piątek, 12 czerwca 2015

SILVER MOON

BOGUSŁAW JANICZAK 

 Niektórzy marynarze uważają, że statek to taka pływająca wyspa na której siadają przelotne ptaki. Jedne odlatują, inne zostają przez jakiś czas, potem one też odlatują. Na ich miejsce zazwyczaj przylatują inne ptaki. Te ptaki to marynarze. Statek to miejsce zlotu takich ludzi, podobnych do wędrownych ptaków. Jedni pojawiają się na statku, zostaną na dłużej, potem wracają do swoich krajów, w różne strony świata. Na ich miejsce pojawiają się inni. A statek dalej pływa, jak pływająca wyspa. Marynarze tak jak mewy, które siadają na jakiejś belce, skrzynce, czy na kawałku drewna, unoszonym przez fale. Jedne ptaki zostają, inne odlatują. A statek dotąd pływa, dopóki nie znajdzie swojego miejsca spoczynku gdzieś na cmentarzysku starych wraków, albo nie pójdzie na dno, co się również zdarza. Statki też mają swój przewidziany byt w czasie i w przestrzeni. Marynarze mustrują w różnych portach, w różnych też portach opuszczają swoje statki, żeby za jakiś czas pojawić się na pokładzie innego statku, w innym porcie.
Na ich miejsce zawsze pojawiają się inni marynarze. Takim statkiem, jednym z wielu, które pływają po różnych morzach tego świata był „Silver Moon”. Nazwa jak wiele innych. Na ten właśnie statek zamustrował Piotr w którymś z portów hiszpańskich. Był koniec lutego. Piotr zmieniał marynarza wracającego do domu w Odessie. Załoga mieszana, siedem osób. Kapitan Niemiec, mechanik Austriak, dwóch Rosjan, jeden Ukrainiec, kucharz Filipińczyk i on. Przekrój różnych nacji i charakterów. Statek popłynął z Hiszpanii do Portugalii. Z portu Aveiro miał zabrać drewno w paletach do Casablanki. Zaczął się marzec. Pogody na Atlantyku nie były najlepsze. Do Aveiro statek wszedł we wtorek po południu. Załadunek drewna zaczął się na drugi dzień, rano. Piotr, który zaokrętował jako chieff pokładowy pilnował załadunku. Jego obowiązkiem było sprawdzenie, czy wszystko jest wykonywane sprawnie i bezpiecznie. Po południu załadunek drewna został zakończony. Wieczorem „Silver Moon” wyszedł w morze. Pogoda była dobra, tylko gdzieś od Atlantyku ciągnęła jakaś dokuczliwa, martwa fala.
W Casablance zeszło kilka dni. Najpierw dwa dni na redzie, w oczekiwaniu na miejsce do wyładunku. Potem trzy dni w porcie. Z Casablanki „Silver Moon” popłynął do Hiszpanii. Potem była Francja, Irlandia, potem znowu co innego. Tak minął marzec, potem kwiecień. Piotr przywykł do statku, do załogi, do krótkich postojów w portach. Od dawna zauważył, że kapitan Helmut Koerber pije piwo na mostku. Na wachcie od rana do południa wypijał kilka lub kilkanaście butelek piwa. Najczęściej towarzyszył mu na mostku Jurgen, gruby Austriak. Helmut był również tęgi, nalany. Po piwie robił się czerwony na twarzy, mówił podniesionym tonem, stawał się agresywny. Polaków nie lubił, o czym nieraz mówił głośno. Również nie tolerował Filipińczyka, chociaż ten starał się, jak potrafił. Nie zawsze mu jednak wszystko wychodziło, tak, jak życzył sobie Helmut. Początkowo Piotr nie przejmował się humorami Niemca, dopóki go to nie dotyczyło bezpośrednio. Wiedział, że przed nim byli na statku Polacy i im to głównie Helmut okazywał swoją niechęć. Rosjan się nie czepiał, Ukraińca też nie. Najbardziej gnębił kucharza, w czym pomagał mu Austriak. Mały Filipińczyk znosił wszystko w milczeniu i starał się być zawsze miły. Gdzieś w połowie maja statek wszedł do Rotterdamu. Był poniedziałek, około południa. Po zacumowaniu i po odprawie portowej, Helmut zawołał Piotra i powiedział :
Słuchaj, ja idę spać. Obudź mnie około godziny piętnastej, albo gdyby przyszedł ktoś z lądu. Jeżeli nic się nie będzie działo, w żadnym wypadku nie budź mnie wcześniej. Załadunek będzie dopiero jutro rano. Dopilnuj, żeby marynarze malowali pokład.
- OK. Master, wszystko jasne!
Wszystko odbywało się zgodnie z planem Marynarze malowali pokład, Piotr zajął się swoimi sprawami. Ale gdzieś około godziny piętnastej przyszedł z lądu jakiś człowiek, który przedstawił się, że przychodzi od agenta i ma bardzo ważną sprawę do kapitana.
- Kapitan teraz śpi, może ja mógłbym w czymś pomóc? – zapytał Piotr.
-To go obudź, bo to jest bardzo ważna sprawa. Mogę rozmawiać, tylko z kapitanem.
- No dobrze – zgodził się niechętnie Piotr.
Nie chciał budzić kapitana, ale przecież już dochodziła godzina piętnasta. Zbudził więc Helmuta, który przyjął nieznajomego w drzwiach, w niekompletnym ubraniu. Chwilę z nim porozmawiał. Gość odszedł tak szybko jak się pojawił. Ale Helmut nagle poczerwieniał na twarzy.
- Chief mate ? – rozległ się jego ryk.
- Słucham, master.
- Co ja ci powiedziałem, że masz mnie nie budzić przed godziną piętnastą, chyba żeby wydarzyło się coś ważnego!
- Przecież już dochodzi godzina piętnasta, a ten co tu był, powiedział że ma ważną sprawę do kapitana, że mną nie chciał rozmawiać!
- To był jakiś dureń ze stoczni, który się pytał czy za pół roku będziemy tutaj remontować statek. A skąd ja mam wiedzieć, co będzie za pól roku?
- On mi tego nie powiedział.
- A idź ty, jesteś jak wszyscy Polacy!
Helmut był czerwony na twarzy jak burak. Widać po nim było, że już wypił sporo piwa. Wrzeszczał po niemiecku, przeklinał, z czego kilka razy Piotr usłyszał pod swoim adresem – „lieg am Arsch”. Słuchał najpierw cierpliwie, ale widząc, że Niemiec cały czas wrzeszczy na niego i nie ma zamiaru przestać, przerwał jego potok wyzwisk i powiedział :
- Posłuchaj! Nigdy nie mów do mnie „Lieg am Arsch”. Ja dobrze wiem, co to znaczy, znam trochę niemiecki. Jeżeli jeszcze raz będziesz się mnie czepiał, to zrobię ci taki numer, ze będziesz mnie pamiętał do końca życia. Uważaj, co mówisz!
Niemiec aż gębę otworzył ze zdziwienia, że ktoś mu się postawił. Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś takim. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, chociaż doskonale wszystko zrozumiał. Trzasnął drzwiami swojej kabiny. Do wieczora nie pojawił się na pokładzie. Na drugi dzień, niby wszystko było w normie, ale Niemiec nie odzywał się do Piotra, zresztą z wzajemnością. Piotr od rana pilnował załadunku. Wszystko szło jak należy. Po południu statek wyszedł w morze. Dopiero po dwóch dniach Helmut odezwał się do Piotra.
- OK. chief, przepraszam. Trochę się uniosłem wtedy, niepotrzebnie – Niemiec wyciągnął rękę na zgodę.
- W porządku, master, nie ma o czym mówić – Piotr uścisnął wyciągnięta rękę Niemca. Od tej pory Helmut traktował go z szacunkiem. Chociaż zdarzało mu się nieraz wybuchać, zwłaszcza po wypiciu kilku piw, ale teraz starał się jakoś wszystko załagodzić. Za to odgrywał się na kucharzu, bo wiedział, że Filipińczyk nigdy mu nie odpowie tak jak Polak. W gnębieniu kucharza pomagał Helmutowi Austriak Jurgen. Zawsze miał o coś pretensje do niego.
- Carlito ! – wołał często przy śniadaniu.
- Tak?
- Co to jest, jajecznica? Scheiße, Scheiße.
- A co, nie smakuje?
- Sam to zjedz. Kiedyś cię zatłukę, ty mały pokrako, Filipińczyków jest jak psów na świecie.
- Przepraszam!
Filipińczyk starał się nie reagować na te docinki. Pomimo, że Jurgen często mu dokuczał, nieraz chodzili razem w portach na spacery. Jurgen, wielki, gruby, maił około 190 cm wzrostu. Carlito, mały, chudy, „półtora metra”, jak mówili na niego marynarze, wyglądał przy Austriaku jak dziecko. Kiedyś, w Hamburgu Jurgen przyprowadził sobie na statek jakąś kobietę, taką z portu. Statek stał przy keji postojowej, nie wiadomo jeszcze było, co z załadunkiem. Nikt tej prostytutki nie widział, bo Jurgen ją przyprowadził w nocy i do rana trzymał w swojej kabinie. Rano przy śniadaniu sam o niej opowiadał i zaproponował kucharzowi, że mu ją odstąpi za jedyne 50 marek.
- Filipino, chcesz „ciwcina”?
- Co takiego?
- „Ciwcina”, girl, freudin, gut, 50 marek!
- Co ty mu proponujesz, prostytutkę? – zapytał Siergiej, Ukrainiec.
- No, a ty nie chcesz? 50 marek i jest twoja.
- Dziękuję, widziałem ją.
- Filipino, idź ją obejrzeć, jest u mnie w kabinie – powiedział Jurgen.
Po chwili kucharz wrócił i spluwając powiedział do Jörgena.
- Sam ją sobie weź. Ona jest paskudna!
- Ona jest gut, Carlito, gut „ciwcina”.
- To ją sobie bierz.
Rosjanie też nie byli zainteresowani dziewczyną Jörgena, również ją widzieli. Wtedy przyszedł Helmut i powiedział :
- Za godzinę zaczynamy załadunek, bierzemy kamienie do Szczecina.
- Do Szczecina? – zapytał Piotr.
- Tak, do Szczecina.
- Master, w takim razie ja schodzę w Szczecinie. Co prawda, mam jeszcze dwa miesiące kontraktu, ale chyba nie będzie żadnych problemów?
- Nie, nie będzie. Dobrze, że powiedziałeś. Załadunek kamieni w Hamburgu trwał krótko. Po południu statek wyszedł z portu. Jörgen zabrał swoją Helgę w rejs. Pomagała kucharzowi gotować. Była bardzo blada, miała zniszczoną twarz, która zdradzała jej profesję.
W Szczecinie na Piotra czekał zmiennik, Litwin z Kłajpedy. Nazywał się Arunas. Kiedy Piotr opuszczał statek, Niemiec uścisnął mu rękę i powiedział :
- Dziękuję. Życzę ci wszystkiego najlepszego. Masz tu jeszcze dodatkowo pieniądze na dzień jutrzejszy. Do zobaczenia!
- OK. master, wszystkiego najlepszego.
Pod trap statku podjechała taksówka. Piotr zaniósł swoje bagaże, pożegnał się z marynarzami.
- Proszę na dworzec – powiedział do kierowcy. Taksówka wolno ruszyła. Piotr nie obejrzał się za siebie. Za nim pozostał „Silver Moon”.