poniedziałek, 15 czerwca 2015

JERZY SYCHUT

 CZŁOWIEK MORZA





Ułożyłem te wspomnienia dla kilku kolegów żeglarzy


Lato 1991. Drewniana łódka z 1939 roku o długości 7 metrów. Płynęliśmy ze Sztokholmu do Gdyni. Kolega i ja. GPS był wówczas niedostępny, zastrzeżony dla wojska. Pierwszy raz do nawigacji użyłem odbiornika Decca, oprócz map i kompasu. Urządzenie odbierało sygnały naziemnych stacji radiolokacyjnych i wyliczało pozycję.
Powoli mijaliśmy Gotlandię. Dalej było tylko morze, aż po piaszczyste plaże polskiego wybrzeża. Wiatry wiały raczej słabo. Przez nadajnik VHF gawędziliśmy z nudów z tym załogami, które chciały z nami gadać. Za horyzontem płynął polski jacht "Warszawska Nike". Wydawało się, że nas wyprzedzą w drodze do Gdyni. Gdzie tam. Okazało się, że do zakończenia rejsu mają jeszcze kilka dni. Nie wchodzą do portu. Na morzu chcą spędzić godziny konieczne do uzbierania stażu na stopnie żeglarskie. Co za idiotyzm! Przecież powinna się liczyć rzeczywista praktyka nawigacyjna, a nie oranie pustego morza. Ileż razy spotykałem polskie jachty żeglujące bez celu, po to by uzbierać godziny.
Któregoś ranka zauważyłem, że świeci czerwona diodą nawigatora Decca. Nie znam pozycji! Jednak pokazuje prędkość? Coś działa? Może za niskie napięcie zasilania? Do wyliczenia dokładnej pozycji urządzenie wymagało wpisania orientacyjnej pozycji z dokładnością do 2 Mm. Szacowałem możliwe punkty w których mogliśmy się znajdować. Wpisywałem w nawigator i nic się nie działo. Nadal świeciło czerwone światło. Wpisywanie było kłopotliwe, bo z powodu braku lepszego miejsca umocowałem nawigator bokiem, przy wejściówce. Było tam mroczno, widziałem tylko cyfry pozycji, które wystarczały do nawigacji.
Minął nas polski prom. To znaczyło, że byliśmy na dobrym kursie. Pozdrowiłem załogę przez VHF i poprosiłem o dokładną pozycję. Niewiele różniła się od wyliczonej. Wpisałem do nawigatora i nic. Dalej czerwona dioda świeciła ostrzegawczo. Może nowy nawigator się popsuł? Nie wierzyłem, ale szukanie pozycji odłożyłem do Gdyni. Tam nie będę miał wątpliwości.
Zaczęło wiać troszkę mocniej. Nabraliśmy takiej prędkość, że za sterem ciągnął się wyraźny farwater. Do grota i foka dodaliśmy mały żagiel sztormowy, jak latacz umocowany pod topem masztu. Prędkość od razu wzrosła o węzeł. Imponujące! Zamiast półtora węzła płynęliśmy 2,5 i szybko przekroczyliśmy 3 węzły. Ile może być pożytku z małego żagla o powierzchni około 1,5 m2.
Gdzieś błysnęło światło latarni. Była lekka mgła. Nie widziałem wyraźnie. Na wszelki wypadek nie poszedłem spać. Pojawiły się jachty. Tu i tam przesuwały się przed nami zielone światła pozycyjne. Wpłynęliśmy między jachty. Byliśmy coraz bliżej brzegu. Powinienem się zmartwić, ale wolałem szybko odpłynąć od trasy po której płynęło wiele jachtów. Kolega zwrócił uwagę na charakterystyczny łoskot. Ożeż! Fale rozbijały się o bliską plażę. W ciemności, przez lornetkę zobaczyłem ciemną linię brzegu. Zwrot. Uff… z ulgą oddaliliśmy się od plaży i pożeglowaliśmy wzdłuż Półwyspu Helskiego.
Do Gdyni dotarliśmy akurat po zakończeniu jakiegoś zlotu Polonii. Nic o tym nie wiedzieliśmy. Kilka polskich załóg z różnych krajów umówiło się w Gdyni. Taki zlot. Na nabrzeżu stał wyciągnięty jacht z USA. Rozmawiali po polsku. Aby pogawędzić trzeba było się wspiąć po drabinie. Wysoko. Nie wypadało zaczepiać. Co innego podejść do jachtu przy pomoście, gdzie osoba jest na wyciągnięcie ręki i widać rozmówcę. Nie poznaliśmy się. Pewnie żadna strata. Próby konfigurowania nawigatora nie pomogły. Dalej świeciła czerwona dioda. Poddałem się. Zdecydowałem poszukać serwisu. W Gdyni nie było. Musiałem czekać na powrót do domu, w Sztokholmie. Przez kilka dni zwiedzaliśmy Gdańsk. Wakacje się kończyły, pora wracać.
Rano popłynęliśmy do bosmanatu, przy wyjściu z przystani. Czekali umundurowani funkcjonariusze. Powoli zbliżaliśmy się. Kolega chciał rzucić cumę. - Spokojne, sam to zrobię. Ze swojego miejsca przy sterze niedbałym gestem rzuciłem cumę na pachołek. Ułożyła się w regularną wyblinkę. Łódka stanęła tam gdzie trzeba. Bosman pokręcił głową. - Takiej sztuki jeszcze nie widziałem, a tu Szwedzi tak ładnie cumują. Sam się zdziwiłem. Nigdy nie myślałem o tak efektownym zawiązaniu węzła. W przyszłości muszę doskonalić rzucanie linami, skoro to wzbudza podziw. - Paszporty, co wywozicie? Po kilku minutach wypłynęliśmy popychani słabym wiatrem. Minęliśmy Półwysep Helski gdy się ściemniało. Dalej płynęliśmy jeszcze wolniej. Prędkość spadała do zera. Rzucało takielunkiem. Wydawało się, że znosi nas do Królewca. 2 doby później wypełniły się żagle. Wreszcie pożeglowaliśmy na północ. Powoli, ale we właściwą stronę.
Wyliczyłem, że powinniśmy się zbliżać do Gotlandii. Chciałem zostawić latarnię Hoburg po prawej burcie. Poprosiłem kolegę aby obudził mnie gdyby pojawiły się statki. Potrzebowałem odpocząć przed przekroczeniem często uczęszczanej trasy statków i spodziewanym całonocnym czuwaniem. Zasnąłem. Umówiliśmy się, że kolega będzie czuwał najpóźniej do północy.
Przetarłem oczy! Jasno! Przecież miałem się obudzić gdy będzie ciemno? Szybkie spojrzenia! Kolega drzemał przy sterze! Wyluzowane żagle popychały łódkę na wschód. 4,5 węzła! Imponująca prędkość po powolnej żegludze przez minione 4 doby. Widać nie trzeba łódce przeszkadzać. Dokąd płyniemy? Gdzie jesteśmy? Kłębiły się myśli. Rzuciłem się do mapy i machając cyrklem liczyłem możliwe kursy. O tej porze, na pewno powinniśmy być… gdzie? Może w połowie Gotlandii? A może popłynęliśmy w kierunku wyspy Öland? Niespodzianka! Kolega położył się, a ja gorączkowo przepatrywałem mapy i kombinowałem jak znaleźć pozycję. Poprawiłem kurs na północ. Prędzej czy później gdzieś dopłyniemy?
O zmierzchu zobaczyłem czarną tyczkę ukośnie wystającą z wody. Po chwili wypatrzyłem następną. Nie należy przekraczać linii jaką wyznaczają. To znak nawigacyjny dla dużych statków, więc mam spory margines głębokości. Żeglowałem wzdłuż tyczek i dalej przepatrywałem mapy wybrzeży obu wysp. Coś kotłowało się przed dziobem. Kamienie. Tyczek nie ustawiono w równą linię, niektóre postawiono bardziej na wschód. Skręciłem. Pojawiła się kolejna tyczka. Mimo, że było jasno, przed dziobem błysnęło światło latarni. Co to? Policzyłem błyski, coś się nie zgadzało. Możliwe były 2 latarnie. Jedna na wyspie Öland, a druga na północy wyspy Fårö. Policzyłem jeszcze raz. Zapewne latarnia Fårö. Nagle po lewej burcie zobaczyłem brzeg. Jechało auto, pasły się owce. Sielanka. Gdzie to? To musi być Gotlandia! Na wszelki wypadek poprawiłem kurs na wschód. Oddaliłem się od brzegu. Nie wiadomo co tam się kryje pod wodą, lepiej nie sprawdzać.
W oddali, na lądzie wypatrzyłem latarnię. Co to takiego? Znowu kamienie przed dziobem. I jeszcze raz zwrot na wschód. Z daleka nie potrafiłem rozpoznać latarni. Nie znałem okolicy. Pierwszy raz żeglowałem przy wschodnim wybrzeżu Gotlandii. Zmieniłem kurs na latarnię. Przed dziobem było pusto. Wydawało się, że nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.
W pewnym momencie balast uderzył o coś twardego!? Co to? Po chwili jeszcze raz i jeszcze raz. Zrobiłem zwrot. Nie uderzyłem w nic więcej. Zawróciłem. Wolałem nie zbliżać się do latarni. Wiedziałem, że jestem przy Gotlandii, lecz nadal nie ustaliłem dokładnej pozycji. Pożeglowałem przeto w kierunku rozpoznanej latarni Fårö.
Miałem mapę, na której nie wiedzieć czemu (pewnie wojsko) nie naniesiono cieśniny między Gotlandią, a wyspą Fårö. Miejsce gdzie byłem to Fårösund. Latarni Bungeör, na którą patrzyłem też nie było. Nie mogłem rozpoznać okolicy bez prawdziwej mapy. Dowiedziałem się później, że błędy nawigacyjne zostały naniesione podczas "zimnej wojny". W następnych latach kilkanaście razy przepływałem tam gdzie zawadziłem o coś twardego, lecz niczego nie znalazłem. Najmniejsza głębokość w tej okolicy wynosi około 6 metrów. Mielizny są doskonale widoczne i oznaczone. Nie sposób się pomylić. Balast miał zdrapaną farbę. Pewnie pływają tam ryby o twardych grzbietach?
W ciemności minęliśmy latarnię Fårö. Szerokim łukiem okrążyliśmy wyspę. Trzeba było powoli halsować. Byłem już mocno zmęczony. Chciałem odpocząć. Nie było sensu płynąć pod wiatr. Na mapie wypatrzyłem niewielką zatokę w północnej części Fårö i skierowałem tam łódkę. Nagle wiatr zakręcił. Wzmagał się i cichł. Przy brzegu nie było żadnego światła nawigacyjnego. Straciłem orientację. Nie odważyłem się w ciemność wpłynąć do upatrzonej zatoki według wskazań kompasu. Mogłem trafić obok, w skalisty ląd. Świeciłem reflektorem, ale widziałem tylko wodę. Zrezygnowałem z odpoczynku. Zawróciłem na zachód aby pożeglować do domu, w kierunku latarni Landsort.
Wiatr nadal kręcił. Przerzucał żagle na wszystkie strony. Rozbełtane fale rosły i łódka bez prędkości poddała się dryfowi. Trwało to kilka godzin. Wreszcie łódka zaczęła nabierać prędkości. Coraz szybciej płynęliśmy w upragnionym kierunku. Po lewej burcie coś mignęło. Poświeciłem reflektorem. Mijaliśmy tyczki. Przecież tam nie powinno być tyczek? Zdryfowaliśmy dalej niż wyliczyłem. Na szczęście płynęliśmy dostatecznie daleko od mielizn.
Czułem śmiertelne zmęczenie. Wypłynęliśmy na głęboką wodę. Przed nami była piaszczysta wyspa Gotska Sandö. Dalej tylko morze, aż do latarni Landsort. Żeglowaliśmy powoli. Wydawało się, że nie spotka nas żadne niebezpieczeństwo. Położyłem się spać. Kolega czuwał. Miał mnie obudzić przy wyspie. Rano sam się obudziłem, gdy powoli dopływaliśmy do wyspy Gotska Sandö. Kolega opowiadał, że słabe wiatry kręciły łódką i całą noc musiał poprawiać żagle aby utrzymać kurs.
Wysłałem kolegę na koję i korzystając ze słonecznej pogody obwiesiłem łódkę wilgotną garderobą. Posuwaliśmy się powoli. Ledwo było widać zawirowania za rufą. Jeżeli nie powieje troszkę mocniej nieprędko miniemy latarnię Landsort. Minął kolejny dzień. Nocą wiatr wzmagał się. W kompletnej ciemności zaskoczyła nas burza. Pioruny z sykiem przemykały między falami. Imponujący widok! Łódka szybko ślizgała się po falach. Nie byłem pewny liczonej pozycji. Fale rosły i rosły. Zapowiadało się coś bardzo groźnego. 
Ściągnąłem foka. Było za późno aby zrzucić grota. Łódka pod niezrefowanym żaglem nabrała maksymalnej prędkości. Szkwał wzmagał się. Wydawało się, że suniemy po wyprasowanym morzu. Zamiast na zachód do latarni Landsort płynęliśmy na północ, tam gdzie gnał wiatr. Niewielka zmiana kursu mogłaby się zakończyć złamaniem masztu. Wyluzowany grot łopotał paskudnie, ale się nie podarł. Gdyby prędkość się nie zmieniła szybko zobaczylibyśmy wyspy Ålandzkie. Na chwilę uspokoiło się. Byliśmy w "oku cyklonu" niewielkiego obszaru niżowego? Zrzuciliśmy grota i w jego miejsce postawiliśmy foka sztormowego. Zdążyliśmy. Wiatr znowu się wzmógł. Pod małym żaglem płynęliśmy bezpiecznie, bez obawy dotarcia do wysp Ålandzkich lub zniszczenia grota. Mimo niepozornych rozmiarów foka znowu nabraliśmy sporej prędkości.
Oddalało się światło latarni na Gotska Sandö. Zbliżaliśmy się do niewidocznych w ciemności wysp Sztokholmskiego Archipelagu. Coraz wyraźniej błyskało światło latarni Huvudskär. Oddalaliśmy się od Landsort. Zaczęło świtać. Wkoło łódki iskrzyły wierzchołki piętrzących się fal.
Wycie wiatru nieco ucichło. Jednak łódką paskudnie miotały bałwany, zza których było widać tylko następne bałwany. Drewniany kadłub momentami spadał z kilku metrów, w otchłań, między falami. Niebezpiecznie trzeszczał od uderzeń. Tuż za rufą przepłynął statek. Paskudne uczucie, na morzu znaleźć się na parterze płynącego ogromnego wieżowca! Nie widzieli nas. W dolinach fal wydaje się, że są wyższe niż maszt (~11 m). Bałem się, że wspinając na następną stromą górę łódka się przewróci przez rufę. Kolega wydrapał się na dziób aby zaczepić foka. Jego ciężar przeważył i na chwilę zażegnaliśmy niebezpieczeństwo. Wówczas szybko wciągnąłem foka, który wypełniony wiatrem dociążył dziób. 
Nabraliśmy prędkości i łatwiej było wspinać się na góry. Sterowałem tak aby nabrać prędkości podczas zjazdu z fali i rozpędem prześliznąć się przez dolinę. Uzyskaną energią łódka wspinała się na następną falę. Żagle wypełniał wiatr gdy znajdowaliśmy się na szczytach fal. W dolinach fal żagle martwo opadały i hamowały. Konieczna była dynamika uzyskana ze ślizgu z fal. Porywała szybkość ślizgów.
Ulgę odczułem nad ranem, gdy między falami błysnęło światło. Na przedmieściu Sztokholmu, w Nacka, stoją dwa spore maszty radiowe z czterema na przemian błyskającymi lampami. Charakterystyczny znak nawigacyjny. Wówczas poznałem te światła. Teraz codziennie widzę je z okien mojego mieszkania.
Nad ranem morze uspakajało się. Spomiędzy fal wyłoniła się czerwona platforma helikopterowa wieńcząca szczyt latarni Almagrundet. Wpłynęliśmy między wyspy. Powierzchnia morza wygładziła się. Podpłynęliśmy do pomostu w Sandham. Kolega poszedł po pieczywo. Zwaliłem się na koję. Byłem potwornie zmęczony. Obudziłem się po kilku godzinach. Na stoliku nawigacyjnym leżała kartka. Były to protokół kontroli celnej, na którym celnik dopisał pozdrowienia i życzył pięknych snów. Pewnie próbował obudzić, ale dał rady. Spałem kamiennym snem. Nie obudził. Sympatyczny facet.

Epilog

W serwisie zapytałem o przyczynę uporczywego świecenia czerwonej diody. Rezolutny gość zapytał czy aby nie przestawiłem półkul manipulując przy wpisywaniu pozycji? Zwracałem na to uwagę i niczego nie zmieniałem oprócz cyfr kolejnej pozycji.
Z nowo nabytą wiedzą pojechałem na łódkę. Uważnie przyjrzałem się małym literom oznaczającym półkule. Ustawiony był południk na zachód od Irlandii. Zmieniłem. Natychmiast zabłysła zielona dioda mimo, że pozycja była ustawiona kilkadziesiąt Mm dalej.
Gdy spałem, kolega manipulował przy nawigatorze. Próbował poznać nowe urządzenie, co mnie nie dziwi. Szkoda, że się tym nie pochwalił. Pytałem, gdy zauważyłem świecenie czerwonej diody. Nie wiem czy znalazłbym banalną przyczynę niepotrzebnych przygód. Kto wie. Pewnie sprawdziłbym całą procedurę wpisywania danych i bez szukania przyczyny usunąłbym błąd. Powinienem był tak zrobić.

Jerzy Sychut, Stockholm 15 lipca 2015