środa, 22 lipca 2015

MĄŻ


Wanda Szczypiorska

 
Przysiadłam na kamieniu pośrodku pola spoglądając na przejeżdżających dość odległą szosą. To był ostatni dzień urlopu. Pojadę do biura jutro, a tam już będzie kierownik, a może i ktoś jeszcze, a ja. wejdę i powiem, że będę miała dziecko. Niedobrze jest w takim stanie siedzieć na kamieniu. Następnego dnia pojechałam do pracy podniecona. Dojazd do miasta trwał godzinę. Czułam się dobrze, nadzwyczajnie. Doprawdy nie wiem, czemu byłam pewna, że to będzie syn. Dlatego kiedy weszłam do pokoju, w którym siedziało parę osób, powiedziałam „dzień dobry” do wszystkich i do nikogo, a potem
     - Będę miała syna.
Zdziwienie, jakieś uwagi, może gratulacje. Być może uśmiechy, uśmieszki raczej, bo przecież wiedzieli, że nie wyszłam za mąż. Ale ja nie czułam się skrępowana. Od dwóch dni, od kiedy się dowiedziałam, byłam zbyt szczęśliwa.
    Władek nie wiedział o tym dziecku jeszcze, ale jak gdyby się domyślał, to znaczy nie był pewny, czy tak, czy nie i wyglądało na to, że się boi, bo myśli, że to ja się boję. Ale ja nie. Nie bałam się. Cieszyłam. To przecież będzie moje dziecko.
    W biurze nikt nigdy nie widział Władka. Wolałam, żeby nie przychodził. Był nijaki, zbyt młody, do tego ubrany nieelegancko. Przed biurem na Marszałkowskiej wyglądałby jak ktoś, kto się tu zabłąkał. Za to przy szosie lubelskiej , na wsi, byliśmy u siebie, w domu. Spotykaliśmy się wieczorami, kochali w zagajnikach, bo wciąż było jeszcze ciepło.
  Teraz coś się zmieniło jednak, zaciążyło na nas nagle poczucie odpowiedzialności. Lecz ja chyba sobie poradzę. Jak? Nie wiem. Często myślałam o tym, że syn powinien mieć ojca, żebym mogła rodzinie, kolegom z biura, dawnym znajomym powiedzieć, to jest ojciec. I potem, jak dorośnie, żeby nie był nieślubnym dzieckiem. Co prawda od dawna miałam uczucie, że bez Władka nie mogłabym żyć. Ale jako mąż?
    Podczas jednej z leśnych wędrówek – szliśmy do jego matki – powiedziałam mu, że musimy wziąć ślub. To ja powiedziałam jemu, nie on mnie. On w ogóle niewiele mówił, w tym też musiałam go wyręczać, Dlatego wcale się nie zdziwiłam, że się ucieszył. Powiedzieć ucieszył, to mało. Wyglądał tak, jakby spotkało go wielkie szczęście.
   W gminie załatwiliśmy formalności. Termin ślubu był wyznaczony na pewien późnojesienny dzień, a w biurze przeniesiono mnie do innego działu. Domyśliłam się, że chciano pozbyć się mnie jak najszybciej i byłam trochę zawiedziona, ale nie za bardzo. I tak bym przecież odeszła. Władek jakoś zdoła zarobić na nasze utrzymanie. Trudno. Będziemy biedni.
    Ciąża zaczynała być już widoczna. Postanowiłam sama uszyć ubranie, w którym wezmę ślub i to musi być coś ciepłego i luźnego, żeby można było nosić przez całą zimę, a potem jeszcze wczesną wiosną. Kupiłam wełniany materiał i wieczorami zaczęłam szyć kostium. Żakiet miał być szeroki, a spódnica z zakładką do poszerzania w czasie ciąży. Kolor materiału nie bardzo mi się podobał, taki ni to brązowy, ni to żółty, ale innego nigdzie nie mogłam dostać. Władek już mieszkał u mnie. Pokoik miał dwa metry na dwa i pół, zmieścimy się tu we troje. Do ślubu pojedziemy pekaesem, a skromne przyjęcie będzie u jego matki.
    To był powszedni dzień, późne popołudnie, autobus pełen ludzi wracających z pracy, mnie ktoś ustąpił miejsca, ale Władek z kolegą, który miał być świadkiem stali ściśnięci w przejściu. Przed budynkiem Prezydium Gminnej Rady czekało już kilku zaproszonych gości. Kuzyn przyjechał samochodem, zabierze nas w powrotnej drodze. W starym budynku gminy musieliśmy wszyscy wejść na piętro bardzo wąskimi schodami do sali prezydialnej, gdzie udzielano ślubów. W pewnej chwili Władek, który szedł za mną potknął się i osunął. To wywołało zamieszanie, bo pozostali musieli się trochę cofnąć. Wiedziałam, że Władek onieśmielony, a jednocześnie podniecony tą niecodzienną sytuacją nie bardzo wie, co się dookoła dzieje i trochę się niepokoiłam, czy tam na miejscu, w sali nie zrobi jakiegoś głupstwa. Okazało się, że nie pamięta komu dał obrączki. Bo komuś dał. Bo nie miał. Na szczęście miał je świadek. I wkrótce było już po wszystkim.
    Wracaliśmy z kuzynem samochodem, a reszta gości pekaesem. Potem jeszcze kawałek do wsi. Przyjęcie u teściowej nie było wystawne, chociaż złożyli się po trochu wszyscy, to znaczy siostry Władka. Rodzina traktowała mnie z rezerwą, nie miałam majątku, nic nie miałam i byłam od niego starsza. Ale dostałam od kogoś posrebrzane sztućce, od kogoś innego obrus.
   Ja nie piłam wódki podczas tego przyjęcia, ale Władek pił. Kiedy późnym wieczorem wracaliśmy do naszego domu, kilometr, może więcej, musiałam go podtrzymywać. W pokoju było zimno. On usiadł, a ja zaczęłam się, jak zawsze, krzątać. I właśnie wtedy, podczas krzątaniny, to wreszcie dotarło do mnie tak, że byłam tym zaskoczona. Dziwne uczucie. Świadomość przynależności. Do Władka. A także świadomość tego, że on nieodwołalnie przynależy do mnie.