wtorek, 23 czerwca 2015

SZKLANKI NORMANA





SŁAWOMIR MAJEWSKI

(Fragment)


W spelunie Baton Rouge, na lewo od kibla stał okrągły kolebiący się stolik. To przy nim zasiadał Norman. Norman Graves, pisarz. Pisarz i alkoholik. Jak to pisarz. Powinieniem dodać zwyczajowe nałogowy alkoholik, ale czy jak ktoś jest alkoholikiem, to może być nienałogowym? Niektórzy mówią że tak, ale to ci sami durnie, którzy twierdzą że są alkoholicy niepijący. Pies ich trącał!
Więc Norman był pisarzem. Kiedyś wspominał o spadku po krewnym i stąd miał w miarę przyzwoite mieszkanie, na picie i na dziwki. Był wysokim facetem, z metr dziewięćdziesiąt jak obszył. Zawsze w ciemnobrązowej marynarce, kremowej koszuli rozchełstanej na owłosionej piersi i w spłowiałych dżinsach a przy tym zazwyczaj niedogolony, z petem w kąciku ust, pozował albo na Hemingwaya albo na Camusa. Zależy, przed kim pajacował. Czasami pił z butelki, jak Bukowski. Jak Charles Buk Bukowski, ten poeta.
- Ćma barowa, mówił, to zajebisty film ukazujący prawdę prawd o nas, pisarzach i poetach. Bo Norman sam był poetą w czasach, kiedy studiował w Kent i rwał hipiski na teksty a la Ginsberg. Ale jak w maju 1970 roku oddziały Gwardii Narodowej odstrzeliły dupy czterem studenciakom, zrezygnował ze studiów i wyjechał z kraju.
- Niech pieprzony Bóg przeklnie pieprzoną Amerykę! Powiedział na do widzenia facetom ze studenckiej prasy i od tej chwili miał przesrane w FBI. Dlatego wyjechał. Nie był ani Ginsbergiem ani Learym, których chroniło żydowskie pochodzenie i sława wielkich poetów.
Przez jakiś czas mieszkał w Marsylii a potem w Paryżu z jedną taką czarną dziwką z Somali. Nie była zawodową dziwką, tylko czasami sobie dorabiała. Na co dzień była modelką i pozowała wygłodzonym jak szczury malarzom, z których każdy chciał być wielkim Picassem a żaden nieudacznikiem Modiglianim. Ale każdy chlał jak Modigliani nie mając talentu Picassa. No, mniejsza. Nikt nie wiedział czy Norman miał dzieci czy nie miał, ale w portfelu nosił wymiętoloną fotkę tej Suzanne z mulaciątkiem na rękach. Może było jego, może nie jego, kto wie?
Z Francji wrócił pod koniec lat dziewięćdziesiątych, jak tylko dostał spadek. Wrócił i prosto z lotniska pognał do kancelarii prawniczej, tak mu się odbijało z głodu po douce France. To wtedy kupił mieszkanie. I skrzynię wódki. A jakiś czas później wywęszył Baton Rouge, gdzie było tanio i brudno a na ścianach wisiały upstrzone przez muchy obrazki dziewiętnastowiecznego Baton Rouge, miasta w Luizjanie. Właścicielem knajpy był Irlandczyk a Estera, jego żona, polską Żydówką. Oboje straszne ćwoki. Nie żebym miał coś do Irlandczyków czy polskich Żydówek, ale ćwoki były z nich straszne. I wsioki. 
   Norman zasiadał przy swoim stoliku codziennie od dziewiątej rano. Kiedy wyciągał gruby kajet i długopis, Estera stawiała przed nim flaszkę i dwie szklanki.
- Pij na zdrowie aż oślepniesz, kochaneczku!
Nikt nigdy się nie dowiedział, dlaczego chciał żeby były dwie szklanki, skoro zawsze pił tylko z jednej a do drugiej nikomu nie pozwolił nalać. Może pił z duchem jakiegoś kogoś? Możliwe. Nalewał do tej jednej szklanki a potem sączył powolutku, patrząc w brudne okno na ulicę pełną zmiętoszonych kolorowych i białej hołoty, którzy ściągnęli tutaj w poszukiwaniu lepszego życia. Jezu, lepsze życie? Mieszkali w zapluskwionych, brudnych spelunach z oknami zabitymi tekturą albo po prostu na ulicy, w zaszczanych zaułkach. Spali jak karaluchy w kartonach, pod gazetami, stertami starych śmierdzących szmat. Żywili się po śmietnikach, żarli odpadki z pizzerii, zarabiali na handlu a handlowali czym się dało - bronią, fantami z włamań i napadów ale przede wszystkim dilowali prochami. Prawie wszystkie laski jakie wtedy poznałem, nawet te które pochodziły z dobrych domów z których uciekły Bóg wie czemu, puszczały się za parę dolców albo działkę. Bo wszystkie ćpały. Tak... to właśnie było ich „lepsze życie.”

Normana poznałem przez Stevena i Marylkę O'Henrych z Cocodrie. Opisałem to kiedyś. Przypomnę.
"W kiblu knajpy China Star napisał ten wiersz o saksofonie i całej reszcie. Napisał na papierze do wycierania dupy, bo jak raz nie miał pod ręką żadnego cholernego kajetu ani notesu. Nie, treść nie miała nic wspólnego z Ashley, która czekała na niego przy barze. Słuchała muzyki kiwając białym sandałkiem. Skąd pomysł? Ot, nagła impresja że a jakby na przykład tak? Można inaczej? Wiersz? Wiersz zawsze można inaczej, zapytaj Whitmana.
   Od Zatoki Meksykańskiej nie nadciągnął wtedy żaden śmiercionośny huragan, tylko ciepły zefirek o woni dojrzałych pomarańczy, gnijących alg i niesłyszalny szelest płetw rekina skrytego pod błękitną falą. W szpitalu przy Austin Street opatrzyli mu krwawiący łuk brwiowy zaraz po tym, jak pieprznął łbem w latarnię, bo obejrzał się za jedną taką w mini, na szpilach metrowej wysokości i z niebiańskim falującym cycem. Szła głośno nucąc House of The Reasing Sun. Kilka godzin później na skrzyżowaniu Sullivan z Fiorenza Drive w okolicach Country Club napotkał tę czekoladową Ashley, urodzoną Greene, pannę dwudziestokilkuletnią o tygrysich źrenicach. 
W China Star przy Cumberland Street pojedli sobie po chińsku i długo patrzyli na siebie w milczeniu pijąc drinki o smaku piołunu i miodu. To tam, w kiblu napisał to o saksofonie. A potem jeszcze coś o Ginsbergu. Przez parę leniwych dni o posmaku ciepłej tequili włóczyli się od baru do baru i po motelach, pieprzyli się jak pies z suką, aż wieczorową porą ktoś zadzwonił do niego z Cocodrie mówiąc konfidencjonalnie że musi przyjechać. Więc pojechali do Cocodrie nad Zatoką, gdzie zakotwiczyli po trosze w drewnianym domku i na krewetkowym kutrze Stevena i Marylki O’Henrych, ludzi bogobojnych a szczodrych. Jedli z nimi te krewetki, homary z rusztu i hamburgery obficie polewane tabasco, grali na gitarach, kąpali się nago, ćmili gandzię i pływali po Zatoce. Ot, dla przyjemności. Dyskutowali o Londonie, Hemingwayu i Learym, o zapomnianej wojnie w Wietnamie i Pol-Pocie i o: dokąd ten świat zmierza?"

Było tego dużo więcej i trochę inaczej, dużo o tej Ashley o tygrysich źrenicach, no ale teraz o Normanie. 
Jednego dnia pojawił się znajomy O'Henrych, Norman Graves. Pisarz z Nowego Jorku, facet od dwóch szklanek i jednej flaszki. Przedstawieni, obwąchiwaliśmy się nieufnie. Patrząc na te jego dwie szklanki, węszyłem psychola. Nie mam zwyczaju zadawać pytań; chcesz mówić o sobie – mówisz, nie chcesz, nie mówisz; twoja sprawa. Więc i Normana nie zapytałem o szklanki, bo czułem że jemu właśnie o to chodzi: zapytaj mnie a ja ci sprzedam historyjkę.
Piliśmy, każdy ze swojej butelki i rozmawialiśmy o literaturze amerykańskiej. I europejskiej. Zdobył moją sympatię swoją sympatią do Camusa, Gide i Malraux. I piosenek Edith Piaf.
- Słodki Jezu, powiedział, ta stara krowa śpiewała tak, że ciarki chodzą mi po plecach. Jaka Mathieu? Mathieu to cienki ersatz Piaf.
Byliśmy zgodni. W sprawach tyczących literatury też.
- Jest jeszcze paru wielkich. Na wymarciu. Literatura dzisiaj, to dziwka na usługach kina. Wszyscy piszą pod wytwórnie w nadziei, że zrobią z ich powieści scenariusze. Tylko forsa się liczy. Gdzie drugi Komu bije dzwon? Gdzie Myszy i ludzie? A gdzie kolejna Dżuma? Wszystko się zdewaluowało, sparszywiało, skurwiło. A ludzie przede wszystkim. Popatrz na nas... Pisarze? Gówno, nie pisarze. Brak dostosowania do życia, ucieczka w pisanie, ot co! A taki Borges. Arystokrata pióra. Pan całą gębą. Wiesz co? Antygona Sofoklesa więcej zawiera literatury, niż milion współczesnych powieści. A przecież powstała dwa i pół tysiąca lat temu! O co chodzi... no o co chodzi? Nie potrzebujemy wzorców? Nie potrzeba nam prostych prawd, że lojalność, że wierność zasadom i że istnieje coś bardziej cennego od forsy?
Nawet krewetki smakowały goryczą jego słów. (...)


POWRÓT