niedziela, 21 czerwca 2015

OBRAZ


 Wanda Szczypiorska




W prześwicie pomiędzy ołtarzem a amboną widać tylko kawałek twarzy i oko siedzącego gdzieś z tyłu księdza. To oko mnie odnajduje, a ja udaję, że go nie dostrzegam, lecz może to właśnie ja wpatruję się w ten kawałek twarzy i oko jest zaniepokojone? Lektor kończy czytanie, ksiądz wstaje, podchodzi do ambony, żeby przeczytać ewangelię.
     Po mszy czeka na mnie w drzwiach i już wiem – ma sprawę. Ksiądz jest tu nowy, będzie budował kościół. Parafia nowo utworzona, kaplica – stary barak, ołtarz zrobiono ze zwykłego stołu. Na głównej ścianie wisi krzyż i mały, tandetny obraz Matki Boskiej. Ksiądz chyba przed czterdziestką. Wydaje się być miły. Kołnierzyk ma wystrzępiony, sutannę niezbyt świeżą i buty w nienajlepszym stanie. Mieszka na razie w prowizorce, bez wody i kanalizacji – tak słyszałam.
      Zaprasza mnie na rozmowę. Jesteśmy onieśmieleni. A więc od razu przystępujemy do sprawy. Czy się podejmę? – pyta. Wahając się mówię – Tak, tylko że nie maluję za darmo. On mówi, że zapłaci, ile będzie trzeba. I wręcza mi na wzór obrazek kupiony w sklepie z dewocjonaliami. Lecz to nie wszystko. Musi dostarczyć sklejkę, bo płótno – uznał - jest nietrwałe. Umawiamy się, że podrzuci. Wychodząc mówię
      - Do widzenia.
Po kilku dniach przynosi sklejkę - metr na siedemdziesiąt. Wnosimy ją do pokoju, a on rozgląda się niepewnie, bo to, co stoi u mnie pod ścianami wcale nie przypomina świętych. Czuję zapaszek papierosów jakby zastarzały, jednak kołnierzyk ma porządny i sutannę czystą. Nie siada, ja również stoję i rozmawiamy z sobą jakoś tak nieskładnie. Zapraszam go na obiad, jednak nie dziś – w ogóle. Tłumaczę się. - Słyszałam -mówię – że parafianie wszyscy po kolei? A on przyjmuje zaproszenie i znów jesteśmy spięci. (To nienormalne chyba, że widzę w nim mężczyznę). Teraz trzeba ustalić kwotę, którą mi zapłaci. Krygując się wyduszam z siebie – dwieście złotych.
     Na umówiony obiad przychodzi ubrany w garnitur i koloratkę. Ten strój cywilny sprawia, że czuję się swobodniej, chociaż mówię do niego z szacunkiem „proszę księdza”. Siada do stołu, ale podczas obiadu wydaje się zakłopotany. Nie lubi barszczu? A może zrazy twarde, kasza niedogotowana? Wkrótce rozmowa się rozkręca, zaczyna się robić miło, a po obiedzie paląc papierosa za papierosem opowiada o sobie, gdzie się urodził, gdzie mieszkał. Podaję kawę. Może koniak? Owszem. Pijemy obydwoje. Pyta o męża i ja też się zwierzam. Mąż się gdzieś kręci . Nie chce przeszkadzać, jadł już obiad. Dom budowaliśmy obydwoje. A ja? Nie jestem amatorem. Uczyłam się malować. Czuję, że mam wypieki, a w takim stanie (Boże) mogłabym palnąć głupstwo. Potem on chce obejrzeć obraz, a ja mu mówię, och! Że nie, nie teraz. Kiedy wstajemy dotykam jego kolana. Niechcący. Gwałtownie cofam rękę, czując jednak, że jest kościste i twarde. Nie przepraszam. On udaje, że tego nie zauważył. Zarumieniony. Zawstydzony?
      Kościół stoi na skraju wsi. Dalej tylko pola. Idąc tamtędy na spacer (droga prowadzi donikąd) widzę z daleka czarną postać. On mnie nie widzi, a może tylko udaje. Ja też udaję, że chodzę po polach w innym celu. Mam aparat kupiony na ruskim targu i robię zdjęcia widoków za kościołem. Nasza podmiejska wieś od dawna już nie jest wsią. Nikt tu niczego nie sieje. Pola zarosły zielskiem, gdzieniegdzie nagie drzewa. Odwracam się. Wciąż tam jest. Ruchliwy, czymś zajęty. 
 
W niedzielę na mszy siadam pod ścianą z boku, ale wydaje mi się, że on na mnie zerka. I chociaż treść homilii o niczym takim nie świadczy przypuszczam, że kazanie mówi tylko do mnie. Pewno tak jest, bo parafianie mają nieruchome twarze. Przysypiają. Ale komunię przyjmują wszyscy. Podchodzą i odchodzą, jednak do przepychanek nie dochodzi. 
    Po mszy ponownie czeka na mnie w drzwiach i rozmawiamy o obrazie. Właściwie obraz jest gotowy, można go odebrać. Pytam – a gdyby trzeba było zmienić coś, poprawić? Mówi, że przyjdzie. Kiedy? Nie wie. I tak się rozstajemy obydwoje w uśmiechach i z tym błyskiem w oku, który o niczym nie świadczy jeszcze, ale sprawia, że nie jesteśmy już sobie obcy. A przecież nie wiem nawet, jak on ma na imię. I wcale nie muszę wiedzieć. Po co mi to? On do mnie zwraca się po nazwisku.
    Przychodzi w poniedziałek. Prowadzę go do pokoju, pokazuję obraz. Nie wiem, czy jest zadowolony - mówi, że tak. Wyjmuje dwieście złotych, lecz ja się bronię, nie chcę.
      - O nie – mówię – obraz namalowałam dla księdza.
Poprawia mnie
      - Dla kościoła.
A potem zamiast wyjść rozsiada się na kanapie. Nie jestem zbyt swobodna, powinnam się przebrać może, bo mam na sobie rozciągnięty dres. Przepraszam go na chwilę, a kiedy wracam w dżinsach, spostrzegam – przygląda mi się. Chciałabym, żeby został, więc proponuję herbatę. Razem idziemy do kuchni. I wtedy… nie wiem czemu, czuję się jakoś dziwnie – jego łysawa głowa i sutanna budzi we mnie czułość. Nagle wydaje mi się, że jego obecność w kuchni, jak gdyby wypełnia przestrzeń. Jest blisko, bardzo blisko. Czuję się tak (czujemy obydwoje?), jakby to była przyjaźń. Może miłość?
     W następnych dniach widuje go z daleka. Nie ośmielam się podejść i porozmawiać, bo obraz przestaje być pretekstem. Wisi. Poświęcony. Przyjechał biskup. Inni księża. Mój ksiądz im pokazywał obraz, a oni powiedzieli – piękny. Proboszcz innej parafii zamówił taki sam. A ja? Że co? Że kicz? A co tam. Namaluję. Może już nie za dwieście jednak, może za sześćset złotych?