piątek, 26 czerwca 2015

Geometryczna plaża

Angelina Sielewicz

Rozdział 1

Pamiętam, jak Wengerowie mieszkali w domu na obrzeżach Paryża. Na przedmieściach, na których niewiele było do roboty. W ich miejscowości znajdowała się bulanżeria i fryzjer, może kilka kafejek, ale nie więcej niż trzy. Był także kościół, merostwo, szkoła, ale nie były to miejsca, które miałby jakiekolwiek znaczenie dla Wagnerów. Było higienicznie-estetycznie, jak na to lepszych paryskich przedmieściach. ZGODA, nasi bohaterowie mieszkali na wsi, w domu z widokiem na pole, po którym jeździły traktory, a na nich jeździli mężczyźni, a na mężczyznach kobiety. Tak, rolnicy także lubią sobie pofiglować. Raz w przyczepie przyłapano dwóch panów w gumiakach. Zadowalali się pod plandeką. Gdybyście tylko widzieli, jak w pośpiechu zapinali szelki swoich ogrodniczek... Niestety z okna domu Wengerów nie można było tego dostrzec, co czyniło mieszkanie na wsi jeszcze nudniejszym.
Pozostawało więc pielenie ogródka, koszenie trawy i przycinanie żywopłotu. Zawsze jakąś atrakcją wydawało się nazbieranie jabłek z przydomowej jabłonki i nakarmienie nimi okolicznych koni. W pobliżu była stadnina, ale oni nie jeździli konno. Jeździli za to na rowerze, ale też nieprzesadnie za często – może dwa, trzy razy do roku. I to na stacjonarnym. Prawda jest taka, że woleli długie spacery i kolacje przed ekranem komputera. Dużo pracowali, Delfina jako grafik, Alex jako informatyk.
Mieli na posesji basen, ale z niego nie korzystali. Gdy pewnego dnia ona postanowiła go wyczyścić, stanowczo jej odradzał. Był święcie przekonany, że pływają w nim zdechłe koty. W końcu nikt z basenu nie korzystał od czterech lat, od momentu kiedy się tutaj wprowadzili. Argument z kotami wyśmiała, basen wyczyściła i nawet nalała do niego wody. Ale zanim się nagrzała, minęło lato.
Alex i Delfina pobrali się, gdy byli jeszcze na studiach. Rodzice Delfiny pozwalając jej studiować w Paryżu, nareszcie mieli przestrzeń, jakiej od zawsze chyba pragnęli. Po jej wyprowadzce natychmiast przystąpili do remontu domu na północy Bretanii. Pokój ich córki stał się teraz gabinetem jej matki. Powiesiła w nim bordowe zasłony w esy floresy oraz reprodukcję Maneta, na koniec przytaszczyła – za pomocą sąsiadów płci męskiej – wielki kredens po swojej babce. Czyniąc tych kilka prostych kroków, sprawiła, że droga powrotu Delfiny do domu została zamknięta.
Jej córka gdyby była swoją matką, już dawno miałaby dzieci. To było głównym problemem matki, na który skarżyła się wszystkim plotkarom z miasteczka; ubolewała, że jej pierworodna zamiast wyjść za mąż, rozpoczyna kolejny kierunek studiów. Gdy więc Delfina poznała Alexa, matka postanowiła sobie za cel oddać swoją córkę w jego ręce albo oddać jej rękę jemu, czy jak to się mówi. Delfina długo się opierała, nie po to wyjechała do Paryża, żeby teraz słuchać matki. Ale żeby mieć święty spokój, zaręczyła się z Alexem, choć sama nie pamiętała, czy to ona mu się oświadczyła czy on jej.
W tym okresie wiele balowali, mieszali whiskey z marihuaną i nie tylko. Gdy przyjaciele i rodzina pytali się ich o okoliczności zaręczyn, no, jak to było, opowiadajcie, oboje uśmiechali się niezręcznie, odpowiadając, że zaręczyli się podczas przyjęcia bożonarodzeniowego u ich przyjaciół. To była wersja, której się trzymali, bo akurat tego byli pewni i to brzmiało na tyle dobrze, że każdy mógłby to usłyszeć. Gdy ktoś z zadających pytania podsuwał im gotowe rozwiązania, zwykle odpowiadali tak.
- Podczas świąt, tak?
- Tak.
- Ale romantycznie.
- Chyba tak.
- Ale w jakim momencie? Rozmawialiście, tańczyliście?
- Tak, rozmawia…
- Tańczyliśmy.
- Rozmawialiśmy w tańcu.
- I tak po prostu Alex zapytałeś?
- Tak. To proste pytanie.
- I prosta odpowiedź.
- Nic w tym trudnego, trzeba tylko wyczuć odpowiedni moment.
Odpowiednim momentem tak naprawdę była kulminacja możliwości obydwojga, jeśli chodzi o spożycie ponczu. Wylądowali razem w toalecie, bynajmniej nie po to, by robić to, co dwoje młodych ludzi na filmach. Delfina zafundowała muszli klozetowej coś, co jeszcze wczoraj znajdowało się w muszlach: mule. Alex zwymiotował chyba cały zapas lodówki, której drzwi kilka dni temu na siłę domykali. W tych okolicznościach, gdy patrzyli na siebie, załzawionymi oczami, postanowili się pobrać. Tak Delfina i Alex, po pół roku znajomości, otrzymali status zaręczonych, którym mogliby się pochwalić na Facebooku, gdyby tylko byłby już wtedy rozpowszechniony we Francji. Alex chciał zaoszczędzić i kupić Delfinie pierścionek zaręczynowy na Ebayu, ale jego narzeczona wybiła mu to z głowy. Stanęło więc na jasnym szafirze otoczonym niewielkimi brylancikami kupionym u jubilera.
Znając matkę Delfiny, nie trudno się domyśleć, że po zaręczynach zaczęła naciskać na ślub. Delfina i Alex zbywali ją jednak, ale kiedyś, po cichu, wzięli ślub jedynie w obecności świadków. Za trzeciego świadka robił pies. Skoro do wielu sklepów i restauracji zabiera się psy – pomyślał raz Alex – to czemu by nie zabrać naszego psa na ślub? Delfina nieraz potem myślała, że przygarnięcie teriera o imieniu Thierry było dobrym pomysłem, bo gdyby nie pies, być może zdecydowaliby się na dziecko. Ta forma trójkąta wyjątkowo pasowała obojgu. I już tak zawsze miało być. Niestety Thierry, po przeprowadzce do piątej zony aglomeracji, został przejechany przez samochód.
W piątej zonie, jak już zostało wspomniane, życie płynęło niespiesznie. Alex wolał ćwiczyć swoje palce, stukając w klawiaturę, zamiast doprowadzając nimi Delfinę do rozkoszy, jak zwykł to robić na początku ich znajomości. Byli już cztery lata po ślubie, spadek po wujku i awans Alexa pozwolił im kupić na kredyt niewielki dom w Varennes-Jarcy. Lubili to miejsce, było spokojne, uroczy był w nim kościół, tuż obok merostwa, który otwierał się tylko w niedziele i to raz w miesiącu, podczas mszy. Przed stopami merostwa, do którego prowadziły jasne, kamienne schody, płynął ni to strumyczek, tryskała ni to fontanna. Raz woda przybrała czerwonawy kolor. Jacyś nastolatkowie w noc sylwestrową pozbyli się nadmiaru czerwonego wina w dość nietypowy sposób. Francuzi nie lubią profanować wina, wolą go wypić, ale nastolatkowie to przecież nie są jeszcze stuprocentowi obywatele. Być może ze względu na takie głupie pomysły picie alkoholu od 2009 roku jest dozwolone we Francji dopiero od osiemnastego roku życia.
Dni w Varennes wypełniała im praca, długie dojazdy do niej w centrum Paryża nie ułatwiały im nadrabiania w dziedzinie spędzania wspólnego czasu. Delfina nawet w weekendy ślęczała nad Photoshopem, pozbywając zmarszczek jakąś gwiazdę. Po co mam ją fotoszopować, skoro ona i tak już jest w rzeczywistości wyfotoszopowana, zastanawiała się Delfina, wygładzając fałdy na bluzce, z której wyskakiwały sztuczne piersi. Alex próbował ją od tego odciągnąć, ale jego żona upierała się, że to dodatkowe zlecenie pozwoli szybciej spłacić kredyt. Czasami Delfinę nachodziła myśl, że wiąże ich bardziej kredyt niż miłość. Dlatego podchodziła wtedy do Alexa, gładziła go po karku, ugniatała barki, po czym siadała mu na kolanach. Zaplątywała się wtedy zwykle w kabel od słuchawek. Kupiła mu je, żeby nie słyszeć ciągle przewodniego motywu z GTA czy innej gry, jaką sobie w danej chwili jej mąż upodobał.
Dom nie był wielki, ale na tyle duży, by mógł schować skarpetki Alexa w kątach, pod kanapą, na dywanie. Delfina, zbierając skarpetki, myślała o śmierdzących stopach, które chodziły po dywanie. Dlatego prała go raz w miesiącu. Podczas jednego takiego rutynowego prania, gdy jej mąż usiadł obok na kanapie i włączył telewizor, Delfina zapytała go:
- Kochanie, śmieci same wychodzą z kosza pod zlewem.
- Zagnieździły nam się robale w kuchni? – zapytał zafascynowany, jak gdyby Delfina zamiast o śmieciach oświadczyła mu, że wyszła nowa gra komputerowa.
- Mógłbyś go opróżnić?
- Jasne, ale najpierw obejrzę Family Guya.
Delfina dobrze wiedziała, co ta odpowiedź oznacza, ale uśmiechnęła się, bo wiedziała, że to ona była tą osobą, której zależało na utrzymaniu czystości. Domeną Alexa były raczej komputery, które naprawiał błyskawicznie, jak ostatnio, gdy nieopatrznie ściągnęła malware na swojego laptopa. Żartowała, że mąż informatyk przyda jej się, gdy zrobi międzynarodową karierę i jej prace będą wystawiane poza oceanem. W jej przypadku za oceanem oznaczało Wielką Brytanię, którą oddzielał od Francji Kanał La Manche, notabene stanowiący część Oceanu Atlantyckiego.
Kiedyś zabrakło papieru toaletowego. To była zimowa niedziela, a więc sklepy zamknięte. Wytrzymali bez papieru nawet w poniedziałek, bo mieli za dużo pracy, by skorzystać z toalety. Potem – gdy tylko mieli potrzebę – posiłkowali się papierem ręcznikowym. Gdy natomiast tego zabrakło, Delfina musiała wyjąć z półki serwetki, które kupiła specjalnie na zeszłoroczne Boże Narodzenie. W środę, gdy Alex załatwił już to, co do niego należało w toalecie, jak zwykle sięgnął dłonią na półkę ułożoną z płytek tuż za muszlą klozetową. Jego ręka poczuła wyjątkową miękkość materiału. Gdy serwetka znalazła się jednak na wysokości jego wzroku, poczuł się jakoś dziwnie, że te ładne renifery będą podcierać jego tyłek. „Delfina, ładne te renifery, ale to ja już wolę ten różowy papier z pieskami” – oznajmił po wyjściu z łazienki. Żona przytaknęła mu, spojrzała na zegarek i zdecydowała, że dłużej tak żyć nie mogą. Środowa wyprawa do sklepu po rolkę papieru toaletowego raz na zawsze miała odmienić jej życie…
Gdy Delfina weszła do marketu, jeszcze zanim doszła do sekcji z mrożonkami, poczuła chłód. Ten rodzaj chłodu od dawna czuła gdzieś wewnątrz siebie, ale nie miała czasu, by zastanowić się, skąd on się bierze. Uważała, że nadmiar myślenia jest skutkiem nadmiaru wolnego czasu, a na to nie mogła sobie pozwolić jako osoba z kredytem. W większości przypadków myślenie było złe, bo pozwalało zanurzyć się w depresji, a Delfina nawet nurkować się obawiała, więc wszystkiego, co głębokie i pełne otchłani, unikała jak ognia. Ognia zresztą też się bała.
Tego dnia nie miała na sobie stanika. Biustonosze za bardzo ją drapały, nosiła je więc tylko wtedy, kiedy sytuacja naprawdę tego wymagała, jak na przykład rozmowa o pracę czy msza w kościele. Ponieważ jednak i to, i to zdarzało się w jej życiu rzadko, przyzwyczaiła się do nienoszenia biustonosza. To była jej manifestacja wolności, wolności, za którą tęskniła, gdy spędzała wakacje u ciotki w New Hampshire. Tam ludzie nie płacili podatków i nosili broń. I to wydawało jej się piękne. Oczywiście, gdyby musiała zapłacić 2000 euro za godzinną wizytę w szpitalu, mówiłaby inaczej. Także mieszkając w USA, nie otrzymałaby takiego wsparcia finansowego od kraju jak w okresie, gdy przez pół roku nie mogła znaleźć pracy. Ale i tak Stany Zjednoczone jawiły jej się jako świat idealny. „Nasze babki uwolniły się od gorsetów, czas już najwyższy uwolnić się od staników” – powtarzała koleżankom podczas herbatek w bulanżerii. No cóż, każdy na różny sposób manifestuje swą wolność.
Delfina postanowiła być dobrą żoną i kupić Alexowi jego ulubiony papier toaletowy. Od kiedy on lubi róż? – zaczęła się zastanawiać, gdy szukała wzrokiem pożądanej marki papieru. Gdy sięgała po ofoliowany zapas rolek na dwa tygodnie, niechcący strąciła wdowę – samotnie stojąca na regale rolkę papieru. Rolka upadła na podłogę i rozwinęła się, tworząc coś na wzór drogi, która prowadziła tuż pod stopy jakiegoś mężczyzny. Bardzo ładne buty – pomyślała. Jej wzrok powoli zaczął kierować się ku górze. Lubię ciemny dżinsy, myślała dalej, gdy już dotarła do wysokości rozporka. Zapowiada się niezłe ciacho, rozmarzyła się. Po chwili jej oczy zatrzymały się na twarzy pryszczatego nastolatka, poczuła wtedy lekką ulgę albo rozczarowanie. Nie pozwalając sobie na jakąkolwiek refleksję, chwyciła pod pachę opakowanie rolek papieru toaletowego i udała się w stronę kasy. Gdy wrzuciła ostatnią monetę do maszyny, jej nos niemal zaświergotał, to znaczy zrobiłby to z pewnością, gdyby tylko był ptakiem. Przyjemny korzenny zapach otoczył ją i wniknął w jej włosy. Pociągnęła nosem, szukając źródła tego zapachu, ale nie znalazła. Wzięła więc rachunek i resztę, a papier toaletowy pod rękę. Szybkim krokiem doszła do samochodu, weszła do środka, zapaliła silnik, potem cygaretkę. Zaciągnęła się chwilę. Zgasiła pospiesznie cygaretkę, kręcąc głową. I odjechała.
Zajechała pod dom. Było już ciemno, wiatr był nieco bardziej porywisty niż przed wyjściem. Zgrabnym krokiem doszła do drzwi wejściowych. Wyjęła klucze z torebki i włożyła je w zamek. Ani drgnęły. Otworzyła drzwi i weszła do środka. „Kochanie, dziwne, wydawało mi się, że zamykałam drzwi na klucz, wychodziłeś gdzieś?” – zapytała, wchodząc do salonu.
Weszła do łazienki i zostawiła tam papier toaletowy, zabierając serwetki z reniferami. Wróciła do salonu i zaczęła wspinać się po schodach. „Alex? Alex?” – pytała po imieniu, myśląc, że tym razem poskutkuje. Nadal jednak cisza. Doszła już niemal do ich sypialni, tak starannie urządzanej przez nią przez te cztery lata. To był jej ulubiony pokój z ogromnym łóżkiem, pikowanym, skórzanym wezgłowiem i dywanem, najprawdziwszym perskim dywanem. Jeśli Stany Zjednoczone były rajem, to ta sypialnia była bez wątpienia oazą. Zza zamkniętymi drzwiami usłyszała jakieś dźwięki. Jęki? – zapytała samą siebie. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w brzuchu.
Nigdy nie zastanawiała się, co by było, gdyby Alex zainteresował się kimś innym, bo jego zainteresowania ograniczały się właściwie wyłącznie do komputerów. Romans z Larą Croft mógłby być nawet ciekawą dykteryjką opowiadaną podczas rodzinnych obiadów. Świat wirtualny wydawał jej się teraz taki bezpieczny. Jeśli mi to zrobił, to jest strasznym skurwielem, myślała. Trzeba nie mieć serca, żeby zabrać jakąś obcą babę do mojej oazy – kontynuowała monolog w swojej głowie.
Wreszcie zbliżyła się do drzwi i po chwili wahania otworzyła je, nie wchodząc jednak do środka. Nie mogła, a raczej nie była w stanie wejść. Jej nogi zamieniły się w granit, stały się tak nieruchome, że aż twarde. Każdy mięsień był napięty. Na łóżku leżał laptop z włączonym filmem o dwóch średnio urodziwych blondynkach uprawiających zwierzęcy seks, obok łóżka jej mąż. Jej własny, osobisty mąż, którego poślubiła pięć lata temu w przypływie nagłego uczucia. Leżał tam, na perskim dywanie, jeszcze sztywniejszy od niej samej. Spod jego głowy wyciekała stróżka krwi, tworząc pokaźnych rozmiarów plamę.
Gdy mięśnie Delfiny wreszcie się rozluźniły, chciała zacząć krzyczeć, ale nie mogła, nie potrafiła. Jej dłoń uwolniła serwetki z reniferami. Schyliła się po nie, złapała je i podeszła do Alexa. Odruchowo zaczęła wycierać nimi jego zakrwawioną głowę, a potem dywan. Krwi było tak wiele, że ledwie w niego wsiąkała, Delfina rozcierała krew po dywanie, zataczając coraz większe kręgi, jak gdyby malowała mandalę. W końcu przestała, gdy do jej ślepi zaczęły napływać łzy. Wzięła w swoje dłonie głowę Alexa. Po raz ostatni spojrzała w jego oczy, te sympatyczne błękitne oczy. Zamknęła je. Na powiece jej męża pojawiła się kropla. A potem na nosie, ustach, brodzie: jedna, druga, trzecia… Nigdy nie lubiła, gdy widział, jak płacze. Nawet po jego śmierci nie chciała, by był tego świadkiem.
Pani Bonnet zerwała się z łóżka. Obudził ją ryk albo szloch. Jeszcze nie wiedziała, skąd i od kogo lub od czego pochodził, ale już czuła wewnątrz przeszywający ból. Taki ból, jaki czuje matka po stracie swojego dziecka. Pospiesznie założyła szlafrok i podeszła do okna. Po krótkich oględzinach doszła do wniosku, że wszystko jest na swoim miejscu: jej ulubiona wierzba dalej rośnie, jabłonka po stronie sąsiadów też. Huśtawka lekko się buja, poruszana przez wiatr. Wszystko w normie. Ale o tym, że norma też może niepokoić, wiedziała od dawna, zwłaszcza po zapoznaniu się z filmami Tima Burtona. Amerykańskie przedmieścia były pozornie do bólu normalne, ale pod płaszczykiem pospolitości nieraz kryło się zło. Na tę myśl przeżegnała się.
Może to koty? – zastanawiała się, dalej myśląc o ryku. Koty, to takie okropne zwierzaki, które przechodzą przez ogrodzenie do sąsiadów tylko po, żeby załatwić swoje fizjologiczne potrzeby. Żadne tam polowanie na głaskanie w wykonaniu obcych ludzi, którzy jeszcze mają do nich cierpliwość, w przeciwieństwie do właścicieli. Po prostu prześlizgują się i bezczelnie robią kocią kupę. Pani Bonnet nie była reprezentatywna dla swojej grupy wiekowej, nie lubiła kotów i już. Przeganiała je miotłą ze swojego ogródka, gdy przychodziły do niej tylko w jednym celu. Gdy na potańcówkach w czasach młodości kawalerowie tańczyli z nią również w jednym celu, też ich przepędzała. Taki już miała charakter.
Ale to nie był kot. To był bardziej szloch niż ryk, to za bardzo było podszyte cierpieniem, żeby pochodziło od kota. Koty cierpią tylko wtedy, gdy się je wyrzuci z ciepłego łóżka – myślała. Są takie ograniczone, nie to co psy. Zawołała swoją suczkę Bellę, a ta, gdy przybiegła, oparła swoje łapy o nogi pani Bonnet. Ta pogłaskała ją po pysku, a potem usiadła na łóżku. Bella położyła głowę na kolanach starszej pani. Zapewne myślała, że wyjątkowo czymś sobie na to zasłużyła, ale to długie głaskanie Belli było gestem uspokajającym staruszkę, która cały czas zastanawiała się nad pochodzeniem szlochu…