poniedziałek, 22 czerwca 2015

WIELCY PISARZE 6





Rozdział I


Zapocony, rozklekotany samochód skręcił z drogi i utknął martwo pod magnolią. Mężczyzna przy kierownicy - wysoki i tak chudy, jakby nie dojadał, odkąd go matka odstawiła od piersi - zastygł z posępną miną i wzrokiem utkwionym w rzędzie koślawych sztachet przed maską.
Clay Horey, rozparty w swoim krześle na werandzie, pochylił się do przodu i zmrużył oczy rażone blaskiem słońca i bielą piasku. Wypatrywał, kto to taki, niepewny, czy rzeczywiście ma przed sobą żywego człowieka. Przesiadując tak na werandzie tydzień po tygodniu, rok po roku, patrząc wciąż na ten sam suchy, bezbarwny krajobraz, czasami nie dowierzał już własnym oczom,
- A to diabelna lura ta kawa - powiedział.
- Tylko oczy człowiekowi mgłą zaciąga na taki gorąc. Trzeba będzie pomyśleć o jakim gąsiorku. Jedna kukurydzówka, co jeszcze wyrwie człowieka z tej drętwoty. Nie podnosząc powiek, starał się rozróżnić pośród fal upału dzwoniących w uszach jakiś dźwięk, który by świadczył o obecności kogoś obcego. Słyszał paplanie sójek, pisk lemiesza i różne inne dobrze znane odgłosy, jakie zawsze niosą się milami nad piaszczystą równiną, ale żaden obcy dźwięk nie dochodził z podwórza przed domem. Nikt ważny to nie może być – powiedział w końcu, otwierając szeroko oczy. A jak jest, to musiał diablo zmylić drogę.
Pokiwał z niedowierzaniem głową, nie spuszczając oka z posępnego mężczyzny, wciąż nieruchomo tkwiącego w odkrytym wozie. Nie miał najmniejszego pojęcia, kto, u Boga Ojca, mógł do niego przyjechać z tej strony, i to o takiej porze dnia. Nie miał pieniędzy na kupno czegokolwiek, nie miał pieniędzy na spłacenie choćby cząstki długów – zwykłą stratą czasu było się zapuszczać tak daleko od szosy, żeby się z nim zobaczyć.

Tłumaczył
Krzysztof Zarzecki

Książka i Wiedza 1977