poniedziałek, 13 lipca 2015

Małgorzata Köhler a propos

 "Kto ma rację, mociumpanie czyli..."

Tragicznie nie ma racji Żuliński, ale długo trzeba byłoby udowadniać, fejsbuk tego nie łyknie. A tragicznie, bo to idzie w świat, sankcjonuje i pogarsza sytuację. W skrócie: Żuliński teoretyzuje, że nie jest źle, bo władze lokalne popierają przecież kulturę, organizując imprezy, festiwale, konkursy, spotkania etc. Tymczasem spędy oraz wiele konkursów lokalnych, bez znaczenia, z niewielkimi nagrodami i "niewielkimi" jurorami, służą głównie podnoszeniu prestiżu miasta/gminy, ale nie samej literaturze, nagradza się często chłam, często po kumotersku. Na spędach zarabiają cwaniacy, zresztą większość dotacji ląduje w ich kieszeniach. Niejeden raz widziałam jak wyrzucano w błoto państwowe czy unijne pieniądze. One nie trafiają do twórców, czyli tam, gdzie są najbardziej potrzebne, aby autorzy mogli w spokoju i względnej godności zająć się twórczością. Za jeden z najbardziej kuriozalnych skutków ubocznych ery internetu uważam pozbawienie autorów wierszówek. Nie jest to praktykowane w 100 %, zapewne p. Żulińskiego ten bezwstydny obyczaj nie dotyka, ale pisma, gazety internetowe, witryny, radio - nie płacą. Po prostu biorą materiał, żyją dzięki niemu i czasem podziękują autorowi a przeważnie robią mu łachę. To stąd, że w większości pisma nie są w stanie utrzymać się same a dotacje na to nie wystarczają. Znakomici felietoniści, eseiści, poeci mają do wyboru albo publikację za darmo, albo przepychanie się w wydawnictwach, względnie wydawanie się z własnych/cioci czy wyżebranych od sponsora pieniędzy. A jak nie chcą za darmo, to znajdzie się wielu innych, którzy zechcą, bo już dawno się poddali i zaakceptowali ten stan rzeczy (podobnie jest zresztą w muzyce). Propozycja, żeby pisać jak np. Olga Tokarczuk jest dość bezczelna, bo autor zapomina, że nawet O.T. założyła wydawnictwo, aby móc się poświęcić wyłącznie pisaniu. To nie resentymenty ale zdrowy rozsądek każą pamiętać, że kiedyś płacono wierszówkę nawet debiutantom - bo szanowano autora, skoro już wybrano do druku - i że nie było wprawdzie takiej oszałamiającej ilości tytułów (miejsc) do publikacji, ale dzięki temu przebijali się faktycznie najlepsi a nie hordy co sprytniejszych grafomanów. Ciągle nie wierzę, że Żuliński, którego inne wypowiedzi cenię, napisał serio zdanie: "Państwo niechaj dotuje instytucje kultury, a od nas, autorów, trzyma się z daleka". Bowiem dzisiejsza polityka dotacji jest idiotyczna, skoro doprowadza do tego, że giną one w przepastnych gardłach organizatorów i do autorów dociera niewiele. Albo dotacje te są po prostu za małe. Należy ubolewać i chwała Andrzejowi Walterowi, Markowi Jastrzębiowi, Sławomirowi Majewskiemu i wszystkim innym malkontentom, bowiem przygłaskiwanie tych kuriozów i udawanie, że jest nieźle prowadzi właśnie do tego, nad czym w/w malkontenci od dawna załamują ręce: do coraz bardziej postępującego spsienia literatury, języka i kultury. Dołączam się do rwania włosów z głowy, chociaż w tej trumnie leży tylko mój coraz bardziej daleki krewny.