niedziela, 21 czerwca 2015

Obca kobieta
















Zdzisław Antolski


Miałem wtedy może jedenaście, może dwanaście lat. Była słoneczna niedziela. Lipiec. Wakacje. Rano, o godzinie dziesiątej uczestniczyłem w kościele we mszy dla młodzieży i umówiłem się z chłopakami po obiedzie. Nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, tylko tak pochodzić, może zajrzeć do podworskiego sadu pana Lubowieckiego na jabłka, może obejrzeć w telewizji u Longina mecz bokserski? Już wtedy zauważyłem pod kościołem furmankę z lodami. Co niedzielę przyjeżdżał do nas sklepikarz z miasteczka Wiślicy. Porcje były małe, w tubce za dwa złote albo duże, w dwóch opłatkach, po cztery złote.
    Po obiedzie, na który był rosół z kury i potrawka, poprosiłem mamę, żeby dała mi drobne na lody. Kupiłem sobie duża porcję, i szczęśliwy, pomaszerowałem drogą na wieś. Ubrany byłem w białą koszulę i nowe spodnie, czarne, od garniturku. Mama mnie upominała, żebym nie ubrudził swojego stroju. Lubiłem buszować z chłopakami po cmentarzu, biegać po pastwisku i zaglądać do piwnic i na strychy. W efekcie często na koszuli lub na spodniach miałem zielone smugi od zgniecionych traw albo nawet brzydkie ślady po gęsich odchodach. Mama bardzo się na mnie gniewała, że ciągle musi prać moje ubrania. Narzekała, chodziła smutna i nie odzywała się do mnie.
     W nocy padał deszcz, gliniasta droga była śliska, a ja miałem na nogach skórzane, sztywne półbuty, trochę już na mnie przyciasne. W pewnym momencie, na wąskiej grobli między dwoma wielkimi kałużami, potknąłem się i porcja lodów wylądowała na świeżo wyprasowanych spodniach. Zrobiła się wielka, tłusta plama. Im bardziej chciałem ją zetrzeć chusteczką do nosa, tym stawała się większa i jeszcze bardziej okropna.
Rozgoryczony tą niesprawiedliwością losu, zacząłem głośno płakać. Cała niedziela zmarnowana, muszę wracać do domu, a tam czekają na mnie krzyki i wymówki mamy. Połykając łzy, wycierałem nos chusteczką, która była upaćkana lodami. Byłem w rozpaczy.
Wtedy z najbliższej chałupy wyszła niemłoda kobieta. Miała może pięćdziesiąt lat, może mniej. W fartuchu w kwiaty, z gładko zaczesanymi włosami.
    - A co to się stało? – zapytała. – Taki duży kawaler, a tak płacze, wstyd.
Pokazałem jej gestem plamę, przyczynę mojego nieszczęścia. – Mama będzie zła – zachlipałem.
    - Nie martw się, chodź do mnie na podwórze, coś zaradzimy – powiedziała ciepłym głosem kobieta i pogładziła mnie po głowie. Fartuchem obtarła mi twarz z łez, zmieszanych z resztkami lodów.
    Na środku podwórza posadziła mnie na taborecie i kazała zdjąć spodnie. Wielki czarny pies, o imieniu Azor, obwąchiwał mnie podejrzliwe. Następnie uprała je w wyniesionej z domu miednicy z mydlinami. Powiesiła moją garderobę na sznurze. Było lato, upał, kiedy czekaliśmy, aż wyschną, kobieta rozmawiała ze mną o wszystkim: o szkole, o zabawach z chłopakami, o moich rodzicach.
    Spodnie wyschły bardzo szybko, włożyłem je i pobiegłem do chłopaków. Wieczorem, zmęczony i szczęśliwy, po zabawach z rówieśnikami, wróciłem do domu. Mama niczego nie zauważyła, zresztą nie miała na to czasu, bo kłóciła się z ojcem, że jej nie pomaga w codziennych obowiązkach. Zjadłem kolację i zasnąłem twardym, kamiennym snem. Nad ranem śniło mi się, że obca kobieta, o dobrotliwym spojrzeniu, którą dziś poznałem, głaszcze mnie, szorstką dłonią, po głowie.


POWRÓT