sobota, 27 czerwca 2015

Anzio


(Fragment)






_________________________________________



AKT II

KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Opiera ręce na chropowatości blanków: Minotauros wypatrujący ateńskich okrętów, węszy dziewice nic nie wiedząc o kłębku. Biedny rogacz, będzie szukać dróg w labiryntach zwątpień, wypełniać myślą ową lukę pomiędzy żaglem jutro, a powietrzem wczoraj doskonałą, najczystszą iluzją podróży do Indii korzennych, by odnaleziony nowy świat mógł się objawić westchnieniem rozczarowanej ulgi Kolumba: nareszcie...

...Patrząc za kluczem żurawi z dłonią przyłożoną do czoła, myśli o Ariadnie: Ariadna... Myśli też o tym, że Chiny są jak malowane tuszem na jedwabnym papierze. Wprawdzie jest w Chinach, idzie sobie stromo w dół labiryntami absurdalnego Wielkiego Muru, ale nagle przed oczyma widzi sypialnię japońskiego domu rozkoszy. Nie, nie burdelu; domu rozkoszy opisanego w Śpiących Pięknościach Kawabaty. Ile tatami 85 na 180? Nieważne...

MINOTAUR (czyta z książki):

- "Mam wrażenie, że to już odległa przeszłość, kiedy ostatni raz rozczarowałem się kobietą. Ktoś wymyślił dom, w którym kobiety są usypiane w taki sposób, żeby nie mogły się przebudzić”.


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

    - Tyle Kawabata... Dlaczego tu i teraz przypomina sobie akurat Śpiące Piękności? Może dlatego, że dokoła pełno malutkich, prześlicznych dzieweczek o skośnych oczach i krótkich nóżkach kaczuszek? A może dlatego, że Azja unifikuje siebie samą: pastele nieba i chmur, tusze drzew, lakowe skały, jadeitowe śnieżne smoki, czerwono-złote demony... Dlatego. Śliczności obrazki: tandetne, jarmarczne Chiny, Japonie, Koree, Tajlandie... Urokliwy scenariusz krajobrazów... Ale istnieje prawdopodobieństwo, że Kawabata nasunął mu się na myśl dlatego, że jest w Azji, a to z kolei nasunęło mu Kawabatę i Śpiące Piękności, te zaś - jego kobiety, które czasami upijał do nieprzytomności, by potem... Gygesi zasiadali nonszalancko; paląc papierosy, spokojnie pijąc wódkę i czekali rozwiązania zamotanej przez niego tajemnicy jego własnej alkowy, aż do owej chwili, w której - sam nagi - zachęcał gościa do zrzucenia chitonu i wtedy odrzucał kołdrę z kochanki-żony, ukazując wszystkie jej powaby, łechtaczki nie pomijając.

JOLAOS:

- Minotaurze, a czy jego piękności wiedziały do czego zmierza, podlewając im wódkę nad miarę ich możliwości?


MINOTAUR:

- Po ich zachowaniach w ramionach Gygesów, po drżeniu ud, cichych krzykach w orgazmach, spazmatycznym i łapczywym zaciskaniu dłoni na wyprężonych, obcych penisach oraz - co ważne! - fałszywej swobodzie słów, spojrzeń i gestów następnego poranka nieomylnie wiedział: wiedziały! O, nie pisał sam tych scenariuszy; pieczołowicie rozpisywały wraz z nim każdą scenę, jemu pozostawiając rolę winowajcy.


JOLAOS:

- Więc grecka tragedia w Anzio też była podług dwój-scenariusza?


MINOTAUR:

- I jak najbardziej, Greku, była!




KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Kiedy tamtej nocy, prześliczna, skośnooka samica poznana na spacerowym statku okazała się być tajską hermafrodytą, nieuchronnie musiał sobie zadać pytanie, stosownie do powagi chwili: Czy jestem gejem? Ale zapomniał udzielić na nie odpowiedzi, bowiem owa Salmacis-hermafrodyta była pięknym, rasowym egzemplarzem swojego gatunku, do tego starannie wykształconym w dziedzinach sztuki, że o jej ars amandi nie wspomnę.

JOLAOS:

- Nie wspominaj, na rany! Nie dręcz!

KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Analizując kształty i elementy tego ciała, zapomniał o problemacie; więc może i był gejem, aczkolwiek do owej pamiętnej nocy, jego upodobania zdecydowanie wskazywały na orientację heteroseksualną.

JOLAOS:

- Trzystu Spartan, pamiętasz?

MINOTAUR:

- O Grekach nie zapominam nigdy, Greku! Pijąc wonny napar z Camellia Sinensis z dodatkiem kardamonu Elettaria cardamomum i brązowego mielonego cukru z brazylijskiej trzciny cukrowej, znanej nauce jako Saccharum officinarum, ów boski nektar wulgarnie zwany przez niepokornych Polaków Herbata, hibernijskich Rosjan - Чай, zimnokrwistych synów Albionu - Tea, a przez makaroniarzy , z bezwstydem satyra lubieżnie taksowałem obiekt swoich nocnych pożądań. Sokrates i Alkibiades według sztychów Édouarda-Henriego Avrila. Poza tym dodać trzeba, że siedziałem na tarasie krytym ciężką, purpurową dachówką śmiejąc się. Z siebie.

JOLAOS:

- Szlachetnie!


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Wspominając upojne szaleństwo, zdumiewał się własną ciekawością nowego, mając przy tym niejasne poczucie zadowolenia z fascynującej odmiany, w której, jeśli zagustuje to -kto wie, czy nie zagustuje.

JOLAOS:

- To jest na scenariusz! Na scenariusz to jest! Kto wie, może zagustuje?!


MINOTAUR:

- Zamknij się, Greku!

KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- Bo czyż nie jest prawdą, że zagustował w kardamonie dodawanym w aptekarskich proporcjach do mateczki Yin Zan, owej skośnookiej cesarzowej wszystkich herbat świata, znanej pod każdą szerokością i długością geograficzną, na każdym kontynencie i przylądku, w zatokach i na półwyspach oraz suto rozsianych archipelagach Cykladów nie pomijając, pod szlachetnym mianem Srebrnej Igły?


JOLAOS:
- Zagustował, jak wiemy!


MINOTAUR:
- Właśnie! A cena jej nie zna granic, jak szczodrość bogów czy występek Szatana.


JOLAOS:
- To brzmi!


MINOTAUR:
- Nie wątpię. Zatem - skośnookie Salmacis-hermafrodyta i Ἑρμαφρόδιτος dwójjedyny, siedział w ratanowym foteliku naprzeciw, niedbale okryty srebrzystym adamaszkiem, wystawiając na promienie słońca sterczące piersi suczki i penis, mały jak u tych starogreckich rzeźb. Apoksyomenos.

JOLAOS:

- Podziękowania Lizypowi za kanon, caro mio! Pijmy dalej, nie zapominając ani na chwilę o piemonckim, cierpkim Barbaresco i penisocyckej nieśpiącej piękności z Azji!


MINOTAUR:

- Nie zapominajmy!


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:
- W sypialni pachnie kobietą i kiedy kładą się do łóżka, obejmują, całują i liżą swoje ciała, on zamykając oczy wie, że jest z niespotykanie piękną dziewczyną, a jednocześnie dotyka mężczyzny i kobiety aż w końcu nie wie, z kim i gdzie jest, czuje, że zapada się w wirujące galaktyki, staje się częścią pulsara nabrzmiewającego szumem krwi, rozpływa się, ocieka, wypływa, wytryskuje, spływa i czuje w sobie siebie i w niej w nim w nas jegojajejsiebieich i jest jakby niczego nie było tylko ten szum fal, który opływa go falliście zalepia mu usta i dłonie zastygając gorącą pianą złudzeń, że nie ma nic takiego pomiędzy nim tutaj a nim tam po drugiej stronie oddechu, wstrzymuje, oddech, przeszukuje, ciemność, gałek, ocznych: jest! Galaretowate, bladoróżowe, ciepłe wnętrze pramacicy nasuwa się, mlaszcząc, na jego ciało od głowy, jakby wchłaniały go zaślinione usta gigantycznej ameby, a synapsy-nibynóżki oplatają ściśle, zaklejając oczy, usta i uszy a teraz nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Małpki znaczeń. Nie odczuwać niczego. Czuje gwałtowny skurcz w gardle, rejestrując potok wylewający się z ust. Znika w trzewiach Kosmosu, rozpylając się we wszystkich możliwych kierunkach naraz, jak kiedyś.


MINOTAUR:

- To było tam, wtedy, na tarasie letniej willi gdzieś przy via Porto Neroniano z widokiem na Innocenziano i kołyszące się przy nim rybackie kutry i wycieczkowe stateczki.


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

O czym myślał teraz, patrząc na popielate niebo, w którego bezchmurnych przestrzeniach widział naraz tyle miejsc, ludzi, budynków, sypialni, kostnic, barów i świątyń, wież parsów nie wyłączając oraz nieskończoność zdarzeń?
O czym myślał żłopiąc ciepławego Heinekena zamiast dziesięcioletnią Glenmorangie lub wspomniane Barbaresco z Piemontu rodem? O czym myślał słuchając sitaru, jak opętany sitaryzmem sitarysta? Myślał o tym, że musi rozsupłać poplątane zwoje swojego popieprzonego życia, patrząc ponad Murem, pagodami lub ponad czerwonymi blankami Old Delhi, jak Mahatma Ghandi. Nie miało dla niego żadnego znaczenia to czy jest gejem, heterykiem, czy biseksualistą ani to, czy jest, czy nie jest rasowym Polakiem z Gryfem w herbie albo nie dumny z tego, że ze strony ojca jest tylko parszywym, nieobrzezanym pół-mośkiem i powinien wypierdalać na Madagaskar, albo do jakiegoś kibucu na Wzgórzach. Szema Israel - jebać to! Gówno go to obchodziło wtedy, zum Teuffel i gówno obchodzi teraz, bo w tej chwili znaczenie ma jedynie, że nareszcie znalazł odpowiedź na jedną z dręczących go wątpliwości.



MINOTAUR:

- Tak. Bez wątpienia! Najlepsze jest światło padające od lewej strony. Jak u Van Delfta. Tak!


JOLAOS:

- Jak tak, to tak, Minotaurze!


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

Mając za sobą tę zdumiewającą noc, o porannej cykadzie pogrążył się w mroczną czeluść bez dna, spadając przez jakieś tafle spękanej kry lęków.

JOLAOS:

- Czy sen przyniósł mu ukojenie?


KORYFEUSZ-TEREZJASZ:

- A czy papież jest Murzynem?



__________________________________________

SPISANE WEDŁUG