wtorek, 21 lipca 2015

ZŁOŚLIWA MAŁA JĘDZA


Fragment publikowany w  Piśmie literackim MIGOTANIA nt 1/46/2015 


SŁAWOMIR MAJEWSKI

 

W rozdziale poświęconym Nell Gwyn, aktorce a zarazem kochance Karola II Stuarta napisałem m.in.

Rok 1658 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia, albowiem w on czas, jak raz na rocznice swych militarnych tryumfów pod Worcester i Dunbar, Oliver Cromwell bredząc Dzieło moje skończone! kona chwilę później” (…) ”Anno Domini 1660, niesiony jak korek falami zdarzeń pojawia się niejaki Samuel Pepys.”





Teraz, skoro wstępniak z pakietem ważkich informacyj już mamy, dla przypomnienia pozostaje raz jeszcze zdublować króciutki fragmencik eseju o prześlicznej Nell, aby bez chwili wahania przejść do meritum czyli Anglii czasu post-Cromwellowskiego i zacnej pani Pepys z małżonkiem.

Zaczęło się w roku 1655 jak w tych nadmiernie przeintelektualizowanych powieściach z serii Harlequin. Naonczas wprawdzie człowiek-nikt, lecz za to napalony jak andaluzyjski buchaj dwudziestodwuletni Samuel Pepys zdobywa Elizabeth St. Michel, słodziutką czternastolatkę z kunsztownie lokowaną łepetynką, cycuszkami jak jabłuszka i usteczkami wydętymi jak u Bardotki cmoktającej sporych rozmiarów banana.

Jak to bywa z miłościami od pierwszego razu, młodzieniec dostaje hopla na punkcie wprawdzie nieletniej, ale jakże szeroko dlań otwartej dzieweczki i sprawy nabierają impetu armatniej kuli. Zakochani padają na kolana a mając dwustronne rodzicielskie imprimatur galopują do kościółka. Wybiegając z Bożego przybytku zrywają z siebie wstążki – symbol narzeczeństwa - i nie ustając w galopie wskakują do łoża, w którym przechodząc z galopu w cwał, oficjalnie konsumują związek. Sielanka, nieprawdaż? Ano niezupełnie, bowiem w krótki czas po ślubie zakochani rozdzielają się, przechodząc w stan separacji od stoła i seksu. Trzeba podkreślić z całą mocą, że winę za rozłąkę ponosili oboje. Samuel maniakalną zazdrością o nieliche wdzięki i namiętność młodocianej małżonki, zaś Elżbieta tym, iż niebywale ochoczo i bez nijakiego rozumu angażowała się w sytuacje zalatujące zdradą lub zdradą po prostu będące, co łacno można wyczytać (i to nie między wierszami!) w Samuel Pepys' Diary. Jak mawiał ówczesny poeta?


A gdzie się żyto łanem ścieli,

Wieśniacy piękni tam leżeli...


Broń Boże, nie oznacza to iże młodziutka madame Pepys parała się li tylko pokładaniem w zbożu z jurnymi parobczakami i zadzieraniem pod nimi kiecy, nie. Domniemywam, iż zasadniczą przyczyną rozstania młodej pary, były zdrady Samuela, których regularnie się dopuszczał z urokliwą, choć sporo od niego starszą ochmistrzynią dworu pana Montagu. Czy Elżbieta przyłapała ich in flagranti? Możliwe acz nieudowodnione, bowiem Samuel Dzienników swoich wówczas jeszcze nie pisał. Czy prawdopodobna zdrada małżonka i z jej powodu - separacja stosunkowo długo trwająca, miały wpływ na wierność Elżbiety w dalszym pożyciu? Nie mam wątpliwości.

Jak powiadają hodowcy kakadu - kto się lubi, ten się czubi więc rozłąka się kończy i gdzieś tak pod koniec roku 1658, Samuel Pepys korzystający z szerokiej protekcji wujaszka-admirała podejmuje pracę w Urzędzie Admiralicji a za pierwsze zarobione pieniążki tudzież rozliczne łapówki, najmuje maciupkie acz schludne mieszkanko przy Axe Yard.

Wprawdzie osiemnastoletnia wówczas Elżbieta nie jest gospodynią i żoną idealną, co winniśmy złożyć na karb jej młodego wieku i braku doświadczenia, lecz gdy zamieszkali na swoim, dane jej było zagrać rolę pani domu całą gębą. Niejednokrotnie wstanie o trzeciej nad ranem by prać, albowiem o takich godzinach wówczas się prało; będzie mężusiowi gotować przesmaczne, wielodaniowe obiadki, jako to pasztety z jelenich i dziczych combrów, pieczenie z króliczego i łabędziego mięsa, podawać małże na winie czy turban z raków pod beszamelem albo szponder z grzybami. Słabą rączką będzie krzepko za pyski dzierżyć rozpijaczone kucharki i pacholików, przymykając oczy na miłostki męża z domowymi służkami. Służkami mocno nieletnimi, co dziś zalatywałoby oskarżeniem o pedofilię, acz nie zapominajmy że Elżbieta pierwszy raz podając Samuelowi swe dziewicze usta i całą resztę, miała latek czternaście a być może mniej.

Wiedząc o świńskich postępkach męża, tolerować będzie jego amory z paniami tak z mondu, jak i podłych a rozlicznych oberży Drury Lane, nie mając pojęcia o tym, że małżonek orze wszystko co mu pod pług wpadnie. Dowodem jego odręczne szyfrowane zapiski, które roztaczają przed nami konterfekt kurwiarza najwyższej próby, wykorzystującego swoją pozycję społeczną, stanowisko, pieniądze i wszelką sposobność by niewolić kobiety. Oczywiście, wielu z nich niewolić wcale nie było trzeba, albowiem jak mawiali starożytni nulla puella negat. Zapiskiem z 4 września 1660 roku Pan Samuel identycznymi słowami określi schadzkę z córką sąsiadki, młodziutką Dianą Crisp a wcześniej z Betty Lane, powabną straganiarką z Westminsterskich Hal, w jego dawnym, pustym mieszkanku przy Axe Yard. Napisałem „dawnym, pustym”, bo już w połowie lipca 1660 Pepysowie przeniosą się do służbowego domu Urzędu Marynarki przy Seething Lane. Mieszkanie w domu pana Vanleya przy Axe Yard, na krótki czas stanie się erotyczną garsonierą Samuela.


O POCHODZENIU ELŻBIETY I TAKIM JEDNYM BALTHYM


Jak to już nieraz bywało z życiorysami moich bohaterów, takoż i na temat przyszłej pani Pepysowej wprawdzie wiemy dużo i nad wyraz smacznie ale i nad wyraz niepewnie.

Data urodzenia? O, to akurat wiemy, na pewno urodziła się 23 października 1640 roku. A gdzie? W jednym z listów Baltazara St. Michel, rodzonego brata Elżbiety o którym postaram się napisać paskudnie ciut niżej, znajdujemy informację “Devonsheire at a Place Caled Bidiford, where, and thereabouts my sister and wee all ware borne.” Dla wygody Czytelnika nieco oheblowałem ten prostacki angielski język pana kawalera, niepomnego iż w jego czasach kat wypruwał flaki i spuszczał krew do bańki za przewiny dalece mniejsze od kaleczenia angielszczyzny.

Tak więc, oheblowany Baltazar z całą pewnością chciał napisać „w Devonsheire w miejscu [przy placu] zwanym Bidiford, gdzie moja siostra i ja byliśmy urodzeni.” I choć twierdzi, że z siostrzyczką porodzili się w Devonsheire, to krynica wiedzy w temacie, słynny pepysolog Edwin Chappell, nie bez racji wskazuje miasteczko Somerset jako najbardziej prawdopodobne miejsce urodzenia panny St. Michel, pisząc “The inscription on her monument in St. Olave's Church, Hart Street, EC, in which is stated that Somerset gave her cradle” czyli "Napis na jej [Elżbiety] pomniku [nagrobku] w kościele St. Olave przy Hart Street w Zachodnim Londynie wskazuje, że Somerset było jej kołyską” Jak po łacinie brzmi ów napis? “H. S. E. Cui Cunas Dedit Somersetia, Octob: 23, 1640. Patrem E Præclarâ Familiâ De St. Michel, Andegavia, Matrem E Nobili Stirpe Cliffodorum, Cumbria. Elizabetha Pepys.” Zatem Bideford podług Baltazara czy Somerset wedle Edwina? A może ni jedno, ni drugie tylko okolice tegoż Bideford, czyli... Czyli okolice, nie bądźmy upierdliwi!

Tatusiem panienki Elżbiety był francuski hugenota, Aleksander de St. Michel, który w obawie przed zgrillowaniem na katolickim stosie, postanowił zrezygnować z konsumpcji ślimaków i przemytniczą łodzią zbiegł do Anglii pod osłoną nocy. Lecz uciec i znaleźć zbawczy ląd to jedno a żyć po ludzku rzecz druga. Chcąc się gdzieś przytulić w miarę ciepło a wygodnie, banita łacno zapomina o świętobliwych powodach dla których porzucił ojczyznę; pomny starożytnej maksymy cuius regio, eius religio, bez mrugnięcia przechodzi na anglikanizm. Teraz, po harcap zbrojny w nową i jedynie słuszną wiarę, wyznaje miłość zubożałej szlachciance, panience Dorocie nee Kingsmill.

Wybranka jest córką sir Francisa Kingsmill, bohatyra wojennego czasów kampanii Irlandzkiej z tego pięknego okresu panowania królowej Elżbiety I, w którym królowa-dziewica niczym Jozue wstrzymała zachód słońca nad swoim imperium. Panna Dorota, będąc brzydką jak mrówkojad a ubogą jak nornica na przednówku, wprawdzie nie śmierdzi groszem lecz dla hugenockiego zbiega i przechrzty z pustą sakiewką, jej nee stanowi czek in blanco, który niczym drabina Jakubowa wprowadzić go może nie tyle do nieba lukratywnych connections, ile w progi cichego dworku i małej stabilizacji o którą głównie mu chodziło.

Biorą ślub, żyjąc w bojaźni Bożej uporczywie zabiegają o potomstwo. Skutkiem tych zabiegów, wyczerpujących wprawdzie lecz wielce przyjemnych, rodzi im się córka a nieco później syn, o którym pisałem powyżej uprzedzając, iż napiszę o nim paskudnie poniżej. Co niniejszym czynię.

Baltazar był młodzieńcem wielce leniwego ciała i nader próżnego umysłu, parającym się na co dzień wyglądaniem od życia darmowych a smacznych kąsków i jakiejś synekurki ciepłej, lekkiej a przede wszystkim - nie męczącej mięśni i mózgu. W domowych pieleszach wołano go Balthy i pod tym imieniem wejdzie do historii. Ale wejdzie dlatego tylko, że Samuel Pepys, jego prywatny szwagier wspomina o nim w kilku miejscach Dzienników. A co wspomni, to z niesmakiem kogoś nadgryzającego fragment nader nieświeżego sztokfisza. Wprawdzie można by jeszcze to i owo o Balthym napisać, lecz jak dla historii Egiptu nieważny jest facet, który budowniczym piramid nalewał do dzbanków koszerne piwo, po robocie stręcząc im cycate nubijskie dziwki, tak dla tego eseju Balthy jest zbędny jak świni akselbanty, więc o nim koniec.

Rzecz dla nas najważniejsza: dnia 1 stycznia 1660 roku, w maleńkim mieszkanku przy Axe Yard, dwudziestosiedmioletni Samuel struga gęsie pióro, by w tajemnicy przed światem pisać memuary. Nawet w najskrytszych marzeniach nie przewiduje, iż to pisanie na wieki wieków wprowadzi go do historii powszechnej i światowej literatury. Oto najważniejszy, inaugurujący Dzienniki zapisek z 1 dnia stycznia 1660 roku "Mieszkałem cały ten rok na Axe Yard z żoną i służącą Jane (Wayneman) i nie mając innych domowników oprócz nas trojga. Żona łudziła mnie nadzieją, że spodziewa się dziecka, lecz ostatniego dnia roku nadzieja się rozwiała." A więc od roku mieszkają razem już nie w Whitehall pod okiem wuja-admirała, narażeni na wdzięki namiętnej ochmistrzyni, lecz w mansardowym pokoiku czteroizbowego domu przy Axe Yard najętym od niejakiego Vanleya. Dwudziestoletnia wówczas Elżbieta ma nadzieję że jest w ciąży, lecz ta sylwestrowa noc obojgu przynosi gorzkie rozczarowanie. Jak wiemy, zejdą z tego padoła bezpotomni ale, skoro wielki facecjonista Anatol France powiadał iż „największą zakałą ludzkości są dzieci”, no to nie mieli czego żałować.

W zwyczajny styczniowy dzień roboczy 1660 roku i wszystkie dnie następnych lat, Samuel wstaje z łoża, odziewa się, nakłada peruczkę (odwszoną lub nie) i rusza do pracy w Urzędzie Admiralicji. Oddychając nieświeżym powietrzem ciągnącym od Tamizy, zmierza w kierunku którejś z licznych tawern, jako to „U Willa”, „Pod Półksiężycem”, „Pod Harfą i Dzwonem” lub „Pod Mitrą” a najchętniej do „Pod Łabędziem”. Najchętniej, bo ulokowanej na Fenchstreet w pobliżu jego mieszkania, aczkolwiek Henry Benjamin Wheatley w książce Samuel Pepys and the World He Lived In (1880) twierdzi, że ulubioną karczmą Pepysa była „The Leg” na King Street w Westminster. Niezbicie mają tego dowodzić zapiski z 6 grudnia 1660 roku „Wtedy Mr. Moore i ja, tylko we dwójkę poszliśmy do „The Leg” na King Street i obydwoje jedliśmy ozory i wymiona” i z 6 kwietnia roku 1661 „Wtedy z Mr. Creed i Moore do „The Leg” na obiad poszliśmy, który ja im ufundowałem.” Żaden to dla mnie dowód, bo więcej niż dwa razy wychylałem szklanice w knajpce “Chochlik” w Gdańsku i przez to wcale nie była moją ulubioną. Ale niechaj mister Wheatleyowi będzie; spolegliwy ze mnie człek. (..)

(...)A więc Samuel wkracza w serdecznie mu bliskie progi jakowejś karczmy i zasiadając na ławie tę kelnerkę klepie po tyłeczku, tamtej miętosi cycki. Zamawia i wypija garniec wina, piwa lub kusztyczek gorzały zakąszając świeżutkimi ostrygami lub pasztetem z czegoś-tam. I choć Anglik z dziada pradziada, nie pija herbaty o poranku ni w porze one cup of tea, albowiem ta zamorska roślina naonczas traktowana była li tylko jako lecznicze ziele, choć Kompania Wschodnio-Indyjska sprowadziła ją na Wyspy już w roku 1550. (...)

Nie wypiwszy herbaty, za to rozgrzany alkoholem pan Samuel udaje się do gmachu Admiralicji, by z państwowej szkatuły do własnej kiesy zaczerpnąć nieco funtów. Podpisuje i pieczętuje dokumenty, nonszalancko przyjmując łapówki od licznych petentów. Zdarza się, iż w przerwach od bycia korumpowanym, namiętnie molestuje żony marynarzy proszące go w imieniu mężów o przydział na lepszy statek czy wypłatę zaległych poborów, przy czym fizjognomia i kształty owych dam absolutnie nie mają dlań znaczenia. Wszystkie całuje jednako namiętnie, miętosząc ich biusty prawicą, lewicy używając do sięgania między uda.

Jak czytamy w Dziennikach, bez najmniejszych skrupułów seksualnie wykorzystuje niewiasty „zażywając je, jak chce” dlatego, że imć Samuel jest w tych sprawach lustrem odbijającym moralność i obyczajność swojej epoki. A epoka owa, poza niezachwianą wiarą w to, iż „żaby i niektóre owady często spadają z nieba całkiem już wykształtowane i gotowe” (Dzienniki, tom I, str. 176) cechowała się nader liberalnym podejściem do seksu.

W drodze do domu, gdzie czeka nań młodziutka żona o której wiemy, że była niezwykle łasa na cielesne igrce, pan Samuel wstępuje do paru kościołów by wysłuchać kazań i napełnić duszę in odore sanctitatis, acz zaraz po wyjściu z ich murów wbiega na pięterko jakiejś tawerny z tą lub ową zdzirą „wyjętą” z rozlicznych kawiarenek przy Covent Garden.

Zrobiwszy swoje, dopina pludry i z marszu wstępuje do znajomych z którymi dyskutuje o religii, jakości kazań tego czy owego wielebnego, o literaturze i sztuce. Częstokroć muzykuje z nimi na skrzypkach, piska na fleciku lub śpiewa, bo śpiewa pięknie sam układając muzykę i słowa. Niejednokrotnie do bladego świtu rżnie w karty albo chla jak szewc rzygając jak pruski bursz, lecz zawsze wraca do małżonki jak fałszywy weksel z porzekadła. Albowiem mimo rozlicznych zdrad Samuel Pepys nigdy, nawet przez jedną chwilkę nie pomyśli o rozstaniu z Elżbietą.

Miałem nielichy problem z wyborem sposobu opisania tych dwojga niezwykle barwnych postaci, bowiem Dzienniki w jedynym polskim, wspaniałym acz solidnie okrojonym przekładzie Marii Dąbrowskiej, to ponad 1000 stron, na których Samuel wspomina o żonie nieprzesadnie często a do tego bardzo różnie. I bardzo różnie wyrażają się o niej pepysolodzy z całego świata.

Na jednym biegunie są ci, którzy wychwalają jej wdzięk, smak, maniery tudzież inteligencję, sławiąc urodę według nich przewyższającą urodę żony Karola II, Catariny Henriquety de Bragança, dupiastej Portugalki, ciemnoskórej i maciupkiej jak karliczka a krągłej jak wzdęty świński pęcherz. 



Na biegunie drugim znajdziemy same podłe, złośliwe gnomy, które tę urodę znajdują pospolitą, wdzięk mdlący, smak wieśniary, maniery karczemnymi zaś iloraz jej inteligencji przyrównują do IQ łosiowej klępy z bagien. I że się puszczała jak latawiec. Czy według mnie Elżbieta Pepys była piękna? Spoglądając na konterfekty obojga uważam, że... hm... pasowała do męża.

Pragnę zwrócić uwagę na wyżej napisane „Albowiem, mimo rozlicznych zdrad Samuel Pepys nigdy, nawet przez jedną chwilkę nie pomyśli o rozstaniu z Elżbietą”. Właśnie to spostrzeżenie utrudniało mi podejście do tematu. Bo jeśli pan małżonek wbił się w annały historii brytyjskiej głównie przez mrówczą pracę dla Urzędu Marynarki czy wspaniale napisaną w 1669 historią „Memoirs of the Navy” i swoimi działaniami na rzecz Królewskiego Towarzystwa Naukowego, to nie licząc wuja-lorda ktoś mu w tym nielicho pomógł.

Ponad tysiąc stron w polskim, jak wspomniałem nader okrojonym wydaniu Dzienników 1660-1669 - jest wspaniałym i rzeczowym opisaniem panasamuelowego codziennego wychodzenia z domu, by szlajać się po oberżach, tawernach, domach hazardu, zamtuzach, salonach i towarzyskich imprezkach. Zapisanych jest jego codziennym wysiadywaniem w godzinach pracy po teatrach, muzykowaniem, włóczeniem się po księgarniach, snuciem fantastycznych planów (jak np. o poszukiwaniach skarbów w lochach więziennych Tower), finansowymi spekulacjami a nawet udziałem w zwyczajnej kradzieży cennych przypraw ze zdobycznego okrętu, będących własnością Korony i Skarbu; niestrudzonym poszukiwaniem w tawernach i po targowisku Seething Lane panienek łatwych a przedajnych i przymuszaniem w Urzędzie petentek do oddawania mu się w zamian za przysługi. Do tego sięgał pod kiecki i koszule nocne własnych panien służących.

Ale też Dzienniki pełne są relacji z panasamuelowego codziennego wychodzenia z domu, by szarpać się na królewskim dworze i ze zwierzchnością w Urzędzie o gwinee, funty, szylingi i pensy na potrzeby Marynarki i pensje niepłaconych miesiącami a nawet latami marynarzy. Jak nubijski lew walczył o uczciwą jakość konopi na liny, doskonałą lepkość smoły, jakość dziegciu i potażu, suchość i twardość pni na maszty a desek na burty i pokłady. Bo w on czas wszyscy kradli wszystko, oszukując Urząd Admiralicji na wadze, miarze, jakości i tym, na czym się Urząd okraść i oszukać dało. Czyli zupełnie jak dzisiaj u nas. (...)

Wieloletnie ślęczenie nad książkami, urzędowymi dokumentami i zapisywanie Dzienników w migotliwym blasku łojówek sprawiło, że będąc słabego zdrowia Samuel Pepys zaczął tracić wzrok. Ogranicza swoje erotyczne i alkoholowe wyskoki, coraz więcej czasu poświęca urzędowi oraz pracy w Królewskim Towarzystwie Naukowym. Obawiając się ślepoty a nawet śmierci, coraz częściej napomyka o nieuchronnej chwili, w której zakończy pisanie wspomnień. 19 maja roku 1669 zapisał

Dziś książę Yorku przyjął moją prośbę i rozmawiał o moich oczach litując się nade mną; i z wielką uprzejmością pozwolił mi na wyjazd, i zgodził się abym jechał do Holandii.(...) przydał, że musi prosić Króla o zgodę co wnet uczyniwszy wrócił, i oznajmił mi że Król chce mi być dobrym panem – takimi rzekł słowy – w rzeczy mych oczu”

W ostatniej notatce Dzienników z dnia 31 maja 1669 roku, Samuel Pepys zapisał

I tak tedy gotuję się do przyjęcia tego krzyża, co jest prawie jakobym widział się wstępującym do grobu, do czego, jak i do wszystkich dolegliwości mających towarzyszyć mojemu oślepnięciu, racz przygotować mnie, dobry Boże!” (…)


fragment rozdziału z niepublikowanej dotąd książki pt.

Seks, władza, sława”

Copyright © Sławomir Majewski 2011


POWROT