poniedziałek, 6 lipca 2015

SZANSA


SZANSA


Stoję i czekam. Ciemno już... A nie tak znów zupełnie ciemno, bo tu i tam latarnia świeci i widać jakieś oświetlone okno. Lecz sytuacja beznadziejna. Bo pekaesu już nie będzie. Było tu jeszcze kilka osób, lecz większość z nich już się rozeszła. Z tych co zostali ten i ów wciąż jakby niezdecydowany. Może samochód jakiś? Ale gdzie tam. Mało kto na wsi ma samochód, a to jest szosa przelotowa przez Wólkę Mlądzką, Kołbiel, jeszcze dalej.. Najwyżej jakaś ciężarówka. I co ja mogę zrobić? Iść? W pantoflach na obcasach? W nocy? Pójdę. Bo muszę. Prawie płaczę. I po co było leźć do tego kina. Nikt nie zaczepił, nie zagadał. Dobiegłam do Śródmieścia łapiąc pociąg. Z pociągu na autobus. No i stoję. Strach. Szosa przede mną niczym otchłań. Już jestem sama? Tamci poszli? Być może złapią coś po drodze. I na co czekam? Sama nie wiem. A jednak ktoś się zatrzymuje. Samochód. Mały jakiś. Osobowy. Ktoś drzwi otwiera, zabłysło wewnątrz słabe światło, człowiek wychylił się, zapytał
- Podwieźć?
Chcę mu się przyjrzeć. Nic nie widzę. E… Kto by to nie był, wszystko jedno. Ktoś, kto w tych czasach ma samochód nie jest na pewno byle kim. Lecz ten samochód taki sobie, nie maluch, ani duży fiat. Tamten zagarnia coś z siedzenia, jakieś rzeczy. Lampka się pali, Siadam z przodu i widzę że jest brudno. Stary grat. Ostrożnie zerkam, na mężczyznę. Nie gruby, ale chyba dość wysoki. Zajmuje dużo miejsca w samochodzie.
- Pani daleko?
Mówię mu. Boję się, że nie będzie mu po drodze, ale nie. Jedzie tamtędy, tylko dalej. Jestem onieśmielona trochę, obcy człowiek i to właściciel samochodu. Chyba przygląda mi się, czuję to. Ruszamy. Odezwać się, czy on coś powie?
- Nie było autobusu? - mówi.
Narzekam na komunikację w taki sposób, żeby domyślił się kim jestem, że nie ze wsi.
- Codziennie ten sam problem – mówię – przyjedzie, albo nie przyjedzie.
Patrzy przed siebie i teraz ja na niego mogę zerknąć z boku. Wydaje mi się taki sobie.
- A pani co? Studentka?
- Nie, nie. Pracuję w biurze
Chwila ciszy.
- Zawsze tak późno pani wraca?
- Byłam w kinie – mówię. Popatrzył na mnie
- Sama?
- Czemu nie? Lubię być sama.
Być może się uśmiecha. Nie uwierzył.
- A mąż?
Przyznam się, co mi szkodzi
- Nie mam męża.
Na pewno nie powinnam mu się zwierzać, ale tak mi się powiedziało, nie wiem czemu. Jestem spięta. To przecież obcy człowiek. Co z tego, że może nawet sympatyczny. Pewno zajęty. I tak za chwilę dojedziemy i trzeba będzie się pożegnać. Szkoda. Wtedy on pyta tak swobodnie i jakby od niechcenia, czy może mnie odwiedzić. Jestem tym zaskoczona, mówię
- Proszę bardzo – Wyjaśniam mu, że mieszkam z mamą.
- Tak?
Wygląda na zawiedzionego. A może mi się tylko zdaje. Teraz ja pytam gdzie on mieszka. Mówi zdawkowo
- Trochę dalej.
Po chwili on, że może się spotkamy jeszcze. Nie wiem, co na to odpowiedzieć.
- Pewno tak.
I mówię niby żartem, że może kiedyś na tej trasie znowu nie będzie autobusu. Ale on co innego ma na myśli. Chciałby się spotkać gdzieś na mieście. A ja się zastanawiam. Cóż? Właściwie on mi się podoba, chociaż nie widzę go zbyt dobrze, bo tylko profil i to tylko wtedy, kiedy ktoś jedzie z naprzeciwka. Pytam się gdzie? I to jest błąd. Bo nie powinnam tak od razu. I to mnie onieśmiela. On mówi, że na Emdeemie. Jutro. Milczę, ociągam się. Niech sobie myśli, że się zastanawiam, że może nie mam czasu, albo co. Albo już jestem umówiona z kimś. Nie trwa to długo. Mówię
Dobrze.
I to jest coś, co nas już wiąże, dlatego rozmowa się nie klei. Zbliża się ta miejscowość w której mieszkam. Nie trzeba mnie podwozić do samego domu, stoi przy szosie, niedaleko.
Zatrzymujemy się, żegnamy – do jutra. Teraz już wiemy gdzie i kiedy. On chyba usiłuje mi się przyjrzeć, ja również widzę jego twarz, choć także niewyraźnie, w mroku. No cóż? Mężczyzna jak mężczyzna. Wydaje mi się dość przystojny. Idę przed maską samochodu na drugą stronę szosy. On patrzy za mną. Idę tak, żeby mógł mnie ocenić należycie. A on odjeżdża. Już go nie ma.
Do mamy mówię, że poznałam kogoś. Na razie to wystarczy. Żeby nie pomyślała sobie bóg wie co. Wie tylko, że to właściciel samochodu. A potem, po kolacji zanim zasnę myślę co zrobić? Iść, czy nie iść? Może i trochę głupia sprawa, bo jednak to jest nieznajomy. Co za różnica? Nieznajomy. Każdy był kiedyś nieznajomym. Ale jest jeszcze coś. Tak prosto z pracy? A makijaż? Trzeba się będzie lepiej ubrać. Zawsze ubieram się starannie, bo jestem starszym referentem, lecz to wymaga czegoś ekstra. Ktoś pewno w biurze powie - randka? A ja odpowiem - nie. A skądże. Bo im, tym w biurze wciąż się zdaje, że już powinnam być zamężna. Ale to nie jest takie proste. Nie powiem, czasami robię znajomości. Zwykle przelotne. O zamążpójściu nigdy nie ma mowy. Bo wszystko niby się układa, zanim nie powiem im, że mieszkam z mamą, a mama jest kaleką. I zajmujemy tylko jeden pokój u ludzi na wsi, bo to taniej. Wtedy przestają się interesować.
Może tym razem? Sama nie wiem.

Jest wczesna jesień, ale szaro, mglisto. Mam czas, godzinę, może więcej, wiec zamiast do kawiarni Niespodzianka idę posiedzieć gdzieś na ławce. Plac Konstytucji. Na przystanku. Kręci się tutaj tyle ludzi, że nawet jeśli mnie zobaczy to nie pozna. A ja? Ja chyba się domyślę. Mija czas. I mija ta godzina na którą byliśmy umówieni. I wtedy widzę ten samochód. Przejeżdża Marszałkowską w stronę Alej. Ten sam, stary, a jakiej marki nie wiem, bo się nie znam. Iść do tej Niespodzianki nie ma po co. Posiedzę sobie jeszcze trochę i poczekam.
Jest! Widzę go. To on, na pewno. Ale on jakby mnie nie dostrzegł. Nie poznaje. Idzie pod arkadami prosto do kawiarni. Wysoki, elegancki, w dżinsach. Gdy znika w drzwiach, ja wstaję z ławki i mówię sobie; tylko bez pośpiechu. Wchodzę, rozglądam się. Mieliśmy spotkać się na antresoli, więc idę tam powoli, od niechcenia. Widzę go, siedzi w głębi, sam, a wiec to on. Siądę na drugim końcu sali, niech podejdzie. Na razie zbliża się kelnerka. Mówię
- Poproszę kawę
Potem co jakiś czas podnosząc filiżankę spoglądam w tamtą stronę starając się uchwycić jego wzrok. On się rozgląda, ale mnie nie widzi. Po chwili, kiedy mi się zdaje, że patrzy na mnie spuszczam głowę, a potem znowu zerkam. Rozgląda się, a wiec mnie nie poznaje. Co zrobić? Sama nie wiem. Przecież nie wstanę, nie podejdę i nie powiem – czy my się znamy?. Nie wypada. A on, wydaje mi się czeka na coś, może na kogoś. Pewno na mnie. Muszę coś zaraz postanowić, żeby nie stracić takiej szansy, bo on mi się podoba. Ale ostrożnie, żeby się nie skompromitować. A z głębi sali ktoś mi się przygląda. Szary jakiś, w pomiętym garniturze, pewno ze wsi. A tamten zbiera się do wyjścia . Płaci.
Człowiek w pomiętym garniturku także wstaje. I wtedy przychodzi mi do głowy, że może to nie tamten, tylko ten? Musiałam się pomylić. Szkoda. Więc siedzę z miną obojętną i czekam aż podejdzie do mnie, powie
- Czy my jesteśmy umówieni?
Lecz nic takiego się nie dzieje. Przechodzi obok milcząc, pewny siebie chyba z powodu tego samochodu. Nijaki jakiś, szary. On to, czy nie on, sama nie wiem. Udaje, że mnie nie zna? Pewno tak. Nie muszę wszystkim się podobać.
Mam trochę czasu, siedzę sobie. Zdążę na przedostatni pekaes

 Wanda Szczypiorska