czwartek, 18 czerwca 2015

Strumień świadomości czyli

monolog wewnętrzny 
 

Mimo iż od pierwszego wydania „Ulissesa” Jamesa Joycea niebawem minie 100 lat, jeszcze dzisiaj wielu pisarzy lansuje tezę o istnieniu strumienia świadomości, potwora niebezpiecznego i wysoce podejrzanego. 




Kto jest ów potwór? Jednym zdaniem odpowiedzieć trudno. Jest to arcybrednia, wymyślona przez czcicieli i kontynuatorów pisania prozy a la Emile Zola w duchu i formie zainicjowanego przez niego prądu literackiego - naturalizmu. Czcicielom naturalizmu nie mieści się w głowach, iż można opisać proces myślowy (monolog wewnętrzny) bohaterów prozy, bez opatrywania tej funkcji słówkiem „pomyślał/pomyślała” Podobnie nie mogą się przyzwyczaić do myślników inicjujących dialogi (pomysł Jamesa Joyce) a zastępujących cudzysłowie; do dziś zobaczyć je można w książkach, szczególnie tych drukowanych w niektórych anglojęzycznych krajach.
Nie ma i nigdy nie bylo żadnego „strumienia świadomości”. Jest tylko monolog wewnętrzny czyli proces myślenia połączony z jednoczesną obserwacją i reakcją na wydarzenia zewnętrzne. Co jest naturalne dla każdego z nas.
Ci, którzy nie mogą przebrnąć przez „Ulissesa”, nie mogą też dokończyć lektury książek takich, jak np. „Wawrzyny już ścięto” Édouarda Dujardin, „Absalomie, Absalomie” Williama Faulknera czy „Strefy” Andrzeja Kuśniewicza. I wielu innych. Przerasta ich forma. Albo boli myślenie. A przecież to, z czego się natrząsają, to niewypowiedziane słowa, identyczne z To be or not to be Hamleta, tym się różniące, że niewypowiedziane.
Strumień świadomości” to myśli. Myśli, które towarzyszą nam przez czas czuwania, nocami przemieniające się w sny. Myśli (niezależnie od nas) funkcjonują, analizując i oceniając otaczającą nas rzeczywistość i strumień zdarzeń. Zdumiewające: to, jak i czym na co dzień żyje każdy z nas, w literaturze jest ośmieszane i sekowane! Napotkałem ongi forum „literackie”, które za motto przyjęło zdanie „na strumień świadomości rzucamy się z zębami” Rzucajcie się z czym chcecie, prostaczkowie.
Napisałem kiedyś esej a propos Sylwii Beach, Jamesa Joyce i „Ulissesa”. Zacytowałem w nim wypowiedź pewnego... człowieka piszącego. Zacytuję ten ewenement werbalnej, publicznej anty-intelektualnej afirmacji 

„To ja dziękuję, to ja wolę sobie Radia Maryja posłuchać. Podobnie, potwornie nudną rzeczą jest, jeśli książka wprawdzie niby ma mi jakiegoś człowieka przedstawiać, ale przedstawia mi go nie jako opowieść, w której coś się dzieje, tylko jako monolog, w którym nic się nie dzieje. Ględzi taki facet czy facetka przez dwieście stron, produkuje litanie wyzwisk, kalamburów, ale nic nie zmienia się przez całą książkę, ani w tym facecie/facetce, ani dookoła niego/niej.
Joyce wymyślił tę formę, ten nieszczęsny tak zwany strumień świadomości. Jestem przekonany, że wzorował się na katolickich litaniach do Matki Boskiej, którymi był przecież zafascynowany, pisał o nich w Portrecie artysty z czasów młodości. Ta forma mogła powstać tylko w ultrakatolickim kraju, w Irlandii, i pewnie dlatego tak ochoczo została przyjęta w innym ultrakatolickim kraju, w Polsce. Myślę, że lepszym niż litania wzorcem jest Biblia, która jest opowieścią, nie traktatem i nie bełkotem. Proszę zauważyć, że ten monologowy bełkot jest bardzo złym, słabym, okrojonym i nieprawdziwym sposobem przedstawienia człowieka.” Źródło

Uwierzcie: ten piszący książki pan, prawdopodobnie nigdy nie przebrnął poza pierwszych kilkadziesiąt stron „Ulissesa”. Nie przebrnął on i miliony innych, którzy uwierzyli setkom tysięcy „kretyków”, że ten straszliwy Strumień świadomości mętny jest, niezrozumiały, nieczytelny i że lepiej posłuchać Radia Maryja a jak co czytać, to tylko książki Michała Piątka.
Przeczytałem „Ulissesa” ponad 100 razy. Wielokrotnie sięgam po niego ot, by nasycić się jakimś wspaniałym rozdziałem. Jak choćby „wykładem” Stefana Dedalusa na temat Shakespeare'a. Czego tu nie rozumieć? Ta kongenialna powieść, bez której nie powstałoby wiele ze współczesnych arcydzieł literackich, to coś na kształt paraboli losów Odyseusza i jego syna Telemacha. Tylko bogatsza od „Odysei” o 200.000 różnych słów, którymi Joyce posłużył się, by rzecz skonstruować.
Więc może chodzi o posiadane słownictwo, nie o formę? Może. 

Postscriptum 

Znalazłem w Gazecie Wyborczej taki oto tekst 

"Tymczasem czytanie "Ulissesa" nie grozi niczym strasznym. Najwyżej nie dokończysz. Nikt go nigdy tak naprawdę nie przeczytał. Napisano o nim mnóstwo szkiców i prac krytycznych, ale to nadal nie oznacza, że ktokolwiek go w całości przeczytał. Wielu twierdzi, że ten, kto przeczytał całego "Ulissesa", po prostu łże."


Nie wiem jednego: satyra to czy kpinkowanie z prostaczków (Czytelnicy GW?)  Zobaczcie sami

Post-postscriptum 

Kolejny rodzynek a propos: "Niestety, jakoś trudno nam to zrozumieć i nadal bawimy się w strumień świadomości, nadal tłuczemy powtórki z "Ulissesa". Najwyraźniej uwierzyliśmy, że Joyce, tworząc ten nieszczęsny strumień świadomości, wymyślił jakiś genialny sposób na odwzorowanie tego, co najcenniejsze i ukryte: wewnętrzną rzeczywistość człowieka. Wszystkim tak myślącym przypomnę, co powiedział Nabokow. Joyce był genialnym pisarzem fantastycznym. Wyobraził sobie wewnętrzną rzeczywistość człowieka całkowicie złożoną ze słów. Ale tak naprawdę wewnętrzna rzeczywistość człowieka składa się z obrazów, dźwięków, wstrząsów, czkawek, strachów, radości, konstrukcji, rytmów i także - strzępków zdań." Źródło

Więc: [Joyce] "Wyobraził sobie wewnętrzną rzeczywistość człowieka całkowicie złożoną ze słów." A "Cóż to za ucieszny błazenek";  James Joyce, Ulisses