środa, 22 lipca 2015

MĄŻ


Wanda Szczypiorska

 
Przysiadłam na kamieniu pośrodku pola spoglądając na przejeżdżających dość odległą szosą. To był ostatni dzień urlopu. Pojadę do biura jutro, a tam już będzie kierownik, a może i ktoś jeszcze, a ja. wejdę i powiem, że będę miała dziecko. Niedobrze jest w takim stanie siedzieć na kamieniu. Następnego dnia pojechałam do pracy podniecona. Dojazd do miasta trwał godzinę. Czułam się dobrze, nadzwyczajnie. Doprawdy nie wiem, czemu byłam pewna, że to będzie syn. Dlatego kiedy weszłam do pokoju, w którym siedziało parę osób, powiedziałam „dzień dobry” do wszystkich i do nikogo, a potem
     - Będę miała syna.
Zdziwienie, jakieś uwagi, może gratulacje. Być może uśmiechy, uśmieszki raczej, bo przecież wiedzieli, że nie wyszłam za mąż. Ale ja nie czułam się skrępowana. Od dwóch dni, od kiedy się dowiedziałam, byłam zbyt szczęśliwa.
    Władek nie wiedział o tym dziecku jeszcze, ale jak gdyby się domyślał, to znaczy nie był pewny, czy tak, czy nie i wyglądało na to, że się boi, bo myśli, że to ja się boję. Ale ja nie. Nie bałam się. Cieszyłam. To przecież będzie moje dziecko.
    W biurze nikt nigdy nie widział Władka. Wolałam, żeby nie przychodził. Był nijaki, zbyt młody, do tego ubrany nieelegancko. Przed biurem na Marszałkowskiej wyglądałby jak ktoś, kto się tu zabłąkał. Za to przy szosie lubelskiej , na wsi, byliśmy u siebie, w domu. Spotykaliśmy się wieczorami, kochali w zagajnikach, bo wciąż było jeszcze ciepło.
  Teraz coś się zmieniło jednak, zaciążyło na nas nagle poczucie odpowiedzialności. Lecz ja chyba sobie poradzę. Jak? Nie wiem. Często myślałam o tym, że syn powinien mieć ojca, żebym mogła rodzinie, kolegom z biura, dawnym znajomym powiedzieć, to jest ojciec. I potem, jak dorośnie, żeby nie był nieślubnym dzieckiem. Co prawda od dawna miałam uczucie, że bez Władka nie mogłabym żyć. Ale jako mąż?
    Podczas jednej z leśnych wędrówek – szliśmy do jego matki – powiedziałam mu, że musimy wziąć ślub. To ja powiedziałam jemu, nie on mnie. On w ogóle niewiele mówił, w tym też musiałam go wyręczać, Dlatego wcale się nie zdziwiłam, że się ucieszył. Powiedzieć ucieszył, to mało. Wyglądał tak, jakby spotkało go wielkie szczęście.
   W gminie załatwiliśmy formalności. Termin ślubu był wyznaczony na pewien późnojesienny dzień, a w biurze przeniesiono mnie do innego działu. Domyśliłam się, że chciano pozbyć się mnie jak najszybciej i byłam trochę zawiedziona, ale nie za bardzo. I tak bym przecież odeszła. Władek jakoś zdoła zarobić na nasze utrzymanie. Trudno. Będziemy biedni.
    Ciąża zaczynała być już widoczna. Postanowiłam sama uszyć ubranie, w którym wezmę ślub i to musi być coś ciepłego i luźnego, żeby można było nosić przez całą zimę, a potem jeszcze wczesną wiosną. Kupiłam wełniany materiał i wieczorami zaczęłam szyć kostium. Żakiet miał być szeroki, a spódnica z zakładką do poszerzania w czasie ciąży. Kolor materiału nie bardzo mi się podobał, taki ni to brązowy, ni to żółty, ale innego nigdzie nie mogłam dostać. Władek już mieszkał u mnie. Pokoik miał dwa metry na dwa i pół, zmieścimy się tu we troje. Do ślubu pojedziemy pekaesem, a skromne przyjęcie będzie u jego matki.
    To był powszedni dzień, późne popołudnie, autobus pełen ludzi wracających z pracy, mnie ktoś ustąpił miejsca, ale Władek z kolegą, który miał być świadkiem stali ściśnięci w przejściu. Przed budynkiem Prezydium Gminnej Rady czekało już kilku zaproszonych gości. Kuzyn przyjechał samochodem, zabierze nas w powrotnej drodze. W starym budynku gminy musieliśmy wszyscy wejść na piętro bardzo wąskimi schodami do sali prezydialnej, gdzie udzielano ślubów. W pewnej chwili Władek, który szedł za mną potknął się i osunął. To wywołało zamieszanie, bo pozostali musieli się trochę cofnąć. Wiedziałam, że Władek onieśmielony, a jednocześnie podniecony tą niecodzienną sytuacją nie bardzo wie, co się dookoła dzieje i trochę się niepokoiłam, czy tam na miejscu, w sali nie zrobi jakiegoś głupstwa. Okazało się, że nie pamięta komu dał obrączki. Bo komuś dał. Bo nie miał. Na szczęście miał je świadek. I wkrótce było już po wszystkim.
    Wracaliśmy z kuzynem samochodem, a reszta gości pekaesem. Potem jeszcze kawałek do wsi. Przyjęcie u teściowej nie było wystawne, chociaż złożyli się po trochu wszyscy, to znaczy siostry Władka. Rodzina traktowała mnie z rezerwą, nie miałam majątku, nic nie miałam i byłam od niego starsza. Ale dostałam od kogoś posrebrzane sztućce, od kogoś innego obrus.
   Ja nie piłam wódki podczas tego przyjęcia, ale Władek pił. Kiedy późnym wieczorem wracaliśmy do naszego domu, kilometr, może więcej, musiałam go podtrzymywać. W pokoju było zimno. On usiadł, a ja zaczęłam się, jak zawsze, krzątać. I właśnie wtedy, podczas krzątaniny, to wreszcie dotarło do mnie tak, że byłam tym zaskoczona. Dziwne uczucie. Świadomość przynależności. Do Władka. A także świadomość tego, że on nieodwołalnie przynależy do mnie. 


wtorek, 21 lipca 2015

RYCERZE I DAMA





















INSPIRACJA FILMEM „DRIVE”

ANGELINA SIELEWICZ


Dwóch rycerzy, wasal i jego senior, stoją w ogromnej sali we wnętrzu zamczyska. Za nimi stoi dama, przysłuchując się rozmowie.

SENIOR
Witaj, zacny rycerzu. Jak się miewacie?

WASAL
Wspaniale, mój panie.

SENIOR
Powinności swoje należycie sprawowaliście podczas mojej jakże długiej wyprawy za dalekie lasy, doliny, morza i oceany? Podczas to której uczestniczyłem w spotkaniach z najzacniejszymi z najzacniejszych, aby móc wywiedzieć się, jak walczyć z rozpustą i występkiem na rubieżach mojego księstwa.

RYCERZ
Tak, mój książę, proszę mi wierzyć, klnę się na mojego nowego konia, jedyne z nielicznych stworzeń, które obdarzam miłością i szacunkiem, nie ma książę powodów, by nie być ze mnie kontent.

SENIOR
Zatem jeśli tak powiadasz, nie pozostaje mi nic innego, jak uwierzyć. Aczkolwiek nie daje mi zasnąć na moim pozłacanym łożu jeszcze jedna jedyna myśl. Swoją drogą, łoże dosyć niewygodne. Może to drobnostka, ale nie mogę jej przemilczeć. A zatem rycerzu mój najdroższy, syn opowiadał mi o was. I to wiele. Śmiem twierdzić, że za wiele.
(wyjmuje miecz)
Kim wy właściwie jesteście dla mojej rodziny? Mów. Każę wam mówić.
(przykłada ostrze miecza do szyi rycerza)
Zaopiekowaliście się moją rodziną podczas mojej nieobecności?

RYCERZ
Cóż mogę rzec, o książę? Honor nakazuje mi mówić prawdę i tylko prawdę, zatem: tak, zaopiekowałem się.

DAMA
(do siebie)
O Boże, do czego ta rozmowa nas doprowadzi...

SENIOR
(chowa miecz)
To szlachetne z waszej strony, ale ta pomoc nie będzie już potrzebna. Wy też nie będziecie już potrzebni. Ale ponieważ jestem dobrodusznym władcą, pozwalam wam pożegnać się z damą mojego serca. Zamieńcie ostatnie dwa słowa, a potem odejdź, rycerzu... Tam, gdzie, tam, gdzie...
(zamyśla się)

RYCERZ
Gdzie pieprz rośnie.

SENIOR
Dziękuję. Gdzie raki zimują też pasuje, nieprawdaż?

RYCERZ
O tak, zgadza się.

SENIOR
No, już dobrze, dobrze. W nagrodę za miły small talk, oświadczam, że możesz zamienić nawet trzy słowa z moją damą.

DAMA
O książę, czy to już nadeszła ta wiekopomna chwila?

SENIOR
Jeszcze chwilę. Dużo rycerzu jeździcie konno?

RYCERZ
Jeśli nie śpię lub nie jem, nie robię nic innego, tylko galopuję na moim białym rumaku.

SENIOR
Hmm... Biały rumak, nic dziwnego, że podobacie się damom. Może ja też powinienem sobie takiego sprawić?
(zamyśla się)

DAMA
Książę, czy to już teraz możemy z rycerzem wymienić pożegnalne uściski?

SENIOR
Tak, moja damo, znaj moją łaskę.

RYCERZ
O miłościwy panie, nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny. Całuję rączki.

SENIOR
(z odrazą)
Łapy precz, sodomito.

DAMA
(ociera oczy chusteczką)
Spotkania z tobą zapamiętam jako najwspanialsze chwile w moim życiu. Spisałam je w formie wspomnień. W XVII wieku ktoś się nimi zainspiruje i ukażą się jako „Księżna de Clèves”.

RYCERZ
W ten sposób nasza miłość przetrwa wieki, najdroższa.

SENIOR
Żegnaj, rycerzu.

DAMA
(macha chusteczką na pożegnanie)
Och!

ZŁOŚLIWA MAŁA JĘDZA


Fragment publikowany w  Piśmie literackim MIGOTANIA nt 1/46/2015 


SŁAWOMIR MAJEWSKI

 

W rozdziale poświęconym Nell Gwyn, aktorce a zarazem kochance Karola II Stuarta napisałem m.in.

Rok 1658 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia, albowiem w on czas, jak raz na rocznice swych militarnych tryumfów pod Worcester i Dunbar, Oliver Cromwell bredząc Dzieło moje skończone! kona chwilę później” (…) ”Anno Domini 1660, niesiony jak korek falami zdarzeń pojawia się niejaki Samuel Pepys.”





Teraz, skoro wstępniak z pakietem ważkich informacyj już mamy, dla przypomnienia pozostaje raz jeszcze zdublować króciutki fragmencik eseju o prześlicznej Nell, aby bez chwili wahania przejść do meritum czyli Anglii czasu post-Cromwellowskiego i zacnej pani Pepys z małżonkiem.

Zaczęło się w roku 1655 jak w tych nadmiernie przeintelektualizowanych powieściach z serii Harlequin. Naonczas wprawdzie człowiek-nikt, lecz za to napalony jak andaluzyjski buchaj dwudziestodwuletni Samuel Pepys zdobywa Elizabeth St. Michel, słodziutką czternastolatkę z kunsztownie lokowaną łepetynką, cycuszkami jak jabłuszka i usteczkami wydętymi jak u Bardotki cmoktającej sporych rozmiarów banana.

Jak to bywa z miłościami od pierwszego razu, młodzieniec dostaje hopla na punkcie wprawdzie nieletniej, ale jakże szeroko dlań otwartej dzieweczki i sprawy nabierają impetu armatniej kuli. Zakochani padają na kolana a mając dwustronne rodzicielskie imprimatur galopują do kościółka. Wybiegając z Bożego przybytku zrywają z siebie wstążki – symbol narzeczeństwa - i nie ustając w galopie wskakują do łoża, w którym przechodząc z galopu w cwał, oficjalnie konsumują związek. Sielanka, nieprawdaż? Ano niezupełnie, bowiem w krótki czas po ślubie zakochani rozdzielają się, przechodząc w stan separacji od stoła i seksu. Trzeba podkreślić z całą mocą, że winę za rozłąkę ponosili oboje. Samuel maniakalną zazdrością o nieliche wdzięki i namiętność młodocianej małżonki, zaś Elżbieta tym, iż niebywale ochoczo i bez nijakiego rozumu angażowała się w sytuacje zalatujące zdradą lub zdradą po prostu będące, co łacno można wyczytać (i to nie między wierszami!) w Samuel Pepys' Diary. Jak mawiał ówczesny poeta?


A gdzie się żyto łanem ścieli,

Wieśniacy piękni tam leżeli...


Broń Boże, nie oznacza to iże młodziutka madame Pepys parała się li tylko pokładaniem w zbożu z jurnymi parobczakami i zadzieraniem pod nimi kiecy, nie. Domniemywam, iż zasadniczą przyczyną rozstania młodej pary, były zdrady Samuela, których regularnie się dopuszczał z urokliwą, choć sporo od niego starszą ochmistrzynią dworu pana Montagu. Czy Elżbieta przyłapała ich in flagranti? Możliwe acz nieudowodnione, bowiem Samuel Dzienników swoich wówczas jeszcze nie pisał. Czy prawdopodobna zdrada małżonka i z jej powodu - separacja stosunkowo długo trwająca, miały wpływ na wierność Elżbiety w dalszym pożyciu? Nie mam wątpliwości.

Jak powiadają hodowcy kakadu - kto się lubi, ten się czubi więc rozłąka się kończy i gdzieś tak pod koniec roku 1658, Samuel Pepys korzystający z szerokiej protekcji wujaszka-admirała podejmuje pracę w Urzędzie Admiralicji a za pierwsze zarobione pieniążki tudzież rozliczne łapówki, najmuje maciupkie acz schludne mieszkanko przy Axe Yard.

Wprawdzie osiemnastoletnia wówczas Elżbieta nie jest gospodynią i żoną idealną, co winniśmy złożyć na karb jej młodego wieku i braku doświadczenia, lecz gdy zamieszkali na swoim, dane jej było zagrać rolę pani domu całą gębą. Niejednokrotnie wstanie o trzeciej nad ranem by prać, albowiem o takich godzinach wówczas się prało; będzie mężusiowi gotować przesmaczne, wielodaniowe obiadki, jako to pasztety z jelenich i dziczych combrów, pieczenie z króliczego i łabędziego mięsa, podawać małże na winie czy turban z raków pod beszamelem albo szponder z grzybami. Słabą rączką będzie krzepko za pyski dzierżyć rozpijaczone kucharki i pacholików, przymykając oczy na miłostki męża z domowymi służkami. Służkami mocno nieletnimi, co dziś zalatywałoby oskarżeniem o pedofilię, acz nie zapominajmy że Elżbieta pierwszy raz podając Samuelowi swe dziewicze usta i całą resztę, miała latek czternaście a być może mniej.

Wiedząc o świńskich postępkach męża, tolerować będzie jego amory z paniami tak z mondu, jak i podłych a rozlicznych oberży Drury Lane, nie mając pojęcia o tym, że małżonek orze wszystko co mu pod pług wpadnie. Dowodem jego odręczne szyfrowane zapiski, które roztaczają przed nami konterfekt kurwiarza najwyższej próby, wykorzystującego swoją pozycję społeczną, stanowisko, pieniądze i wszelką sposobność by niewolić kobiety. Oczywiście, wielu z nich niewolić wcale nie było trzeba, albowiem jak mawiali starożytni nulla puella negat. Zapiskiem z 4 września 1660 roku Pan Samuel identycznymi słowami określi schadzkę z córką sąsiadki, młodziutką Dianą Crisp a wcześniej z Betty Lane, powabną straganiarką z Westminsterskich Hal, w jego dawnym, pustym mieszkanku przy Axe Yard. Napisałem „dawnym, pustym”, bo już w połowie lipca 1660 Pepysowie przeniosą się do służbowego domu Urzędu Marynarki przy Seething Lane. Mieszkanie w domu pana Vanleya przy Axe Yard, na krótki czas stanie się erotyczną garsonierą Samuela.


O POCHODZENIU ELŻBIETY I TAKIM JEDNYM BALTHYM


Jak to już nieraz bywało z życiorysami moich bohaterów, takoż i na temat przyszłej pani Pepysowej wprawdzie wiemy dużo i nad wyraz smacznie ale i nad wyraz niepewnie.

Data urodzenia? O, to akurat wiemy, na pewno urodziła się 23 października 1640 roku. A gdzie? W jednym z listów Baltazara St. Michel, rodzonego brata Elżbiety o którym postaram się napisać paskudnie ciut niżej, znajdujemy informację “Devonsheire at a Place Caled Bidiford, where, and thereabouts my sister and wee all ware borne.” Dla wygody Czytelnika nieco oheblowałem ten prostacki angielski język pana kawalera, niepomnego iż w jego czasach kat wypruwał flaki i spuszczał krew do bańki za przewiny dalece mniejsze od kaleczenia angielszczyzny.

Tak więc, oheblowany Baltazar z całą pewnością chciał napisać „w Devonsheire w miejscu [przy placu] zwanym Bidiford, gdzie moja siostra i ja byliśmy urodzeni.” I choć twierdzi, że z siostrzyczką porodzili się w Devonsheire, to krynica wiedzy w temacie, słynny pepysolog Edwin Chappell, nie bez racji wskazuje miasteczko Somerset jako najbardziej prawdopodobne miejsce urodzenia panny St. Michel, pisząc “The inscription on her monument in St. Olave's Church, Hart Street, EC, in which is stated that Somerset gave her cradle” czyli "Napis na jej [Elżbiety] pomniku [nagrobku] w kościele St. Olave przy Hart Street w Zachodnim Londynie wskazuje, że Somerset było jej kołyską” Jak po łacinie brzmi ów napis? “H. S. E. Cui Cunas Dedit Somersetia, Octob: 23, 1640. Patrem E Præclarâ Familiâ De St. Michel, Andegavia, Matrem E Nobili Stirpe Cliffodorum, Cumbria. Elizabetha Pepys.” Zatem Bideford podług Baltazara czy Somerset wedle Edwina? A może ni jedno, ni drugie tylko okolice tegoż Bideford, czyli... Czyli okolice, nie bądźmy upierdliwi!

Tatusiem panienki Elżbiety był francuski hugenota, Aleksander de St. Michel, który w obawie przed zgrillowaniem na katolickim stosie, postanowił zrezygnować z konsumpcji ślimaków i przemytniczą łodzią zbiegł do Anglii pod osłoną nocy. Lecz uciec i znaleźć zbawczy ląd to jedno a żyć po ludzku rzecz druga. Chcąc się gdzieś przytulić w miarę ciepło a wygodnie, banita łacno zapomina o świętobliwych powodach dla których porzucił ojczyznę; pomny starożytnej maksymy cuius regio, eius religio, bez mrugnięcia przechodzi na anglikanizm. Teraz, po harcap zbrojny w nową i jedynie słuszną wiarę, wyznaje miłość zubożałej szlachciance, panience Dorocie nee Kingsmill.

Wybranka jest córką sir Francisa Kingsmill, bohatyra wojennego czasów kampanii Irlandzkiej z tego pięknego okresu panowania królowej Elżbiety I, w którym królowa-dziewica niczym Jozue wstrzymała zachód słońca nad swoim imperium. Panna Dorota, będąc brzydką jak mrówkojad a ubogą jak nornica na przednówku, wprawdzie nie śmierdzi groszem lecz dla hugenockiego zbiega i przechrzty z pustą sakiewką, jej nee stanowi czek in blanco, który niczym drabina Jakubowa wprowadzić go może nie tyle do nieba lukratywnych connections, ile w progi cichego dworku i małej stabilizacji o którą głównie mu chodziło.

Biorą ślub, żyjąc w bojaźni Bożej uporczywie zabiegają o potomstwo. Skutkiem tych zabiegów, wyczerpujących wprawdzie lecz wielce przyjemnych, rodzi im się córka a nieco później syn, o którym pisałem powyżej uprzedzając, iż napiszę o nim paskudnie poniżej. Co niniejszym czynię.

Baltazar był młodzieńcem wielce leniwego ciała i nader próżnego umysłu, parającym się na co dzień wyglądaniem od życia darmowych a smacznych kąsków i jakiejś synekurki ciepłej, lekkiej a przede wszystkim - nie męczącej mięśni i mózgu. W domowych pieleszach wołano go Balthy i pod tym imieniem wejdzie do historii. Ale wejdzie dlatego tylko, że Samuel Pepys, jego prywatny szwagier wspomina o nim w kilku miejscach Dzienników. A co wspomni, to z niesmakiem kogoś nadgryzającego fragment nader nieświeżego sztokfisza. Wprawdzie można by jeszcze to i owo o Balthym napisać, lecz jak dla historii Egiptu nieważny jest facet, który budowniczym piramid nalewał do dzbanków koszerne piwo, po robocie stręcząc im cycate nubijskie dziwki, tak dla tego eseju Balthy jest zbędny jak świni akselbanty, więc o nim koniec.

Rzecz dla nas najważniejsza: dnia 1 stycznia 1660 roku, w maleńkim mieszkanku przy Axe Yard, dwudziestosiedmioletni Samuel struga gęsie pióro, by w tajemnicy przed światem pisać memuary. Nawet w najskrytszych marzeniach nie przewiduje, iż to pisanie na wieki wieków wprowadzi go do historii powszechnej i światowej literatury. Oto najważniejszy, inaugurujący Dzienniki zapisek z 1 dnia stycznia 1660 roku "Mieszkałem cały ten rok na Axe Yard z żoną i służącą Jane (Wayneman) i nie mając innych domowników oprócz nas trojga. Żona łudziła mnie nadzieją, że spodziewa się dziecka, lecz ostatniego dnia roku nadzieja się rozwiała." A więc od roku mieszkają razem już nie w Whitehall pod okiem wuja-admirała, narażeni na wdzięki namiętnej ochmistrzyni, lecz w mansardowym pokoiku czteroizbowego domu przy Axe Yard najętym od niejakiego Vanleya. Dwudziestoletnia wówczas Elżbieta ma nadzieję że jest w ciąży, lecz ta sylwestrowa noc obojgu przynosi gorzkie rozczarowanie. Jak wiemy, zejdą z tego padoła bezpotomni ale, skoro wielki facecjonista Anatol France powiadał iż „największą zakałą ludzkości są dzieci”, no to nie mieli czego żałować.

W zwyczajny styczniowy dzień roboczy 1660 roku i wszystkie dnie następnych lat, Samuel wstaje z łoża, odziewa się, nakłada peruczkę (odwszoną lub nie) i rusza do pracy w Urzędzie Admiralicji. Oddychając nieświeżym powietrzem ciągnącym od Tamizy, zmierza w kierunku którejś z licznych tawern, jako to „U Willa”, „Pod Półksiężycem”, „Pod Harfą i Dzwonem” lub „Pod Mitrą” a najchętniej do „Pod Łabędziem”. Najchętniej, bo ulokowanej na Fenchstreet w pobliżu jego mieszkania, aczkolwiek Henry Benjamin Wheatley w książce Samuel Pepys and the World He Lived In (1880) twierdzi, że ulubioną karczmą Pepysa była „The Leg” na King Street w Westminster. Niezbicie mają tego dowodzić zapiski z 6 grudnia 1660 roku „Wtedy Mr. Moore i ja, tylko we dwójkę poszliśmy do „The Leg” na King Street i obydwoje jedliśmy ozory i wymiona” i z 6 kwietnia roku 1661 „Wtedy z Mr. Creed i Moore do „The Leg” na obiad poszliśmy, który ja im ufundowałem.” Żaden to dla mnie dowód, bo więcej niż dwa razy wychylałem szklanice w knajpce “Chochlik” w Gdańsku i przez to wcale nie była moją ulubioną. Ale niechaj mister Wheatleyowi będzie; spolegliwy ze mnie człek. (..)

(...)A więc Samuel wkracza w serdecznie mu bliskie progi jakowejś karczmy i zasiadając na ławie tę kelnerkę klepie po tyłeczku, tamtej miętosi cycki. Zamawia i wypija garniec wina, piwa lub kusztyczek gorzały zakąszając świeżutkimi ostrygami lub pasztetem z czegoś-tam. I choć Anglik z dziada pradziada, nie pija herbaty o poranku ni w porze one cup of tea, albowiem ta zamorska roślina naonczas traktowana była li tylko jako lecznicze ziele, choć Kompania Wschodnio-Indyjska sprowadziła ją na Wyspy już w roku 1550. (...)

Nie wypiwszy herbaty, za to rozgrzany alkoholem pan Samuel udaje się do gmachu Admiralicji, by z państwowej szkatuły do własnej kiesy zaczerpnąć nieco funtów. Podpisuje i pieczętuje dokumenty, nonszalancko przyjmując łapówki od licznych petentów. Zdarza się, iż w przerwach od bycia korumpowanym, namiętnie molestuje żony marynarzy proszące go w imieniu mężów o przydział na lepszy statek czy wypłatę zaległych poborów, przy czym fizjognomia i kształty owych dam absolutnie nie mają dlań znaczenia. Wszystkie całuje jednako namiętnie, miętosząc ich biusty prawicą, lewicy używając do sięgania między uda.

Jak czytamy w Dziennikach, bez najmniejszych skrupułów seksualnie wykorzystuje niewiasty „zażywając je, jak chce” dlatego, że imć Samuel jest w tych sprawach lustrem odbijającym moralność i obyczajność swojej epoki. A epoka owa, poza niezachwianą wiarą w to, iż „żaby i niektóre owady często spadają z nieba całkiem już wykształtowane i gotowe” (Dzienniki, tom I, str. 176) cechowała się nader liberalnym podejściem do seksu.

W drodze do domu, gdzie czeka nań młodziutka żona o której wiemy, że była niezwykle łasa na cielesne igrce, pan Samuel wstępuje do paru kościołów by wysłuchać kazań i napełnić duszę in odore sanctitatis, acz zaraz po wyjściu z ich murów wbiega na pięterko jakiejś tawerny z tą lub ową zdzirą „wyjętą” z rozlicznych kawiarenek przy Covent Garden.

Zrobiwszy swoje, dopina pludry i z marszu wstępuje do znajomych z którymi dyskutuje o religii, jakości kazań tego czy owego wielebnego, o literaturze i sztuce. Częstokroć muzykuje z nimi na skrzypkach, piska na fleciku lub śpiewa, bo śpiewa pięknie sam układając muzykę i słowa. Niejednokrotnie do bladego świtu rżnie w karty albo chla jak szewc rzygając jak pruski bursz, lecz zawsze wraca do małżonki jak fałszywy weksel z porzekadła. Albowiem mimo rozlicznych zdrad Samuel Pepys nigdy, nawet przez jedną chwilkę nie pomyśli o rozstaniu z Elżbietą.

Miałem nielichy problem z wyborem sposobu opisania tych dwojga niezwykle barwnych postaci, bowiem Dzienniki w jedynym polskim, wspaniałym acz solidnie okrojonym przekładzie Marii Dąbrowskiej, to ponad 1000 stron, na których Samuel wspomina o żonie nieprzesadnie często a do tego bardzo różnie. I bardzo różnie wyrażają się o niej pepysolodzy z całego świata.

Na jednym biegunie są ci, którzy wychwalają jej wdzięk, smak, maniery tudzież inteligencję, sławiąc urodę według nich przewyższającą urodę żony Karola II, Catariny Henriquety de Bragança, dupiastej Portugalki, ciemnoskórej i maciupkiej jak karliczka a krągłej jak wzdęty świński pęcherz. 



Na biegunie drugim znajdziemy same podłe, złośliwe gnomy, które tę urodę znajdują pospolitą, wdzięk mdlący, smak wieśniary, maniery karczemnymi zaś iloraz jej inteligencji przyrównują do IQ łosiowej klępy z bagien. I że się puszczała jak latawiec. Czy według mnie Elżbieta Pepys była piękna? Spoglądając na konterfekty obojga uważam, że... hm... pasowała do męża.

Pragnę zwrócić uwagę na wyżej napisane „Albowiem, mimo rozlicznych zdrad Samuel Pepys nigdy, nawet przez jedną chwilkę nie pomyśli o rozstaniu z Elżbietą”. Właśnie to spostrzeżenie utrudniało mi podejście do tematu. Bo jeśli pan małżonek wbił się w annały historii brytyjskiej głównie przez mrówczą pracę dla Urzędu Marynarki czy wspaniale napisaną w 1669 historią „Memoirs of the Navy” i swoimi działaniami na rzecz Królewskiego Towarzystwa Naukowego, to nie licząc wuja-lorda ktoś mu w tym nielicho pomógł.

Ponad tysiąc stron w polskim, jak wspomniałem nader okrojonym wydaniu Dzienników 1660-1669 - jest wspaniałym i rzeczowym opisaniem panasamuelowego codziennego wychodzenia z domu, by szlajać się po oberżach, tawernach, domach hazardu, zamtuzach, salonach i towarzyskich imprezkach. Zapisanych jest jego codziennym wysiadywaniem w godzinach pracy po teatrach, muzykowaniem, włóczeniem się po księgarniach, snuciem fantastycznych planów (jak np. o poszukiwaniach skarbów w lochach więziennych Tower), finansowymi spekulacjami a nawet udziałem w zwyczajnej kradzieży cennych przypraw ze zdobycznego okrętu, będących własnością Korony i Skarbu; niestrudzonym poszukiwaniem w tawernach i po targowisku Seething Lane panienek łatwych a przedajnych i przymuszaniem w Urzędzie petentek do oddawania mu się w zamian za przysługi. Do tego sięgał pod kiecki i koszule nocne własnych panien służących.

Ale też Dzienniki pełne są relacji z panasamuelowego codziennego wychodzenia z domu, by szarpać się na królewskim dworze i ze zwierzchnością w Urzędzie o gwinee, funty, szylingi i pensy na potrzeby Marynarki i pensje niepłaconych miesiącami a nawet latami marynarzy. Jak nubijski lew walczył o uczciwą jakość konopi na liny, doskonałą lepkość smoły, jakość dziegciu i potażu, suchość i twardość pni na maszty a desek na burty i pokłady. Bo w on czas wszyscy kradli wszystko, oszukując Urząd Admiralicji na wadze, miarze, jakości i tym, na czym się Urząd okraść i oszukać dało. Czyli zupełnie jak dzisiaj u nas. (...)

Wieloletnie ślęczenie nad książkami, urzędowymi dokumentami i zapisywanie Dzienników w migotliwym blasku łojówek sprawiło, że będąc słabego zdrowia Samuel Pepys zaczął tracić wzrok. Ogranicza swoje erotyczne i alkoholowe wyskoki, coraz więcej czasu poświęca urzędowi oraz pracy w Królewskim Towarzystwie Naukowym. Obawiając się ślepoty a nawet śmierci, coraz częściej napomyka o nieuchronnej chwili, w której zakończy pisanie wspomnień. 19 maja roku 1669 zapisał

Dziś książę Yorku przyjął moją prośbę i rozmawiał o moich oczach litując się nade mną; i z wielką uprzejmością pozwolił mi na wyjazd, i zgodził się abym jechał do Holandii.(...) przydał, że musi prosić Króla o zgodę co wnet uczyniwszy wrócił, i oznajmił mi że Król chce mi być dobrym panem – takimi rzekł słowy – w rzeczy mych oczu”

W ostatniej notatce Dzienników z dnia 31 maja 1669 roku, Samuel Pepys zapisał

I tak tedy gotuję się do przyjęcia tego krzyża, co jest prawie jakobym widział się wstępującym do grobu, do czego, jak i do wszystkich dolegliwości mających towarzyszyć mojemu oślepnięciu, racz przygotować mnie, dobry Boże!” (…)


fragment rozdziału z niepublikowanej dotąd książki pt.

Seks, władza, sława”

Copyright © Sławomir Majewski 2011


POWROT


niedziela, 19 lipca 2015

Broniewski

Chcę żyć!



Na świecie jest pięknie. Piękno to w całej pełni dostrzegalne jest dopiero wtedy, gdy ma się nadzieję korzystać z niego – fragment „Pamiętnika” Władysława Broniewskiego. Przez lata skrywany, czasami tylko reglamentowany Pamiętnik Władysława Broniewskiego, zdążył obrosnąć legendą (...)

Druk fragmentów w latach sześćdziesiątych najpierw w „Polityce”, później w „Miesięczniku Literackim” i „Poezji”, a nawet ogłoszenie bardzo rozszerzonych zapisów z Pamiętnika w 1984 roku nie zaspokoiły czytelniczej ciekawości, ale wręcz potwierdziły istnienie kontrowersyjnej części rękopisu. Niewydane fragmenty stały się niejako obietnicą i gwarancją sensacji — obietnicą do dzisiaj niespełnioną, a zarazem obietnicą do dzisiaj potrafiącą regulować szczególną recepcję Broniewskiego.

Edycja pełnego tekstu, jaką czytelnik dostanie w końcu do ręki, może chociaż w części wyciszy tę sensację. I chyba tak będzie najlepiej — i nawet nie szkoda tej legendy.

Ze wstępu Macieja Tramera.


***

13 lutego 1919

Jak smarkacz chodziłem na Hożą i czekałem, aby Ją zobaczyć. Od dziesięciu dni jestem w Warszawie i… nudzę się. Czuję się tak obcym, tak mi czegoś brak – nic mnie nie bawi. Bywam u Lehrów – bardzo tam sympatycznie, ale i tam nudno. Myślałem, że się rozruszam w gronie płockich podlotków, ale po dwóch dniach mam ich dość. Jakież to bezdennie głupie istoty. Repertuar we wszystkich teatrach pod psem. Rozpacz! W dodatku zdrowie moje nie bardzo się poprawia i kto wie, czy po powrocie z urlopu nie będę musiał jechać do szpitala. Jedyna myśl, która mi się uporczywie po głowie kołacze, to zobaczyć Ją. Jakże ja sam sobie wydaję się śmiesznym, gdy łażąc bez celu, bezwiednie skręcam tam, gdzie ona mieszka. Podchodzę do bramy, zaglądam w podwórko i nic tam naturalnie nie spostrzegam; idę dalej kilkadziesiąt kroków, zawracam i tak kilka razy, aż zniechęcony wracam do nudnej wędrówki po ulicach. Śmiesznie sentymentalna historia, a jednak rzeczywista. Kocham kobietę, której nie znam i nie wiem nawet, jak się nazywa, którą zaledwie kilka razy widziałem przelotnie na ulicy. Kiedyś wiosną śledziłem ją spotkawszy wieczorem na Daniłowiczowskiej; szła z bratem do teatru. Poszedłem za nimi. Wyśledziłem, gdzie siedzi i wszystkie antrakty spędziłem na niemym wpatrywaniu się w nią. I tak się jakoś zapatrzyłem. Po przedstawieniu tropiłem ją aż do jej mieszkania na Hożej 66.

Wiem, że ma brata studenta, brzydkiego, choć podobnego do niej, matkę starą, że jest niezamożna, i wiem, że jest śliczna, i że ją kocham.

Ileż wdzięku dodaje jej ten ubogi szyk, prawdziwie warszawska genialność. Zapoznać się z nią na ulicy nie mogłem – byłoby to zbyt banalne, a innych sposobów nie było, więc musiało się to ograniczyć na niczym. Ale nie! — nie na niczym. Nie wiem, czy ona zwróciła na mnie kiedykolwiek uwagę, choć miałem kiedyś to wrażenie – być może, że nie domyśla się nawet, że ma we mnie tak oddanego kochanka.

Jeżeli telepatia nie jest blagą, jeżeli możliwym jest wzajemne odczuwanie się na odległość, jak w pierwszej części Dziadów, to moja „Biała” (tak ją w myśli nazwałem) musi czuć choć część tego, co mnie od roku blisko dręczy.

Dręczy mnie tęsknota do prawdziwej miłości, której nie znam. Chcę mieć kochankę, marzę o niej i ubieram ją zawsze w Jej kształty. Przedstawia mi się ona najczęściej w jakiejś nierealnej postaci. – Śpię… Świta… Przez okno płynie do pokoju ostatni promień księżyca, podobny do tego, po którym duch Anhellego szedł do Ojczyzny. I śni mi się w pokoju pełno narcyzów, że woń ich tak silna i słodka, że aż odurza. A ona wśród tych białych kwiatów idzie do mnie tak wolno, tak cicho, w białej sukience z mgły, staje za moim łóżkiem, kładzie mi zimną rękę na twarz i znika. Czasem znów wyobrażam sobie realnie mój przyszły stosunek. Kochanka moja będzie nie mniej inteligentna i wolnomyślna niż ja. Będziemy sobie kpić ze wszystkich uświęconych kanonów, będziemy oboje cieszyć się urodą życia. Kiedyś wyjdziemy na miasto trzymając się za ręce i nie będziemy wiedzieli, dokąd idziemy. Będziemy biegli prędko, coraz prędzej, nic nie mówiąc do siebie, i nagle zatrzymamy się śmiejąc się i utoniemy w rozkoszy pocałunku. To znów wyobrażam sobie jakiś zimowy wieczór, szarą godzinę, w której nie zapalono lampy, małą wygodną kanapkę, na której siedzimy oboje i nic nie mówimy do siebie.
Ot – tak mi się tam marzy…

Ale nie widziałem Jej w Warszawie, choć jestem tu od dziesięciu dni. Urlop niedługo mi się kończy i znów wrócę do Włodzimierza, aby tęsknić za Warszawą, tak jak teraz tęsknię za moimi złotymi chłopakami ze szturmówki. Nudzę się. Wydaję pieniądze i nie robi mi to żadnej przyjemności.
Wczoraj czytałem Lehrom kilka moich wierszy, jakże nędznie brzmiały one w moim uchu. […]

16 lutego 1919

Nuda… Pustka… Chodzę, sam nie wiem, gdzie i po co, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie bawi.

Wszystko wydaje mi się tak idiotyczne i głupie, tak banalne – ludzie, gazety, teatry, nawet ulica gwarna, w której nurzam się co dzień po kilka godzin. Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam – tym lepiej. Zupełnie jestem sam.

Nie spotkałem Jej… Było to jedynym moim pragnieniem, a i to się nie spełniło. Tak chciałem zobaczyć choć przez chwilę tę białą twarzyczkę, której rysy wyrzeźbiły się w zwojach mego mózgu. Stykałem się z innymi kobietami – najmniejszego wrażenia. – Jak nudno!…

4 marca 1919

[…] Chętnie wróciłem do kompanii (1).

Wszędzie jest źle i nudno, a zawsze zdaje się, że lepiej tam, gdzie mnie nie ma. Wróciłem więc, a na miejscu okazało się, że nie mam już kompanii. Maszynowców zabierają gdzieś do baonu karabinów maszynowych, w kompanii ludzi coraz mniej, wszystko przygnębione i chce się rozlatywać na cały świat. Wstrzymałem ich mówiąc: zaczekajcie, aż przyjedzie Jasiński. Tymczasem Ukraińcy nie dawali spokoju: zaatakowali pod Zimnem, naturalnie nieudolnie jak zwykle. My mieliśmy być rezerwą, ale wieczorem nie wytrzymali bez nas. Postrzelało się trochę po nocy, kilka kul uderzyło moich chłopców o hełmy, ale obyło się bez strat. Na drugi dzień rano zrobiliśmy turnée przez Goryczew do Zimna, gdzie zanocowaliśmy. Miałem tam zajście z niejakim porucznikiem Kozarem, zupakiem (2) austriackim, któremu nie pozwoliłem wsiąść na siebie. Chodziło mi o to, że wyraził się do mnie: „stulić mordę”. W rezultacie dziś ukarał mnie trzydniowym aresztem domowym (3). Pan oberlejtnant sekundantów moich nie przyjął, mówiąc, że uważa tę sprawę za czysto służbową. Będę jeszcze stawał do raportu.


Wszystko to głupstwa.


Zapomniałem jeszcze napisać, że przed wyprawą hajdamacką na Zimno odbyła się nasza wyprawa, w której nie brałem udziału, na Iwanicze, w której zginął kapitan Rzecki-Zinth. Pogrzeb – parada.


Pierwszego marca Lis (4)przedsięwziął wyprawę na Poryck. Marsz trzydzieści parę wiorst po grudzie. Pierwszy pluton na szpicy; Lis prowadzi. Na odprawie dowiedziałem się, że mam wykonać prawdziwy szturmowy atak.


O kilka wiorst od Porycka natknęliśmy się na placówkę ukraińską. „Stoj! kto ide?” – „Szpica bardzo szybko naprzód” – mówi Lis.


Pobiegłem ze szpicą i okrążyłem chałupę od tyłu.


Zdajsia!” (5) – krzyknąłem zza węgła, a za drugim węgłem stało kilku Ukraińców. Na nieszczęście, miałem koło siebie za mało ludzi i hajdamacy uciekli w bok. Nowicki zabiegł im z drugiej strony i złapał dwóch.


Pomaszerowaliśmy dalej.


O wpół do czwartej byliśmy już pod Kłopoczynem, przedmieściem Porycka. Roś z pięcioma ludźmi poszedł naprzód kilkadziesiąt kroków, ja za nim z plutonem. Szliśmy kilka minut. Znów: „Stoj, kto idiot?” – „Swoj, swoj, ne strelaj!” – „Stoj – stoj” – „Hurra!” – krzyknął patrol Rosia – „hurra”, poderwał pierwszy pluton i popędziliśmy naprzód. Jedna seria z kulomiotu, kilkanaście strzałów i placówka już nasza. Kulomiot zdobyty. Pędzimy dalej.


Doganiam Rosia i już cały pluton razem pędzi. Mamy przebyć mostek, który według naszych przewidywań miał być najtrudniejszy do wzięcia. Przebyliśmy go. Pod samym miasteczkiem stał drugi kulomiot. Tam dostaliśmy się pod silniejszy ogień, a zwłaszcza gdy już wbiegliśmy na skraj wsi i zabraliśmy drugi kulomiot.


Całą drogę krzyczałem „Hurra!”. W takich chwilach człowiek zatraca zupełnie poczucie niebezpieczeństwa, a jednak bezwiednie pozostaje instynkt samozachowawczy.


Przypadliśmy do ziemi i zaczęliśmy strzelać. Jak się później dowiedziałem, w tym miejscu zabity został Roś, a Szklarski ciężko ranny. Krzyknąłem: „Naprzód! pierwszy pluton!”. Poderwaliśmy się i znów posunęliśmy się naprzód kilkadziesiąt kroków. Tam zaczęliśmy rzucać granaty. Strzelali ze wszystkich stron, nawet nasze rezerwy z tyłu. Znów poderwałem linię i dobiegliśmy do rynku. Tam zabraliśmy trzeci kulomiot, z którego Nowicki zaraz zaczął strzelać. Tam Ukraińcy zbierali się do kontrataku. Cofnęliśmy się do wylotu ulicy, ostrzeliwując się. Wtedy podbiegł Lis i poderwał wszystko do ataku. Ukraińcy uciekli. Poszedłem z plutonem w prawo i obsadziłem drogę na skraju wsi. Armaty wystrzeliły trzy razy. Zabrała je kompania 31 pułku piechoty, dla której byliśmy rodzajem naganki. Z placówki mojej ostrzeliwałem przesuwających się Ukraińców, w końcu wycofano nas na rynek. Zaczęło się zbieranie łupów. Trzy armaty, osiem kulomiotów, najróżniejsze składy wpadły w nasze ręce, nie licząc tego, co każdy żołnierz nabrał do chlebaka i kieszeni. O jedenastej wróciliśmy do Kłopoczyna i zaczęliśmy marsz powrotny. Sukces olbrzymi. Straty prawie wyłącznie z mego plutonu. Stopniał bardzo. Dziś był pogrzeb Rosia.


Przed pogrzebem fotografowaliśmy się. Cała kompania. Dawny batalion. Moja kompania, Piękosia i puławska Dobrowolskiego. Osobno pierwsza z Jasińskim i ze mną.


[…]


13 kwietnia 1919


Chcę żyć! Na świecie jest pięknie. Piękno to w całej pełni dostrzegalne jest dopiero wtedy, gdy ma się nadzieję korzystać z niego, i odwrotnie, gdy znajduję się o krok od śmierci, nie widzę całej „urody życia”.


Kwiecień… Na polach śliczny, zielony kolor zbóż, kolor, który każe cieszyć się, że na świecie tak jasno i pięknie, który napełnia duszę tęsknotą za czymś nieznanym, a powietrze, które wdycham z rozkoszą pełną piersią, upaja mnie jak szampan. Chcę żyć…


Od trzech dni jestem w Ostrowiu. Po długich i ciężkich cierpieniach ściągnięto nas wreszcie na wyczekiwany hinterland. Nie obyło się naturalnie bez strat, bo na pożegnanie trzeba było jeszcze wykonać „małą operacyjkę”, która nas kosztowała śmierć Gimlaka, ranę Kicińskiego, Poniatowskiego i Przysiężniaka. Przed wyjazdem nastąpiły nominacje; z prawdziwą satysfakcją podawałem do nominacji cały mój pluton, skacząc o dwa stopnie. Moja nominacja także przyszła nareszcie, skutkiem czego dostałem grube „hopy”. Zawagonowaliśmy się 4 bieżącego miesiąca i pojechaliśmy do Kowla, gdzie staliśmy trzy dni, czekając na generała Śmigłego. W Warszawie także staliśmy coś dwa dni; oddałem Mamie trzy tysiące marek, byłem w teatrze z kolegami, drugiego dnia flirtowałem z Anką Szulcówną i Lenczewską.

Mama pokazała mi przysłany przez Babcię wycinek z „Kuriera Płockiego” ze wzmianką o mnie (6). Wobec takiej reklamy, o którą posądzam Wasilewskiego, postanowiłem wpaść do Płocka.


Przez całą podróż nie wiadomo było, jaki nas los czeka. Baliśmy się rozbicia po dywizji, ale szczęśliwie jakoś uniknęliśmy tego i pozostajemy „szturmówką” jak dawniej. Teraz mamy w perspektywie parę tygodni hinterlandu, parę tygodni wytężonej pracy nad rekrutami.


Wczoraj w Ostrowiu spotkałem „Czarnego”, który zakomunikował mi, że Lehr zabity. Przygnębiająco podziałała na mnie ta wiadomość: poczułem, że i ja skazany jestem prędzej lub później na śmierć. W miarę wybijania moich przyjaciół i kolegów coraz bardziej nie chce mi się wracać na front; trzyma mnie tylko przywiązanie do kompanii, z którą się zżyłem, ale nie wiem, czy pomimo to jednak nie zdecyduję się na zajęcie jakiejś „intratnej posady”. Spośród moich kolegów i krewnych zabici już: Kamler, Frycholc, Granosik, Lehr, Kamocki, Łoś, a być może nie wiem jeszcze o wszystkich. Tryper trzyma mnie uporczywie. Mam zamiar zabrać się do solidnego leczenia. Za tydzień święta; wyjadę na przepustkę i przedłużę ją sobie; będzie to po raz pierwszy podczas mojej służby.


Fragment Pamiętnika Władysława Broniewskiego (wstęp i komentarz MaciejTramer), który pod koniec lutego ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Przypisy:

(1) W rękopisie zakreślona została pierwsza część zdania: „Pomimo niedoleczonego trypra”. Przyczyną nieobecności w kompanii nie były tylko problemy zdrowotne. 1 marca 1919 r. Broniewski został ukarany trzydniowym aresztem domowym za „nieodpowiednie zachowanie się wobec oficera starszego stopnia”.
(2) zupak (żarg.) — obraźliwe określenie podoficera zawodowego. Słowo to, podobnie jak „trep”, którym obraźliwie nazywano oficera zawodowego, pochodzi z słownika legionowego i odnosiło się podczas I wojny światowej do podoficerów i oficerów regularnej armii austriackiej.
(3) Faktycznie aresztem domowym został Broniewski ukarany przez mjr. L. Lisa-Kulę rozkazem oficerskim nr 2 z 1 marca 1919 r. Później Broniewski pieczołowicie przechowywał wręczoną mu przez Lisa-Kulę przy tej okazji książeczkę: Przepisy. O drodze służbowej przy wnoszeniu zażaleń przez oficerów, urzędników wojskowych i szeregowych. Warszawa 1919.

(4) Leopold Lis-Kula (1896-1919) — legendarny oficer I Brygady Legionów Polskich, ulubieniec J. Piłsudskiego, bohater większości bitew stoczonych przez I Brygadę; po kryzysie przysięgowym został przeniesiony karnie do armii austriackiej, zdegradowany do stopnia sierż. i skierowany na front włoski. Po powrocie Lis-Kula został dowódcą POW w Kijowie, z którą prowadził działalność dywersyjną. Od grudnia 1918 w stopniu mjr. był zastępcą dowódcy w zgrupowaniu taktycznym mjr. Bończy-Uzdowskiego; pośmiertnie awansowany został do stopnia płk. Postać Lisa-Kuli została utrwalona m.in. przez J. Kadena-Bandrowskiego, M. Wańkowicza, J. Lechonia.

(5) zdajsia (ukr.) — poddaj się.

(6) „Kurier Płocki” 1919, nr 78 [6 kwietnia 1919 r.], s. 3 — wśród anonimowych informacji znalazła się notatka: „Dowiadujemy się, że przybyli i bawić będą przez 3 dni w mieście naszym: wachmistrz i 3-ej żołnierze 1-go Pułku Szwoleżerów (dawniej słynnego rotmistrza Beliny-Prażmowskiego — dziś majora Orlicz-Dreszera). Panowie ci zamieszkali w hotelu Poznańskim, pokój nr 4 i chętnie udzielają znajomym i krewnym informacji o płocczanach towarzyszach broni. Z ust sympatycznych tych panów dowiedzieliśmy się nieco o wybitnych czynach wojskowych płocczanina komendanta kompanii szturmowej, p. Wł. Broniewskiego, który nie licząc bojów legionowych, ma już za sobą w obecnej walce o wolność Ojczyzny 17 bitew i brał udział w wypadzie pod Poryckiem, gdzie zginął bohaterski major Lis-Kula (Jeleński), którego pamięci niedawno poświęciliśmy specjalny artykuł”.    ZA STRONĄ


poniedziałek, 13 lipca 2015

Małgorzata Köhler a propos

 "Kto ma rację, mociumpanie czyli..."

Tragicznie nie ma racji Żuliński, ale długo trzeba byłoby udowadniać, fejsbuk tego nie łyknie. A tragicznie, bo to idzie w świat, sankcjonuje i pogarsza sytuację. W skrócie: Żuliński teoretyzuje, że nie jest źle, bo władze lokalne popierają przecież kulturę, organizując imprezy, festiwale, konkursy, spotkania etc. Tymczasem spędy oraz wiele konkursów lokalnych, bez znaczenia, z niewielkimi nagrodami i "niewielkimi" jurorami, służą głównie podnoszeniu prestiżu miasta/gminy, ale nie samej literaturze, nagradza się często chłam, często po kumotersku. Na spędach zarabiają cwaniacy, zresztą większość dotacji ląduje w ich kieszeniach. Niejeden raz widziałam jak wyrzucano w błoto państwowe czy unijne pieniądze. One nie trafiają do twórców, czyli tam, gdzie są najbardziej potrzebne, aby autorzy mogli w spokoju i względnej godności zająć się twórczością. Za jeden z najbardziej kuriozalnych skutków ubocznych ery internetu uważam pozbawienie autorów wierszówek. Nie jest to praktykowane w 100 %, zapewne p. Żulińskiego ten bezwstydny obyczaj nie dotyka, ale pisma, gazety internetowe, witryny, radio - nie płacą. Po prostu biorą materiał, żyją dzięki niemu i czasem podziękują autorowi a przeważnie robią mu łachę. To stąd, że w większości pisma nie są w stanie utrzymać się same a dotacje na to nie wystarczają. Znakomici felietoniści, eseiści, poeci mają do wyboru albo publikację za darmo, albo przepychanie się w wydawnictwach, względnie wydawanie się z własnych/cioci czy wyżebranych od sponsora pieniędzy. A jak nie chcą za darmo, to znajdzie się wielu innych, którzy zechcą, bo już dawno się poddali i zaakceptowali ten stan rzeczy (podobnie jest zresztą w muzyce). Propozycja, żeby pisać jak np. Olga Tokarczuk jest dość bezczelna, bo autor zapomina, że nawet O.T. założyła wydawnictwo, aby móc się poświęcić wyłącznie pisaniu. To nie resentymenty ale zdrowy rozsądek każą pamiętać, że kiedyś płacono wierszówkę nawet debiutantom - bo szanowano autora, skoro już wybrano do druku - i że nie było wprawdzie takiej oszałamiającej ilości tytułów (miejsc) do publikacji, ale dzięki temu przebijali się faktycznie najlepsi a nie hordy co sprytniejszych grafomanów. Ciągle nie wierzę, że Żuliński, którego inne wypowiedzi cenię, napisał serio zdanie: "Państwo niechaj dotuje instytucje kultury, a od nas, autorów, trzyma się z daleka". Bowiem dzisiejsza polityka dotacji jest idiotyczna, skoro doprowadza do tego, że giną one w przepastnych gardłach organizatorów i do autorów dociera niewiele. Albo dotacje te są po prostu za małe. Należy ubolewać i chwała Andrzejowi Walterowi, Markowi Jastrzębiowi, Sławomirowi Majewskiemu i wszystkim innym malkontentom, bowiem przygłaskiwanie tych kuriozów i udawanie, że jest nieźle prowadzi właśnie do tego, nad czym w/w malkontenci od dawna załamują ręce: do coraz bardziej postępującego spsienia literatury, języka i kultury. Dołączam się do rwania włosów z głowy, chociaż w tej trumnie leży tylko mój coraz bardziej daleki krewny.


DWA ŚWIATY



Marek Jastrząb

W tym roku nie wyjeżdżam, postanowiłem więc spędzić urlop w domowym zaciszu, w oddaleniu od sanatoryjnych zgiełków i deptakowych tras, z książką, dobrą muzyką, telewizorem w razie czego. Na wypadek, gdyby fabuła okazała się niekompatybilna z ideą mojego wypoczynku, a muzyka, zamiast ukojenia, zaserwowała mi emocjonalną drżączkę (nie cierpię telewizji, ale przyznać trzeba, że niektóre jej kanały są całkiem niczego: wolne od nachalnej manipulacji i demagogicznego łomotu dają się oglądać. To przecież kwestia wyboru; my układamy sobie ramówkę do wybrzydzania. Program układa nam życie; jakie życie, taka audycja. Więc nie narzekajmy na nieociosany poziom, bo widzimy i słyszymy tylko to, co sobie sami chcemy usłyszeć lub zobaczyć).

I tak się stało: lektura poszła w jedną, a ja w drugą stronę. Dopadło mnie przedsenne wirowanie myśli, zapuściłem więc radio z lufcikiem. Ale zamiast wejść na Historię lub Kulturę, jakaś nieczysta siła podkusiła mnie, by zajrzeć do komercyjnej stacji, bo akurat tam miano nadać najświeższe wiadomości. W oczekiwaniu na nie, rzucono dodatek do telewizyjnego kożucha, czyli reklamy. 
 
Patrzyłem na ich rozmigotaną daremność, gdyż nie chciałem przegapić początku Serwisu. Wepchnął mi się we wzrok i zgwałcił pozostałe zmysły rozkoszny widok rewelacyjnej mikstury do sosu, przyprawy maczanej w egzotyce. Anonimowy, spazmatyczny, pokuśny szept reklamodawcy zachęcał mnie do kupowania proszku lepszego od gorszego i tańszego niż droższy. 
 
Podeszła mi do gardła zachrypnięta poezja golarki wyrywającej owłosienie razem z czapką. Zostałem dopieszczony pontyfikalną wokalizą faceta wyznającego mi z wdziękiem czarnej wdowy, że odkąd został szczęśliwym posiadaczem smarowidła na hemoroidy, poznikały mu wszelkie utrapienia, bo teraz krótko i wydajnie siedzi na sraczu. 
 
Kolejna reklama poinformowała mnie gdzie za tanie pieniądze mogę nabyć całkiem sympatyczną trumienkę. Za chwilę wyskoczył z pudełka przedstawiciel ZUS i poradził, jak mam dożyć do wizyty u lekarza ostatniego kontaktu. Jestem przeganiany po mieszkaniu ścigającymi mnie bełkotami paniusi na Diecie - Cud, której udało się „schuść” sto kilo przez dwa dni bez przerywania obżarstwa. Oglądam aliganckiego ciapciaka w złotych cynglach, który namawia mnie na greckie zaciąganie kredytów i ze spokojem uczciwego oszusta twierdzi, że im więcej kupię za darmo, tym mniej wydam na psychiatrę.
 
Zbliżył się koniec puszczania reklam, toteż ze zziajaną ulgą padłem na sybaryckie krzesło, by wysłuchać wiadomości. A tam nieustający festiwal tragedii, zbiorowych masakr lub pojedynczych dramatów. Jak nie susza, to powódź, jak nie klęska nieurodzaju, to choć oberwanie chmury bądź klęska dobrobytu. Odniosłem wrażenie, jakby cały naród błagał dziennikarzy o dostarczenie mu bodaj maciupciej katastrofki; na kolanach prosił o rzeźwiący łyk codziennie większej dawki nonsensów. 
 
Podsłuchane czy sfilmowane wpadki znanych polityków już przestają bawić. Sejmowe lub internetowe szlagiery w rodzaju karczemnych pyskówek, relacje z tratowania ludzi na molo, z jazdy wariata środkiem sklepu, z bicia dziewczyny w tramwaju wypełnionym apatycznymi kibicami są nudne, zwietrzałe, nikogo nie bulwersują. Przywykliśmy do nich jak do stęchłych widoczków, więc patrzymy na nie jak na kreskówkę, coś, co się rozgrywa daleko od nas i nas nie dotyczy. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się niczym wnuczek oskubany przez babcię.

Wiadomości kończą się i by dojść do siebie, decyduję się na obejrzenie filmu, bo podobno dobry. Po reklamowych namowach na zakup maści przeciwko pladze kretynizmu, przechodzą w filmowe atrakcje z plejadą trzeciorzędnych gwiazd i konstatuję, że moje niewczesne fantazje ani trochę nie przystają do rzeczywistości: spoza kadru wydobywa się aksamitny głos konferansjera o nienagannym braku dykcji, który zapowiada, że zamiast filmu o Van Goghu będzie kino akcji, nowa wersja odgruzowanej hecy do śmiechu, a Van Gogh zostanie puszczony nad ranem. 
 
Przed okiem nastawionym na spostrzegawczość widzę rewelacyjną szmirę z ambicjami, kunsztowną bryndzę z krwawą siekaniną, filmową pląsawicę do wywabiania myśli, artystycznie rozlazłe, stereotypowe bezguście, nieporozumienie, w którym, spoconymi resztkami tchu, próżno doszukuję się sensu i ukrytych drogocenności, więc zmęczony filmowymi atrakcjami, wyłączam telewizor. Lecz nie wyłączam refleksji. 
 
Zastanawia mnie irytujący fakt, że pozwalam - bez protestów i rozdrażnionych min - by ów obraz namawiał mnie na przeżycia, których nie chcę, przekonywał do doznań, które są popłuczynami z opowiedzianych już lepiej, mądrzej i drzewiej. Film, traktujący mnie jak matoła, któremu do życia potrzeba jest instrukcja spontanicznego śmiania, który zmusza do uczestnictwa w morderczo zabawnych rozrywkach, powoli zaczyna mnie obezwładniać niezmordowaną pustotą, zaczynam więc zachodzić w głowę, gdzie podziało się piękno i forma Bergmanowskich treści, gdzie życiowe problemy i niewulgarne dialogi?
Toteż stwierdzam, że są dwa światy. Jeden, to dziewicza przestrzeń obecnego życia, drugi, to przeszłość z odmiennymi wartościami. Kto wierzy w znaczenie guseł, ten jest cywilizacyjnie do przodu, a kto nie, ten nie idzie z właściwym postępem i ma feudalne życie, uprawia narzekactwo i wokół siebie rozsiewa ocet; izolowany jest od reszty społeczeństwa i jako odszczepieniec ma przed sobą zgrzebną dolę. 
 
Dla ludzi żyjących tu i teraz, wspomnienia takich jak ja, żyjących minionym, są egzotyczne. Natomiast dla ludzi schyłkowych, z wolna zabierających się za pakowanie walizek i dokonywanie bilansów, obecny jest rozczarowaniem, bo nie tak wyobrażali sobie jutro.


.