zastanawiała się, co by było, gdyby Alex zainteresował się kimś innym, bo jego zainteresowania ograniczały się właściwie wyłącznie do komputerów. Romans z Larą Croft mógłby być nawet ciekawą dykteryjką opowiadaną podczas rodzinnych obiadów. Świat wirtualny wydawał jej się teraz taki bezpieczny. Jeśli mi to zrobił, to jest strasznym skurwielem, myślała. Trzeba nie mieć serca, żeby zabrać jakąś obcą babę do mojej oazy – kontynuowała monolog w swojej głowie.
Wreszcie zbliżyła się do drzwi i po chwili wahania otworzyła je, nie wchodząc jednak do środka. Nie mogła, a raczej nie była w stanie wejść. Jej nogi zamieniły się w granit, stały się tak nieruchome, że aż twarde. Każdy mięsień był napięty. Na łóżku leżał laptop z włączonym filmem o dwóch średnio urodziwych blondynkach uprawiających zwierzęcy seks, obok łóżka jej mąż. Jej własny, osobisty mąż, którego poślubiła pięć lata temu w przypływie nagłego uczucia. Leżał tam, na perskim dywanie, jeszcze sztywniejszy od niej samej. Spod jego głowy wyciekała stróżka krwi, tworząc pokaźnych rozmiarów plamę.
Gdy mięśnie Delfiny wreszcie się rozluźniły, chciała zacząć krzyczeć, ale nie mogła, nie potrafiła. Jej dłoń uwolniła serwetki z reniferami. Schyliła się po nie, złapała je i podeszła do Alexa. Odruchowo zaczęła wycierać nimi jego zakrwawioną głowę, a potem dywan. Krwi było tak wiele, że ledwie w niego wsiąkała, Delfina rozcierała krew po dywanie, zataczając coraz większe kręgi, jak gdyby malowała mandalę. W końcu przestała, gdy do jej ślepi zaczęły napływać łzy. Wzięła w swoje dłonie głowę Alexa. Po raz ostatni spojrzała w jego oczy, te sympatyczne błękitne oczy. Zamknęła je. Na powiece jej męża pojawiła się kropla. A potem na nosie, ustach, brodzie: jedna, druga, trzecia… Nigdy nie lubiła, gdy widział, jak płacze. Nawet po jego śmierci nie chciała, by był tego świadkiem.
Pani Bonnet zerwała się z łóżka. Obudził ją ryk albo szloch. Jeszcze nie wiedziała, skąd i od kogo lub od czego pochodził, ale już czuła wewnątrz przeszywający ból. Taki ból, jaki czuje matka po stracie swojego dziecka. Pospiesznie założyła szlafrok i podeszła do okna. Po krótkich oględzinach doszła do wniosku, że wszystko jest na swoim miejscu: jej ulubiona wierzba dalej rośnie, jabłonka po stronie sąsiadów też. Huśtawka lekko się buja, poruszana przez wiatr. Wszystko w normie. Ale o tym, że norma też może niepokoić, wiedziała od dawna, zwłaszcza po zapoznaniu się z filmami Tima Burtona. Amerykańskie przedmieścia były pozornie do bólu normalne, ale pod płaszczykiem pospolitości nieraz kryło się zło. Na tę myśl przeżegnała się.
Może to koty? – zastanawiała się, dalej myśląc o ryku. Koty, to takie okropne zwierzaki, które przechodzą przez ogrodzenie do sąsiadów tylko po, żeby załatwić swoje fizjologiczne potrzeby. Żadne tam polowanie na głaskanie w wykonaniu obcych ludzi, którzy jeszcze mają do nich cierpliwość, w przeciwieństwie do właścicieli. Po prostu prześlizgują się i bezczelnie robią kocią kupę. Pani Bonnet nie była reprezentatywna dla swojej grupy wiekowej, nie lubiła kotów i już. Przeganiała je miotłą ze swojego ogródka, gdy przychodziły do niej tylko w jednym celu. Gdy na potańcówkach w czasach młodości kawalerowie tańczyli z nią również w jednym celu, też ich przepędzała. Taki już miała charakter.
Ale to nie był kot. To był bardziej szloch niż ryk, to za bardzo było podszyte cierpieniem, żeby pochodziło od kota. Koty cierpią tylko wtedy, gdy się je wyrzuci z ciepłego łóżka – myślała. Są takie ograniczone, nie to co psy. Zawołała swoją suczkę Bellę, a ta, gdy przybiegła, oparła swoje łapy o nogi pani Bonnet. Ta pogłaskała ją po pysku, a potem usiadła na łóżku. Bella położyła głowę na kolanach starszej pani. Zapewne myślała, że wyjątkowo czymś sobie na to zasłużyła, ale to długie głaskanie Belli było gestem uspokajającym staruszkę, która cały czas zastanawiała się nad pochodzeniem szlochu…

PRZERWA W PRACY


Krata

Leżał na barłogu i oczekiwał ciosu, lecz noc zbliżała się przeświadczeniem, że niebezpieczeństwo zmienia proporcje strachu. Wzdrygnął się. Od nieruchomej tafli wolności do pierwszego zarysu cierpienia, krata była wskazówką, ostrzeżeniem. Zasiekane żelazem okno wyznaczało mu prostokątny fragment egzystencji, zieloną przestrzeń, po której snuły się obandażowane szlafroki.
Było to azylowe miejsce; okolone purpurowym murem, wyższym niż wyprostowana obecność furtiana. Zamknięte drzwi przepuszczały przez szczelinę w progu odpadki zdarzeń; wirujący, nieodwracalny czas. Kraty i mur pulsowały w jego pamięci jak ohydne wspomnienia z początku. Choroby?
Olśniła go myśl, że to, co miał za chorobę, nie jest nią, że jest to raczej premia, wynagrodzenie za lata bezpodstawnej wrażliwości, którą wykorzysta po wyjściu stąd. Lecz co go zmroziło, to świadomość, że jakkolwiek jest może jest zdrowy, to przecież zamknięto go tutaj. Myśl ta wyczerpała go, spustoszyła.
Znikąd nadziei – krzyknął w przestrzeń ściany, jednak nie otworzyły się drzwi.
Wstał i przytulił się do kraty. W dole, z tej perspektywy, szlafroki wydawały się być wolne od cierpień, jak trupy jego marzeń. Z twarzą pośród szczebli krat, płakał.

Kowadło

Raziły mnie urwane guziki i zmierzwione wyglądy. Uważałem, że trzeba być zwartym i gotowym, bo może ktoś przyjść, znienacka zaskoczyć mnie wizytą i zastać w kalesonach opuszczonych do połowy twarzy. A ponieważ nie tęskniłem do pomocy, twierdziłem, że dopóki mam sprawne ręce, sam sobie pomogę, że dopiero wtedy, gdy będzie ze mną gorzej, zmienię zdanie. Toteż pędziłem uparty żywot zwolennika zaradności.
Mawiałem, że każdy dźwiga kowadło swojego przeznaczenia i nie powinien zbyt wcześnie pieścić się ze sobą, bo jest czas na chodzenie i jest na leżenie odłogiem. Samokrytyka, jakiej się poddawałem w zależności od nastroju, albo była bezkompromisowa, sarkastyczna i lodowata, albo pełna pobłażliwości i usprawiedliwień, które miały oświetlać moje postępowanie, unicestwiać przeszkadzające mi resztki poczucia winy, toteż ze smutkiem stwierdzałem, że wszystko było dla mnie odmienne: zdarzało się za późno, tkwiło we mnie za każdym razem inaczej, że albo występowało zawsze, albo działo się zaledwie chwilowo.

Jak ludzie złożeni z przeczuć, zamknięci w swoich "wieżach milczenia", warowniach ze słoniowej kości, z zapamiętaniem oddają się swoim przeżyciom i urazom, żyją w stanie ciągłej frustracji, tak i ja, poniekąd intuicyjnie, poniekąd szóstym zmysłem, wiedziałem, że niezależnie od tego, który odcień słońca, czy która ciemność księżyca przeważy we mnie, niezależnie od tego, co zrobię, a czego nie zdążę, już nie przechytrzę zamiarów świata, lecz z nim przegram.

Z pamiętnika sklerotyka

Było to tak dawno temu, że w Listopadzie był Listopad, zaś Dzień Próżniaka obchodziło się raz na rok, a nie co chwilę, mówiłem, gdy kto pytał, od kiedy go znam. Lecz gdy kto indagował mnie, dlaczego akurat z nim zadaję się najdłużej, do głowy przychodził mi dżem; nie jakieś pożywne i tłuste wióry z supermarketu, ale zwykłe, truskawkowe smarowidło dopasowane do zwyczajnego chleba; dżem stojący nieustannie w tym samym miejscu, na regale, między Encyklopedią Guseł, a Podręczną Historią Krętactwa, słoik z truskawkową pulpą czekający na nasz trywialny głód.

*

W tych latach nic nie było, jak trzeba; nie pasjonowały nas doroślackie bzdety, te egzystencjalne kociokwiki do poruszania w oziębły czas, w czas nudów na pudy. Nie fascynował nas potargany świat odwiecznych pomyłek i tradycyjnych napraw, cyklicznych, napadowych powrotów do nagle przypomnianych sobie korzeni, ruchomych faktów, pojęć prostych i rzecz jasnych zarazem.
Nasz był przewidywalny i niezmienny, ograniczony przestrzenią pokoju, w którym byliśmy tylko przed sobą, sam na sam ze swoimi problemami. Nasz poprzedni był miejscem, w którym robiliśmy tylko to, na co mieliśmy ochotę, a nie to, czego się po nas spodziewano.

*
Przychodził do mnie co środę, bo co środę moi staruszkowie bawili u jego, bo nasi protoplaści pracowali w tym samym urzędowisku, poruszali się więc w obrębie podobnych zmartwień i ubolewań okraszonych kostką lodu z kropelką czegoś mocniejszego.
A kochane mamy, przy ludziach zwiewne i rozmarzone uosobienia finezji, przyjaciółki na bij zabij, w domu zaś - ckliwe zrzędy, Erynie przeganiające nas wykrochmaloną ścierą, skrupulatne i pamiętliwe, siedząc biodro w biodro obok swoich anemicznych gladiatorów, słuchały ich zakrapianych oracji z wytężonym namaszczeniem.
Ale że słuchały bez możliwości wejścia im w słowo, wepchnięcia się z pociechą w ich rozmamłane biadolenie, że konwersacja naszych ojców, z każdym no to chlup, przestawała być merytorycznym dialogiem, a przekształcała się w nieskoordynowany klekot, gdy tylko nadarzał się pretekst do zostawienia ich, wybywały do kuchni, przenosiły się do kuchni, by tam, w swojackim otoczeniu lodówki, wymieniać się najnowszymi przepisami na duszoną małpę w sosie koperkowym.
I podczas gdy nasi ojcowie zajęci byli kolejną zabudową świata, a świat krążył między kazaniem o sprawiedliwości, a potrawką z niedojrzałej papugi, my, wolni od ich trosk, słuchaliśmy płyt i patrzyliśmy na znikający dżem wiedząc, że kiedy starzy wrócą do wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, zastaną przesłodko śpiące na wznak, dwie rozkoszne dzieciny padłe na tapczan jak zbolałe sznyty. (...)

środa, 24 czerwca 2015

Filozof na Fortach

czyli
Szable Wykute z Powietrza
SŁAWOMIR MAJEWSKI 


Śniłem własną sztukę

Z epitafium nagrobnego Stefana Żechowskiego
Cmentarz w Książu Wielkim

Wysiadł z pociągu i pomachał rozczarowanemu Prosiakowi. Płaszcząc nosy o szybę, uśmiechają się do niego koloniści, którym porobił czapeczki z Głosu Wybrzeża; wyglądają jak ludzieńkowie z obrazów Makowskiego albo Twardocha.
- Uważajcie na siebie! Posyłając im napowietrznego całusa siada na betonowej ławce pod eternitowym daszkiem. Przygląda się bryłom domów i weneckiej zieleni cerkiewnych kopułek tam, na pagórkach pod lasem.
- Istny Cézanne, góra Sainte-Victoire, myśli. Wstał  z westchnieniem zarzucając plecak, ocenia wysokość pagórków i długość piaszczystej ścieżki stąd - tam. Jest pewien że czeka go nielichy kawał drogi. Poprosił o szklankę wody wąsatego zawiadowcę stojącego z czerwoną chorągiewką w dłoni.
- Wodę? Ano jasne, proszę, pan idzie za mną. Wchodzi za kolejarzem do dyżurki-nastawni psio węsząc zapach fajkowego tytoniu, pasty do podłogi i smarów na wyślizganych, żeliwnych przekładniach zwrotnic gdzie głośno tyka okrągły zegar z czasów Franciszka Józefa.
- Proszę, pan pije na zdrowie.
Przyjął z pomarszczonej dłoni emaliowany kubek, wypił łapczywie.
- Uff... Zimna jak lód. Dziękuję, strasznie mi się chciało pić.
Uśmiechając się, zawiadowca pyta czy przyjechał do nich na wczasy.
- Na wczasy? I tak i nie. Przyjechałem do przyjaciela. Mieszka tutaj od paru ładnych lat, malarz... Artysta-malarz, przeprowadził się tutaj z Gdańska.
- Z Gdańska? Artysta-malarz? Aaa, pewnie Stasiek Popiół?
- Tak tak, Stasio Popiół, zna go pan?
- Ja tutaj wszystkich znam proszę pana. I Popiołów znałem, Panie świeć nad nimi. A Stasia Pustelnika to u nas każde dziecko zna.
- Pustelnika? Dlaczego Pustelnika? Taki z niego odludek?
- Odludek? Uchowaj Boże! Ale w pustelni mieszka to i pustelnik, nie?
Więc on sięga do tylnej kieszeni spodni, wyjmuje pocztówkę.
- Stanisław Popiół, ulica Łąkowa dwadzieścia dwa.
Zawiadowca kiwa głową.
- Zgadza się, Łąkowa dwadzieścia dwa czyli pustelnia proszę pana. Jego wujostwo mieszkało tam do śmierci a jemu ten dom zapisali w spadku. A pustelnia dlatego proszę pana, że jeszcze ho ho, na długo przed wojną rosyjsko-japońską żył tam pustelnik i pustelnia stała na uboczu jak to pustelnia. No ale eremita umarł, następców nie było to zamieszkali tam Popioły, zwyczajni ludzie jak pan czy ja, tak... A zaraz po Drugiej Wojnie to tylu ludzi przybyło, tylu się tutaj nabudowało, nastawiało domów że teraz pustelnia stoi między innymi, przy ulicy. Tak proszę pana, po pustelni tylko nazwa została...
- Aha, więc to taka sprawa.
- Ano taka.
- A daleko będzie na tę Łąkową? Wie pan, wolałbym iść jak najkrócej. Upał nieziemski a ja się tłukę z Gdańska już tyle godzin...
Wychodząc przed dyżurkę zawiadowca dziurawi palcem powietrze
- O, to tamten dom, widzi pan? Ten tam, z omszałym dachem obok tego z zieloną dachówką, widzi pan? No. A więc tak: pójdzie pan prosto tą dróżką o tam. Potem skręci pan w tamtą dróżkę o tam a potem, wzdłuż tego płotu pod ten rudy domek Zielińskich i zaraz o, przy białej kapliczce skręci pan na lewo. To niedaleko i trudno zabłądzić a nawet jakby co, to jakby co każdy podprowadzi. Może jeszcze wody? Odmówił, serdecznie ścisnął dłoń kolejarza i ruszył dróżką, o tam.

Spotkali się przypadkiem kilka dni po wprowadzeniu Stanu Wojennego. Wpadli na siebie na wiadukcie przy Świerczewskiego w pobliżu Komendy Miejskiej MO.
- Co słychać, Stasiu?
- A nic, stara bida... Wyjeżdżam, Stary.
- Wyjeżdżasz? Emigrujesz na Zachód?
- Na jaki Zachód? Nie, na Zachód nie. Po prostu wynoszę się stąd. Stary, żeby tworzyć to ja potrzebuję spokoju i ciszy a tu, kurwa, wiecznie jakieś coś...
- No to gdzie ty będziesz jadać chleby i malować obrazki?
- A wiesz, ciotka mi zapisała w spadku taki mały domek w przemyskim...
- O matko, w przemyskim? Toż to na końcu świata jego mać!
- Prawie na końcu świata. Ciotka niedawno umarła, dom stoi pusty to co ja tutaj będę siedzieć?
Zapalili wspierając łokcie na barierce ponad torowiskiem. Patrzą na towarowy z węglem miarowo postukujący pod ich stopami.
- Przemyskie, mówisz? Tak... To cholerny kawał drogi, Stasiu.
- No wiesz, niby tak. Ale z drugiej strony co to znaczy kawał drogi w takim małym kraju? Nic nie znaczy. Polska to nie Rosja, Stary...
- No ale tarabanić się z gratami taki szmat?
- Oj, zaraz z gratami! Spakuję książki, farby, trochę łachów i wio, pojadę.
- Sam pojedziesz?
- Sam. A bo co?
- A Lucyna?
Stasio patrzy na swoje rozdeptane, udręczone Gdańskiem półbuty.
- Jadę sam. Z resztą ona i tak ma kogoś u siebie na uczelni. Jakiś docent czy coś.
- Aha. No jak tak...
Pomilczeli, stosownie do dramatyzmu chwili.
- To niby kiedy wyjeżdżasz?
- A jak najszybciej, może nawet w tym tygodniu a najpóźniej w przyszłym. Jeszcze dokładnie nie wiem. Myślisz że to łatwo tak wszystko wziąć i rzucić w cholerę?
- No, myślę że niełatwo.
- I dobrze myślisz. Niełatwo.
Uznał że trzeba by ten jego wyjazd oblać, wypić coś siadając przed podróżą na wspomnieniach, jak Ruskie na tobołkach.
- Ty, to może wpadniemy do „Rudego Kota” na jakie pożegnalne coś?
- Do Kota? Nie, do Kota nie, teraz pełno tam gówniarzy...
Rozejrzał się nerwowo wciskając głowę w ramiona.
- A poza tym muszę uważać, śledzą mnie.
- Kto cię śledzi?
Stasio kiwnął głową w kierunku Komendy i zakratowanych okienek aresztu. Wykrzywiając usta zaszeptał jak uciekinier z Getta
- Oni. Ci tam, bezpieka. Nie patrz tam! No nie odwracaj się, cały czas nas obserwują. Lepiej stąd chodźmy.
Ruszyli wolnym krokiem.
- Jakiś czas temu zamontowali mi w głowie takie atenki i podsłuchują co myślę. Nie wystarczy im podsłuch w telefonie? Dranie bez przerwy szpiegują dokąd idę, z kim się spotykam, o czym rozmawiam, fotografują, filmują... A jak wypijemy to ja się bracie rozgadam i mogę coś wypaplać, rozumiesz? Za dużo wiem o pewnych sprawach, rozumiesz? Ja wiem bracie takie rzeczy, że...
Dopiero teraz w jego oczach dostrzega smolne pochodnie obłędu. O mój Ty Boże Wszechmogący! To takie buty?
- No, jak nie chcesz na piwo, mówi pojednawczo, to chodźmy na spacerek. Skoro masz wyjechać cholera wie na jak długo, to sobie po prostu połazimy i pogadamy o dupie Maryni. Co ty na to, Stasiu?
- No, jak tylko o dupie Maryni to okej, to chodźmy. Ale o polityce ani słowa! O, chodźmy tutaj, do parku, wskazuje maleńki skwerek przy Targu Rakowym, gdzie zdziczałe śnieguliczki i kilka lip, jeden miłorząb, jeden pordzewiały mosteczek nad niegłęboką tutaj Radunią pełną szczeżuj wśród zatopionego gruzu i jeden sowiecki T-34, którego lufa celuje w oblindowane okna aresztu. Perypatetyzują z rękami założonymi na plecy, od czasu do czasu taksując dziewczyny. Gdy wyczerpali bezpieczne apologie swoich umarłych mistrzów i przyjaciół, niegroźne wspominki licznych, przystępnych im cieleśnie artystek i absolutnie apolityczne dywagacje nad kondycją współczesnej sztuki, uściskali się serdecznie w cieniu miłorzębu. A potem Stasio wyjechał.
Kiedy się wypełniły dni wojny jaruzelsko-polskiej i zapachniało Okrągłym Stołem, przyszła pocztówka z zajączkiem i pisankami

Wesołego Alleluja!
Przyjedź na ogórkową z koperkiem.

Staszek i Krysia

Ogórkowa z koperkiem? No i jak tu nie jechać!


Na Dworcu Głównym młodziutka kasjerka marszcząc wyskubane nierówno brwi długo szuka połączeń w obszarpanym rozkładzie jazdy.
- O, Maryja! Ale se pan pipidówkie wynalaz! Gdzie toto jest?
Podaje mu kartonik kręcąc z pogardą przetłuszczoną blond grzywką
- Miasto toto nie jest, co nie?
Odparował nonszalancko, z góralskim zaśpiewem
- A i ty nie z miasta, dziewecko.
Obraziła się, zaciskając usta malowane na kolor wątroby.
Do Rzeszowa zajechał pospiesznym. W miarę przyzwoicie zajechał ale na kolejne połączenie czekał prawie trzy godziny w dworcowym barze delektując się herbatką „Gruzińską” i paczką skruszonych „Petit Beurre”. Później opóźnionym i brudnym jak świnia osobowym całe wieki czołgał się do Przemyśla więc mały włos a pociąg do Stasiowej pipidówki zwiałby mu sprzed nosa.
Jak huragan gnał przez torowisko lekceważąc gwizdki Sokistów. Roztrzęsionymi palcami chwycił poręcz, wskakując na platformę ostatniego antycznego wagonu z zewnętrznymi, oddzielnymi wejściami do każdego przedziału. Kiedy uspokoił serce i oddech, wyciągnął papierosa, przypalił, sztachnął się głęboko i wtedy usłyszał że właściwie to powinien zapłacić mandat
- Ale nie chce mi się wypisywać. Masz pan szczęście że nie złapali pana Sokiści. No, proszę okazać bilecik do kontroli.
Pokazał bilet, poczęstował papierosem i od razu porobiło się miło jak na wiejskim weselu. Konduktor jest młody i tłuściutki a do tego różowy na ryjku jak schludny prosiaczek. Luzując służbowy krawat intonuje przyjaźnie
- No proszę, to pan z Gdańska... A ja się właśnie wybieram na urlop do Stegny. Zna pan Stegnę?
- Stegnę? Jasne że znam Stegnę, mam tam ciotkę.
- A to ciekawa sprawa, co nie? Pan ma ciotkę w Stegnie a ja tam mam kolegę z wojska i jadę do niego na urlop... Ciekawy zbieg okoliczności, co nie?
- Bardzo ciekawy.
Rozcinają krajobrazy stukotem i dymem, gadając o śliczności kaszubskich dziewczynach, haftach i węgorzach, o tabace i kaszubskim języku. Zgodzili się bezwarunkowo, że nie ma Kaszëb bez Polonii a bez Kaszëb Pólsczi, że upał jest zabójczy i że byłoby dobrze gdyby choć trochę deszczu, no bo ile można? W swych poglądach będąc nader stanowczy
- Deszcz jest wsi potrzebny!
- Wieś żywi i broni!
- Opoka narodu, proszę pana!
- Bartosz Głowacki!
- Racławice!
- Ślimak na placówce!
- Kosy na sztorc!
- Lemiesze na miecze!
- Witos!
- Sól ziemi, proszę pana!
- Tak, proszę pana sól ziemi!
Byli zgodni.

Na lilipuciej stacyjce wśród łanów Prosiak niechętnie ruszył sprawdzać bilety, więc usiadł w najbliższym przedziale między rozwrzeszczanymi kolonistami. Śmiejąc się beztrosko, opowiadał im o koloniach i obozach harcerskich za jego czasów. Od piegowatego konusa wziął gitarę, zagrał i zaśpiewał

Lato, lato, lato czeka
Razem z latem, czeka rzeka

Bo dzieciaki piosenki nie znały i nawet nie oglądały „Szatana z Siódmej Klasy”, ewangelii jego harcerskich lat.
- Zgroza, pomyślał i pomyślał że ta mała rudaska z kitkami jak Pippi Langstrumpf i nóżkami chudymi jak patyczki jest paskudnie piękna i że właśnie taką chciałby mieć córkę, jeśli kiedyś będzie chciał mieć córkę. Właśnie taką rudaskę z nóżkami jak patyczki i tak samo przepięknie szczerbatą. Na dowidzenia porobił im czapeczki z gazety a potem wyszedł otoczony jękiem zawodu i znowu rozmawiał z Prosiakiem o światowych sprawach.

Mijając bieloną wapnem kapliczkę powiedział głośno, po synowsku
- Witaj, Matko!
Zgodnie z instrukcją wąsatego zawiadowcy skręcił na lewo wchodząc między wąziutkie, ściśnięte jak szparagi w pęczku kolorowe niewysokie domki z pruskiego muru, zdobne w maciupeńkie balkoniki. Wspomniał „Uliczkę” Vermeera z Delft i zachwycony zachwycił się
- Bajka!
Tak oto stanął na ulicy Łąkowej pod zamaszystym numerem dwudziestym drugim.
- A więc to tu, myśli patrząc na dziewanny i malwy pod oknem, na pnący się aż po dach winobluszcz tak zielony że aż niebieski i zaraz pięścią łomoce do błękitnych wierzei
- Otwieraj, Stanisławie, przybyłem!

- Ogórkowa z koperkiem! O rany, Stasiu...
W pokoju zapach kwitnących lip i obiadu. Na ścianach obrazy pędzla gospodarza, nad futryną krucyfiks, na parapecie afrykańska lipka, pelargonie i zielonkawy słój z krwistą cieczą. Wino? Wino, sok albo nalewka. Stojący w kącie starożytny zegar dostojnie tyka: raz, dwa, raz, dwa...
- Więc przyjechałeś...
- Ano, przyjechałem. No jak było nie przyjechać, kiedy mamisz pocztówką z zajączkiem i ogórkową z koperkiem?
- I ze śmietaną.
- I ze śmietaną.
- Szkoda że nas nie uprzedziłeś, bo wyszlibyśmy po ciebie a tak...
- Gdybym cię uprzedził byłbyś do mnie uprzedzony a to byłoby przykre.
Śmieją się a on dyskretnie szuka obłędu: nie ma. A więc jest dobrze. Jest dobrze. Spoglądają na siebie wzruszonym wzruszeniem przez długość i szerokość stołu, przez długość i szerokość obrusa z białym haftem, przez opalizującą galaktykę kryształowej karafki, talerze ogórkowej z koperkiem i śmietaną, wiklinowy koszyczek z chlebem. Widzą ocean czasu którym nie płynęli razem przez ostatnie lata.
Zjedli. Stasiowa Krysia jest miedzianooka, niziutka i pulchniutka z gatunku tych Mulier domestica, na których jak na fundamentach z litej skały wznoszą się wielopiętrowe rodziny. Stasio polewa z karafki, wznoszą szklaneczki bo czas najwyższy na drżący toast
- No to, kochani, za nasze spotkanie.
Wypili, a zegar wybił godzinę: Bum!

- Kibel? Kibel jest zaraz przy drzwiach wejściowych.
Kiedy wrócił, Stasio chwali samego siebie
- Sam zmajstrowałem! Za wujostwa nie było tutaj sracza i ganiało się do sławojki tam, w ogrodzie. Wiesz jak to jest: deszcz nie deszcz, mróz nie mróz a wyjść trzeba choć dupa marznie, nie? No a teraz? I łazienkę zrobiłem. A te piece to też moja robota, stare rozebrałem i postawiłem od nowa. Sam glazurowałem te białe kafle.
Patrzą na piec tęczowo opalizujący jak zorza.
- Redukowałeś?
- Redukowałem. Nafta, sól i glejta z dodatkiem smalty.
- A w czym wypalałeś?
- Kochany, do wypalania to ja mam całkiem zgrabny piec. Tak, kochany... Ja tutaj wszystko sam uczyniłem.
- No to bardzoś pięknie uczynił. A więc, będąc malarzem, poetą i pisarzem zostałeś jeszcze cieślą, murarzem a do tego zdunem? Zatem jesteś człekiem renesansu jak ten słynny pan Da Vinci.

Na strychu pod nagrzanym dachem gruchanie niewidocznych gołębi.
- Wejdź dalej.
Wszedł dalej, stanął w półtonach światła pod mlecznym świetlikiem.
- Tutaj zrobiłem sobie pracownię.
Sztaluga pośrodku, w regałach obrazy, na gwoździach wielobarwne palety. Tam brzuchaty kufer, tu kasetka z farbami, na półkach, w ciemnobrązowych butlach rozpuszczalniki, oleje i werniksy, w kącie manekin z poczerniałego od starości drewna i sporych rozmiarów piec do wypalania ceramiki.
- Mocarnie pachnie tutaj sztuką, przyjacielu. No a teraz pokaż mi, coś przez te lata zmalował.
- Nie, jeszcze nie teraz. Teraz pokażę ci miasteczko i okolicę a szczególnie cerkiew. A jak się zmęczymy, to sobie wrócimy i sobie wypijemy z właściwym nam umiarkowaniem ergo: sztuką zajmiemy się jutro. I co ty na to?
- Niech będzie, Stasiu. Chodźmy na spacerek a potem do wódeczki i wspominków.

Przypędziła ich niespodziewana ulewa i kłęby ciemności nadziewane gromkimi błyskawicami. Strząsając wodę ze śmiechem wpadli na pokoje
- Ależ potop!
Na stole korniszony, wędzonka, śledzik w oleju ze szczypiorkiem i lodowata wódka w spoconej karafce. Zasiedli ochoczo jak kiedyś w Gdańsku. Tyle że kiedyś w Gdańsku nie było karafek ni polnych kwiatów w wazonikach. Były za to flaszki wódki „Czystej” z czerwoną kartką, macerowanej z chrzanem jak ich pijać nauczył książę poetów Mietek Czychowski. Był przaśny razowiec i wonne cebule a zamiast konstelacji Oriona w okna im świecił krzyż z żarówek, posadowiony na wieży Bazyliki Mariackiej, że Veni, vidi, vici...
Słuchają muzyki z antycznego radia z magicznym okiem, wspominając
- Ty, a Jurek?
- Jurek? Ano cóż... Umarł Jurek.
- A Stefan?
- I Stefan umarł. I Witek. Na raka.
- Stefan umarł na raka? Taki okaz zdrowia!
- Na raka umarł Witek a Stefana zabiła gorzała. Tak jak Mistrza.
- No tak, Mistrza zabiła gorzała, pamiętam. Ty, a co z Bogną?
- Z którą Bogną?
- Tą z Sopotu, tą chudą. Miała żebra wystające jak wręgi a cycki jak mała dziewczynka. No, ta od takich harikriszna rysunków. Nie pamiętasz jej?
- Aaa, ta od harikriszna rysunków! A wyszła za Szweda czy Greka i wyjechała do Ameryki czy do Afryki. No, mniejsza gdzie. W każdym razie gdzieś tam wyjechała i podobno wystawia te swoje harikriszna i inne salamalejkum. I podobno całkiem nieźle na tym zarabia. Aha, niedawno mówił mi Waldek w SPATiF-ie, że Bogna też ma raka.
- Ona też? Jezusie, co to się... Ty, jak to było u Gombrowicza? Bardzo dobra szlachta, ale zaraczona?
- To nie u Gombrowicza, tylko u Witkacego. „W Małym Dworku”.
- Aaa, no tak, u Witkacego, racja.
- To dziedziczne, po Dzięciewickich. Bardzo dobra szlachta, ale zaraczona.
- Zaraczona!
- Po Dzięciewickich!
- Zaraczona!
- Jezu! Chyba zdechnę, po Dzięciewickich!
- Zaraczona!
Ryczą ze śmiechu.
Deszcz ustał i ktoś zapukał do drzwi więc Krysia idzie otwierać. Witając gościa w sieni zniża głos do szeptu a potem wprowadza na salony
- Panie Ryszardzie... A to jest nasza Iza, miejscowa poetka. A to jest, Izuniu, pan Ryszard z Gdańska, stary przyjaciel Stasia. Pan Ryszard dopiero co przyjechał i zostanie u nas na trochę.
Pan Ryszard dostrzega porozumiewawcze spojrzenia Krysi, Miejscowej Poetki i Stasia zwęszył życzliwy spisek. Wstał, skłonił się szarmancko, po oficersku stukając obcasami adidasów. Ucałował szczupłą opaloną poetycką dłoń i już po chwili dowiedział się że nasza Iza pracuje w ichnim Ośrodku Kultury czyli że krzewi.
- Aaa, myśli sobie, nasza miejscowa poetka Iza krzewi, więc praca to szlachetna, u samych podstaw. Więc Boga Rodzica, Długosz, Kadłubek, Jan Chryzostom. Śle księgi pod strzechy, dając świadectwo Rejowe Urbi et, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają. Obowiązkowo Kochanowski i Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, moja droga Orszulo, o inwokacji Litwo, Ojczyzno moja! nie zapominając ani na chwilkę i obowiązkowo ten drugi, ten krakowski geniusz-syfilityk, że mieliśmy, chamy, złoty róg no, aleśmy to jacy-tacy w czapkach z pawich piór. A polski Litwin-noblista który zapomniał pamiętać że spisane będą jego czyny i rozmowy? Więc owszem, polski Litwin z pewnością takoż, który skrzywdziłeś, na przykład Borowskiego, swoim zniewolonym umysłem.
- No i bardzo pięknie, myśli sobie Pan Ryszard, więc nasza Iza jest poetką a ja pasjami lubię poetki. Poetki są jak wonne złote renety. Będę katem albo królem będę.
Rozmawiają wśród nocnej ciszy, nie zważając na cykanie świerszczy
- Co pan sądzi o...?
- No wie pani...
- Tak pan uważa?
- Jak pani uważa...
- A wie pan? Tu, u nas...
- A wie pani? Tam, u nas...
- Ech, ta dzisiejsza młodzież!
- Za naszych czasów...
- Ty, a co U?
- Co U? Kochany, U jest teraz...
- Niemożliwe, U? Ta łajza?
- Jest sezon na łajzy, Stasiu. Jak po każdej rewolucji.
- No tak, wypełzła wszelka kanalia...
- Pani Izo...
- Jaka pani? Jestem Iza.
- Brudzia wypijcie!
Cmok-cmok.
- Zdrowie pań po raz pierwszy!
- Zdrowie gospodarzy!
- Zdrowie Mistrza, świeć Panie nad jego!
- Ty, a ty pamiętasz Zośkę?
- Którą Zośkę? Tę z Długiej?
- Nie z Długiej, tylko z Osieka, na wprost szkoły mieszkała, nad piekarnią.
- A, tę Zośkę! Jasne że pamiętam. O Panie, ale miała dupa cyce! O, takie.
- Nie, nie takie. O takie, o!
- A ty czemu o niej?
- A zapomniałem, nieważne.
- A pamiętacie Szczepanika?
- Jasne! „Puste Koperty”!
- Przesyłaj choć puste koperty, la lala lala la la la-laaaaaaa...
- To są „Żółte Kalendarze” a nie „Puste Koperty”
- A Picasso?
- A Matejko?
- A Derdziuk?
Konsternacja.
- Kto taki?
- Kto, kto?
- Derdziuk.
- Jaki do cholery Derdziuk?
- Jak to jaki? Derdziuk z Sokółki, marynista!
- Pies ligał Derdziuka, Stasiu! Co ci raptem jakiś Derdziuk?
- Chłopaki! Derdziuk Derdziukiem a właściwie to która jest godzina?
- Noc jeszcze młoda, prawda Iza? Izuniu, twoje zdrówko!
- I twoje Rysiu... I Krysi! I naszego kochanego Stasia!
- Czekaj Rysiu a Heniek?
- Jaki Heniek?
- No ten lokowaty z Sopotu.
- Aaa, ten Heniek?
- No przecież o tego Heńka pytam.
- A umarł sobie.
- Też umarł? Słyszałaś Krysiu? I Heniek umarł!
- Jaki Heniek? Nie znam żadnego Heńka.
- No, Krysiu! Tysiące razy ci o nim... Boże kochany, taki artysta umarł! Taki artysta!
- Aaa, ten Heniek.
- No ten, Krysieńko, ten! Rysiu, a co właściwie Heniek robił? Jakoś teraz nie bardzo... On coś pisał czy jak?
- On? Stary, a toż on nic nie robił! Wiecznie na krzywy ryj wódę chlał w „SPATiF-ie”, w „Złotym Ulu” i gdzie się dało. Stary, jak on kumplom nie ruchał kobit, to albo palił gandzię udając buddystę czy innego chuja-muja albo całymi dniami szwendał się po Monciaku z menelami szukając frajerów żeby mu stawiali. Co robił... A strugał z gliny czy modeliny jakieś mikołaje i malował bohomazy dla turystów. No, to właśnie takie tam robił...
- Ty, a czy on aby nie pisał wierszy?
- Heniek?
- No, Heniek.
- A wiesz ty co...?
- No właśnie! Ja ci mówię że Heniek był poetą.
- Może i był poetą ale nie przypominam sobie żadnego jego wiersza. Stasiu, umarł to umarł.
- Jak gadają Rosjanie? Umarł Maksim i chuj z nim! (...)


Postscriptum

Upał. Kowbojka rozcina lasy i łany zbóż. Śpiąc śni o nagiej Czajce w bunkrze, o Filozofie zdradzonym, dziewczynach ze Starogardu Gdańskiego i słodkim zapachu Chanel No 5. Mijając oplecione bluszczami turkusowe piece, na których siedzą dzieci-kukiełki w papierowych czapeczkach, uśmiecha się przez sen wierząc święcie, że był w jakiejś pipidówce tam, na końcu świata jego mać, gdzie jego stary druh, artysta-malarz Stasio Popiół mieszka z Krysią, łagodną Muller domestica. Śniąc dalej, pisał list do Heinego. A może to był Rilke?
Poza nim w przedziale jest zasuszona emerytka śpiąca z rozdziawionymi ustami i cherlawa dziewucha o wiewiórczych zębach i spiczastych uszach, za które wetknęła strąki brudnych włosów. Spódniczkę ma tak krótką, że trudno nie dostrzec tego, co eksponują nylonowe, przeźroczyste majtki. Upał. (...)



OPOWIADANIE Z KSIĄŻKI PT.