środa, 24 czerwca 2015

Filozof na Fortach

czyli
Szable Wykute z Powietrza
SŁAWOMIR MAJEWSKI 


Śniłem własną sztukę

Z epitafium nagrobnego Stefana Żechowskiego
Cmentarz w Książu Wielkim

Wysiadł z pociągu i pomachał rozczarowanemu Prosiakowi. Płaszcząc nosy o szybę, uśmiechają się do niego koloniści, którym porobił czapeczki z Głosu Wybrzeża; wyglądają jak ludzieńkowie z obrazów Makowskiego albo Twardocha.
- Uważajcie na siebie! Posyłając im napowietrznego całusa siada na betonowej ławce pod eternitowym daszkiem. Przygląda się bryłom domów i weneckiej zieleni cerkiewnych kopułek tam, na pagórkach pod lasem.
- Istny Cézanne, góra Sainte-Victoire, myśli. Wstał  z westchnieniem zarzucając plecak, ocenia wysokość pagórków i długość piaszczystej ścieżki stąd - tam. Jest pewien że czeka go nielichy kawał drogi. Poprosił o szklankę wody wąsatego zawiadowcę stojącego z czerwoną chorągiewką w dłoni.
- Wodę? Ano jasne, proszę, pan idzie za mną. Wchodzi za kolejarzem do dyżurki-nastawni psio węsząc zapach fajkowego tytoniu, pasty do podłogi i smarów na wyślizganych, żeliwnych przekładniach zwrotnic gdzie głośno tyka okrągły zegar z czasów Franciszka Józefa.
- Proszę, pan pije na zdrowie.
Przyjął z pomarszczonej dłoni emaliowany kubek, wypił łapczywie.
- Uff... Zimna jak lód. Dziękuję, strasznie mi się chciało pić.
Uśmiechając się, zawiadowca pyta czy przyjechał do nich na wczasy.
- Na wczasy? I tak i nie. Przyjechałem do przyjaciela. Mieszka tutaj od paru ładnych lat, malarz... Artysta-malarz, przeprowadził się tutaj z Gdańska.
- Z Gdańska? Artysta-malarz? Aaa, pewnie Stasiek Popiół?
- Tak tak, Stasio Popiół, zna go pan?
- Ja tutaj wszystkich znam proszę pana. I Popiołów znałem, Panie świeć nad nimi. A Stasia Pustelnika to u nas każde dziecko zna.
- Pustelnika? Dlaczego Pustelnika? Taki z niego odludek?
- Odludek? Uchowaj Boże! Ale w pustelni mieszka to i pustelnik, nie?
Więc on sięga do tylnej kieszeni spodni, wyjmuje pocztówkę.
- Stanisław Popiół, ulica Łąkowa dwadzieścia dwa.
Zawiadowca kiwa głową.
- Zgadza się, Łąkowa dwadzieścia dwa czyli pustelnia proszę pana. Jego wujostwo mieszkało tam do śmierci a jemu ten dom zapisali w spadku. A pustelnia dlatego proszę pana, że jeszcze ho ho, na długo przed wojną rosyjsko-japońską żył tam pustelnik i pustelnia stała na uboczu jak to pustelnia. No ale eremita umarł, następców nie było to zamieszkali tam Popioły, zwyczajni ludzie jak pan czy ja, tak... A zaraz po Drugiej Wojnie to tylu ludzi przybyło, tylu się tutaj nabudowało, nastawiało domów że teraz pustelnia stoi między innymi, przy ulicy. Tak proszę pana, po pustelni tylko nazwa została...
- Aha, więc to taka sprawa.
- Ano taka.
- A daleko będzie na tę Łąkową? Wie pan, wolałbym iść jak najkrócej. Upał nieziemski a ja się tłukę z Gdańska już tyle godzin...
Wychodząc przed dyżurkę zawiadowca dziurawi palcem powietrze
- O, to tamten dom, widzi pan? Ten tam, z omszałym dachem obok tego z zieloną dachówką, widzi pan? No. A więc tak: pójdzie pan prosto tą dróżką o tam. Potem skręci pan w tamtą dróżkę o tam a potem, wzdłuż tego płotu pod ten rudy domek Zielińskich i zaraz o, przy białej kapliczce skręci pan na lewo. To niedaleko i trudno zabłądzić a nawet jakby co, to jakby co każdy podprowadzi. Może jeszcze wody? Odmówił, serdecznie ścisnął dłoń kolejarza i ruszył dróżką, o tam.

Spotkali się przypadkiem kilka dni po wprowadzeniu Stanu Wojennego. Wpadli na siebie na wiadukcie przy Świerczewskiego w pobliżu Komendy Miejskiej MO.
- Co słychać, Stasiu?
- A nic, stara bida... Wyjeżdżam, Stary.
- Wyjeżdżasz? Emigrujesz na Zachód?
- Na jaki Zachód? Nie, na Zachód nie. Po prostu wynoszę się stąd. Stary, żeby tworzyć to ja potrzebuję spokoju i ciszy a tu, kurwa, wiecznie jakieś coś...
- No to gdzie ty będziesz jadać chleby i malować obrazki?
- A wiesz, ciotka mi zapisała w spadku taki mały domek w przemyskim...
- O matko, w przemyskim? Toż to na końcu świata jego mać!
- Prawie na końcu świata. Ciotka niedawno umarła, dom stoi pusty to co ja tutaj będę siedzieć?
Zapalili wspierając łokcie na barierce ponad torowiskiem. Patrzą na towarowy z węglem miarowo postukujący pod ich stopami.
- Przemyskie, mówisz? Tak... To cholerny kawał drogi, Stasiu.
- No wiesz, niby tak. Ale z drugiej strony co to znaczy kawał drogi w takim małym kraju? Nic nie znaczy. Polska to nie Rosja, Stary...
- No ale tarabanić się z gratami taki szmat?
- Oj, zaraz z gratami! Spakuję książki, farby, trochę łachów i wio, pojadę.
- Sam pojedziesz?
- Sam. A bo co?
- A Lucyna?
Stasio patrzy na swoje rozdeptane, udręczone Gdańskiem półbuty.
- Jadę sam. Z resztą ona i tak ma kogoś u siebie na uczelni. Jakiś docent czy coś.
- Aha. No jak tak...
Pomilczeli, stosownie do dramatyzmu chwili.
- To niby kiedy wyjeżdżasz?
- A jak najszybciej, może nawet w tym tygodniu a najpóźniej w przyszłym. Jeszcze dokładnie nie wiem. Myślisz że to łatwo tak wszystko wziąć i rzucić w cholerę?
- No, myślę że niełatwo.
- I dobrze myślisz. Niełatwo.
Uznał że trzeba by ten jego wyjazd oblać, wypić coś siadając przed podróżą na wspomnieniach, jak Ruskie na tobołkach.
- Ty, to może wpadniemy do „Rudego Kota” na jakie pożegnalne coś?
- Do Kota? Nie, do Kota nie, teraz pełno tam gówniarzy...
Rozejrzał się nerwowo wciskając głowę w ramiona.
- A poza tym muszę uważać, śledzą mnie.
- Kto cię śledzi?
Stasio kiwnął głową w kierunku Komendy i zakratowanych okienek aresztu. Wykrzywiając usta zaszeptał jak uciekinier z Getta
- Oni. Ci tam, bezpieka. Nie patrz tam! No nie odwracaj się, cały czas nas obserwują. Lepiej stąd chodźmy.
Ruszyli wolnym krokiem.
- Jakiś czas temu zamontowali mi w głowie takie atenki i podsłuchują co myślę. Nie wystarczy im podsłuch w telefonie? Dranie bez przerwy szpiegują dokąd idę, z kim się spotykam, o czym rozmawiam, fotografują, filmują... A jak wypijemy to ja się bracie rozgadam i mogę coś wypaplać, rozumiesz? Za dużo wiem o pewnych sprawach, rozumiesz? Ja wiem bracie takie rzeczy, że...
Dopiero teraz w jego oczach dostrzega smolne pochodnie obłędu. O mój Ty Boże Wszechmogący! To takie buty?
- No, jak nie chcesz na piwo, mówi pojednawczo, to chodźmy na spacerek. Skoro masz wyjechać cholera wie na jak długo, to sobie po prostu połazimy i pogadamy o dupie Maryni. Co ty na to, Stasiu?
- No, jak tylko o dupie Maryni to okej, to chodźmy. Ale o polityce ani słowa! O, chodźmy tutaj, do parku, wskazuje maleńki skwerek przy Targu Rakowym, gdzie zdziczałe śnieguliczki i kilka lip, jeden miłorząb, jeden pordzewiały mosteczek nad niegłęboką tutaj Radunią pełną szczeżuj wśród zatopionego gruzu i jeden sowiecki T-34, którego lufa celuje w oblindowane okna aresztu. Perypatetyzują z rękami założonymi na plecy, od czasu do czasu taksując dziewczyny. Gdy wyczerpali bezpieczne apologie swoich umarłych mistrzów i przyjaciół, niegroźne wspominki licznych, przystępnych im cieleśnie artystek i absolutnie apolityczne dywagacje nad kondycją współczesnej sztuki, uściskali się serdecznie w cieniu miłorzębu. A potem Stasio wyjechał.
Kiedy się wypełniły dni wojny jaruzelsko-polskiej i zapachniało Okrągłym Stołem, przyszła pocztówka z zajączkiem i pisankami

Wesołego Alleluja!
Przyjedź na ogórkową z koperkiem.

Staszek i Krysia

Ogórkowa z koperkiem? No i jak tu nie jechać!


Na Dworcu Głównym młodziutka kasjerka marszcząc wyskubane nierówno brwi długo szuka połączeń w obszarpanym rozkładzie jazdy.
- O, Maryja! Ale se pan pipidówkie wynalaz! Gdzie toto jest?
Podaje mu kartonik kręcąc z pogardą przetłuszczoną blond grzywką
- Miasto toto nie jest, co nie?
Odparował nonszalancko, z góralskim zaśpiewem
- A i ty nie z miasta, dziewecko.
Obraziła się, zaciskając usta malowane na kolor wątroby.
Do Rzeszowa zajechał pospiesznym. W miarę przyzwoicie zajechał ale na kolejne połączenie czekał prawie trzy godziny w dworcowym barze delektując się herbatką „Gruzińską” i paczką skruszonych „Petit Beurre”. Później opóźnionym i brudnym jak świnia osobowym całe wieki czołgał się do Przemyśla więc mały włos a pociąg do Stasiowej pipidówki zwiałby mu sprzed nosa.
Jak huragan gnał przez torowisko lekceważąc gwizdki Sokistów. Roztrzęsionymi palcami chwycił poręcz, wskakując na platformę ostatniego antycznego wagonu z zewnętrznymi, oddzielnymi wejściami do każdego przedziału. Kiedy uspokoił serce i oddech, wyciągnął papierosa, przypalił, sztachnął się głęboko i wtedy usłyszał że właściwie to powinien zapłacić mandat
- Ale nie chce mi się wypisywać. Masz pan szczęście że nie złapali pana Sokiści. No, proszę okazać bilecik do kontroli.
Pokazał bilet, poczęstował papierosem i od razu porobiło się miło jak na wiejskim weselu. Konduktor jest młody i tłuściutki a do tego różowy na ryjku jak schludny prosiaczek. Luzując służbowy krawat intonuje przyjaźnie
- No proszę, to pan z Gdańska... A ja się właśnie wybieram na urlop do Stegny. Zna pan Stegnę?
- Stegnę? Jasne że znam Stegnę, mam tam ciotkę.
- A to ciekawa sprawa, co nie? Pan ma ciotkę w Stegnie a ja tam mam kolegę z wojska i jadę do niego na urlop... Ciekawy zbieg okoliczności, co nie?
- Bardzo ciekawy.
Rozcinają krajobrazy stukotem i dymem, gadając o śliczności kaszubskich dziewczynach, haftach i węgorzach, o tabace i kaszubskim języku. Zgodzili się bezwarunkowo, że nie ma Kaszëb bez Polonii a bez Kaszëb Pólsczi, że upał jest zabójczy i że byłoby dobrze gdyby choć trochę deszczu, no bo ile można? W swych poglądach będąc nader stanowczy
- Deszcz jest wsi potrzebny!
- Wieś żywi i broni!
- Opoka narodu, proszę pana!
- Bartosz Głowacki!
- Racławice!
- Ślimak na placówce!
- Kosy na sztorc!
- Lemiesze na miecze!
- Witos!
- Sól ziemi, proszę pana!
- Tak, proszę pana sól ziemi!
Byli zgodni.

Na lilipuciej stacyjce wśród łanów Prosiak niechętnie ruszył sprawdzać bilety, więc usiadł w najbliższym przedziale między rozwrzeszczanymi kolonistami. Śmiejąc się beztrosko, opowiadał im o koloniach i obozach harcerskich za jego czasów. Od piegowatego konusa wziął gitarę, zagrał i zaśpiewał

Lato, lato, lato czeka
Razem z latem, czeka rzeka

Bo dzieciaki piosenki nie znały i nawet nie oglądały „Szatana z Siódmej Klasy”, ewangelii jego harcerskich lat.
- Zgroza, pomyślał i pomyślał że ta mała rudaska z kitkami jak Pippi Langstrumpf i nóżkami chudymi jak patyczki jest paskudnie piękna i że właśnie taką chciałby mieć córkę, jeśli kiedyś będzie chciał mieć córkę. Właśnie taką rudaskę z nóżkami jak patyczki i tak samo przepięknie szczerbatą. Na dowidzenia porobił im czapeczki z gazety a potem wyszedł otoczony jękiem zawodu i znowu rozmawiał z Prosiakiem o światowych sprawach.

Mijając bieloną wapnem kapliczkę powiedział głośno, po synowsku
- Witaj, Matko!
Zgodnie z instrukcją wąsatego zawiadowcy skręcił na lewo wchodząc między wąziutkie, ściśnięte jak szparagi w pęczku kolorowe niewysokie domki z pruskiego muru, zdobne w maciupeńkie balkoniki. Wspomniał „Uliczkę” Vermeera z Delft i zachwycony zachwycił się
- Bajka!
Tak oto stanął na ulicy Łąkowej pod zamaszystym numerem dwudziestym drugim.
- A więc to tu, myśli patrząc na dziewanny i malwy pod oknem, na pnący się aż po dach winobluszcz tak zielony że aż niebieski i zaraz pięścią łomoce do błękitnych wierzei
- Otwieraj, Stanisławie, przybyłem!

- Ogórkowa z koperkiem! O rany, Stasiu...
W pokoju zapach kwitnących lip i obiadu. Na ścianach obrazy pędzla gospodarza, nad futryną krucyfiks, na parapecie afrykańska lipka, pelargonie i zielonkawy słój z krwistą cieczą. Wino? Wino, sok albo nalewka. Stojący w kącie starożytny zegar dostojnie tyka: raz, dwa, raz, dwa...
- Więc przyjechałeś...
- Ano, przyjechałem. No jak było nie przyjechać, kiedy mamisz pocztówką z zajączkiem i ogórkową z koperkiem?
- I ze śmietaną.
- I ze śmietaną.
- Szkoda że nas nie uprzedziłeś, bo wyszlibyśmy po ciebie a tak...
- Gdybym cię uprzedził byłbyś do mnie uprzedzony a to byłoby przykre.
Śmieją się a on dyskretnie szuka obłędu: nie ma. A więc jest dobrze. Jest dobrze. Spoglądają na siebie wzruszonym wzruszeniem przez długość i szerokość stołu, przez długość i szerokość obrusa z białym haftem, przez opalizującą galaktykę kryształowej karafki, talerze ogórkowej z koperkiem i śmietaną, wiklinowy koszyczek z chlebem. Widzą ocean czasu którym nie płynęli razem przez ostatnie lata.
Zjedli. Stasiowa Krysia jest miedzianooka, niziutka i pulchniutka z gatunku tych Mulier domestica, na których jak na fundamentach z litej skały wznoszą się wielopiętrowe rodziny. Stasio polewa z karafki, wznoszą szklaneczki bo czas najwyższy na drżący toast
- No to, kochani, za nasze spotkanie.
Wypili, a zegar wybił godzinę: Bum!

- Kibel? Kibel jest zaraz przy drzwiach wejściowych.
Kiedy wrócił, Stasio chwali samego siebie
- Sam zmajstrowałem! Za wujostwa nie było tutaj sracza i ganiało się do sławojki tam, w ogrodzie. Wiesz jak to jest: deszcz nie deszcz, mróz nie mróz a wyjść trzeba choć dupa marznie, nie? No a teraz? I łazienkę zrobiłem. A te piece to też moja robota, stare rozebrałem i postawiłem od nowa. Sam glazurowałem te białe kafle.
Patrzą na piec tęczowo opalizujący jak zorza.
- Redukowałeś?
- Redukowałem. Nafta, sól i glejta z dodatkiem smalty.
- A w czym wypalałeś?
- Kochany, do wypalania to ja mam całkiem zgrabny piec. Tak, kochany... Ja tutaj wszystko sam uczyniłem.
- No to bardzoś pięknie uczynił. A więc, będąc malarzem, poetą i pisarzem zostałeś jeszcze cieślą, murarzem a do tego zdunem? Zatem jesteś człekiem renesansu jak ten słynny pan Da Vinci.

Na strychu pod nagrzanym dachem gruchanie niewidocznych gołębi.
- Wejdź dalej.
Wszedł dalej, stanął w półtonach światła pod mlecznym świetlikiem.
- Tutaj zrobiłem sobie pracownię.
Sztaluga pośrodku, w regałach obrazy, na gwoździach wielobarwne palety. Tam brzuchaty kufer, tu kasetka z farbami, na półkach, w ciemnobrązowych butlach rozpuszczalniki, oleje i werniksy, w kącie manekin z poczerniałego od starości drewna i sporych rozmiarów piec do wypalania ceramiki.
- Mocarnie pachnie tutaj sztuką, przyjacielu. No a teraz pokaż mi, coś przez te lata zmalował.
- Nie, jeszcze nie teraz. Teraz pokażę ci miasteczko i okolicę a szczególnie cerkiew. A jak się zmęczymy, to sobie wrócimy i sobie wypijemy z właściwym nam umiarkowaniem ergo: sztuką zajmiemy się jutro. I co ty na to?
- Niech będzie, Stasiu. Chodźmy na spacerek a potem do wódeczki i wspominków.

Przypędziła ich niespodziewana ulewa i kłęby ciemności nadziewane gromkimi błyskawicami. Strząsając wodę ze śmiechem wpadli na pokoje
- Ależ potop!
Na stole korniszony, wędzonka, śledzik w oleju ze szczypiorkiem i lodowata wódka w spoconej karafce. Zasiedli ochoczo jak kiedyś w Gdańsku. Tyle że kiedyś w Gdańsku nie było karafek ni polnych kwiatów w wazonikach. Były za to flaszki wódki „Czystej” z czerwoną kartką, macerowanej z chrzanem jak ich pijać nauczył książę poetów Mietek Czychowski. Był przaśny razowiec i wonne cebule a zamiast konstelacji Oriona w okna im świecił krzyż z żarówek, posadowiony na wieży Bazyliki Mariackiej, że Veni, vidi, vici...
Słuchają muzyki z antycznego radia z magicznym okiem, wspominając
- Ty, a Jurek?
- Jurek? Ano cóż... Umarł Jurek.
- A Stefan?
- I Stefan umarł. I Witek. Na raka.
- Stefan umarł na raka? Taki okaz zdrowia!
- Na raka umarł Witek a Stefana zabiła gorzała. Tak jak Mistrza.
- No tak, Mistrza zabiła gorzała, pamiętam. Ty, a co z Bogną?
- Z którą Bogną?
- Tą z Sopotu, tą chudą. Miała żebra wystające jak wręgi a cycki jak mała dziewczynka. No, ta od takich harikriszna rysunków. Nie pamiętasz jej?
- Aaa, ta od harikriszna rysunków! A wyszła za Szweda czy Greka i wyjechała do Ameryki czy do Afryki. No, mniejsza gdzie. W każdym razie gdzieś tam wyjechała i podobno wystawia te swoje harikriszna i inne salamalejkum. I podobno całkiem nieźle na tym zarabia. Aha, niedawno mówił mi Waldek w SPATiF-ie, że Bogna też ma raka.
- Ona też? Jezusie, co to się... Ty, jak to było u Gombrowicza? Bardzo dobra szlachta, ale zaraczona?
- To nie u Gombrowicza, tylko u Witkacego. „W Małym Dworku”.
- Aaa, no tak, u Witkacego, racja.
- To dziedziczne, po Dzięciewickich. Bardzo dobra szlachta, ale zaraczona.
- Zaraczona!
- Po Dzięciewickich!
- Zaraczona!
- Jezu! Chyba zdechnę, po Dzięciewickich!
- Zaraczona!
Ryczą ze śmiechu.
Deszcz ustał i ktoś zapukał do drzwi więc Krysia idzie otwierać. Witając gościa w sieni zniża głos do szeptu a potem wprowadza na salony
- Panie Ryszardzie... A to jest nasza Iza, miejscowa poetka. A to jest, Izuniu, pan Ryszard z Gdańska, stary przyjaciel Stasia. Pan Ryszard dopiero co przyjechał i zostanie u nas na trochę.
Pan Ryszard dostrzega porozumiewawcze spojrzenia Krysi, Miejscowej Poetki i Stasia zwęszył życzliwy spisek. Wstał, skłonił się szarmancko, po oficersku stukając obcasami adidasów. Ucałował szczupłą opaloną poetycką dłoń i już po chwili dowiedział się że nasza Iza pracuje w ichnim Ośrodku Kultury czyli że krzewi.
- Aaa, myśli sobie, nasza miejscowa poetka Iza krzewi, więc praca to szlachetna, u samych podstaw. Więc Boga Rodzica, Długosz, Kadłubek, Jan Chryzostom. Śle księgi pod strzechy, dając świadectwo Rejowe Urbi et, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają. Obowiązkowo Kochanowski i Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, moja droga Orszulo, o inwokacji Litwo, Ojczyzno moja! nie zapominając ani na chwilkę i obowiązkowo ten drugi, ten krakowski geniusz-syfilityk, że mieliśmy, chamy, złoty róg no, aleśmy to jacy-tacy w czapkach z pawich piór. A polski Litwin-noblista który zapomniał pamiętać że spisane będą jego czyny i rozmowy? Więc owszem, polski Litwin z pewnością takoż, który skrzywdziłeś, na przykład Borowskiego, swoim zniewolonym umysłem.
- No i bardzo pięknie, myśli sobie Pan Ryszard, więc nasza Iza jest poetką a ja pasjami lubię poetki. Poetki są jak wonne złote renety. Będę katem albo królem będę.
Rozmawiają wśród nocnej ciszy, nie zważając na cykanie świerszczy
- Co pan sądzi o...?
- No wie pani...
- Tak pan uważa?
- Jak pani uważa...
- A wie pan? Tu, u nas...
- A wie pani? Tam, u nas...
- Ech, ta dzisiejsza młodzież!
- Za naszych czasów...
- Ty, a co U?
- Co U? Kochany, U jest teraz...
- Niemożliwe, U? Ta łajza?
- Jest sezon na łajzy, Stasiu. Jak po każdej rewolucji.
- No tak, wypełzła wszelka kanalia...
- Pani Izo...
- Jaka pani? Jestem Iza.
- Brudzia wypijcie!
Cmok-cmok.
- Zdrowie pań po raz pierwszy!
- Zdrowie gospodarzy!
- Zdrowie Mistrza, świeć Panie nad jego!
- Ty, a ty pamiętasz Zośkę?
- Którą Zośkę? Tę z Długiej?
- Nie z Długiej, tylko z Osieka, na wprost szkoły mieszkała, nad piekarnią.
- A, tę Zośkę! Jasne że pamiętam. O Panie, ale miała dupa cyce! O, takie.
- Nie, nie takie. O takie, o!
- A ty czemu o niej?
- A zapomniałem, nieważne.
- A pamiętacie Szczepanika?
- Jasne! „Puste Koperty”!
- Przesyłaj choć puste koperty, la lala lala la la la-laaaaaaa...
- To są „Żółte Kalendarze” a nie „Puste Koperty”
- A Picasso?
- A Matejko?
- A Derdziuk?
Konsternacja.
- Kto taki?
- Kto, kto?
- Derdziuk.
- Jaki do cholery Derdziuk?
- Jak to jaki? Derdziuk z Sokółki, marynista!
- Pies ligał Derdziuka, Stasiu! Co ci raptem jakiś Derdziuk?
- Chłopaki! Derdziuk Derdziukiem a właściwie to która jest godzina?
- Noc jeszcze młoda, prawda Iza? Izuniu, twoje zdrówko!
- I twoje Rysiu... I Krysi! I naszego kochanego Stasia!
- Czekaj Rysiu a Heniek?
- Jaki Heniek?
- No ten lokowaty z Sopotu.
- Aaa, ten Heniek?
- No przecież o tego Heńka pytam.
- A umarł sobie.
- Też umarł? Słyszałaś Krysiu? I Heniek umarł!
- Jaki Heniek? Nie znam żadnego Heńka.
- No, Krysiu! Tysiące razy ci o nim... Boże kochany, taki artysta umarł! Taki artysta!
- Aaa, ten Heniek.
- No ten, Krysieńko, ten! Rysiu, a co właściwie Heniek robił? Jakoś teraz nie bardzo... On coś pisał czy jak?
- On? Stary, a toż on nic nie robił! Wiecznie na krzywy ryj wódę chlał w „SPATiF-ie”, w „Złotym Ulu” i gdzie się dało. Stary, jak on kumplom nie ruchał kobit, to albo palił gandzię udając buddystę czy innego chuja-muja albo całymi dniami szwendał się po Monciaku z menelami szukając frajerów żeby mu stawiali. Co robił... A strugał z gliny czy modeliny jakieś mikołaje i malował bohomazy dla turystów. No, to właśnie takie tam robił...
- Ty, a czy on aby nie pisał wierszy?
- Heniek?
- No, Heniek.
- A wiesz ty co...?
- No właśnie! Ja ci mówię że Heniek był poetą.
- Może i był poetą ale nie przypominam sobie żadnego jego wiersza. Stasiu, umarł to umarł.
- Jak gadają Rosjanie? Umarł Maksim i chuj z nim! (...)


Postscriptum

Upał. Kowbojka rozcina lasy i łany zbóż. Śpiąc śni o nagiej Czajce w bunkrze, o Filozofie zdradzonym, dziewczynach ze Starogardu Gdańskiego i słodkim zapachu Chanel No 5. Mijając oplecione bluszczami turkusowe piece, na których siedzą dzieci-kukiełki w papierowych czapeczkach, uśmiecha się przez sen wierząc święcie, że był w jakiejś pipidówce tam, na końcu świata jego mać, gdzie jego stary druh, artysta-malarz Stasio Popiół mieszka z Krysią, łagodną Muller domestica. Śniąc dalej, pisał list do Heinego. A może to był Rilke?
Poza nim w przedziale jest zasuszona emerytka śpiąca z rozdziawionymi ustami i cherlawa dziewucha o wiewiórczych zębach i spiczastych uszach, za które wetknęła strąki brudnych włosów. Spódniczkę ma tak krótką, że trudno nie dostrzec tego, co eksponują nylonowe, przeźroczyste majtki. Upał. (...)



OPOWIADANIE Z KSIĄŻKI PT.