środa, 19 sierpnia 2015

Wykopywanie spod piachu




"ZAKOPYWANIE DO PIACHU”


 Stanisław Różewicz







Jan Kott nazwał „Do piachu” jednym z trzech najważniejszych dramatów, jakie powstały w powojennej Polsce. Sztuka po raz pierwszy została wystawiona w 1979 r. przez 7 lat była zakazana przez cenzurę.


ANTYBOHATERZY

Dla Łomnickiego ta premiera miała specjalne znaczenie. Sztuka "Do piachu", którą Różewicz zaczął pisać jeszcze w latach wojny, a ukończył dopiero w 1972 r., długo nie mogła przebić się przez sito cenzury. Wąskie grono ludzi teatru i krytyków literackich znało tekst z maszynopisu. Dopiero w 1977 r. Kazimierz Wyka opublikował w swej książce "Różewicz parokrotnie" analizę dramatu, która na długo pozostała jedyną oficjalną wzmianką o "Do piachu".
Co takiego niebezpiecznego krył w sobie utwór o oddziale partyzanckim działającym podczas okupacji w lasach pod Radomskiem? Głównym powodem zatrzymania sztuki był sposób przedstawienia rzeczywistości wojennej. Zamiast heroicznej walki z okupantem Różewicz ukazał leśną wegetację partyzantów - smród, wszy, prymitywny język, przekleństwa. Centralną postacią dramatu uczynił nierozgarniętego wiejskiego chłopaka Walusia, który za rabunek i gwałt zostaje skazany na śmierć i rozstrzelany przez kolegów z oddziału. Tuż przed egzekucją nie może się powstrzymać i robi w portki.
Wyka, który w swoim szkicu porównał "Do piachu" z "Rozdziobią nas kruki, wrony..." Stefana Żeromskiego, a Różewicza nazwał "anty-Grottgerem", przewidział burzliwe reakcje, jakie wywoła sztuka: "Byle się tego nie czepiać, że na minutę przed śmiercią ktoś robi w portki. Ano robi!". Było jasne, że odmitologizowany obraz wojny kłóci się z heroizmem i nostalgią partyzanckich filmów, wspomnień czy widowisk z cyklu "Dziś do ciebie przyjść nie mogę". Tu nie było miejsca na przekleństwa i śmierdzące nogi ani tym bardziej na gwałt i rabunek.
Czujność cenzury musiał wywołać także rozrachunek pisarza z historią. Pokazany w sztuce oddział to formacja Armii Krajowej, do której wcielono żołnierzy Batalionów Chłopskich. Różewicz spędził kilkanaście miesięcy w podobnym oddziale w lasach kieleckich jako podchorąży "Satyr". Opierając się na własnych doświadczeniach, pokazał przepaść między oficerami wywodzącymi się z warstwy inteligenckiej a ich chłopskimi podwładnymi, pogardzanymi i manipulowanymi. Sztuka mogła więc być odebrana jako atak na AK - a to nie było na rękę władzy, która w pierwszej połowie lat 70. próbowała tworzyć pozory liberalizmu i przypochlebiać się środowiskom akowskim.
Zadziałał też zwyczajny oportunizm. W jednej ze scen młody oficer Narodowych Sił Zbrojnych prowadzi pogadankę dla żołnierzy na temat komunizmu, która jest parodią antyradzieckiej propagandy endeckiej. I chociaż scena ma wyraźnie satyryczny charakter (chłopi pytają prelegenta o wspólne baby w kołchozach), ołówek cenzorski poszedł w ruch. Jeszcze w wydaniu dramatów Różewicza z 1988 r. (Wydawnictwo Literackie) prelekcję podchorążego Kilińskiego w kilku miejscach wykropkowano.


Do piachu, reż. K.Kutz, 1990


ACHTUNG! BANDITEN!

Łomnicki, który tak jak Różewicz był żołnierzem AK, odbierał "Do piachu" zupełnie inaczej. Był to dla niego przede wszystkim wstrząsający dokument rzeczywistości wojennej, w której rządzi brutalne prawo siły. "Kiedy po raz pierwszy przeczytałem tę sztukę w 1974 r., przeżyłem szok" - wspominał po latach. Natychmiast wpisał ją do planów repertuarowych nowego teatru, który tworzył od podstaw w robotniczej dzielnicy Wola.
O zgodę na wystawienie starał się cztery lata. Nigdy by jej nie uzyskał, gdyby nie jego pozycja członka KC i znajomości na najwyższych szczeblach władzy. W opublikowanych w 1984 r. wspomnieniach ujawnił kulisy tych starań. Maszynopis miesiącami krążył po urzędach centralnych, wywołując wszędzie konsternację. W wydziale kultury urzędu miasta ktoś zaproponował Łomnickiemu, by akcję dramatu przenieść do... Ameryki Południowej - wtedy "Do piachu" dałoby się wystawić. Dopiero gdy sztukę przeczytał i zaakceptował Jerzy Łukaszewicz, szef Wydziału Propagandy, Prasy i Wydawnictw KC PZPR, droga na scenę została otwarta.
Był to jednak dopiero początek wojny o "Do piachu". Nazajutrz po premierze w prasie rozpętała się burza. Atakowali zarówno kombatanci ze ZBoWiD-u, jak i niezależni publicyści, tacy jak Marta Fik z "Polityki", dla których Łomnicki był człowiekiem władzy (kilka lat wcześniej poparł zmiany w Konstytucji PRL prowadzące do wzmocnienia kierowniczej roli partii i sojuszu z ZSRR). Organ moczarowców "Za wolność i lud" oskarżył Różewicza i Łomnickiego o deformowanie historii: "Dwugodzinny spektakl pławi się z przedziwną lubością w ordynarnych przekleństwach i określeniach. (...) Autor przeholował, choć niepotrzebna była mu żadna szokująca reklama i bulwersujący rozgłos. Dlaczego więc zdeformował proporcje realiów czasów partyzanckiej walki?" - pytał recenzent podpisujący się Flesz.
Na łamach „Stolicy” spektakl zaatakował Stanisław Majewski - jak sam się przedstawił, „partyzant radziecki, żołnierz frontowy Armii Czerwonej”, który „zmagał się z reakcyjnym podziemiem w walce o utrwalanie władzy ludowej”. W recenzji zatytułowanej „Achtung! Banditen!” uznał, że spektakl Łomnickiego służy... niemieckim rewizjonistom: „Ośmielono się wystawić tę plugawą rzecz w Miesiącu Pamięci Narodowej. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby określone siły w RFN potraktowały utwór Różewicza jako potwierdzenie goebbelsowskiego stereotypu »polskich bandytów«. Wystawienie »Do piachu« to bezbłędne podanie piłki na nogę przeciwnika tuż pod własną bramką. (...) Dlatego proponuję: »Do piachu« - i głęboko zakopać tę sztukę!”.


PAN I CHAM

Ataki na autora i reżysera zdominowały dyskusję i zagłuszyły nieliczne głosy obrońców. Należał do nich Tadeusz Drewnowski, który na łamach "Polityki" - w ślad za Wyką - umieszczał dramat Różewicza w nurcie narodowych rozliczeń zapoczątkowanym przez Żeromskiego: "Kiedyś ciemny chłop obracał się przeciw walczącym o wolność kraju panom. Tutaj rozgrywa się następny akt narodowej tragedii: walczącego o wolność Polski ciemnego parobka panowie skazali na śmierć".
Dramatu bronił też Jan Kłossowicz, który w "Literaturze" nazwał "Do piachu" najbardziej antybohaterską tragedią w naszej literaturze i porównywał Różewicza do Tadeusza Borowskiego.
Istotę problemu nazwała w "Odrze" Anna Schiller. Według niej Różewicz wystawił się na podwójne odrzucenie: z jednej strony wybierając naturalistyczną formę, z drugiej - prezentując własny punkt widzenia wspólnej historii politycznej. Jedni więc atakowali go za wulgarny język, inni - za światopogląd. Dla wszystkich przedstawienie w Teatrze na Woli było niewygodne, czego dowodem lawina anonimów wysyłanych na adres teatru. Na efekty nagonki nie trzeba było długo czekać. W ostatniej chwili spektakl wycofano z Festiwalu Sztuk Współczesnych we Wrocławiu. Kilka miesięcy później o zdjęcie sztuki z afisza zwrócił się sam autor. Zabronił także przekładów. Dwa lata później, już po wybuchu "Solidarności", Józef Kelera ujawnił kulisy tej decyzji - poeta dostawał obelżywe anonimy z propozycjami wyjazdu do Niemiec i Izraela, prawdopodobnie spreparowane przez SB. Anonimy o identycznej treści otrzymywali intelektualiści w 1968 r. Po latach Łomnicki wysunął tezę, że prawdziwym powodem nagonki na „Do piachu” były konflikty między różnymi frakcjami partyjnymi przed VIII zjazdem PZPR - co tłumaczyłoby zagadkową zgodę na wystawienie tej jawnie niecenzuralnej sztuki. „Prezes generał M. M. [Mieczysław Moczar] zapytał mnie wprost: »Panie, po co pan wystawił tę sztukę? Przecież to straszne«” - wspomina reżyser w „Spotkaniach teatralnych”.
Faktem jest, że "Trybuna Ludu" piórem Michała Misiornego broniła przedstawienia, które w tym samym czasie atakowali moczarowcy. Łomnicki, który dobrze pamiętał casus "Dziadów" z 1968 r., dyżurował co wieczór w teatrze. Na szczęście do żadnych ekscesów na widowni nie doszło.
"Do piachu" stało się jednak początkiem końca jego dyrekcji. Półtora roku później, już po Sierpniu '80, Łomnicki odchodzi z teatru na skutek protestów robotników z Zakładów Kasprzaka, do których należała sala. Zygmunt Greń podsumował w "Literaturze": "Wyskoczyli rozmaici obrońcy godności polskiego munduru i polskiej partyzantki. Już wtedy wiadomo było, że przy pierwszej lepszej (albo gorszej) okazji Łomnicki potknie się o podstawioną nogę".


KOŁTUN DAJE ODPÓR

Na kolejne wystawienie sztuka Różewicza czekała 11 lat. W 1990 r. wyreżyserował ją w Teatrze Telewizji Kazimierz Kutz. Dla twórcy śląskiej trylogii najważniejszy był stosunek Różewicza do narodowych mitów. "Waleczność i patriotyczne bohaterstwo stały się historycznie utrwalonymi stereotypami, przesłaniającymi każdą inną prawdę o wojnie. Z tymi stereotypami musimy walczyć, jeśli chcemy się znaleźć w kręgu krajów cywilizowanych" - mówił w jednym z wywiadów.
Swój spektakl ujął w formę drogi krzyżowej, w którym nieustannie zderzał ze sobą niskie i wysokie. Waluś (Piotr Cyrwus) stał się figurą dobrego łotra z Ewangelii - w scenie mszy kamera pokazywała go pod krzyżem bijącego się w piersi w chwili podniesienia. Jego śmierć została w ten sposób zestawiona z ofiarą Chrystusa. Jednocześnie Kutz pilnował realiów, w czym pomagał mu aktor Starego Teatru Jerzy Nowak, były partyzant: "Pytał mnie: panie Jerzy, mogło tak być? Mogło być tak, a nawet gorzej - odpowiadałem".
Wydawało się, że w nowej sytuacji politycznej sztuka wywoła poważną dyskusję o mitologii narodowej. Stało się inaczej - znów, jak przed 11 laty, posypały się ataki z lewa i prawa. Nie pomogło zaproszenie do telewizyjnego studia wybitnych intelektualistów - Jana Józefa Szczepańskiego i Mieczysława Porębskiego, którzy bronili sztuki. (Szczepański miał ku temu dodatkowy powód - jego wydana zaraz po wojnie nowela "Buty", w której oskarżał żołnierzy AK o "zarażenie śmiercią", wywołała równie wrogie reakcje).
W "Tygodniku Powszechnym" Różewicza zaatakował Tadeusz Szyma, wytykając poecie, że jego utwór jest nie tyle protestem przeciw okropnościom wojny, ile napaścią na tradycję akowską. Kutzowi natomiast zarzucił wulgarność i skatologię: "Powtarzane wciąż bezmyślne frazesy o potrzebie demitologizacji historii, odpatetyzowania przeżyć czy odbrązawiania ludzi dają jeden niewątpliwy efekt: prowadzą do ogołacania świata z wszelkich autentycznych wartości".
Redakcja Teatru Telewizji została zasypana listami oburzonych telewidzów, tym razem ze środowisk narodowo-katolickich, którzy zarzucali reżyserowi, że "gnoi bohaterską rolę partyzantów", "idzie na lep tego Żyda Różewicza" i szkodzi Polsce. "Szowinizm i kołtuństwo wchodzą w fazę rozkwitu" - podsumowywał Kutz na łamach "Kina" i dodawał, że tym bardziej trzeba poruszać bolesne sprawy z polskiej historii. Zwłaszcza teraz, kiedy Polska przechodzi transformację ustrojową i od nowa buduje swoje związki z tradycją.
I znów kilka pozytywnych recenzji - m.in. Tadeusza Sobolewskiego w "Kinie" i Anny Schiller w "Gazecie" - nie uratowało sztuki przed zakopaniem. Taśma powędrowała do archiwum na długie lata. Kutz na skutek konfliktu z "Solidarnością" stracił wkrótce stanowisko dyrektora krakowskiego ośrodka TVP. A Różewicz znów konsekwentnie odmawiał zgody na następne realizacje. Aż do ubiegłego roku, kiedy sztukę wystawiła lubelska Kompania Teatr/Provisorium.

"Do piachu", reż. Janusz Opryński i Witold Mazurkiewicz 
(Teatr Provisorium i Kompania Teatr, Lublin)

KREW I SZMAL

Ten spektakl rozgrywa się również w lesie, ale metaforycznym. Partyzanci mają pnie młodych drzew przytroczone do pleców, jakby nosili ze sobą własne krzyże - czy raczej pale, do których przywiązuje się skazanych na śmierć. W marszu uginają się pod ich ciężarem, w nocy zasypiają przy nich. Kiedy idą - to tak, jakby szedł cały las.
Od pierwszych minut spektakl Janusza Opryńskiego i Witolda Mazurkiewicza chwyta za gardło obrazem człowieka unurzanego w wojennym błocie, krwi i gównie. Tu nie ma politycznych podtekstów, reżyserzy zrezygnowali zresztą z prologu, w którym mowa o układzie sił w polskim podziemiu. Pozostał nagi obraz wojny widzianej z perspektywy przypadkowej ofiary - Walusia. W wykonaniu Witolda Mazurkiewicza ten prosty, naiwny chłopak staje się współczesnym Chrystusem - kimś, kto w drodze do zbawienia musi przejść przez Golgotę na ziemi. Trzeba widzieć, jak łapczywie, niczym pies, pożera jedzenie wprost z miski. I jednocześnie, jak żarliwie modli się podczas mszy polowej, jakby chciał dosięgnąć głosem nieba. Jest w nim coś z postaci średniowiecznych męczenników, którzy z radością znosili tortury i cierpienia, by stanąć u bram Królestwa Bożego.
To wielki paradoks, że dialog z wojenną przeszłością podjęli artyści, którzy urodzili się grubo po wojnie. Swym przedstawieniem pokazują, że dramat Różewicza przekracza bariery pokoleniowe i podziały polityczne. Zawiera bowiem głęboko ludzkie przesłanie wymierzone przeciw przemocy, które pozostaje aktualne niezależnie od czasu i miejsca.

W TELEGRAFICZNYM SKRÓCIE:

"Do piachu..." - drugi po "Kartotece" bardzo osobisty, autobiograficzny utwór poety, w warstwie fabularnej odwołuje się do wojennych doświadczeń Różewicza - żołnierza AK. Sztuka pisana przez 17 lat (1955-1972) została zatrzymana przez cenzurę, potem wystawił ją w Teatrze na Woli Tadeusz Łomnicki. Przedstawienie zostało zdjęte. Różewicza zaczęto mocno atakować, zarzuty padały z obu stron - władzy i opozycji, swoje oburzenie wyrażały środowiska kombatanckie dostrzegające w dramacie przede wszystkim szarganie świętości, dezawuowanie narodowego mitu walki o niepodległość. Ostatecznie "Do piachu..." doczekało się druku dopiero w 1979 roku. Sztuka nadal budzi kontrowersje, środowiska akowskie tak samo ostro zareagowały, kiedy telewizyjną wersję dramatu w 1990 roku pokazał Kazimierz Kutz. Ten poetycko-naturalistyczny dramat opowiada historię Walusia - prostaczka z leśnego oddziału, który z kolegami "poszedł na bandziorkę", nie zdążył uciec, jak sprytniejsi od niego kompani i zgodnie z nieubłaganą logiką wojny, bez miłosierdzia, został zaocznym wyrokiem skazany na śmierć. A do piachu posłali go jego koledzy z oddziału. Wątek "akowski" przyćmił wymowę tej sztuki, którą Różewicz podjął walkę nie tylko w imię demitologizacji historii. Poeta próbował uczynić z Walusia bohatera tragicznego na miarę "zdechłych", wynaturzonych czasów, w jakich przyszło bohaterowi żyć i umierać. We wstrząsający sposób obrazował demoralizację, która w tym wypadku dokonywała się w rzeczywistości wojennej.



.

POWRÓT


Sławomir Majewski





Gdy tak przerzucam akta, zapiski rozmów, zeznania poszczególnych osób, widzę, że Rollo Martins mógł jeszcze wtedy bezpiecznie opuścić Wiedeń.


Graham Greene; Trzeci Człowiek


Obudził się, bo dotarło do niego rytmiczne postukiwanie. Uprzytomnił sobie gdzie jest, co się wydarzyło w tamtej knajpie i dokąd jedzie. Zapach słomy na której belach leżał przypomniał mu tę wielką starą gruszę w sadzie dziadków, woń ogniska kiedy z ojcem jedli raki, parząc palce ich czerwonymi jak krew pancerzami. Pomyślał że bardzo chciałby cofnąć czas. Bardzo chciałby cofnąć czas, wrócić między wycięte drzewa owocowe i jadowite liście sumaka tam, w Redville nad Pink River. Oczywiście, że chciałby teraz siedzieć przy kuchennym stole jako piętnastolatek w dżinsach-ogrodniczkach, zlizując z palców syrop klonowy cieknący z naleśnika. I żeby mama z uśmiechem nakładała mu na talerz kolejne porcje a ktoś za oknem zawołałby wesoło
- Maaaaaar-tiiiiin!
I żeby to była Maria w tej ślicznej, bladoróżowej sukience nad kolana.... Podniósł dłonie do oczu i przez chwilę bezskutecznie starał się zetrzeć z nich czarną, zakrzepłą krew tamtego gliniarza z Atlanty. Dał sobie spokój. Uniósł głowę, usiadł a potem wstał. Przez szczelinę patrzy na bawełniane pola, zakurzone sykomory i ziemię czerwoną jak rdza. Tak, bardzo chciałby teraz siedzieć przy kuchennym stole jako piętnastolatek w dżinsowych ogrodniczkach, zlizując z palców syrop klonowy cieknący z naleśnika... Wjeżdżając pomiędzy domy pociąg zwolnił, więc odsunął ciężkie drzwi wagonu a zaraz potem zobaczył kordon uzbrojonych w strzelby policjantów. 





niedziela, 16 sierpnia 2015

Część II - Rewolucja seksualna w K.

Małgorzata Köhler  



Musiano widocznie uważać mnie za potencjalne zagrożenie, gdyż założono nam podsłuch w telefonie, o czym zresztą zaraz uprzejmie poinformował mnie ktoś z tzw. dojściami. Zdziwiłam się – nie czułam się potencjalnym publicznym zagrożeniem, przecież mówiłam tylko, jak jest, i opowiadałam głośno dowcipy polityczne, pilnując się, aby ich nie spalić. Opowiadaliśmy wszyscy dowcipy, a tajniacy śmiali się razem z nami, bo nasze życie to był jeden wielki, straszny witz. A z tą całą Opozycją było w K. podobnie jak z Rewolucją – pieprzyliśmy wszystko, tylko że nic z tego nie wynikało.


REWOLUCJA SEKSUALNA W K. 
 
CZĘŚĆ II

Niezakazane piosenki


Na imprezach prywatnych, w Klubie Dziennikarza, a nawet na ulicy śpiewaliśmy, często i chętnie, proporcjonalnie do ilości wypitego alkoholu. Dla mojego ojca sygnałem do śpiewania stawał się widok patrolu MO, mocnym głosem „rzucał im w twarz“ akowskie piosenki. Miały ckliwe, nieobrazoburcze słowa. „Dziś do ciebie przyjść nie moooogę“, wydzierał się ojciec. Znudzony kot Tom w milicyjnej suce sunął za nim z obowiązku jakiś czas, ale zostawiał go w spokoju. My młodzi śpiewaliśmy co popadnie. Ktoś intonował we właściwym punkcie rozmowy, natychmiast dołączali się inni, wszyscy. Co chcieliśmy im powiedzieć o zielonej Ukrainie? Że nie rzucim ziemi, skąd nasz ród? Jak rozumieliśmy tę pieśń? Czy ktokolwiek wierzył w odzyskanie Lwowa? I kogo to naprawdę obchodziło, oprócz urodzonego w Rownym Alka? Wątpię. Najprawdopodobniej czuliśmy się po prostu sokołami. Piosenek politycznych jeszcze nie było. Jako pierwszy, który uchodził za taką, pamiętam tekst piosenki z kabaretu, z którego został mi tylko refren „A mnie jest obojętne, kto będzie prezydentem“. Śpiewając to czuliśmy się opozycjonistami na wewnętrznej emigracji. Ten ulubiony refren jest bardzo symptomatyczny: obojętność polityczną odczuwaliśmy jako akt odwagi, oporu. Władza rewanżowala się nam: nikogo nie obchodziło, co śpiewamy, poza nami.
Mimo, że wszyscy nie znosili Ruskich, rosyjskie pieśni spiewane były chętnie. Docieral już Okudżawa, dopiero sporo później Wysocki; pierwsze jego płyty przywoził ze swoich podróży do Rosji Alek, jedyny prawdziwy hippies między nami, i słuchało się ich tylko u niego. Jednym z ulubionych naszych standardów do publicznego wydzierania się była polska wersja antywojennego protest songu „Gdzie te kwiaty“. Tak naprawdę mieliśmy wszyscy dość tematów wojennych, dość naszych starych, ciągle nawiązujących do „przed wojną“, monotonni polskiej kinematografii, opętanej tym tematem; szkoły, która na wojnie zrobiła znakomity interes, wciskając nam, wstrząśniętym tą klęską humanizmu, bez większego trudu powojenne historyczne kłamstwa. Byliśmy ofiarami tej wojny, jej dalszymi, kolateralnymi stratami, i nie chcieliśmy mieć już z nią nic do czynienia. Ale gdy po pijaku żałośnie ciągnęliśmy „Gdzie są chłopcy z tamtych lat, gdzie się pogubiliii?“, tekst poruszał nas prawdziwie. Chłopcy opłakiwali chyba swoją ginącą w oczach młodość; my, dziewczyny, wiedziałyśmy dobrze, że tamtych chłopców już nie ma i że takich chłopców nigdy nie będzie.
Kończyła się era nie tylko humanizmu, ale i romantyzmu, egzystencjalizmu, i wszystkich innych izmów, jakie nam umknęły, a w jakich tak strasznie chcieliśmy mieć trochę udziału. Odszedł Humphrey Bogart, James Dean i Rafał Wojaczek, Cybulski wpadł pod pociąg, Dzwon bił nie nam. „Czterej pancerni“ naszego dzieciństwa to była ściema i o tym dobrze wiedzieliśmy. Nie ma takiego psa, nie ma takiej przyjaźni. Pozostał cynizm, jedyny nieśmiertelny przyjaciel.
Młodzi Amerykanie protestowali przeciwko wojnie w Wietnamie albo wracali do domu w blaszanych pudełkach, gdzieś rozkwitało i umierało prawdziwe kino, ginęli bohaterowie i gasły ostatnie rewolucje, ale to wszystko nas omijało. Mieszkaliśmy na dupie świata.

Cucurrucucú

Grzesiek pojawił się w Klubie z fujarką; oprócz niej i dyplomu Akademii Sztuk Pięknych nie zabrał wiele więcej z Krakowa, gdzie rozpadł się jego dom. Rzuciła go, a właściwie wyrzuciła żona, z którą miał dwóch kilkuletnich synów. Podobno jakaś dziewczyna popełniła przez niego samobójstwo, chociaż może były to plotki. Przygarnął go w swojej pracowni malarskiej Andrzej G., z którym przyjaźnili się jeszcze z czasów studenckich, ale prędko tego pożałował. Od tej pory imprezy po zamknięciu Klubu przenosiły się do Grześka, czyli do Andrzeja. Mimo iż Andrzej sam bywał w Klubie i świetnie się bawił, to o określonej godzinie wracał do domu, do żony. Miał zwyczaj pracować regularnie, również przed południem, wywiązywał się ze zleceń i był człowiekiem solidnym. Tymczasem w pracowni na poddaszu starej kamienicy zamieszkało piekło i szatani. Sąsiedzi skarżyli się na krzyki i kocią muzykę, Andrzej przychodząc rano znajdował swoje rzeczy w nieładzie, resztki po libacjach miedzy farbami, pety na podłodze i śpiących gdzie popadnie niedobitków imprezy, nie zawsze byli gotowi opuścić lokal. Najgorzej było z kobietami, bo Andrzej był dżentelmenem, więc gdy widział półnagą, zaspaną dziewczynę, wycofywał się taktownie i zamiast pracować, szedł na szachy do Klubu, ale coraz bardziej miał dość gościa. Przyjaźń przyjaźnią, ale życie Andrzeja również stanęło na głowie, a tego nie znosił.
Wreszcie ktoś – może on sam – załatwił Grześkowi własną pracownię, na strychu tejże kamienicy. Tylko że była to mała klitka, najwyżej 2 x 4 m, w której ledwie mieściło się zbite prowizorycznie z desek wyro i maszynka elektryczna. Ogrzewania nie było, toaleta na klatce schodowej, brakowało też szyb, a był środek zimy.
Któregoś dnia odwiedzając Grześka, znalazłam go z wysoką gorączką, telepały nim dreszcze, przez wybite okno wpadał śnieg. Przyniosłam z domu koce, coś do zasłonięcia okna, lekarstwa, jedzenie i termometr, pokazał 40 C. To było zapalenie płuc, okazało się, gdy następnego dnia Grzesiek zwlókł się do lekarza. Pogotowia nie pozwolił wezwać.
Zrozumiałam, że jest nieporadny i słaby, wbrew wrażeniu, jakie robił. Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, wydawał mi się zarozumiały, a jego prześmiewczy cynizm mocno mnie drażnił. Spięliśmy się natychmiast. Nie znosiłam go, wydawało mi się, że mnie prześladował. Wołał za mną „rudaa moje wejście do klubu anonsował po włosku, nawiązując do mojego nazwiska, głupią miłosną piosenką o gołąbku. Do szału doprowadzało mnie jego głośne zawodzenie „cucuruccucu, paloooma!“. Traktowałam go zimno. Ale jakoś się zaczęło między nami i trwało z małymi przerwami przez około trzy lata. Właściwie był to piękny romans, chociaż kłóciliśmy się i rozstawali co kilka dni. Pozował przede mną na twardziela, faceta, który doskonale panuje nad swoim losem, ale jego życiowa bezdomność była oczywista.
W dzień mieszkał w Klubie Dziennikarza, wieczorem wracał na strych. W Klubie, będącym dla niego domem i sceną, jadał, grał w szachy, załatwiał interesy, o ile takie miał, pił i czasami drzemał na wygodnych, pamiętających lepsze czasy kanapach. Już wkrótce stał się nieodłącznym elementem dekoracyjnym lokalu. Chyba nigdy nie widziało się go samego. Nie wchodził, lecz się zjawiał, czasem z wcześniej już opracowaną kwestią na ustach, i wszyscy na to jakoś czekali. Nie można było nie zauważyć jego wejścia, atmosfera stawała się elektryczna i podnosiło się natychmiast kilka głosów z pozdrowieniami, cieszących się z przybycia barwnej postaci. Wyglądał zresztą jak rasowy artysta, z tą swoją fujarką, a przede wszystkim z powodu bujnych, zupełnie białych, przedwcześnie posiwiałych włosów, zaskakującego kontrastu do młodej twarzy i żywych oczu – nie miał jeszcze czterdziestki. Słynna fujarka był to flet poprzeczny, z którym się prawie nie rozstawał. Przygrywał nam, intonował piosenki, czasem śpiewał dobrym, mocnym głosem, ale w sposób przerysowany, niepoważny, drwił. Tylko gdy upił się na smutno, grał pięknie i tęsknie solo z Orfeusza, rzadko jednak dawał uprosić się o nie na trzeźwo.
Załatwiłam Grześkowi pierwsze chyba jego zlecenie w K., w nowo powstającym salonie gier automatycznych, którego dyrektorką była moja matka, i gdzie aktualnie pracowałam. Wczesny Edward Gierek, Europa, panie, Ameryka. W sklepach pojawiła się pepsi cola, automaty przyjechały do nas też ze Stanów. Grzesiek zaprojektował wnętrze w jasnych, ostrych kolorach – seledyn, peerelowski pomarańcz - nie podobało mi się, ale cieszyłam się, że ma co jeść. Później koledzy podrzucali mu zlecenia, czy też raczej ich mniej atrakcyjne części. Ktoś z władz Związku Plastyków czy może Rysiek M. Z Wydziału Kultury zlitował się wreszcie i załatwił mu kawalerkę w nowym bloku. Grzesiek był bardzo dumny z tej kawalerki, przez jakiś czas dbał o nią pedantycznie, wydawało się, że zaczyna nowe życie. Sporządniał, rysował, nawet malował, kupił duży materac i zmajstrował biurko. Na ścianie zawiesił jedyny ukończony własny obraz i narty - wspomniał kiedyś, że w zimie jeździ z synami w góry. Chociaż jego tęsknota za nimi była nieudawana, nie bardzo w te wyjazdy wierzyłam. Miałam w pamięci wieczne obietnice ojca, który co roku zapowiadał, że zabierze nas wreszcie na narty, ale kończyło się to niezmiennie jego samotnym wyjazdem. Obrazek, z którego Grzesiek był bardzo dumny, przedstawiał słońce, zachodzące ze złamaniem praw perspektywy, jak mi tłumaczył, ale albo obraz mu się nie udał, albo ja byłam za dużą ignorantką, aby to rozpoznać.
Wszechstronnie utalentowany, był dobrym szachistą i grał w szachy z klubowymi mistrzami, fotografował, grał na kilku instrumentach, rysował udane karykatury nas wszystkich, które wisiały na ścianach Klubu – robił mnóstwo rzeczy, ale żadnej wytrwale i poważnie. Kiedyś zdradził mi, że pisze i że opisze nas wszystkich. Pewnie te zapiski zaginęły, gdy opróżniano jego mieszkanie.
W czasie, gdy byliśmy razem a ja pracowałam, zaglądał często do kasyna gier i przesiadywał od południa do wieczora, czekając na koniec mojej dwunastogodzinnej zmiany. Potem zabierałam go do domu, żeby mógł się wykąpać, i jedliśmy późny obiad, ugotowany przez babcię. Noce spędzaliśmy u niego. Zasypialiśmy, gdy szarzało; starszy o wiele i bardziej doświadczony Grzesiek wprowadzał mnie w tajniki erotyzmu, ale mimo, iż był świetnym i cierpliwym kochankiem, i stawał prawie na głowie, próbując za pomocą Kamasutry i własnych inspiracji zrobić ze mnie namiętną kobietę, nie opuszczało mnie poczucie kontroli, rujnujące zupełnie zdolność orgazmu. Oczywiście lubiłam się z nim kochać, ale tkwiła we mnie niemożliwa do przezwyciężenia blokada. Wiem, że moje ówczesne przyjaciółki miały podobne doświadczenia. Rewolucja seksualna zakpiła sobie z nas, nie spełniając obiecanego. Okazała się raczej demonstracją niż ujawnieniem, wyzwoleniem instynktu; w moim wypadku było jakby wręcz przeciwnie – im bardziej byłam niezależna, tym większą zachowywałam przytomność w łóżku, co doprowadzało Grześka do rozpaczy, bo jedyne, czego przed nim nie udawałam, to orgazmów.
Myślę, że należy się Rewolucji, żeby powiedzieć jej to w oczy: byłyśmy uwiedzionymi dzieciakami, które zamieniały się w niezaspokojone kobiety. Sypiałyśmy z tymi wszystkimi facetami, ale to była bardziej sprawa głowy niż ciała. Opowiadano nam bajki – że orgazm jest wynikiem określonej długości trwania stosunku, starań mężczyzny, wielkości jego penisa i pomysłów na sprzyjające figury; pojawiły się dociekania na temat orgazmu łechtaczkowego i jego domniemanej wyższości nad niekoniecznie w ogóle istniejącym pochwowym, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś wspomniał, że o doborze seksualnym decydują geny, zapach, pierwsze spojrzenie, i że orgazm można mieć po kilku ruchach, jeżeli samica naprawdę pragnie samca. Nie wyjaśniano też opartego na tych samych podstawach fenomenu miłości aż do zatracenia – to byłoby mało nowoczesne, nie dość wyemancypowane. Jeszcze dzisiaj krążą po świecie te wszystkie brednie.
Dlatego nasze miłosne maratony z Grześkiem pozostawiły we mnie coś w rodzaju wspomnienia zerwanej taśmy filmowej, obracającej się jałowo w kółko. Moja przewrotna pamięć reflektuje za to mocno dwie sceny: gdy obudził nas śnieg, padający na łóżko, bo wiatr wyrwał z okna dyktę, oraz chwilę, gdy Grzesiek wyjaśniał mi na wyciętej z papieru taśmie zasadę wstęgi Möbiusa, a jego twarz oświetlał ogień piecyka. Wyglądał pięknie i diabolicznie, a to ze wstęgą M. też było podejrzane.
Z natury niespokojny, może nawet hiperaktywny, tłumaczył mi wciąż na papierowych modelach tajniki geometrii przestrzennej, albo zmuszał do grania w różne gry, przeważnie w szachy. Jeśli nie chciałam z nim wyjść, zbyt zmęczona po alkoholowych ekscesach, wychodził sam. Zaczęło mnie nieco przerażać nasze życie toczące się głównie w Klubie, po którego zamknięciu jechaliśmy jeszcze przeważnie do kogoś na dalszą imprezę. Party trwało bez przerwy.
Wszyscy twierdzili, że do siebie pasujemy, trochę mnie to dzisiaj niepokoi. Byliśmy dość egzotyczną parą, ja młodsza od niego o kilkanaście, on – enfant terrible. Ale z Grześkiem nareszcie się nie nudziłam. „Organizowaliśmy imprezy”, jak to nazywał – nie chodziło o sam alkohol, ale żeby się coś działo. Z nim w Klubie częściej zdarzały się ożywione dyskusje, spontaniczne jam session muzyków, małe szaleństwa i drobne awantury. Siedziało się dłużej, do stolika dosiadali się obcy, których zaczepiał, lub którzy czuli się czymś do niego przyciągani, nawet personel miał lepszy humor i zapominał o zamykaniu lokalu. Miał mnóstwo zainteresowań i z każdym łatwo dyskutował na interesujące rozmówcę tematy. Mógł mówić godzinami o poezji, filozofii i sztuce, ale najchętniej wyciągał na zwierzenia i chociaż należało się liczyć z tym, że czasami powie o czymś głośno, to opowiadano mu o swoich najbardziej intymnych sprawach. Lubił, trzymając w ręku sznurki, napuszczać ludzi na siebie. Zaczepiał, podbechtywał, podjudzał do dyskusji. Bez Grześka życie w Klubie jakby przymierało. Szybko wrósł w życie K., stał się lubiany i popularny. Właściwie prawie z każdym się dogadywał, mimo krótkich jak fajerwerki kłótni.
Inteligentny i błyskotliwy, o niesamowicie ciętym dowcipie, fascynował mnie i liczyłam się z jego zdaniem, może był nawet jedynym, z którego zdaniem się wtedy liczylam. Liczyliśmy się prawie wszyscy, stał się dla nas kimś pomiędzy komentatorem wydarzeń, a arbiter elegantiarum; jedną celną uwagą mógł kogoś strącić lub wynieść, jak kapryśna królowa - ale w rzeczywistości był naszym nadwornym błaznem, i mimo że przyjaźniliśmy z nim naprawdę, to traktowało się go z przymrużeniem oka – sam dbał o to, aby nie wyjść nigdy z roli Stańczyka.
Ostatni rok z Grzeskiem był czasem względnej harmonii związku. Ale piliśmy zbyt wiele i zbyt wiele udawaliśmy przed sobą, aby była to dobra historia miłosna. Zakończyła się, gdy któregoś poranka po wspólnej nocy zostawił mnie samą i wrócił dopiero wieczorem w różowych, obcisłych spodniach znajomej popowej wokalistki. Wiedziałam, że mnie czasem zdradza i rewanżowałam mu się pięknym za nadobne, lecz tym razem przekroczył granicę. Mężczyzna nie powinien pokazywać się swojej kobiecie w różowych legginsach, naprawdę.
Wyszłam prędko za mąż, za Z., poważnego chłopaka, młodego poetę, który od miesięcy wiernie się przy mnie kręcił.

Cucurrucucú paloma, cucurrucucú no llores.
Las piedras jamás, paloma,
¿qué van a saber de amores?

- cóż dowiedzą się kamienie, gołąbku, kiedykolwiek o miłości?

My Pierwsza Brygada Piłsudskiego Dziada

Moje pierwsze małżeństwo trwało zaledwie trzy lata. Rozpoczęło się burzliwym weselem w małym mieszkaniu na Słonecznej, część gości była mi wcześniej nieznana. Rysiek M. sprowadził dwie damy z prowincji, bo właśnie się w jednej z nich zakochał. Grześka nie zaprosiłam, miał mi to złe. Pan młody upił się tradycyjnie błyskawicznie, zresztą prawie nikt nie pozostał trzeźwy. Moja przyjaciółka Baśka zrujnowała zaraz na wstępie nastrój, rzucając weselnym tortem, kunsztownym dziełem babci Heli – była wściekła z powodu zerwania z chłopakiem, z którym chodziła od sześciu lat. Mimo że bez Grześka, wesele było wystarczająco spektakularne. Przerażona rodzina opuściła je prędko, tylko Adam pełnił godnie do ostatka rolę świadka i wodzireja. Nad ranem skończyło się awanturą, właścicielka kamienicy zadzwoniła do babci, nastąpiło ogólne zgorszenie, bo mieszkanie było zrujnowane, życie oddały też wszystkie kwiaty doniczkowe.
Przyjaciele czuli się u nas dobrze, ciągle ktoś nocował, przyplątując się, gdy wracaliśmy z Klubu, albo najeżdżano nas w połowie nocy. Pojawiali się też ważni pisarze z Krakowa czy Warszawy, pewien Znany Krytyk i Mistrz Loży Masońskiej i kto tam się jeszcze zaplątał na naszą prowincję. W tym mieszczańskim, spokojnym lokalu, przekazanym mi przez babcię, która po śmierci dziadka wyprowadziła się do Hanki, od przedwojny niedotkniętym upływem czasu, zaczęły odbywać się teraz gorące debaty, rozbrzmiewały akowskie i legionowe piosenki, jakbyśmy szykowali się do powstania. Ale kończyło się to jedynie zwykłymi burdami i nieuchronną awanturą z Kowalską. Którejś nocy mój przyszły szwagier, Rysiek P., wraz z Jurkiem K., przyszłym cenzorem, z zemsty, że nie chcemy już z nimi pić, wytoczyli na nas, śpiących w małżeńskim łożu, wielką, przedwojenną szafę; obudziłam się nagle, gdy poważnie planowali morderstwo. Zamierzali ją na nas przewrócić, ale udało nam się uciec w ostatnim momencie.
Próbowaliśmy z Z. prowadzić normalne życie. Rano przychodziła sprzątaczka, którą można było mieć wtedy za grosze na godziny, i sprzątała po imprezie. W dni, w których nie przychodziła, Z. palił zimą w piecach; było to jego pierwsze domowe zajęcie, bo wcześniej nie potrafił nawet zagotować wody na herbatę, i nie jest to przenośnia. Jesienią prowadził sadystyczną walkę z myszami, buszującymi tam od lat po śmierci dziadka. W dzień pisałam swoją pierwszą powieść, przepisywałam dla zarobku teksty na maszynie i układałam krzyżówki, które drukował mi kolega w swojej zakładowej gazecie, bo postanowiłam, że nie będę nigdy więcej katować się praca w biurze. Z. studiował KO – kierunek kulturalno oświatowy, wytwór tamtych czasów, kształcący działaczy kultury i kierowników placówek. Ale wieczór przyciągał nas do Klubu, bo prawdziwe życie było tam. Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego mi się tak wydawało. Innego prawdziwego życia nie znałam.
Po nagłym, niezapowiadanym zamknięciu Klubu zrobiło się markotno. Ostatnie moje półtora roku w K. było nieciekawe, narastała we mnie nuda i zniechęcenie. Małżeństwo też więdło z podobnych powodów. Dusiłam się i w jałowym, podlewanym alkoholem związku, i w K.
Po wygonieniu nas z Klubu przenieśliśmy się wszyscy do teatralnej „Dziurki“ – była ciasna, zajmowała połowę powierzchni dzisiejszego Klubu Aktora, wpadało się tam wcześniej jedynie na pyszne pyzy i pojawiające się świeże dostawy lepszych gatunków piwa. Teraz musiała pomieścić tłum bezdomnych literatów, plastyków i dziennikarzy, ale koniec był z kabaretem, spotkaniami literackimi i balangami, nie było sceny ani pianina, w dymie można było się udusić. Młodych piszących nieco spacyfikował Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, podsuwając alternatywę dla nieistniejącego Koła Młodych Związku Literatów – tego u nas nie mogło być, bo oddział ZSLP też w K. nie istniał. Z większymi spotkaniami przenieśliśmy się do MPiKu, ale to już nie było to. Na nalegania kolegów zgodziłam się pochopnie pełnić funkcję przewodniczącej Klubu Młodych Pisarzy, ale po kilku miesiącach zrzekłam się jej publicznie, z awanturą, przed pełną salą – byłam wściekła po źle zorganizowanym spotkaniu przyjezdnego Prawdziwego Pisarza, za które odpowiadałam, a które okazało się wpadą tego politycznego sponsora. Zorientowałam się, że władza ma nas gdzieś, z tą całą literaturą i innymi fanaberiami, i tylko wykorzystuje nas do własnych celów. A na drugi dzień opuściłam definitywnie K., do czego dojrzewałam od dawna.
Pierwszy Prawdziwy Opozycjonista zjawił się w K. w 77-ym. Żadnej opozycji wcześniej K. nie było, a jeżeli, to tak znakomicie ukryta, że nie pozostały żadne namacalne ślady jej działalności. Po 89-tym moi dawni przyjaciele i znajomi opublikowali wiele książek wspominkowych, opisujących z dumą, jak to fajnie wodziliśmy Władzię za nos. W rzeczywistości większość z nich była w tamtych układach świetnie zaaranżowana ( „Żyć jakoś trzeba“) a Władzia patrzyła na nas pobłażliwym acz nieco lekceważącym okiem niańki.
Pierwszy Prawdziwy Opozycjonista w K. bawił też tylko przejazdem. Był nim mój kolega ze szkoły, Janusz, również piszący, już po błyskotliwym debiucie i zagranicznej nagrodzie. Po studiach pracował jako dziennikarz i jeździł sporo pomiędzy Warszawą, a Krakowem, gdzie mieszkał. Być może były to wyjazdy również konspiracyjne, bo odwiedzał często Radom, zahaczając przy tym o K. Ten J. to był niezły gagatek, z burzą jasnych loków i błękitnych, niewinnych oczach cherubinka. W szkole chodził długo z moją przyjaciółką, ale nie przeszkadzało mu to wgapiać się we mnie, czerwieniejąc jak dzieciak, gdy przechodziłam. Ignorowałam go, co chyba nie dawało mu spokoju przez wiele lat.
Wracaliśmy ze wspólnej imprezy we trójkę, odprowadzając pijanego Janusza na dworzec. Miasto upiornie puste, październikowa mgła spowijała Z. w nierealny tuman, razem z latarnią, do której się przytulał. Pod sąsiednią latarnią my z J. prowadziliśmy rozliczeniowe dialogi o życiu. „Jak ja cię wtedy kochałem, Gośka“ – wypowiedział w pewnym momencie skądś znaną mi formułkę. Koniecznie chciał mnie przynajmniej pocałować, upierał się, a najlepiej zabrać ze sobą, teraz, zaraz. - Ucieknij ze mną do Krakowa, nie pasujesz do tego miasta, przekonywał.
Namyślałam się. J. był atrakcyjnym mężczyzną, sama propozycja też była atrakcyjna. „Piwnica pod Baranami“ zamiast Klubu, prawdziwa opozycja zamiast dziadowskiej brygady. Prawdziwe życie, które zawsze toczyło się poza K. Koniec zsyłki, świat. Cały świat.

Resztki przyzwoitości obudziły się we mnie, gdy popatrzyłam na chwiejącego się pod nieopodal Z.
Nie mogę, teraz naprawdę nie mogę. - Musiałam przynajmniej doprowadzić Z. do domu. Poza tym nie opuszcza się nikogo bez uprzedzenia, w środku nocy, w bocznej ulicy - tak czułam.
J. miał przyjechać do K. ponownie w połowie grudnia. Krążyły też wieści, że przed Nowym Rokiem otworzą znowu Klub, a uroczystą inauguracją stanie się wielki, sylwestrowy bal maskowy. To mi się podobało – uciekłabym zamaskowana, jak romantycznie!
- Przyjedź w grudniu, najlepiej na SyLwestra, wtedy z tobą wyjadę – obiecałam, a on zapewnił, że przyjedzie.
Nie zjawił się jednak, pewnie zakochał się w kimś innym, bo J. był bardzo kochliwy. Klubu też nie reaktywowano. Ale w połowie grudnia przyjechał Prawdziwy Pisarz i powiedział:
- Porwę cię, nie pasujesz do tego miasta.
I uciekłam z PePe, w którym zresztą lekkomyślnie zakochałam się natychmiast; uciekłam, aby nie wrócić do K. już nigdy.

*

Dzisiaj trudno dociec, dlaczego zamknięto wtedy Klub. Krążą o tym najdziksze opowieści. Oficjalna jest taka, że wentylacja w historycznej kamienicy Smoleńskich okazała się niewystarczająca. Moim zdaniem miało to pewien związek z niepokojami, jakie ogarniały cały kraj, poza K.; z szykowaną przez rząd akcją podwyżek, której skutków się obawiano, i z powołaną przez Władzię akcją pogotowia Lato 76, w obliczu podgotowujących się już wypadków radomskich, które zresztą przeszły później w K. kompletnie bez echa. Wg historyków utworzono wtedy specjalne grupy śledcze, mające inwigilować potencjalnych inspiratorów publicznych wystąpień. Musiano widocznie uważać mnie za potencjalne zagrożenie, gdyż założono nam podsłuch w telefonie, o czym zresztą zaraz uprzejmie poinformował mnie ktoś z tzw. dojściami. Zdziwiłam się – nie czułam się potencjalnym publicznym zagrożeniem, przecież mówiłam tylko, jak jest, i opowiadałam głośno dowcipy polityczne, pilnując się, aby ich nie spalić. Opowiadaliśmy wszyscy dowcipy, a tajniacy śmiali się razem z nami, bo nasze życie to był jeden wielki, straszny witz. A z tą całą Opozycją było w K. podobnie jak z Rewolucją – pieprzyliśmy wszystko, tylko że nic z tego nie wynikało.
Wg wspomnieniowej książki Edka K. ostatni wieczór w Klubie był większą niż zwykle balangą, śpiewaliśmy chóralnie pieśni legionowe i Pierwszą Brygadę, a ja zrobiłam striptiz pod dźwięki fletu Grześka. Edkowi coś się pomyliło – nie ten striptiz, nie wtedy. I pewnie też nie z powodu Brygady, śpiewana była już tyle razy przy innych okazjach, często z nietypowym refrenem o Piłsudskim- Dziadzie. Władza, której uszy i oczy śledziły nas czujnie, bo znani wszystkim funkcyjni siedzieli przy sąsiednich stolikach, patrzyła na to pobłażliwie. Jednego z nich kiedyś spoliczkowałam i nie spadł mi za to włos z głowy. Pewne jest jednak, że z Klubu wyprowadził nas wtedy Grzesiek, grający na flecie, i pewne jest, że po tej nocy miasto zaczęło pustoszeć.



FURIA!




Marek Jastrząb
 



Z tygodnikiem www.pisarze.pl związałem się przeszło trzy lata temu i jest to więź mocna, emocjonalna, wręcz nałóg bycia w nim poprzez wyszukiwanie co lepszych pisarzy, poetów, publicystów, autorów różnego wieku, pochodzenia czy płci. Poprzez zachęcanie ich do częstszej obecności u nas.
Dzisiaj, gdy obserwuję, że z przyczyn ekonomicznych dni jego są policzone, że upada i wkrótce zgaśnie, tym bardziej mi żal zostawić go, jak tonie. A topi się bez dwóch zdań; niebawem podzieli los wielu „wygaszanych”, poczytnych pism i wydawnictw.
Daremnie szukam jakiegoś możnego sponsora, pomocy, bo szkoda by było, by przestał się ukazywać; przecież zrodził się ze szlachetnej pasji, bezinteresowności, zamiłowania właściciela do literatury, tej zapominanej i tej współczesnej, przywracającej poziom, rangę, wszelkie wysokie pułapy twórczego pisania. Pod jego kierownictwem i przez pięć lat morderczej, bezpłatnej pracy, kosztem zdrowia, wyrzeczeń i rodziny, nieliczna grupka zapaleńców powołała do życia periodyk znany i lubiany przez wielu; w ciągu jednego dnia mamy tylu internetowych czytelników, co z dziesięć papierowych pism z trudem osiąga przez miesiąc.
Kiedy o tym myślę, ogarnia mnie wściekłość i zastanawiam się, dlaczego instytucje mogące przyczynić się do dalszego rozwoju pisarze.pl robią wszystko, by go utrupić, dlaczego są nim niezainteresowane. 

Od Redakcji: podpisując się z furią pod Furią Marka Jastrzębia w przedmiotowej sprawie, chcę dodać że właściwe byłoby rozważenie pytania: czy Redakcja pisarzy.pl nie powinna zwrócić się do MKiDN, SPP, ZLP, Polskiej Izby Książki oraz Instytutu Książki z prośbą o współfinansowanie d r u k u  np. kwartalnika pod taką samą nazwą? 
Skądinąd wiemy, że Redaktor Naczelny "pisarzy" Bohdan Wrocławski, w swoim wniosku do MKiDN zawarł taki projekt (druk) i że został on rozpatrzony negatywnie. Dlatego wydaje się być sensowna sugestia, by dofinansowanie miało kilka źródeł.

sobota, 15 sierpnia 2015

LASCIATE OGNI SPERANZA!







Aż 19 mln Polaków nie miało w ostatnim roku w rękach ani jednej książki, a 10 mln nie ma ani jednej w domu - wynika z danych Biblioteki Narodowej. Do tego 6,2 mln Polaków znajduje się poza kulturą pisma, czyli w 2014 r. nie przeczytało żadnej książki ani nic z prasy. (…) Według danych Biblioteki Analiz (bez grudnia) w 2014 r. przychody wydawców były niższe o blisko 7,5 proc. niż w roku poprzednim i wyniosły 2,48 mld zł. To spadek o 200 mln zł. Porównując zeszły rok do rekordowego 2010 r., spadek wartości sprzedaży sięga aż 15,7 proc., czyli 460 mln zł.”” Źródło


Posłowie PSL złożyli w Sejmie przygotowany przez część wydawców projekt Ustawy o książce. Czym naprawdę kierowali się deputowani – nie wiem. Czy rzeczywistą troską o los czytelnictwa w kraju, w którym 10 mln obywateli nie posiada w domu ani jednej książki? Być może. A może dali się zwieść spryciarzom, którzy dla siebie i swoich firm zwęszyli interes XXI wieku? Też możliwe. Czy tertium non datur w tej sprawie? Niezupełnie.
Ab ovo: 8 kwietnia 2015 roku grupa 39 posłów PSL, złożyła na ręce Marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego projekt Ustawy o Książce, powołując się na „Art. 118 ust. 1 Konstytucji R. P. z 2 kwietnia 1997 r.”, który im na taką inicjatywę dozwala. Posłom PSL dzielnie sekundują m.in. Państwowa Izba Książki z Prezesem Włodzimierzem Albinem (Wolters Kluwer S.A.) oraz Instytut Książki pod dowództwem Grzegorza Gaudena. Co wyczytamy w mediach nt. stanowiska tego ostatniego Pana?
Dyrektor Instytutu Książki, Grzegorz Gauden, jest zwolennikiem projektu ustawy o książce. Uważa, że nie zaburzy on mechanizmów rynku, a pozwoli go uporządkować. "Sednem projektu jest to, że dajemy wydawcy prawo do ustalenia, za jaką cenę wydana przez niego książka będzie przez rok sprzedawana. To wydawca zaryzykował wydając książkę, nie pośrednicy, którzy obecnie zaniżają cenę" Źródło
Projektem Ustawy zachłysnęła się niezliczona rzesza ludzi ze ścisłych kręgów polskich kultury i sztuki o takich nazwiskach i osiągnięciach na niwie, że strach się bać!
I wszystko byłoby jak w bajce, bowiem artykuly proponowanej Ustawy a szczególnie jej Uzasadnienie, na pozór zdają się być wyrazem szczerej i głębokiej troski PSL-owskich Ojców Ojczyzny i ich sojuszników, o poziom czytelnictwa, los wydawców, księgarni, drukarni etc. Na pozór. W dodatku zdawać się może, iż wszystko z obecną Konstytucją R. P. współgra idealnie, jak basetla ze skrzypcami w wiejskiej kapeli, co zgodnie podkreślają zainteresowani Ustawy tej wprowadzeniem. Na pozór.
Po pierwsze, proponowana Ustawa naruszając prawo (wydawców, drukarzy, księgarni zwykłych i internetowych) do swobodnego działania w ramach obowiązującej ustawy o działalności gospodarczej, wbrew zapewnieniom pomysłodawców, narusza Konstytucję R. P. z 1997 r. a szczególnie Artykuł 22 Konstytucji RP, który stanowi, że „ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny”.
Po drugie: „Ważny interes publiczny” w przypadku urzędowej regulacji cen książki to nie „interes publiczny”, tylko interes zainteresowanych. Czyli kogo? Na pewno nie Czytelników, drukarni, wydawców, księgarni zwykłych i internetowych; oni wszyscy na tym stracą. A więc: qui bono?
Po trzecie: Projekt jest bublem prawnym pod prawie każdym względem, jak to zwykle projekty polskich parlamentarzystów.
Dlaczego bublem? Rozumiem zapał tych, którzy „jednolitą cenę” książek nowo wprowadzanych na rynek popierają ze szczerego serca. Nie znają się na produkcji tychże, więc im obojętne JAK, byle książka tania była. Ale w oparciu o proponowaną Ustawę, książka tania nie tylko nie będzie, lecz podrożeje wiele z tych, które z racji objętości i jakości edytorskiej (zatem kosztów produkcji) byłyby tanie, gdyby nie ten projekt.
PRZYKŁAD 1: tomik wierszy o objętości np. 20 stroniczek, papier VII kl. offset 70 g/m2; kolor druku 1 x 1 czarny; oprawa: szycie po grzbiecie (zeszytowo), nakład 1000 egzemplarzy. Koszt PRODUKCJI: 1,65 – 2,50 zł za 1 egzemplarz. Ta sama pozycja wydawnicza według proponowanej Ustawy czyli „ujednolicona” cena KAŻDEGO egzemplarza w sprzedaży dla „odbiorcy końcowego”, wyniesie dziesięciokrotnie więcej. Bowiem „ustawodawcy” w omawianym Projekcie zawarli wymóg, by drukarnia-wydawca nie mieli prawa do sprzedaży taniej, niż przewiduje proponowana przez nich Ustawa. Opornych będzie się srodze karać!
PRZYKŁAD 2: Album o malarstwie, biografia, antologia poezji itp. w nakładzie 2000 - 3000 egzemplarzy; objętość 500 - 700 stron; druk 4 x 4 kolor + czarny; papier biblijny + kreda itd. Koszt produkcji 90 – 140 zł. Cena tej samej pozycji według proponowanej Ustawy, czyli wg. „ujednoliconej” ceny dla KAŻDEGO egzemplarza w sprzedaży dla „odbiorcy końcowego”, będzie trzykrotnie mniejsza od kosztu jej wyprodukowania. Gdzie marża czyli zysk?
Książki tanie w produkcji, bezwartościowe z punktu widzenia tak zawartości, jak strony edytorskiej, będą szły jak przysłowiowa „woda”, zaś te opracowane z pietyzmem, drogie w produkcji, nie ukażą się w wcale, bo nikt nie zwróci ich wydawcom kosztów poniesionych dla ich wyprodukowania! Zatem czy rzeczywiście chodzi o „poprawę” stanu czytelnictwa w Polsce, czy o jakieś szemrane interesy do tej chwili niezidentyfikowanego „lobby”?
Zainteresowani tematem powinni wejść na stronę jakiejkolwiek drukarni (np. tej, wybranej przeze mnie losowo z google) posiadającej kalkulator cen i wpisać do niego odpowiednie parametry przewidywanej publikacji książkowej. Przekonają się, że nie skłamałem jednym słowem!
Ponieważ sprawa jest nader poważna, bo zahacza o podstawowe wolności obywatelskie, pozwalam sobie skierować kilka pytań do Pani minister Małgorzaty Omilanowskiej, szefowej MKiDN.

  1. Czy Pani Minister jest za Projektem Ustawy zgłoszonej przez PSL, Polską Izbę Książki oraz Instytut Książki?
  2. Czy MKiDN dokonało wyczerpującej analizy prawnej ww. Projektu Ustawy w kontekście jego zgodności z Konstytucją R.P.?
  3. Czy koszt produkcji książek przewyższający cenę odgórnie regulowaną będzie wydawcom refundowany ?
  4. Czy opracowano kryteria kwalifikacji książek do refundowania kosztów ich produkcji i utraty zysków spodziewanych?
  5. Czy MKiDN powoła specjalną komisję kwalifikującą książki do refundacji a tym samym - do druku?
  6. Czy znane są nazwiska osób, które w takiej komisji będą zasiadać?

Bo że ktoś będzie musiał zrefundować utratę zysków spodziewanych producentowi opisanemu w Przykładzie 1 – to pewne. A w przypadku opisanym w Przykładzie 2, ktoś musi zwrócić drukarniom-wydawcom rzeczywiste koszty produkcji i utratę zysków spodziewanych.
Skoro powołanie spec-komisji wydaje się być „oczywistą oczywistością”, MUSI nastąpić jej powołanie, albowiem polski rząd nie ma ekonomicznych możliwości zrefundowania kosztów produkcji wszystkim wydawcom wszystkich planowanych przez nich pozycji wydawniczych. Zatem rząd (MKiDN?) musi się posłużyć weryfikacją ofert rynkowych. Cóż to oznacza?
Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko wprowadzenie korupcjogennego, patologicznego tworu, w którym „weryfikatorzy” tylko wedle swego uznania (interesu?) będą kwalifikować do „refundacji” najgorszego rodzaju, najpodlejsze wydawnicze chłamy, o kosztach produkcji np. od 5 do 15 zł, by zdjąć z rynku „piankę” 30 - 20 zł czystego zysku. Oczywiście, do podziału z zaprzyjaźnionymi wydawcami i drukarniami. Poza tym, ja sam, bazując na omawianym Projekcie, bez najmniejszych problemów potrafiłbym go ominąć; tyle w nim „dziur” prawnych. Cwaniaki ominą go na pewno!
A co będzie, jeśli autor książki lub właściciel wydawnictwa ubiegający się o zrefundowanie kosztów produkcji wyznają inne, niż członkowie spec-komisji poglądy polityczne, religijne czy (ogólnie pojmowane) „wartości”? Jaką będą mieć szansę na „refundację” ergo – publikację swoich książek? Żadnej! Czy tak się oddzieli literackie "prawdziwe" polskie zboże od kąkolu jakby niepolskiego a wydawców niesłusznych - od „jedynie słusznych”?
I wreszcie najważniejsze: czy po latach niebytu wrócą na koniec każdej stopki redakcyjnej znienawidzone i prawie zapomniane znaki, np. „W-123”, „E-75” czyli ślad rysich pazurów neo-cenzury? Przepraszam, nie neo-cenzury, tylko „Komisji Refundacyjnej W-126”

Na koniec – czy Stowarzyszenie Pisarzy Polskich i Związek Literatów Polskich są za czy przeciw Projektowi Ustawy O Książce w kształcie zgłoszonym przez PSL?

Sławomir Majewski


Postscriptum

Jeżeli przyjmiemy za fakt bezsporny, niepodlegający dyskusji, że „Aż 19 mln Polaków nie miało w ostatnim roku w rękach ani jednej książki, a 10 mln nie ma ani jednej w domu - wynika z danych Biblioteki Narodowej. Do tego 6,2 mln Polaków znajduje się poza kulturą pisma, czyli w 2014 r. nie przeczytało żadnej książki ani nic z prasy”, zrozumiemy, iż żadna ustawa, poza taką, która na powrót upaństwowi rynek wydawniczy, tym samym kładąc kres wolności gospodarczej w tym obszarze, nie polepszy losu książek. Bowiem o kupnie decyduje wyłącznie Czytelnik a nie partie polityczne, Sejm, Senat, Izba Książki czy Instytut Książki. I nawet MKiDN nie ma tu nic do powiedzenia. Po co więc poszukiwać dróg ratunku w ustawach, które ipso facto niczego nie przyniosą, poza jeszcze większym rozczarowaniem?
Ludzie, którzy nigdy nie czytali i nadal nie czytają literatury, całe swoje zainteresowanie skupiając na Internecie, telewizji i grach komputerowych, ci ludzie książek w nieodległej przeszłości nie kupowali i teraz kupować nie będą. 
Czy oznacza to zmierzch książki drukowanej? Być może. Ale jeszcze nie za naszego żywota. COURAGE! 

.