Wizyty

środa, 22 lipca 2015

MĄŻ


Wanda Szczypiorska

 
Przysiadłam na kamieniu pośrodku pola spoglądając na przejeżdżających dość odległą szosą. To był ostatni dzień urlopu. Pojadę do biura jutro, a tam już będzie kierownik, a może i ktoś jeszcze, a ja. wejdę i powiem, że będę miała dziecko. Niedobrze jest w takim stanie siedzieć na kamieniu. Następnego dnia pojechałam do pracy podniecona. Dojazd do miasta trwał godzinę. Czułam się dobrze, nadzwyczajnie. Doprawdy nie wiem, czemu byłam pewna, że to będzie syn. Dlatego kiedy weszłam do pokoju, w którym siedziało parę osób, powiedziałam „dzień dobry” do wszystkich i do nikogo, a potem
     - Będę miała syna.
Zdziwienie, jakieś uwagi, może gratulacje. Być może uśmiechy, uśmieszki raczej, bo przecież wiedzieli, że nie wyszłam za mąż. Ale ja nie czułam się skrępowana. Od dwóch dni, od kiedy się dowiedziałam, byłam zbyt szczęśliwa.
    Władek nie wiedział o tym dziecku jeszcze, ale jak gdyby się domyślał, to znaczy nie był pewny, czy tak, czy nie i wyglądało na to, że się boi, bo myśli, że to ja się boję. Ale ja nie. Nie bałam się. Cieszyłam. To przecież będzie moje dziecko.
    W biurze nikt nigdy nie widział Władka. Wolałam, żeby nie przychodził. Był nijaki, zbyt młody, do tego ubrany nieelegancko. Przed biurem na Marszałkowskiej wyglądałby jak ktoś, kto się tu zabłąkał. Za to przy szosie lubelskiej , na wsi, byliśmy u siebie, w domu. Spotykaliśmy się wieczorami, kochali w zagajnikach, bo wciąż było jeszcze ciepło.
  Teraz coś się zmieniło jednak, zaciążyło na nas nagle poczucie odpowiedzialności. Lecz ja chyba sobie poradzę. Jak? Nie wiem. Często myślałam o tym, że syn powinien mieć ojca, żebym mogła rodzinie, kolegom z biura, dawnym znajomym powiedzieć, to jest ojciec. I potem, jak dorośnie, żeby nie był nieślubnym dzieckiem. Co prawda od dawna miałam uczucie, że bez Władka nie mogłabym żyć. Ale jako mąż?
    Podczas jednej z leśnych wędrówek – szliśmy do jego matki – powiedziałam mu, że musimy wziąć ślub. To ja powiedziałam jemu, nie on mnie. On w ogóle niewiele mówił, w tym też musiałam go wyręczać, Dlatego wcale się nie zdziwiłam, że się ucieszył. Powiedzieć ucieszył, to mało. Wyglądał tak, jakby spotkało go wielkie szczęście.
   W gminie załatwiliśmy formalności. Termin ślubu był wyznaczony na pewien późnojesienny dzień, a w biurze przeniesiono mnie do innego działu. Domyśliłam się, że chciano pozbyć się mnie jak najszybciej i byłam trochę zawiedziona, ale nie za bardzo. I tak bym przecież odeszła. Władek jakoś zdoła zarobić na nasze utrzymanie. Trudno. Będziemy biedni.
    Ciąża zaczynała być już widoczna. Postanowiłam sama uszyć ubranie, w którym wezmę ślub i to musi być coś ciepłego i luźnego, żeby można było nosić przez całą zimę, a potem jeszcze wczesną wiosną. Kupiłam wełniany materiał i wieczorami zaczęłam szyć kostium. Żakiet miał być szeroki, a spódnica z zakładką do poszerzania w czasie ciąży. Kolor materiału nie bardzo mi się podobał, taki ni to brązowy, ni to żółty, ale innego nigdzie nie mogłam dostać. Władek już mieszkał u mnie. Pokoik miał dwa metry na dwa i pół, zmieścimy się tu we troje. Do ślubu pojedziemy pekaesem, a skromne przyjęcie będzie u jego matki.
    To był powszedni dzień, późne popołudnie, autobus pełen ludzi wracających z pracy, mnie ktoś ustąpił miejsca, ale Władek z kolegą, który miał być świadkiem stali ściśnięci w przejściu. Przed budynkiem Prezydium Gminnej Rady czekało już kilku zaproszonych gości. Kuzyn przyjechał samochodem, zabierze nas w powrotnej drodze. W starym budynku gminy musieliśmy wszyscy wejść na piętro bardzo wąskimi schodami do sali prezydialnej, gdzie udzielano ślubów. W pewnej chwili Władek, który szedł za mną potknął się i osunął. To wywołało zamieszanie, bo pozostali musieli się trochę cofnąć. Wiedziałam, że Władek onieśmielony, a jednocześnie podniecony tą niecodzienną sytuacją nie bardzo wie, co się dookoła dzieje i trochę się niepokoiłam, czy tam na miejscu, w sali nie zrobi jakiegoś głupstwa. Okazało się, że nie pamięta komu dał obrączki. Bo komuś dał. Bo nie miał. Na szczęście miał je świadek. I wkrótce było już po wszystkim.
    Wracaliśmy z kuzynem samochodem, a reszta gości pekaesem. Potem jeszcze kawałek do wsi. Przyjęcie u teściowej nie było wystawne, chociaż złożyli się po trochu wszyscy, to znaczy siostry Władka. Rodzina traktowała mnie z rezerwą, nie miałam majątku, nic nie miałam i byłam od niego starsza. Ale dostałam od kogoś posrebrzane sztućce, od kogoś innego obrus.
   Ja nie piłam wódki podczas tego przyjęcia, ale Władek pił. Kiedy późnym wieczorem wracaliśmy do naszego domu, kilometr, może więcej, musiałam go podtrzymywać. W pokoju było zimno. On usiadł, a ja zaczęłam się, jak zawsze, krzątać. I właśnie wtedy, podczas krzątaniny, to wreszcie dotarło do mnie tak, że byłam tym zaskoczona. Dziwne uczucie. Świadomość przynależności. Do Władka. A także świadomość tego, że on nieodwołalnie przynależy do mnie. 


wtorek, 21 lipca 2015

RYCERZE I DAMA





















INSPIRACJA FILMEM „DRIVE”

ANGELINA SIELEWICZ


Dwóch rycerzy, wasal i jego senior, stoją w ogromnej sali we wnętrzu zamczyska. Za nimi stoi dama, przysłuchując się rozmowie.

SENIOR
Witaj, zacny rycerzu. Jak się miewacie?

WASAL
Wspaniale, mój panie.

SENIOR
Powinności swoje należycie sprawowaliście podczas mojej jakże długiej wyprawy za dalekie lasy, doliny, morza i oceany? Podczas to której uczestniczyłem w spotkaniach z najzacniejszymi z najzacniejszych, aby móc wywiedzieć się, jak walczyć z rozpustą i występkiem na rubieżach mojego księstwa.

RYCERZ
Tak, mój książę, proszę mi wierzyć, klnę się na mojego nowego konia, jedyne z nielicznych stworzeń, które obdarzam miłością i szacunkiem, nie ma książę powodów, by nie być ze mnie kontent.

SENIOR
Zatem jeśli tak powiadasz, nie pozostaje mi nic innego, jak uwierzyć. Aczkolwiek nie daje mi zasnąć na moim pozłacanym łożu jeszcze jedna jedyna myśl. Swoją drogą, łoże dosyć niewygodne. Może to drobnostka, ale nie mogę jej przemilczeć. A zatem rycerzu mój najdroższy, syn opowiadał mi o was. I to wiele. Śmiem twierdzić, że za wiele.
(wyjmuje miecz)
Kim wy właściwie jesteście dla mojej rodziny? Mów. Każę wam mówić.
(przykłada ostrze miecza do szyi rycerza)
Zaopiekowaliście się moją rodziną podczas mojej nieobecności?

RYCERZ
Cóż mogę rzec, o książę? Honor nakazuje mi mówić prawdę i tylko prawdę, zatem: tak, zaopiekowałem się.

DAMA
(do siebie)
O Boże, do czego ta rozmowa nas doprowadzi...

SENIOR
(chowa miecz)
To szlachetne z waszej strony, ale ta pomoc nie będzie już potrzebna. Wy też nie będziecie już potrzebni. Ale ponieważ jestem dobrodusznym władcą, pozwalam wam pożegnać się z damą mojego serca. Zamieńcie ostatnie dwa słowa, a potem odejdź, rycerzu... Tam, gdzie, tam, gdzie...
(zamyśla się)

RYCERZ
Gdzie pieprz rośnie.

SENIOR
Dziękuję. Gdzie raki zimują też pasuje, nieprawdaż?

RYCERZ
O tak, zgadza się.

SENIOR
No, już dobrze, dobrze. W nagrodę za miły small talk, oświadczam, że możesz zamienić nawet trzy słowa z moją damą.

DAMA
O książę, czy to już nadeszła ta wiekopomna chwila?

SENIOR
Jeszcze chwilę. Dużo rycerzu jeździcie konno?

RYCERZ
Jeśli nie śpię lub nie jem, nie robię nic innego, tylko galopuję na moim białym rumaku.

SENIOR
Hmm... Biały rumak, nic dziwnego, że podobacie się damom. Może ja też powinienem sobie takiego sprawić?
(zamyśla się)

DAMA
Książę, czy to już teraz możemy z rycerzem wymienić pożegnalne uściski?

SENIOR
Tak, moja damo, znaj moją łaskę.

RYCERZ
O miłościwy panie, nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny. Całuję rączki.

SENIOR
(z odrazą)
Łapy precz, sodomito.

DAMA
(ociera oczy chusteczką)
Spotkania z tobą zapamiętam jako najwspanialsze chwile w moim życiu. Spisałam je w formie wspomnień. W XVII wieku ktoś się nimi zainspiruje i ukażą się jako „Księżna de Clèves”.

RYCERZ
W ten sposób nasza miłość przetrwa wieki, najdroższa.

SENIOR
Żegnaj, rycerzu.

DAMA
(macha chusteczką na pożegnanie)
Och!

niedziela, 19 lipca 2015

Broniewski

Chcę żyć!



Na świecie jest pięknie. Piękno to w całej pełni dostrzegalne jest dopiero wtedy, gdy ma się nadzieję korzystać z niego – fragment „Pamiętnika” Władysława Broniewskiego. Przez lata skrywany, czasami tylko reglamentowany Pamiętnik Władysława Broniewskiego, zdążył obrosnąć legendą (...)

Druk fragmentów w latach sześćdziesiątych najpierw w „Polityce”, później w „Miesięczniku Literackim” i „Poezji”, a nawet ogłoszenie bardzo rozszerzonych zapisów z Pamiętnika w 1984 roku nie zaspokoiły czytelniczej ciekawości, ale wręcz potwierdziły istnienie kontrowersyjnej części rękopisu. Niewydane fragmenty stały się niejako obietnicą i gwarancją sensacji — obietnicą do dzisiaj niespełnioną, a zarazem obietnicą do dzisiaj potrafiącą regulować szczególną recepcję Broniewskiego.

Edycja pełnego tekstu, jaką czytelnik dostanie w końcu do ręki, może chociaż w części wyciszy tę sensację. I chyba tak będzie najlepiej — i nawet nie szkoda tej legendy.

Ze wstępu Macieja Tramera.


***

13 lutego 1919

Jak smarkacz chodziłem na Hożą i czekałem, aby Ją zobaczyć. Od dziesięciu dni jestem w Warszawie i… nudzę się. Czuję się tak obcym, tak mi czegoś brak – nic mnie nie bawi. Bywam u Lehrów – bardzo tam sympatycznie, ale i tam nudno. Myślałem, że się rozruszam w gronie płockich podlotków, ale po dwóch dniach mam ich dość. Jakież to bezdennie głupie istoty. Repertuar we wszystkich teatrach pod psem. Rozpacz! W dodatku zdrowie moje nie bardzo się poprawia i kto wie, czy po powrocie z urlopu nie będę musiał jechać do szpitala. Jedyna myśl, która mi się uporczywie po głowie kołacze, to zobaczyć Ją. Jakże ja sam sobie wydaję się śmiesznym, gdy łażąc bez celu, bezwiednie skręcam tam, gdzie ona mieszka. Podchodzę do bramy, zaglądam w podwórko i nic tam naturalnie nie spostrzegam; idę dalej kilkadziesiąt kroków, zawracam i tak kilka razy, aż zniechęcony wracam do nudnej wędrówki po ulicach. Śmiesznie sentymentalna historia, a jednak rzeczywista. Kocham kobietę, której nie znam i nie wiem nawet, jak się nazywa, którą zaledwie kilka razy widziałem przelotnie na ulicy. Kiedyś wiosną śledziłem ją spotkawszy wieczorem na Daniłowiczowskiej; szła z bratem do teatru. Poszedłem za nimi. Wyśledziłem, gdzie siedzi i wszystkie antrakty spędziłem na niemym wpatrywaniu się w nią. I tak się jakoś zapatrzyłem. Po przedstawieniu tropiłem ją aż do jej mieszkania na Hożej 66.

Wiem, że ma brata studenta, brzydkiego, choć podobnego do niej, matkę starą, że jest niezamożna, i wiem, że jest śliczna, i że ją kocham.

Ileż wdzięku dodaje jej ten ubogi szyk, prawdziwie warszawska genialność. Zapoznać się z nią na ulicy nie mogłem – byłoby to zbyt banalne, a innych sposobów nie było, więc musiało się to ograniczyć na niczym. Ale nie! — nie na niczym. Nie wiem, czy ona zwróciła na mnie kiedykolwiek uwagę, choć miałem kiedyś to wrażenie – być może, że nie domyśla się nawet, że ma we mnie tak oddanego kochanka.

Jeżeli telepatia nie jest blagą, jeżeli możliwym jest wzajemne odczuwanie się na odległość, jak w pierwszej części Dziadów, to moja „Biała” (tak ją w myśli nazwałem) musi czuć choć część tego, co mnie od roku blisko dręczy.

Dręczy mnie tęsknota do prawdziwej miłości, której nie znam. Chcę mieć kochankę, marzę o niej i ubieram ją zawsze w Jej kształty. Przedstawia mi się ona najczęściej w jakiejś nierealnej postaci. – Śpię… Świta… Przez okno płynie do pokoju ostatni promień księżyca, podobny do tego, po którym duch Anhellego szedł do Ojczyzny. I śni mi się w pokoju pełno narcyzów, że woń ich tak silna i słodka, że aż odurza. A ona wśród tych białych kwiatów idzie do mnie tak wolno, tak cicho, w białej sukience z mgły, staje za moim łóżkiem, kładzie mi zimną rękę na twarz i znika. Czasem znów wyobrażam sobie realnie mój przyszły stosunek. Kochanka moja będzie nie mniej inteligentna i wolnomyślna niż ja. Będziemy sobie kpić ze wszystkich uświęconych kanonów, będziemy oboje cieszyć się urodą życia. Kiedyś wyjdziemy na miasto trzymając się za ręce i nie będziemy wiedzieli, dokąd idziemy. Będziemy biegli prędko, coraz prędzej, nic nie mówiąc do siebie, i nagle zatrzymamy się śmiejąc się i utoniemy w rozkoszy pocałunku. To znów wyobrażam sobie jakiś zimowy wieczór, szarą godzinę, w której nie zapalono lampy, małą wygodną kanapkę, na której siedzimy oboje i nic nie mówimy do siebie.
Ot – tak mi się tam marzy…

Ale nie widziałem Jej w Warszawie, choć jestem tu od dziesięciu dni. Urlop niedługo mi się kończy i znów wrócę do Włodzimierza, aby tęsknić za Warszawą, tak jak teraz tęsknię za moimi złotymi chłopakami ze szturmówki. Nudzę się. Wydaję pieniądze i nie robi mi to żadnej przyjemności.
Wczoraj czytałem Lehrom kilka moich wierszy, jakże nędznie brzmiały one w moim uchu. […]

16 lutego 1919

Nuda… Pustka… Chodzę, sam nie wiem, gdzie i po co, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie bawi.

Wszystko wydaje mi się tak idiotyczne i głupie, tak banalne – ludzie, gazety, teatry, nawet ulica gwarna, w której nurzam się co dzień po kilka godzin. Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam – tym lepiej. Zupełnie jestem sam.

Nie spotkałem Jej… Było to jedynym moim pragnieniem, a i to się nie spełniło. Tak chciałem zobaczyć choć przez chwilę tę białą twarzyczkę, której rysy wyrzeźbiły się w zwojach mego mózgu. Stykałem się z innymi kobietami – najmniejszego wrażenia. – Jak nudno!…

4 marca 1919

[…] Chętnie wróciłem do kompanii (1).

Wszędzie jest źle i nudno, a zawsze zdaje się, że lepiej tam, gdzie mnie nie ma. Wróciłem więc, a na miejscu okazało się, że nie mam już kompanii. Maszynowców zabierają gdzieś do baonu karabinów maszynowych, w kompanii ludzi coraz mniej, wszystko przygnębione i chce się rozlatywać na cały świat. Wstrzymałem ich mówiąc: zaczekajcie, aż przyjedzie Jasiński. Tymczasem Ukraińcy nie dawali spokoju: zaatakowali pod Zimnem, naturalnie nieudolnie jak zwykle. My mieliśmy być rezerwą, ale wieczorem nie wytrzymali bez nas. Postrzelało się trochę po nocy, kilka kul uderzyło moich chłopców o hełmy, ale obyło się bez strat. Na drugi dzień rano zrobiliśmy turnée przez Goryczew do Zimna, gdzie zanocowaliśmy. Miałem tam zajście z niejakim porucznikiem Kozarem, zupakiem (2) austriackim, któremu nie pozwoliłem wsiąść na siebie. Chodziło mi o to, że wyraził się do mnie: „stulić mordę”. W rezultacie dziś ukarał mnie trzydniowym aresztem domowym (3). Pan oberlejtnant sekundantów moich nie przyjął, mówiąc, że uważa tę sprawę za czysto służbową. Będę jeszcze stawał do raportu.


Wszystko to głupstwa.


Zapomniałem jeszcze napisać, że przed wyprawą hajdamacką na Zimno odbyła się nasza wyprawa, w której nie brałem udziału, na Iwanicze, w której zginął kapitan Rzecki-Zinth. Pogrzeb – parada.


Pierwszego marca Lis (4)przedsięwziął wyprawę na Poryck. Marsz trzydzieści parę wiorst po grudzie. Pierwszy pluton na szpicy; Lis prowadzi. Na odprawie dowiedziałem się, że mam wykonać prawdziwy szturmowy atak.


O kilka wiorst od Porycka natknęliśmy się na placówkę ukraińską. „Stoj! kto ide?” – „Szpica bardzo szybko naprzód” – mówi Lis.


Pobiegłem ze szpicą i okrążyłem chałupę od tyłu.


Zdajsia!” (5) – krzyknąłem zza węgła, a za drugim węgłem stało kilku Ukraińców. Na nieszczęście, miałem koło siebie za mało ludzi i hajdamacy uciekli w bok. Nowicki zabiegł im z drugiej strony i złapał dwóch.


Pomaszerowaliśmy dalej.


O wpół do czwartej byliśmy już pod Kłopoczynem, przedmieściem Porycka. Roś z pięcioma ludźmi poszedł naprzód kilkadziesiąt kroków, ja za nim z plutonem. Szliśmy kilka minut. Znów: „Stoj, kto idiot?” – „Swoj, swoj, ne strelaj!” – „Stoj – stoj” – „Hurra!” – krzyknął patrol Rosia – „hurra”, poderwał pierwszy pluton i popędziliśmy naprzód. Jedna seria z kulomiotu, kilkanaście strzałów i placówka już nasza. Kulomiot zdobyty. Pędzimy dalej.


Doganiam Rosia i już cały pluton razem pędzi. Mamy przebyć mostek, który według naszych przewidywań miał być najtrudniejszy do wzięcia. Przebyliśmy go. Pod samym miasteczkiem stał drugi kulomiot. Tam dostaliśmy się pod silniejszy ogień, a zwłaszcza gdy już wbiegliśmy na skraj wsi i zabraliśmy drugi kulomiot.


Całą drogę krzyczałem „Hurra!”. W takich chwilach człowiek zatraca zupełnie poczucie niebezpieczeństwa, a jednak bezwiednie pozostaje instynkt samozachowawczy.


Przypadliśmy do ziemi i zaczęliśmy strzelać. Jak się później dowiedziałem, w tym miejscu zabity został Roś, a Szklarski ciężko ranny. Krzyknąłem: „Naprzód! pierwszy pluton!”. Poderwaliśmy się i znów posunęliśmy się naprzód kilkadziesiąt kroków. Tam zaczęliśmy rzucać granaty. Strzelali ze wszystkich stron, nawet nasze rezerwy z tyłu. Znów poderwałem linię i dobiegliśmy do rynku. Tam zabraliśmy trzeci kulomiot, z którego Nowicki zaraz zaczął strzelać. Tam Ukraińcy zbierali się do kontrataku. Cofnęliśmy się do wylotu ulicy, ostrzeliwując się. Wtedy podbiegł Lis i poderwał wszystko do ataku. Ukraińcy uciekli. Poszedłem z plutonem w prawo i obsadziłem drogę na skraju wsi. Armaty wystrzeliły trzy razy. Zabrała je kompania 31 pułku piechoty, dla której byliśmy rodzajem naganki. Z placówki mojej ostrzeliwałem przesuwających się Ukraińców, w końcu wycofano nas na rynek. Zaczęło się zbieranie łupów. Trzy armaty, osiem kulomiotów, najróżniejsze składy wpadły w nasze ręce, nie licząc tego, co każdy żołnierz nabrał do chlebaka i kieszeni. O jedenastej wróciliśmy do Kłopoczyna i zaczęliśmy marsz powrotny. Sukces olbrzymi. Straty prawie wyłącznie z mego plutonu. Stopniał bardzo. Dziś był pogrzeb Rosia.


Przed pogrzebem fotografowaliśmy się. Cała kompania. Dawny batalion. Moja kompania, Piękosia i puławska Dobrowolskiego. Osobno pierwsza z Jasińskim i ze mną.


[…]


13 kwietnia 1919


Chcę żyć! Na świecie jest pięknie. Piękno to w całej pełni dostrzegalne jest dopiero wtedy, gdy ma się nadzieję korzystać z niego, i odwrotnie, gdy znajduję się o krok od śmierci, nie widzę całej „urody życia”.


Kwiecień… Na polach śliczny, zielony kolor zbóż, kolor, który każe cieszyć się, że na świecie tak jasno i pięknie, który napełnia duszę tęsknotą za czymś nieznanym, a powietrze, które wdycham z rozkoszą pełną piersią, upaja mnie jak szampan. Chcę żyć…


Od trzech dni jestem w Ostrowiu. Po długich i ciężkich cierpieniach ściągnięto nas wreszcie na wyczekiwany hinterland. Nie obyło się naturalnie bez strat, bo na pożegnanie trzeba było jeszcze wykonać „małą operacyjkę”, która nas kosztowała śmierć Gimlaka, ranę Kicińskiego, Poniatowskiego i Przysiężniaka. Przed wyjazdem nastąpiły nominacje; z prawdziwą satysfakcją podawałem do nominacji cały mój pluton, skacząc o dwa stopnie. Moja nominacja także przyszła nareszcie, skutkiem czego dostałem grube „hopy”. Zawagonowaliśmy się 4 bieżącego miesiąca i pojechaliśmy do Kowla, gdzie staliśmy trzy dni, czekając na generała Śmigłego. W Warszawie także staliśmy coś dwa dni; oddałem Mamie trzy tysiące marek, byłem w teatrze z kolegami, drugiego dnia flirtowałem z Anką Szulcówną i Lenczewską.

Mama pokazała mi przysłany przez Babcię wycinek z „Kuriera Płockiego” ze wzmianką o mnie (6). Wobec takiej reklamy, o którą posądzam Wasilewskiego, postanowiłem wpaść do Płocka.


Przez całą podróż nie wiadomo było, jaki nas los czeka. Baliśmy się rozbicia po dywizji, ale szczęśliwie jakoś uniknęliśmy tego i pozostajemy „szturmówką” jak dawniej. Teraz mamy w perspektywie parę tygodni hinterlandu, parę tygodni wytężonej pracy nad rekrutami.


Wczoraj w Ostrowiu spotkałem „Czarnego”, który zakomunikował mi, że Lehr zabity. Przygnębiająco podziałała na mnie ta wiadomość: poczułem, że i ja skazany jestem prędzej lub później na śmierć. W miarę wybijania moich przyjaciół i kolegów coraz bardziej nie chce mi się wracać na front; trzyma mnie tylko przywiązanie do kompanii, z którą się zżyłem, ale nie wiem, czy pomimo to jednak nie zdecyduję się na zajęcie jakiejś „intratnej posady”. Spośród moich kolegów i krewnych zabici już: Kamler, Frycholc, Granosik, Lehr, Kamocki, Łoś, a być może nie wiem jeszcze o wszystkich. Tryper trzyma mnie uporczywie. Mam zamiar zabrać się do solidnego leczenia. Za tydzień święta; wyjadę na przepustkę i przedłużę ją sobie; będzie to po raz pierwszy podczas mojej służby.


Fragment Pamiętnika Władysława Broniewskiego (wstęp i komentarz MaciejTramer), który pod koniec lutego ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Przypisy:

(1) W rękopisie zakreślona została pierwsza część zdania: „Pomimo niedoleczonego trypra”. Przyczyną nieobecności w kompanii nie były tylko problemy zdrowotne. 1 marca 1919 r. Broniewski został ukarany trzydniowym aresztem domowym za „nieodpowiednie zachowanie się wobec oficera starszego stopnia”.
(2) zupak (żarg.) — obraźliwe określenie podoficera zawodowego. Słowo to, podobnie jak „trep”, którym obraźliwie nazywano oficera zawodowego, pochodzi z słownika legionowego i odnosiło się podczas I wojny światowej do podoficerów i oficerów regularnej armii austriackiej.
(3) Faktycznie aresztem domowym został Broniewski ukarany przez mjr. L. Lisa-Kulę rozkazem oficerskim nr 2 z 1 marca 1919 r. Później Broniewski pieczołowicie przechowywał wręczoną mu przez Lisa-Kulę przy tej okazji książeczkę: Przepisy. O drodze służbowej przy wnoszeniu zażaleń przez oficerów, urzędników wojskowych i szeregowych. Warszawa 1919.

(4) Leopold Lis-Kula (1896-1919) — legendarny oficer I Brygady Legionów Polskich, ulubieniec J. Piłsudskiego, bohater większości bitew stoczonych przez I Brygadę; po kryzysie przysięgowym został przeniesiony karnie do armii austriackiej, zdegradowany do stopnia sierż. i skierowany na front włoski. Po powrocie Lis-Kula został dowódcą POW w Kijowie, z którą prowadził działalność dywersyjną. Od grudnia 1918 w stopniu mjr. był zastępcą dowódcy w zgrupowaniu taktycznym mjr. Bończy-Uzdowskiego; pośmiertnie awansowany został do stopnia płk. Postać Lisa-Kuli została utrwalona m.in. przez J. Kadena-Bandrowskiego, M. Wańkowicza, J. Lechonia.

(5) zdajsia (ukr.) — poddaj się.

(6) „Kurier Płocki” 1919, nr 78 [6 kwietnia 1919 r.], s. 3 — wśród anonimowych informacji znalazła się notatka: „Dowiadujemy się, że przybyli i bawić będą przez 3 dni w mieście naszym: wachmistrz i 3-ej żołnierze 1-go Pułku Szwoleżerów (dawniej słynnego rotmistrza Beliny-Prażmowskiego — dziś majora Orlicz-Dreszera). Panowie ci zamieszkali w hotelu Poznańskim, pokój nr 4 i chętnie udzielają znajomym i krewnym informacji o płocczanach towarzyszach broni. Z ust sympatycznych tych panów dowiedzieliśmy się nieco o wybitnych czynach wojskowych płocczanina komendanta kompanii szturmowej, p. Wł. Broniewskiego, który nie licząc bojów legionowych, ma już za sobą w obecnej walce o wolność Ojczyzny 17 bitew i brał udział w wypadzie pod Poryckiem, gdzie zginął bohaterski major Lis-Kula (Jeleński), którego pamięci niedawno poświęciliśmy specjalny artykuł”.    ZA STRONĄ


poniedziałek, 13 lipca 2015

Małgorzata Köhler a propos

 "Kto ma rację, mociumpanie czyli..."

Tragicznie nie ma racji Żuliński, ale długo trzeba byłoby udowadniać, fejsbuk tego nie łyknie. A tragicznie, bo to idzie w świat, sankcjonuje i pogarsza sytuację. W skrócie: Żuliński teoretyzuje, że nie jest źle, bo władze lokalne popierają przecież kulturę, organizując imprezy, festiwale, konkursy, spotkania etc. Tymczasem spędy oraz wiele konkursów lokalnych, bez znaczenia, z niewielkimi nagrodami i "niewielkimi" jurorami, służą głównie podnoszeniu prestiżu miasta/gminy, ale nie samej literaturze, nagradza się często chłam, często po kumotersku. Na spędach zarabiają cwaniacy, zresztą większość dotacji ląduje w ich kieszeniach. Niejeden raz widziałam jak wyrzucano w błoto państwowe czy unijne pieniądze. One nie trafiają do twórców, czyli tam, gdzie są najbardziej potrzebne, aby autorzy mogli w spokoju i względnej godności zająć się twórczością. Za jeden z najbardziej kuriozalnych skutków ubocznych ery internetu uważam pozbawienie autorów wierszówek. Nie jest to praktykowane w 100 %, zapewne p. Żulińskiego ten bezwstydny obyczaj nie dotyka, ale pisma, gazety internetowe, witryny, radio - nie płacą. Po prostu biorą materiał, żyją dzięki niemu i czasem podziękują autorowi a przeważnie robią mu łachę. To stąd, że w większości pisma nie są w stanie utrzymać się same a dotacje na to nie wystarczają. Znakomici felietoniści, eseiści, poeci mają do wyboru albo publikację za darmo, albo przepychanie się w wydawnictwach, względnie wydawanie się z własnych/cioci czy wyżebranych od sponsora pieniędzy. A jak nie chcą za darmo, to znajdzie się wielu innych, którzy zechcą, bo już dawno się poddali i zaakceptowali ten stan rzeczy (podobnie jest zresztą w muzyce). Propozycja, żeby pisać jak np. Olga Tokarczuk jest dość bezczelna, bo autor zapomina, że nawet O.T. założyła wydawnictwo, aby móc się poświęcić wyłącznie pisaniu. To nie resentymenty ale zdrowy rozsądek każą pamiętać, że kiedyś płacono wierszówkę nawet debiutantom - bo szanowano autora, skoro już wybrano do druku - i że nie było wprawdzie takiej oszałamiającej ilości tytułów (miejsc) do publikacji, ale dzięki temu przebijali się faktycznie najlepsi a nie hordy co sprytniejszych grafomanów. Ciągle nie wierzę, że Żuliński, którego inne wypowiedzi cenię, napisał serio zdanie: "Państwo niechaj dotuje instytucje kultury, a od nas, autorów, trzyma się z daleka". Bowiem dzisiejsza polityka dotacji jest idiotyczna, skoro doprowadza do tego, że giną one w przepastnych gardłach organizatorów i do autorów dociera niewiele. Albo dotacje te są po prostu za małe. Należy ubolewać i chwała Andrzejowi Walterowi, Markowi Jastrzębiowi, Sławomirowi Majewskiemu i wszystkim innym malkontentom, bowiem przygłaskiwanie tych kuriozów i udawanie, że jest nieźle prowadzi właśnie do tego, nad czym w/w malkontenci od dawna załamują ręce: do coraz bardziej postępującego spsienia literatury, języka i kultury. Dołączam się do rwania włosów z głowy, chociaż w tej trumnie leży tylko mój coraz bardziej daleki krewny.


DWA ŚWIATY



Marek Jastrząb

W tym roku nie wyjeżdżam, postanowiłem więc spędzić urlop w domowym zaciszu, w oddaleniu od sanatoryjnych zgiełków i deptakowych tras, z książką, dobrą muzyką, telewizorem w razie czego. Na wypadek, gdyby fabuła okazała się niekompatybilna z ideą mojego wypoczynku, a muzyka, zamiast ukojenia, zaserwowała mi emocjonalną drżączkę (nie cierpię telewizji, ale przyznać trzeba, że niektóre jej kanały są całkiem niczego: wolne od nachalnej manipulacji i demagogicznego łomotu dają się oglądać. To przecież kwestia wyboru; my układamy sobie ramówkę do wybrzydzania. Program układa nam życie; jakie życie, taka audycja. Więc nie narzekajmy na nieociosany poziom, bo widzimy i słyszymy tylko to, co sobie sami chcemy usłyszeć lub zobaczyć).

I tak się stało: lektura poszła w jedną, a ja w drugą stronę. Dopadło mnie przedsenne wirowanie myśli, zapuściłem więc radio z lufcikiem. Ale zamiast wejść na Historię lub Kulturę, jakaś nieczysta siła podkusiła mnie, by zajrzeć do komercyjnej stacji, bo akurat tam miano nadać najświeższe wiadomości. W oczekiwaniu na nie, rzucono dodatek do telewizyjnego kożucha, czyli reklamy. 
 
Patrzyłem na ich rozmigotaną daremność, gdyż nie chciałem przegapić początku Serwisu. Wepchnął mi się we wzrok i zgwałcił pozostałe zmysły rozkoszny widok rewelacyjnej mikstury do sosu, przyprawy maczanej w egzotyce. Anonimowy, spazmatyczny, pokuśny szept reklamodawcy zachęcał mnie do kupowania proszku lepszego od gorszego i tańszego niż droższy. 
 
Podeszła mi do gardła zachrypnięta poezja golarki wyrywającej owłosienie razem z czapką. Zostałem dopieszczony pontyfikalną wokalizą faceta wyznającego mi z wdziękiem czarnej wdowy, że odkąd został szczęśliwym posiadaczem smarowidła na hemoroidy, poznikały mu wszelkie utrapienia, bo teraz krótko i wydajnie siedzi na sraczu. 
 
Kolejna reklama poinformowała mnie gdzie za tanie pieniądze mogę nabyć całkiem sympatyczną trumienkę. Za chwilę wyskoczył z pudełka przedstawiciel ZUS i poradził, jak mam dożyć do wizyty u lekarza ostatniego kontaktu. Jestem przeganiany po mieszkaniu ścigającymi mnie bełkotami paniusi na Diecie - Cud, której udało się „schuść” sto kilo przez dwa dni bez przerywania obżarstwa. Oglądam aliganckiego ciapciaka w złotych cynglach, który namawia mnie na greckie zaciąganie kredytów i ze spokojem uczciwego oszusta twierdzi, że im więcej kupię za darmo, tym mniej wydam na psychiatrę.
 
Zbliżył się koniec puszczania reklam, toteż ze zziajaną ulgą padłem na sybaryckie krzesło, by wysłuchać wiadomości. A tam nieustający festiwal tragedii, zbiorowych masakr lub pojedynczych dramatów. Jak nie susza, to powódź, jak nie klęska nieurodzaju, to choć oberwanie chmury bądź klęska dobrobytu. Odniosłem wrażenie, jakby cały naród błagał dziennikarzy o dostarczenie mu bodaj maciupciej katastrofki; na kolanach prosił o rzeźwiący łyk codziennie większej dawki nonsensów. 
 
Podsłuchane czy sfilmowane wpadki znanych polityków już przestają bawić. Sejmowe lub internetowe szlagiery w rodzaju karczemnych pyskówek, relacje z tratowania ludzi na molo, z jazdy wariata środkiem sklepu, z bicia dziewczyny w tramwaju wypełnionym apatycznymi kibicami są nudne, zwietrzałe, nikogo nie bulwersują. Przywykliśmy do nich jak do stęchłych widoczków, więc patrzymy na nie jak na kreskówkę, coś, co się rozgrywa daleko od nas i nas nie dotyczy. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się niczym wnuczek oskubany przez babcię.

Wiadomości kończą się i by dojść do siebie, decyduję się na obejrzenie filmu, bo podobno dobry. Po reklamowych namowach na zakup maści przeciwko pladze kretynizmu, przechodzą w filmowe atrakcje z plejadą trzeciorzędnych gwiazd i konstatuję, że moje niewczesne fantazje ani trochę nie przystają do rzeczywistości: spoza kadru wydobywa się aksamitny głos konferansjera o nienagannym braku dykcji, który zapowiada, że zamiast filmu o Van Goghu będzie kino akcji, nowa wersja odgruzowanej hecy do śmiechu, a Van Gogh zostanie puszczony nad ranem. 
 
Przed okiem nastawionym na spostrzegawczość widzę rewelacyjną szmirę z ambicjami, kunsztowną bryndzę z krwawą siekaniną, filmową pląsawicę do wywabiania myśli, artystycznie rozlazłe, stereotypowe bezguście, nieporozumienie, w którym, spoconymi resztkami tchu, próżno doszukuję się sensu i ukrytych drogocenności, więc zmęczony filmowymi atrakcjami, wyłączam telewizor. Lecz nie wyłączam refleksji. 
 
Zastanawia mnie irytujący fakt, że pozwalam - bez protestów i rozdrażnionych min - by ów obraz namawiał mnie na przeżycia, których nie chcę, przekonywał do doznań, które są popłuczynami z opowiedzianych już lepiej, mądrzej i drzewiej. Film, traktujący mnie jak matoła, któremu do życia potrzeba jest instrukcja spontanicznego śmiania, który zmusza do uczestnictwa w morderczo zabawnych rozrywkach, powoli zaczyna mnie obezwładniać niezmordowaną pustotą, zaczynam więc zachodzić w głowę, gdzie podziało się piękno i forma Bergmanowskich treści, gdzie życiowe problemy i niewulgarne dialogi?
Toteż stwierdzam, że są dwa światy. Jeden, to dziewicza przestrzeń obecnego życia, drugi, to przeszłość z odmiennymi wartościami. Kto wierzy w znaczenie guseł, ten jest cywilizacyjnie do przodu, a kto nie, ten nie idzie z właściwym postępem i ma feudalne życie, uprawia narzekactwo i wokół siebie rozsiewa ocet; izolowany jest od reszty społeczeństwa i jako odszczepieniec ma przed sobą zgrzebną dolę. 
 
Dla ludzi żyjących tu i teraz, wspomnienia takich jak ja, żyjących minionym, są egzotyczne. Natomiast dla ludzi schyłkowych, z wolna zabierających się za pakowanie walizek i dokonywanie bilansów, obecny jest rozczarowaniem, bo nie tak wyobrażali sobie jutro.


.

sobota, 11 lipca 2015

DZIEWCZYNA I ROSYJSKI POETA

Sebastian J. Theus

/Sławomir Majewski/





"Wszyscy ją lubią, ale wielu jej nie znosi. Lubię ją. To dlatego, że jestem wrażliwy. Trzeba być wrażliwym, żeby ją docenić, trzeba mieć w sobie duszę poety. Ale powiem ci prawdę. Możesz stawać dla niej na rzęsach, a ona i tak zrobi cię na szaro. Na przykład, kogo ci dziś przypomina? Dziewczynę co skończy na dnie butelki z prochami. Widywałem już takie rzeczy w życiu, ile razy, ale tamte dzieciaki nie były nawet stuknięte. Ona jest stuknięta."   Truman Capote; Biografia


Jest późny listopadowy wieczór, zaraz będzie noc. Dziewczyna ma twarz którą się zapomina po sekundzie. Siedząc na parapecie sklepowej witryny chrupie gofra. Niedawno przeczytała że 7 kwietnia 1906 roku erupcja Wezuwiusza zdemolowała Neapol zabijając ponad 100 osób. Zastanawia się, jakby to było, gdyby teraz tutaj wybuchł taki wulkan. Zapada noc.
Dziewczyna wstaje, idzie w kierunku metra, schodzi na peron, wsiada do wagonu, siada na wolnym krzesełku, wyjmuje z kieszeni książeczkę z wierszami rosyjskiego poety i czytając dłubie końcem języka w dziurawym zębie gdzie utkwił kawałeczek gofra. Rzecz bez znaczenia, lecz drażniąca.
Z głośnika pod sufitem sączy się utwór w stylu rap, potem hip-hop. Dojeżdżając Dziewczyna patrzy na zegarek, wstaje. Słyszy strzępy kłótni z matką, która tydzień temu przyłapała ją z Jeanem. Widzi nagie ciało Jeana w chwili w której w nią wchodził. Wysiadając uśmiecha się, bo jeszcze go czuje. Idąc peronem w kierunku schodów uśmiecha się, bo jeszcze go czuje. Czując że jeszcze go czuje idzie do wyjścia oznaczonego napisem Wyjście.
Nuci fragment w stylu rap myśląc kupię sobie hot-doga albo hamburgera albo. Mężczyzna z szyją owinięta długim, kolorowym jak tęcza szalikiem potrąca ją, książeczka z poezjami rosyjskiego poety pada w błoto.
- Ty pierdolony skurwysynu! krzyczy Dziewczyna ale mężczyzny już nie ma. Dziewczyna wzrusza ramionami, oczyszcza poezję z błota myśląc że to doskonała metafora. Wychodząc z tunelu na ulicę zatrzymuje się przy budce z hamburgerami
- Poproszę, prosi sięgając do kieszeni po pieniądze, znajduje, odlicza, podaje. Odwracając się plecami do sprzedawcy czuje chłód mroku.
- Dobrze że mam ciepły szalik, myśli a później ojej, ale tu by było cierpło, gdyby taki wulkan wybuchł. I że w 1906 roku pierwsza w historii chrześcijaństwa dziewczyna o polskim nazwisku Kozłowska została imiennie ekskomunikowana. Dlaczego imiennie? Muszę sprawdzić. Dlaczego imiennie? Musi sprawdzić żeby zrozumieć.
Znowu słyszy strzępy kłótni z matką.
- Nie mam piętnastu lat, mamo.
- I nie masz osiemnastu, dziwko!
Dziwka jeszcze go czuje. Widząc nagie ciało, przyciska do piersi książeczkę z poezjami rosyjskiego poety. Patrzy na wystawy idąc powolnym krokiem zapóźnionej turystki. W 1906 roku erupcja Wezuwiusza zniszczyła Neapol. Zginęło 100 osób. Niewiele w porównaniu z Pompejami. Ale kim była ta imiennie ekskomunikowana Kozłowska? Muszę sprawdzić. Musi sprawdzić.
Nucąc fragment w stylu rap wrzuca do kosza papierek po hamburgerze. Jest wczesna listopadowa noc. Patrząc na wystawy Dziewczyna idzie powolnym krokiem zapóźnionej turystki chowającej do kieszeni książeczkę. Jeszcze go czuje. Dziewczyna ma twarz którą się zapomina po sekundzie. Rzecz bez znaczenia lecz niewątpliwie drażniąca.

Opowiadanie z tomu „Casablanca”

.

poniedziałek, 6 lipca 2015

SZANSA


SZANSA


Stoję i czekam. Ciemno już... A nie tak znów zupełnie ciemno, bo tu i tam latarnia świeci i widać jakieś oświetlone okno. Lecz sytuacja beznadziejna. Bo pekaesu już nie będzie. Było tu jeszcze kilka osób, lecz większość z nich już się rozeszła. Z tych co zostali ten i ów wciąż jakby niezdecydowany. Może samochód jakiś? Ale gdzie tam. Mało kto na wsi ma samochód, a to jest szosa przelotowa przez Wólkę Mlądzką, Kołbiel, jeszcze dalej.. Najwyżej jakaś ciężarówka. I co ja mogę zrobić? Iść? W pantoflach na obcasach? W nocy? Pójdę. Bo muszę. Prawie płaczę. I po co było leźć do tego kina. Nikt nie zaczepił, nie zagadał. Dobiegłam do Śródmieścia łapiąc pociąg. Z pociągu na autobus. No i stoję. Strach. Szosa przede mną niczym otchłań. Już jestem sama? Tamci poszli? Być może złapią coś po drodze. I na co czekam? Sama nie wiem. A jednak ktoś się zatrzymuje. Samochód. Mały jakiś. Osobowy. Ktoś drzwi otwiera, zabłysło wewnątrz słabe światło, człowiek wychylił się, zapytał
- Podwieźć?
Chcę mu się przyjrzeć. Nic nie widzę. E… Kto by to nie był, wszystko jedno. Ktoś, kto w tych czasach ma samochód nie jest na pewno byle kim. Lecz ten samochód taki sobie, nie maluch, ani duży fiat. Tamten zagarnia coś z siedzenia, jakieś rzeczy. Lampka się pali, Siadam z przodu i widzę że jest brudno. Stary grat. Ostrożnie zerkam, na mężczyznę. Nie gruby, ale chyba dość wysoki. Zajmuje dużo miejsca w samochodzie.
- Pani daleko?
Mówię mu. Boję się, że nie będzie mu po drodze, ale nie. Jedzie tamtędy, tylko dalej. Jestem onieśmielona trochę, obcy człowiek i to właściciel samochodu. Chyba przygląda mi się, czuję to. Ruszamy. Odezwać się, czy on coś powie?
- Nie było autobusu? - mówi.
Narzekam na komunikację w taki sposób, żeby domyślił się kim jestem, że nie ze wsi.
- Codziennie ten sam problem – mówię – przyjedzie, albo nie przyjedzie.
Patrzy przed siebie i teraz ja na niego mogę zerknąć z boku. Wydaje mi się taki sobie.
- A pani co? Studentka?
- Nie, nie. Pracuję w biurze
Chwila ciszy.
- Zawsze tak późno pani wraca?
- Byłam w kinie – mówię. Popatrzył na mnie
- Sama?
- Czemu nie? Lubię być sama.
Być może się uśmiecha. Nie uwierzył.
- A mąż?
Przyznam się, co mi szkodzi
- Nie mam męża.
Na pewno nie powinnam mu się zwierzać, ale tak mi się powiedziało, nie wiem czemu. Jestem spięta. To przecież obcy człowiek. Co z tego, że może nawet sympatyczny. Pewno zajęty. I tak za chwilę dojedziemy i trzeba będzie się pożegnać. Szkoda. Wtedy on pyta tak swobodnie i jakby od niechcenia, czy może mnie odwiedzić. Jestem tym zaskoczona, mówię
- Proszę bardzo – Wyjaśniam mu, że mieszkam z mamą.
- Tak?
Wygląda na zawiedzionego. A może mi się tylko zdaje. Teraz ja pytam gdzie on mieszka. Mówi zdawkowo
- Trochę dalej.
Po chwili on, że może się spotkamy jeszcze. Nie wiem, co na to odpowiedzieć.
- Pewno tak.
I mówię niby żartem, że może kiedyś na tej trasie znowu nie będzie autobusu. Ale on co innego ma na myśli. Chciałby się spotkać gdzieś na mieście. A ja się zastanawiam. Cóż? Właściwie on mi się podoba, chociaż nie widzę go zbyt dobrze, bo tylko profil i to tylko wtedy, kiedy ktoś jedzie z naprzeciwka. Pytam się gdzie? I to jest błąd. Bo nie powinnam tak od razu. I to mnie onieśmiela. On mówi, że na Emdeemie. Jutro. Milczę, ociągam się. Niech sobie myśli, że się zastanawiam, że może nie mam czasu, albo co. Albo już jestem umówiona z kimś. Nie trwa to długo. Mówię
Dobrze.
I to jest coś, co nas już wiąże, dlatego rozmowa się nie klei. Zbliża się ta miejscowość w której mieszkam. Nie trzeba mnie podwozić do samego domu, stoi przy szosie, niedaleko.
Zatrzymujemy się, żegnamy – do jutra. Teraz już wiemy gdzie i kiedy. On chyba usiłuje mi się przyjrzeć, ja również widzę jego twarz, choć także niewyraźnie, w mroku. No cóż? Mężczyzna jak mężczyzna. Wydaje mi się dość przystojny. Idę przed maską samochodu na drugą stronę szosy. On patrzy za mną. Idę tak, żeby mógł mnie ocenić należycie. A on odjeżdża. Już go nie ma.
Do mamy mówię, że poznałam kogoś. Na razie to wystarczy. Żeby nie pomyślała sobie bóg wie co. Wie tylko, że to właściciel samochodu. A potem, po kolacji zanim zasnę myślę co zrobić? Iść, czy nie iść? Może i trochę głupia sprawa, bo jednak to jest nieznajomy. Co za różnica? Nieznajomy. Każdy był kiedyś nieznajomym. Ale jest jeszcze coś. Tak prosto z pracy? A makijaż? Trzeba się będzie lepiej ubrać. Zawsze ubieram się starannie, bo jestem starszym referentem, lecz to wymaga czegoś ekstra. Ktoś pewno w biurze powie - randka? A ja odpowiem - nie. A skądże. Bo im, tym w biurze wciąż się zdaje, że już powinnam być zamężna. Ale to nie jest takie proste. Nie powiem, czasami robię znajomości. Zwykle przelotne. O zamążpójściu nigdy nie ma mowy. Bo wszystko niby się układa, zanim nie powiem im, że mieszkam z mamą, a mama jest kaleką. I zajmujemy tylko jeden pokój u ludzi na wsi, bo to taniej. Wtedy przestają się interesować.
Może tym razem? Sama nie wiem.

Jest wczesna jesień, ale szaro, mglisto. Mam czas, godzinę, może więcej, wiec zamiast do kawiarni Niespodzianka idę posiedzieć gdzieś na ławce. Plac Konstytucji. Na przystanku. Kręci się tutaj tyle ludzi, że nawet jeśli mnie zobaczy to nie pozna. A ja? Ja chyba się domyślę. Mija czas. I mija ta godzina na którą byliśmy umówieni. I wtedy widzę ten samochód. Przejeżdża Marszałkowską w stronę Alej. Ten sam, stary, a jakiej marki nie wiem, bo się nie znam. Iść do tej Niespodzianki nie ma po co. Posiedzę sobie jeszcze trochę i poczekam.
Jest! Widzę go. To on, na pewno. Ale on jakby mnie nie dostrzegł. Nie poznaje. Idzie pod arkadami prosto do kawiarni. Wysoki, elegancki, w dżinsach. Gdy znika w drzwiach, ja wstaję z ławki i mówię sobie; tylko bez pośpiechu. Wchodzę, rozglądam się. Mieliśmy spotkać się na antresoli, więc idę tam powoli, od niechcenia. Widzę go, siedzi w głębi, sam, a wiec to on. Siądę na drugim końcu sali, niech podejdzie. Na razie zbliża się kelnerka. Mówię
- Poproszę kawę
Potem co jakiś czas podnosząc filiżankę spoglądam w tamtą stronę starając się uchwycić jego wzrok. On się rozgląda, ale mnie nie widzi. Po chwili, kiedy mi się zdaje, że patrzy na mnie spuszczam głowę, a potem znowu zerkam. Rozgląda się, a wiec mnie nie poznaje. Co zrobić? Sama nie wiem. Przecież nie wstanę, nie podejdę i nie powiem – czy my się znamy?. Nie wypada. A on, wydaje mi się czeka na coś, może na kogoś. Pewno na mnie. Muszę coś zaraz postanowić, żeby nie stracić takiej szansy, bo on mi się podoba. Ale ostrożnie, żeby się nie skompromitować. A z głębi sali ktoś mi się przygląda. Szary jakiś, w pomiętym garniturze, pewno ze wsi. A tamten zbiera się do wyjścia . Płaci.
Człowiek w pomiętym garniturku także wstaje. I wtedy przychodzi mi do głowy, że może to nie tamten, tylko ten? Musiałam się pomylić. Szkoda. Więc siedzę z miną obojętną i czekam aż podejdzie do mnie, powie
- Czy my jesteśmy umówieni?
Lecz nic takiego się nie dzieje. Przechodzi obok milcząc, pewny siebie chyba z powodu tego samochodu. Nijaki jakiś, szary. On to, czy nie on, sama nie wiem. Udaje, że mnie nie zna? Pewno tak. Nie muszę wszystkim się podobać.
Mam trochę czasu, siedzę sobie. Zdążę na przedostatni pekaes

 Wanda Szczypiorska