poniedziałek, 3 sierpnia 2015

BYDGOSKIE MEMUARY




MAREK JASTRZĄB


W trakcie przegrzebywania się przez nawałę rękopisów, notatek wyrwanych z reminiscencji, zdjęć ilustrujących zdarzenia, pomiędzy gęstwą materiałów kronikarskich opisujących miejsca, których już nie ma, znajduję książki, albumy ze zdjęciami, listy i notatki o moim mieście, a kiedy je czytam, przychodzące wspomnienia; złe lub dobre, nie dają mi spać. Dobrych jest jednak więcej, dominują, wygrywają z szatańskimi, zamazują te, o których wolałbym nie pamiętać.
Lecz nie zawsze daję radę pominąć je milczeniem. Niekiedy są tak intensywnie bolesne i tak wyraźnie tkwią we mnie, że gdy przeglądam stare roczniki gazet sprzed lat, gdy wertuję zeszłowieczne informatory i programy teatralne czy filmowe, ogarnia mnie wściekłość, bo dotarł do mnie świeżo wydany Bydgoski Leksykon Literacki, a w nim ulewa pożytecznych informacji, solidna porcja nieodzownej wiedzy, kompendium, rejestr ulotnych zjawisk i zmarnowanych szans; zapis nieznanych, acz smakowitych niuansów naszkicowanych zwięzłym, subiektywnym piórem trójki jego współautorów, Hanny Borawskiej, Stefana Pastuszewskiego i pomysłodawcy – Zdzisława Prussa. Zresztą jest to już jego czwarty z kolei Leksykon, bo dotychczas ukazały się: Teatralny, Muzyczny i Operowy. Ma się pojawić Plastyczny, ale to dopiero za dwa lata.
Jak nasze pismo przetrwa do tego czasu i mnie się powiedzie z niepurchawkowym istnieniem, to nie omieszkam naskrobać o tym. Zwłaszcza, że środowisko bydgoskich plastyków jest przebogate. Tak obfite w nietuzinkowe osobowości, że np. Łukasz Płotkowski, z zawodu grafik, doskonały ilustrator wielu poetyckich tomików, sam też pisujący recenzje plastyczne, znalazł się wśród literatów pod hasłem Poeta Grafiki I Exlibrisu; z pewnością ujrzymy go w nowym.
Magazyn zwany Leksykonem zawiera mnóstwo danych biograficznych, lecz myliłby się ten, który oczekiwałby w nim jakiegoś wartościowania, hierarchizowania, dzielenia literatów z uwagi na znaczenie, dorobek czy ideową przynależność. Tego rodzaju informacji należy się spodziewać w specjalistycznych słownikach albo encyklopediach.
Jest to fascynujący zbiór anegdot o pisarzach, z którymi nie tak dawno chodziłem bydgoskimi ulicami, siedziałem po kawiarniach, rozmawiałem przez telefon a teraz, kiedy ich nie ma, dla wielu czytelników ciągle są. Podaję w przypadkowej kolejności; moja najlepsza polonistka - Helena Obiezierska, Marian Turwid, Kazimierz Hoffman, Jerzy Sulima–Kamiński, Krzysztof Nowicki, Tadeusz Nowakowski, Zdzisław Polsakiewicz, Jan Górec–Rosiński, Andrzej Baszkowski, Ryszard Bruno-Milczewski, Władysław Dunarowski, Adam Grzymała-Siedlecki, oto garstka nieobecnych fizycznie. A obok zmarłych jaki tu przekrój różnorodnych sylwetek, jaka mozaika charakterów i niekonwencjonalnych postaw! Adriana Szymańska, Jolanta Baziak, Ewa Piechocka, Barbara Jendrzejewska, Grzegorz Musiał, Dariusz Tomasz Lebioda, Ryszard Częstochowski, Edward Kaczmarek, Jerzy Adalbert Jucewicz, Paweł Szydeł; to nieliczni tu wymienieni; gdyż powiedzieć o wszystkich, byłoby przepisaniem tego tomu, czyli plagiatem.
Leksykon przywołuje do życia znane osoby, osoby nie tylko na mnie wywierające wpływ, ale głównie jest wskrzeszeniem tamtejszej atmosfery, kolorytu lokalnych wydarzeń. Nie ogranicza się do suchawych notatek, lecz prezentuje też zjawiska. Na przykład przedstawia folklorystyczne dzieje literackich kawiarni przesiąkniętych papierosowym dymem, toczonymi dyskusjami, piwem czy espresso, opowiada o chimerycznych losach powstających grup poetyckich, o ekskluzywnym salonie Joanny Witt-Jonscher. Jakim zaszczytem było znalezienie się na liście zaproszonych gości niech świadczy to, że bywał w nim Jarosław Iwaszkiewicz a po koncercie w naszej filharmonii, pogrywał w nim sam Artur Rubinstein.
Wracając do wściekłości: ja, przypadkowy adresat, odbiorca, konsument, poniekąd właściciel zawartości tej książki, księgi, która powinna się stać brewiarzem przyszłych animatorów dziedzictwa kulturowego, ze wszystkich stron szczelnie opatulony mieszanymi uczuciami, tkwiłem sobie w środku jego lektury. Dla nałogowego podróżnika po przeszłości każda próba wejścia do krainy wspomnień związana jest z ryzykiem, bo wespół z przyjściem Leksykonu, rozpętała się w mojej nieszczęsnej głowinie istna zawierucha sprzecznych myśli; pozytywne ścigały się z minorowymi; raz byłem dumny ze swojego miasta a raz - rozczarowany tym, że choć było w nim tyle cennych inicjatyw i tylu ludzi poświęcających się dla jego artystycznego rozwoju - to zarówno inicjatywy te, jak i ludzie, zostali wygaszeni a ich werwa bezpowrotnie zaprzepaszczona.

*

Tym, którzy z niepojętym uporem chwalą sobie obecny, gnilny stan kultury, warto byłoby przypomnieć, ile za czasu komunistycznego reżymu było w Bydgoszczy kin a jak mało jest ich teraz. Ile gazet, kawiarni, klubów artystycznych, ilu pasjonatów, ludzi z pomysłami na ciągłe ożywianie literackich, plastycznych, muzycznych środowisk, zniechęcono do kontynuowania podejmowanych działań, rozpędzono na cztery wiatry i wykastrowano z naszej świadomości! Jeszcze w latach siedemdziesiątych, czyli prawie pół wieku temu nieźle prosperowała w Bydgoszczy księgarnia „Współczesna”. Księgarnia znana w całym kraju, słynąca ze sprzedaży niedostępnych gdzie indziej a u nas - osiągalnych dzieł, księgarnia związana z nietuzinkową postacią, jej stworzycielem i dyrektorem, Mirosławem Michałowskim. Przyjeżdżali do niej chętni zdobycia książek poszukiwanych, dzieł nie do zdobycia gdzie indziej a u Michałowskiego i owszem. Przed jej drzwiami i wystawowymi oknami formowały się kolejki głodnych zaopatrzenia się w słowniki, poradniki, atlasy i rarytasy wydawnicze.
Jednakże jakikolwiek sukces, oceniany z żabiej perspektywy, jest niewybaczalny; dowolnie ponadprzeciętne działanie budzi zawistne demony, ożywia sforę pętaków i to, co przez rozumnych zostało uznane za tryumf, przez niezguły okrzyknięte zostaje porażką; księgarnię ewaporowano.

*

Dla tych, co do tej pory nie wiedzą, dlaczego tak uparcie mówię o upadku znaczenia kultury, którzy są zachwyceni jej kondycją, przydałoby się wydać specjalny podręcznik dla gamoni na okoliczność prawidłowego funkcjonowania rozwiniętych społeczeństw. Już pierwszy jego akapit zawierałby odkrywczą dla nich myśl, że bez twórczości niższego rzędu, nie ma twórczości wyższej.
Mówiąc językiem ogólnie zrozumiałym: bez klezmera przygrywającego w knajpie, nie możemy sobie pozwolić na wyprodukowanie artysty tej miary, co Lutosławski; aby twórczość była pełna, sensowna i wszechstronna, musi być grajek z oberży, by istnieć mógł np. Serocki. Podobnie z teatrem: farsa pozwala wyżyć teatrom awangardowym a niebagatelne dochody z książek zwanych „harlequinami” - utrzymywać wydawanie książek niszowych, trudniejszych, mało popularnych.
Drugi akapit zawierałby pewnik: kultura popularna i kultura elitarna, są to dwa skrzydła ptaka. Gdy pozbawimy go jednego, co najwyżej poleci w gówna.

*
Tak czy owak, artystyczne życie poszło na odwyk i obumiera jak cholera. To u nas, w zakompleksionej i rzekomo prowincjonalnej Bydgoszczy a na obszarze naszego kraju, czy nie ma podobnie dobroczynnych spustoszeń? Zamykania istniejących placówek? Likwidacji pism i wydawnictw, kin i teatrów, bibliotek, księgarń i Domów Kultury (wychodząc z bydgoskich opłotków powiem o innych przykładach: o zamknięciu Ossolineum, a teraz PIW-u. Lecz powiem oględnie, czyli wcale, bo ile razy można się spluwać na ten sam temat?)
Ukatrupienie intelektualnego rozwoju państwa jest procesem trwającym od wielu lat. Byłby czas, byśmy uświadomili sobie, że nie tyko zabory i sowiecka okupacja, nie tylko PRL odpowiadają za ten stan rzeczy, ale my, głównie my i przede wszystkim my, bo dopuściliśmy do władzy durniów nie zdających sobie sprawy, czym dla narodu jest kultura, oświata, wyższa i niższa twórczość.


Bydgoski Leksykon Literacki pod redakcją Zdzisława Prussa
Stowarzyszenie Andrzeja Szwalbego „Dziedzictwo”
Dom Wydawniczy Magrafsen
Bydgoszcz 2015