wtorek, 23 czerwca 2015

OPOWIEŚĆ O JANIE




BOGUSŁAW JANICZAK



Wtedy płynęły te żaglowce. Wtedy płynęły. Gdzieś ku nieznanym brzegom, gnane wiatrem, niespokojną myślą zdobywców. Gdzieś, gdzie drzemały uśpione ziemie nieznane jeszcze , nieodkryte. Żagle targane wiatrem, niespokojne wielkie ptaki. Nieznane brzegi.
Żeglarze- odkrywcy, żeglarze- zwycięzcy. Odkrywanie nowego świata. Uśpione brzegi nie znały jeszcze tego ognia, który nieśli ze sobą rycerze zakuci w blachy. To wszystko przyszło później. Bezkresy oceanu, szlaki nieodkryte jeszcze. Statki- widma budzące trwogę wśród żeglarzy. Statki zwycięzców Kto stał się myśliwym, kto zwierzyną. Brzegi jeszcze drzemały, uśpione w swojej niewiedzy. To przyszło potem. Zdobywca stanął twardą stopą na nieznanym lądzie. Żelazne oddziały. Tam, skąd oni przybywali, wszystko było już znane, odkryte. Znane?Tutaj dopiero budziło się życie. W swojej formie pierwotnej, różne od tej , którą oni znali. Dopiero później zapłonęły lasy, domy. Miecze zrosiła krew. Ogień i krzyż. Kto został zwyciężony? Kto zwyciężył? Szaleńczy sen o złocie. Suche piaski pustyni, nieprzebyte lasy, pełne cienistej zieleni, gorące słońce z obcego nieba. Statki gnane wiatrem. Zdobywcy. Tysiące zapomnianych mogił. Złoto. Dalekie, nieznane miasta. Grube księgi, zamknięte tajemnice, pieczęcie. Chłodne mury klasztorów. Sekrety zamknięte na wieki. Memento Mori.
Pamiętaj o śmierci. Procesje biczowników na drogach. Dłonie wyciągnięte do nieba. Popiół na głowie. Memento Mori. Wyludnione miasta. Tędy przeszła śmierć, tędy przeszła wojna.
Tędy przeszli zdobywcy. Kamienne twarze. Żelazne hełmy. Miecze, krzyże, ogień…
Oczyszczenie. Ogień, krew i złoto. Zdobywanie nowych ziem. Król mieczem skinął, król dał rozkaz. Pierścienie na palcach, korony, tiary. Purpura, fiolet. Złoto. Zwyciężymy. Pisanie historii mieczem, piórem. Białe karty księgi. Białe karty nieznanych brzegów. Statki płynące w nieznane. Przyjdzie nowy bóg na skrzydlatej łodzi. Na białym koniu. Konie odeszły w step. Ludy odeszli w niepamięć. Las zakrył umarłe miasta. Historia pamięta, historia uczy.
Nazwy, daty, imiona. Król zwyciężył. Polegli żołnierze. Na mogiłach rosną nowe miasta. Nie płaczą duchy pośród murów. Kroniki mówią o zwycięzcach. Ten wódz był wielki. Umarł w chwale i poszanowaniu. Herbowa tarcza podzwania na wietrze. Nie słychać skarg. Wojny przychodzą i mijają. Ludzie odchodzą. Kamienie pilnują tajemnic. Księgi, pergaminy, manuskrypty. Kamienne pieczęcie. Skrzydlate okręty, skrzydlate konie. Wymarłe miasta, puste drogi. Zdeptane ogrody. Tędy przeszli zdobywcy. Stalowe hełmy. Imiona bohaterów wpisane w granit. Imiona zwyciężonych wpisane w ziemię. Duchy się nie skarżą. Imiona które uleciały z dymem kominów. Pisane wiatrem po niebie. Bóg z nami. Bóg patrzy na ziemię. Oko księżyca spoza chmur. Nad pustym polem przebiegł anioł smutku. Skrzydło zranione o żelazny płot. Drogi obeschły. Kto dziś obmywa gwiazdy z krwi. Zielone sukno pól. Tamte hełmy zardzewiały w ziemi. Tamte miecze. Skrzydlate okręty odeszły w niepamięć. Ptaki o czarnych skrzydłach. Bogowie modlą się do gwiazd. Mane Tekel Fares.
Na rozstrzelanym murze. Historia stawia duże kroki. Kamień pilnuje tajemnic. Lewiatan strzeże złota. Na ołtarzach kwitnie biały bez. Potem przyszli inni zwycięzcy. Nieśli ze sobą czarne krzyże. Inne niż te kiedyś na białych płaszczach. Inne, ale jakieś podobne. Na stali, na skrzydłach. Mieli żelazne hełmy, stalową broń, inną niż tamci zdobywcy. Szli naprzód. Obce im były żaglowce. Naprzód. Podkute buty, równy krok. Naprzód. Bóg jest z nami...

…Znowu nadeszła jesień. Wiatr zapalał na wzgórzach świece wrzosów. Płomyki liści pełzały
po gałęziach, opadały, przemieniając się w motyle. W skrzypcach starych drzew zamieszkały świerszcze. Niebem ciągnęły chmury, wielkie i ciężkie jak kupieckie wozy, pełne tajemnic, bławatów i fioletu. W lesie stare, omszałe drzewa trzęsły swymi długimi brodami, podobne do tłumu milczących olbrzymów. Od pól ciągnął chłód. Poranki szare i smutne, szybko przemieniały się w długie wieczory. Na rozmokłych drogach rzadko było słychać skrzyp osi, mozolny turkot kół. Gdzieś pod miedzą trząsł się z zimna chochoł. Ciężkie dymy snuły się po kartofliskach. Wieczorami widać było błędne ognie, snujące się po moczarach. Jesień. Ptaki już odlatywały. Ostatnie ich klucze zbierały się na podmokłych łąkach, gotowe do odlotu. Jeszcze na coś czekały, na coś się oglądały, ale już wiatr je wołał do drogi, za morze. Pustoszały ugory. Jesień szła ścieżkami, w purpurowym płaszczu. Zza drzew wyglądały ciekawie małe, leśne diablęta, patrząc na świat swymi wielkimi, zielonymi oczami…

Do miasta przyszła jesień. Do miasta i do wsi. Wtedy przyszedł czas pożegnania. Wszyscy poszli na stację kolejową, żeby pożegnać odjeżdżających. Jan poszedł z nimi. Kończył się dzień. Ktoś wyciągnął rękę w stronę zachodzącego słońca, pokazywał coś. Zadarli głowy do góry. Właśnie odjeżdżał ostatni pociąg. Migał światłami okien. Na peronie dróżnik w czerwonej czapce machał latarnią na pożegnanie. Kiedy pociąg znikł w chmurach, zrobiło się smutno i zaczął padać deszcz. Po szybach spływały krople. W pustych kościołach zasypiali święci. Noc była chłodna. W ogrodach ciężko oddychały drzewa. Na drugi dzień była sobota i było wesele u sołtysa w stodole. Gospodynie grube jak wielkanocne baby, kołysały się w takt muzyki. Tylko panna młoda gdzieś zniknęła. Porwali ją przejeżdżający Cyganie i zamknęli w pudle skrzypiec. Teraz dźwięczy im tysiącem dzwonków przy wieczornych ogniskach. Po Cyganach został tylko kurz na drodze. A wieczorem otworzyła się furtka w ogrodzie i wyszedł z niej gruby, wąsaty sierżant a za nim cały oddział strzelców…To ci, co pierwsi poszli na barykady. Potem wszyscy wrócili do domu i w głównej izbie schowali się za piecem, żeby przeczekać zimę. Tylko sierżantowi wystawały wąsy zza pieca i wielki, czerwony nos. Czasem otwierał jedno oko, jakby chciał sprawdzić co się dzieje dookoła. Jan wieczorami wystawiał na próg miskę, pełną okruchów chleba. To dla leśnych dziadów, których zimno wygnało z lasu. Na starych, poczerniałych obrazach toczyły się bitwy. Żołnierze strzelali do siebie, stojąc naprzeciwko. Potem padali i odchodzili w śnieżny błękit grudniowych pól. Mróz jechał saniami i przyglądał się walczącym . W oddali biły dzwony. Z miasta szła procesja ze sztandarami. Ludzie żegnali anioły odlatujące do lasu. Na polanie myśliwy Gajarosz zaczaił się na jelenia. Zanim złożył się do strzału, jeleń oderwał się od ziemi , poszybował ponad lasem.
- Oj, co to się dzieje, widziałeś Janie?- zawołał stary Gajarosz i wyjął z kieszeni płaską piersiówkę. Pociągnął tęgi łyk. Tymczasem jeleń poszybował i znikł gdzieś ponad lasem.
Gajarosz pociągnął z piersiówki i nad czymś myślał. Jan patrzył tam, gdzie znikł jeleń. Inni stali i rozmawiali po cichu. Wszyscy wrócili do domu. Tymczasem na rynku zwołano wiec. Posągi stały w zamyśleniu, pełne gołębi i kwiatów. Spiżowy rycerz wsparty na mieczu, spoglądał na tłum. Na rynku rozpalono ogromny stos. Płonęły księgi i meble wyrzucone przez okno na bruk. Dookoła tańczył tłum, trzymając się za ręce. Wtedy na trybuny wystąpił On. Czarny mundur, gładko przylizane włosy, w oku monokl. Na dłoniach białe rękawiczki.
-Meine Frauen, Meine Herren! Voila!
Z megafonów płynęły marsze. Na latarniach siedziały czarne ptaki. Niebem ciągnęły chmury wielkie, ciężkie, postrzępione, jak ogromne okręty pod pełnymi żaglami. Ciągnęły i znikały gdzieś za horyzontem. Jan stał i patrzył jak odpływają. Wtedy do niego podeszło dwóch ludzi. Mieli na sobie długie, szare płaszcze i kapelusze. Ich twarze były jednakowe.
- Dlaczego nie tańczysz?
- Ja nie umiem.
- Tańcz, tak jak wszyscy.
- Ale ja przecież…
- To rozkaz. Befehl!
A wtedy od wschodu nadeszły pierwsze odgłosy burzy. Spiżowy rycerz złamany w pół, upadł ze swojego cokołu. Jego miecz pękł. I wtedy na trybuny wyszedł ktoś inny.
-Tańcujem, tańcujem- zaklaskał w dłonie, na których miał czarne rękawiczki. I wtedy tłum zaczął tańczyć w drugą stronę. A ze wszystkich pomników zerwały się gołębie i znikły w chmurach. Na stos rzucono nowe księgi. Za oknami wstawał nowy dzień. Kobiety szyły białe szaty i sztandary. Opustoszały drogi. Opustoszały ulice. Na rynku znowu postawiono pomnik rycerza. Teraz już nie miał miecza. Stał smutny, jakby nie wiedział co ma robić. Patrzył gdzieś w dal. Niebem płynęły chmury, jak skrzydlate okręty. Gdzieś do innych wysp, innych światów, drzemiących w niepoznanym jeszcze oceanie. Jan żeglował wraz z tymi chmurami. A chmury płynęły jak żaglowce niesione wiatrem. Białe, błękitne, fioletowe. Odpływały gdzieś daleko. Jan stał z zadartą głową i patrzył na chmury. Wraz z nim stali inni i patrzyli. Aż przyszedł policjant i powiedział, że tutaj nie wolno stać i patrzeć.
- A gdzie wolno?- zapytali.
- Nigdzie! Rozejść się. To rozkaz!
Za policjantem krył się mały, chudy człowieczek w szarym płaszczu. Patrzył uważnie na wszystkich i coś notował w notesie. Kiedy zobaczył Jana, zdjął kapelusz, ukłonił się i znowu zaczął notować. Wszyscy zaczęli się rozchodzić. Nagle ktoś krzyknął:
-Patrzcie, idą!
Główną ulicą na rynek szli żołnierze. Prowadził ich gruby sierżant, który całą zimę przesiedział za piecem. Był bardziej gruby niż kiedyś, ale szedł równym krokiem, a za nim żołnierze. Za żołnierzami szła orkiestra strażacka. Wszyscy strażacy byli wąsaci i ochoczo dmuchali w swoje złociste trąby Grali marsze. Za orkiestrą szły kobiety w białych sukniach. Za nimi szli ludzie ze sztandarami.
- Idziemy za nimi!- ktoś krzyknął.
Ruszyli za tłumem. Jan wszedł do baru, tuż za rogiem. Przy stoliku siedział stary Gajarosz z kuflem piwa. W kącie stała jego strzelba.
-O, stary znajomy- ucieszył się Gajarosz.
-Co słychać, Janie?- zapytał.
- Nic nowego. Żle sypiam ostatnio.
- Żle sypiasz? A czemu?- zapytał Gajarosz.
-Nie wiem. Prześladuje mnie taki dziwny sen.
- Opowiedz. No, to ciekawe.
Ten sen powracał prawie co noc. Jan szedł ciemną ulicą. Wiedział, że na końcu tej ulicy jest jego dom. Znał ulicę, znał jej mieszkańców. Rozpoznawał ich. Oto na progu ciemnej sieni stoi mała dziewczynka w czarnej sukience z jabłkiem w dłoni. Stoi i patrzy na niego. Gdzieś w głębi sieni widać ogień, słychać czyjś krzyk Jan idzie dalej. Z okna wychyla się gruby sklepikarz. Dalej w drzwiach dwie starsze panie, nauczycielki którym się zawsze kłaniał. Mija innych ludzi. Wszyscy mu się przyglądają w milczeniu, nieruchomi. Gdzieś widać łuny pożarów, które rozświetlaj ciemność. Uliczne lampy nie świecą. Jan dochodzi do końca ulicy. Zaraz powinien być jego dom. Nagle ktoś przed nim biegnie, słychać stukot butów na bruku. Jakaś drobna postać. Jan biegnie za nią, chce dopędzić.
- Stój, stój, poczekaj!- woła.
Postać staje ale się nie odwraca. Kiedy Jan podchodzi, postać powoli się odwraca. Jan słyszy przeraźliwy śmiech, gdzieś się urwały wrony z krakaniem, kołują nad ulicą. Jan cofa się przerażony. Przed nim stoi postać bez twarzy. Zamiast twarzy widać tylko jasną plamę. Nagle postać zaczyna drgać, chwiać się i znika, jakby zapadła się pod ziemię. Jan się rozgląda i z przerażeniem stwierdza, że ulica gdzieś znikła, a on błądzi po jakimś starym, zapuszczonym cmentarzu. Nad nim kołują wrony i kraczą. Słyszy jakiś narastający łomot, tętent tabuna rozszalałych koni. Tętent narasta, jest całkiem blisko. Wydaje mu się, że za chwilę z krzaków wypadną rozszalałe konie i go stratują. I w jednej chwili wszystko się urywa, znika. Jan się budzi. Nie ma ulicy nie ma cmentarza, nie ma wron. Nie ma rozszalałych koni. Sen męczy go bardzo często. Jego ulicy dawno już nie ma. Domy rozbite, spalone, znikły z powierzchni ziemi, tak samo jak jej mieszkańcy. Jan jako jedyny z tej ulicy ocalał.
- Dziwne rzeczy dzieją się na tym świecie- rzekł stary Gajarosz.
- Tak to czasem się układa- rzekł Jan.
Potem nad brzegiem jeziora Jan spotkał znajomego malarza.
- Co tutaj robisz?- zapytał.
- Jak to co? Maluję pejzaż- malarz zdziwiony pomachał pędzlem. Jan spojrzał na jego obraz. Na płótnie widać było jakąś antyczną świątynię i ludzi ubranych w białe szaty.
- Co ty tu malujesz? Przecież to nie jest jezioro.
- No to co z tego? Maluję pejzaż z tej kartki, zobacz tutaj- pokazał mu jakąś reprodukcję z gazety, przedstawiającą starożytną świątynię, ludzi ubranych na biało, drzewa i krzewy i coś jeszcze, na co już mu się nie chciało zwracać uwagi.
- Myślałem, że malujesz jezioro- powiedział Jan.
- Nie, maluję nad jeziorem, a to co innego.
- Można i tak zgodził się Jan.
- Można , czemu nie, lubię malować w plenerze. To daje poczucie więzi z przyrodą, na przykład weź tamto uschnięte drzewo- malarz wyciągnął rękę pokazując mu uschnięty kikut nad brzegiem.- Myślisz, że to takie zwykłe drzewo, a przecież inaczej ono wyglądało rano, inaczej w południe, a inaczej wieczorem. Zależy jak padają na to drzewo promienie słońca. Albo tamta krowa na łące, zobacz!
- Tak, wiem, słońce na nią pada.
Malarz spojrzał na niego, wyraźnie zły i pochylił się nad swoim obrazem. Coś tam poprawiał, mruczał do siebie. Nie zwracał na nic uwagi. Jan stał na wzgórzu i patrzył przed siebie. Przed nim ciągnęły się pola. Niebem płynęły ciężkie chmury. Znowu przyjdzie jesień- pomyślał.
Chmury płynęły na wietrze jak żaglowce, z postrzępionymi żaglami. Pojawiały się nad horyzontem, nadciągały i znikały gdzieś po przeciwnej stronie nieba. Ciągnęły podobne do okrętów. Inne wyglądały jak maszerujące wojsko, jeszcze inne przypominały tłumy ludzi. Wszystko to pojawiało się nagle, trwało przez chwilę i odchodziło gdzieś za horyzonty, w niepamięć…