wtorek, 23 czerwca 2015

O Józefie Konradzie

 ...prawd kilkoro

Fragment eseju  pt. 

"MATKA KRÓLA"

JESSIE GEORGE CONRAD KORZENIOWSKA
ze zbioru 



Sławomir Majewski 

 
Książki Józefa Conrada-Korzeniowskiego stawiam na półce obok książek innego geniusza, Jamesa Joycea. Niechaj to stanowi najlepszy dowód, iż doskonale rozróżniam powinność eseisty względem twórcy dzieł wiekopomnych od uczciwości należnej osobie prywatnej.
 
(…) ”Proszę Czytelników, by w przypadku Jessie Conrad nie krytykowali jej samej ni jej książki, nie wolno. A nie wolno, bo to Ona właśnie, młodsza odeń o 17 lat stworzyła mu warunki do napisania tego, co napisał i tego jak napisał a bez czego byłby autorem co najwyżej Szaleństwa Almayera. Słyszę wrzask oburzenia: jak śmiesz tak twierdzić? Śmiem, bo pod ręką mam zestaw dat szalenie nieprzyjemny dla hagiografów Conrada, bezlitośnie szydzących z Jessie, tej „grubej kucharki”. Oto bowiem od roku 1895 w którym Conrad publikuje Szaleństwo Almayera, zapowiada się plajta firmy eksploatującej kopalnie złota, w których Conrad rzekomo ulokował cały swój majątek. Wyjaśnijmy sprawę.
Zdzisław Najder w genialnej biografii poświęconej Conradowi podaje
Dwa tygodnie między 24 lipca a 7 sierpnia spędził Conrad na wycieczce żeglarskiej kutrem Hope’a „Ildegonde", pływając po kanale La Manche i Morzu Północnym 688. Potem wpadł w nagły wir spraw finansowych. W ciągu parunastu dni podobno trzykrotnie jeździł do Paryża, kupując i sprzedając udziały w południowoafrykańskich kopalniach złota, głównie na rachunek szwagra Hope’a. List opisujący te zabiegi, uwieńczone ponoć świetnym sukcesem, brzmi trochę zbyt sensacyjnie i samochwalczo, by go traktować jako wierny zapis faktów. 689
Dodatkowy sceptycyzm wywołują dwie spośród zawartych w nim informacji. Conrad twierdzi, że otrzymał za swoje usługi 200 akcji spółki Rorke’s Roodepoort Goldmine, a poza tym zakupił i zyskownie sprzedał 50 udziałów do odcinka Black Reef rudy złotonośnej w Witwatersrandzie. 690
Wiesz, że potrzebowałem funduszów na przyziemny cel ciągnięcia dalej żałosnej i bezużytecznej egzystencji. Sprawa była jak najuczciwsza. W istocie wyjątkowa. Posiadłość pierwszej klasy i tanio oferowana. Mogłem to wziąć z całym poszanowaniem dla mojego honoru (mojej jedynej dziedzicznej własności).”
Posiadłość nie była „pierwszej klasy”, bo spółka akcyjna Rorke’s Roodepoort Ltd. przestała istnieć już w następnym roku (akcjonariuszom zwrócono wpłaconą część udziałów), a sprawozdania Izby Kopalnianej Witwatersrandu nie zawierają wzmianki o jej działalności wydobywczej. 691 Rok później okazało się, że Conrad władował prawie wszystkie swoje pieniądze w jakąś inną, zapewne podobną, południowoafrykańską imprezę.”
691 Register of Defunct and Other Companies, (...) stwierdził, że nazwiska Conrada brak na liście udziałowców.”
 
Czyli że odnośnie faktycznych przyczyn swoich kłopotów finansowych, Konrad po prostu łgał jak najęty! (...)




W książce autorstwa Jessie Conrad ("Joseph Conrad and His Circle") przeczytałem, jak to ona czyniącego jej niedwuznaczne awanse Josepha Conrada zaczęła traktować jak formalnego narzeczonego. I wówczas nagle dowiaduje się iż ten, ni z gruchy ni z pietruchy wyrusza gdzieś na oceany biorąc pod komendę jakiś korab. Jest przy tym zupełnie nieważne, czy zapełnił ładownie potażem, polanami solonego sztokfisza lub koszami węgla, czy też wrócił do kontrabandy przemycając antałki z prochem, karabiny, granaty i armatnie pociski, jak to podobno czynił ongi dla zwolenników Karola VII, pretendenta do tronu Hiszpanii. Chłop rzucił się dziobem między grzywacze i tyle go widzieli.
Minął solidny kawałek czasu i oto, pewnego urokliwego popołudnia 1896 roku, przez firanki panieńskiej alkowy Jessie z biciem serca dostrzega swojego Josepha chwytającego kołatkę u drzwi jej domu. A więc wrócił! Ano wrócił, Kochani, wrócił. Tyle że historia milczy, czy i z tej wyprawy jak ze wszystkich poprzednich powrócił jako jeszcze bardziej schorowany i sfrustrowany gołodupiec, znów po uszy zadłużony, kolejny raz bezdomny i bez żadnej nadziei na otrzymanie od jakiegokolwiek armatora dowództwa nad czymkolwiek, choćby nad kajakiem. Ale „Nic to”, jak mawiał Mały Rycerz. Gołodupiec czy nie, pan Józef wrócił w oficjerskim mundurze, z glansowanymi cholewkami. Zawadiacko podkręcając wąsa oświadcza się panience, zostaje przyjęty, w te pędy bierze ślub i od tej chwili będzie sobie żył długo i szczęśliwie.
A propos ślubu i narzeczonej; nasz herbowy gentleman tak pisze w liście z dnia 10 marca do Karola Zagórskiego z Lublina
...Nikt więcej zdziwiony być nie może tym wypadkiem jak ja sam. Ale przerażony nie jestem wcale, będąc, jak wiesz, przyzwyczajonym do awanturniczego życia i do potykania się z okropnymi niebezpieczeństwami. Zresztą muszę się przyznać, że moja narzeczona na pozór niebezpieczna się nie wydaje. Jej imię jest Jessie; jej nazwisko George. Jest to niepokaźna, mała osóbka (trzeba prawdę mówić – brzydka, niestety), która z tym wszystkim bardzo mi drogą jest. Gdy ją poznałem - półtora roku temu - zarabiała na życie w City jako „typewriter” [maszynistka] w biurze handlowym amerykańskiej kompanii «Calligraph». Ojciec umarł trzy lata temu. Jest ich dziewięcioro w rodzinie. Matka bardzo przyzwoita (a także, nie wątpię, i bardzo cnotliwa) osoba. Ale przyznam się, że mi to wszystko jedno, gdyż – vous comprenez? – ja z całą rodziną się nie żenię.
24-go bieżącego miesiąca ślub będzie; po czym zaraz opuszczamy Londyn, by nasze szczęście (czy naszą głupotę) schować sprzed oczu ludzkich na dzikich i malowniczych wybrzeżach Bretanii, gdzie zamierzam wynająć mały domek w jakiejś osadzie rybaków. [...] Ufam, że w dzień mojego ślubu Wy – którzy całą rodziną dla mnie jesteście – zechcecie choć w myśli tylko ze mną stanąć”.
 (op. cit.)
Conrad chce poślubić Jessie już, teraz, zaraz; najlepiej dwa-trzy tygodnie od zrękowin. Skąd ten pośpiech? Do dziś nie wiadomo... Ostatecznie narzeczeni ustalili, że na ślubnym kobiercu staną w sześć tygodni po zaręczynach (ślub cywilny zawarli „at St George Register Office in Hanover Square in London”).
O co chodziło Conradowi z tym pospiesznym ślubem, bo potajemną ciążę Jessie należy wykluczyć? O byt w miarę spokojny u boku „niepokaźnej, małej i brzydkiej osóbki”, po poślubieniu której trzeba uciec przed ludźmi jak najdalej? Wprawdzie Zdzisław Najder w biografii Josepha Conrada napisał 
 
Dodajmy jeszcze, że w wypadku Jessie mezalians materialny oblubienicy nie groził – wręcz przeciwnie. Co prawda ponawiane w tym czasie próby znalezienia posady zawiodły, ale Conrad miał przecież pieniądze po wuju. Rozważał nawet możliwość zakupienia małego statku lub przystąpienia do spółki z jakimś armatorem, który zapewniłby mu stanowisko kapitana; i to się jednak nie udało.”
 (op. cit.)
Po śmierci wuja, Tadeusza Bobrowskiego, który zmarł 10 lutego 1894 roku, Józef Konrad odziedziczył 15.000 rubli. Więc tak, to prawda - pieniądze miał ale - dwa lata przed ślubem. A owe słowa jakoby Conrad „Rozważał nawet możliwość zakupienia małego statku lub przystąpienia do spółki z jakimś armatorem, który zapewniłby mu stanowisko kapitana...” należy czytać z ogromnym kapitałem życzliwości dla naszego rodaka. Wszak konkludując Zdzisław Najder... konkluduje „i to się jednak nie udało” Cóż, nie udało się, jak wszystkie jego nie-literackie przedsięwzięcia, poczynając od pierwszych dni w Marsylii. Jak raczyła napisać cytowana wyżej Hanna Segal? „Ostatecznie wziął na siebie odpowiedzialność bycia pisarzem”. Na litość Boską, Madame Segal! A cóż innego po tylu plajtach mógł jeszcze wziąć na siebie?

A teraz inne, równie bezlitosne fakty.
24 marca roku 1896 Conrad poślubia Jessie i chronologia jego literackich dokonań zaczyna wyglądać tak
- w maju 1896 powstaje nowela Idioci (do zbioru Opowieści niepokojące)
- w lipcu 1896, gdy rzekome kopalnie złota bankrutują a Conrad ma stracić wszystek kapitał, pisze opowiadanie Placówka dla Postępu (zbiór j. w.)
- w sierpniu 1896 powstaje opowiadanie Laguna (zbiór j. w.).
- 1896 Wyrzutek (An Outcast of the Islands)
- 1897 Murzyn z załogi Narcyza (The Nigger of the „Narcissus”)
- 1900 Lord Jim otwierający listę arcydzieł, które tworzyć będzie aż do śmierci w dniu 3 sierpnia 1924 r. Jakich? Przypomnijmy
- 1901 Spadkobiercy (The Inheritors) – wspólnie z F. M. Fordem
- 1903 Przygoda (Romance) – wspólnie z F. M. Fordem
- 1904 Nostromo
- 1907 Tajny agent (The Secret Agent)
- 1911 W oczach Zachodu (Under Western Eyes)
- 1913 Gra losu (Chance)
- 1915 Zwycięstwo (Victory)
- 1917 Smuga cienia (The Shadow Line)
- 1919 Złota strzała (The Arrow of Gold)
- 1920 Ocalenie (The Rescue)
- 1923 Korsarz (The Rover)
- 1924 Charakter przestępstwa (The Nature of Crime) – wspólnie z F. M. Fordem
- 1925 W zawieszeniu (Suspense)

Jak widzimy, w okresie czterdziestolecia pan Józef nastrugał zaledwie Szaleństwo Almayera, powieść która po publikacji właściwie przeszła bez echa, zaś po ślubie z Jessie wszystko to, co uczyniło z niego literackiego geniusza. Geniusza. Geniusza i (jak zgodnie piszą o nim krytycy literaccy całego świata) największego stylistę literatury angielskiej. A propos - a to ci przewrotność losu; facet zrodzony w Berdyczowie, zaciągający z polska kresowym akcentem którego nie pozbył się do końca życia maskując go francuskim a dokładnie marsylskim akcentem - największym stylistą literatury angielskiej! Lecz kto Conrada nie czytał dla smaku budowanych zdań, ten nigdy nie zrozumie czym jest geniusz w literaturze.” (...)

Schorowanemu a przy tym zgryźliwemu i znerwicowanemu jak introwertyczny borsuk, pogrążonemu w lżejszej lub cięższej formie depresji, nieustannie narzekającemu na rwanie w kościach, dreszcze, bóle, migreny i niekończące się problemy z kształtowaniem formy i stylu, ta dla historii wręcz bezimienna kobieta stworzyła coś, co okazało się najważniejsze dla niego, jego pisarstwa i literatury światowej - dom. Dom a w nim to, czego starzejący się, schorowany pierdoła nigdy nie posiadał - spokój, bezgraniczną miłość i wszechstronną opiekę.
Owinięty w kraciate pledy, popijając odwary, napary, kropelki i bezustannie od żony czegoś się domagając, nareszcie miał warunki aby w ciszy, skupieniu, wolny od trosk finansowych tworzyć arcydzieła. Aż chce się powiedzieć: pan Józef nareszcie przybił do portu by zacumować na zawsze. Bo nic innego powiedzieć się nie da o tym nieustraszonym wilku morskim, który na długie dziesięciolecia zakotwiczył w sercu, życiu i szkatule panienki Jessie z domu George. A ona? Cóż, ona jak syrena z głębin Pacyfiku po prostu go przygarnęła z całym dobrodziejstwem inwentarza żadnych zysków i niezliczonych strat. Tak, Kochani. Albowiem najlepsze nigdy nie przychodzi samo, ono zawsze przyjdzie ze wszystkim. (...)


.