niedziela, 16 sierpnia 2015

Część II - Rewolucja seksualna w K.

Małgorzata Köhler  



Musiano widocznie uważać mnie za potencjalne zagrożenie, gdyż założono nam podsłuch w telefonie, o czym zresztą zaraz uprzejmie poinformował mnie ktoś z tzw. dojściami. Zdziwiłam się – nie czułam się potencjalnym publicznym zagrożeniem, przecież mówiłam tylko, jak jest, i opowiadałam głośno dowcipy polityczne, pilnując się, aby ich nie spalić. Opowiadaliśmy wszyscy dowcipy, a tajniacy śmiali się razem z nami, bo nasze życie to był jeden wielki, straszny witz. A z tą całą Opozycją było w K. podobnie jak z Rewolucją – pieprzyliśmy wszystko, tylko że nic z tego nie wynikało.


REWOLUCJA SEKSUALNA W K. 
 
CZĘŚĆ II

Niezakazane piosenki


Na imprezach prywatnych, w Klubie Dziennikarza, a nawet na ulicy śpiewaliśmy, często i chętnie, proporcjonalnie do ilości wypitego alkoholu. Dla mojego ojca sygnałem do śpiewania stawał się widok patrolu MO, mocnym głosem „rzucał im w twarz“ akowskie piosenki. Miały ckliwe, nieobrazoburcze słowa. „Dziś do ciebie przyjść nie moooogę“, wydzierał się ojciec. Znudzony kot Tom w milicyjnej suce sunął za nim z obowiązku jakiś czas, ale zostawiał go w spokoju. My młodzi śpiewaliśmy co popadnie. Ktoś intonował we właściwym punkcie rozmowy, natychmiast dołączali się inni, wszyscy. Co chcieliśmy im powiedzieć o zielonej Ukrainie? Że nie rzucim ziemi, skąd nasz ród? Jak rozumieliśmy tę pieśń? Czy ktokolwiek wierzył w odzyskanie Lwowa? I kogo to naprawdę obchodziło, oprócz urodzonego w Rownym Alka? Wątpię. Najprawdopodobniej czuliśmy się po prostu sokołami. Piosenek politycznych jeszcze nie było. Jako pierwszy, który uchodził za taką, pamiętam tekst piosenki z kabaretu, z którego został mi tylko refren „A mnie jest obojętne, kto będzie prezydentem“. Śpiewając to czuliśmy się opozycjonistami na wewnętrznej emigracji. Ten ulubiony refren jest bardzo symptomatyczny: obojętność polityczną odczuwaliśmy jako akt odwagi, oporu. Władza rewanżowala się nam: nikogo nie obchodziło, co śpiewamy, poza nami.
Mimo, że wszyscy nie znosili Ruskich, rosyjskie pieśni spiewane były chętnie. Docieral już Okudżawa, dopiero sporo później Wysocki; pierwsze jego płyty przywoził ze swoich podróży do Rosji Alek, jedyny prawdziwy hippies między nami, i słuchało się ich tylko u niego. Jednym z ulubionych naszych standardów do publicznego wydzierania się była polska wersja antywojennego protest songu „Gdzie te kwiaty“. Tak naprawdę mieliśmy wszyscy dość tematów wojennych, dość naszych starych, ciągle nawiązujących do „przed wojną“, monotonni polskiej kinematografii, opętanej tym tematem; szkoły, która na wojnie zrobiła znakomity interes, wciskając nam, wstrząśniętym tą klęską humanizmu, bez większego trudu powojenne historyczne kłamstwa. Byliśmy ofiarami tej wojny, jej dalszymi, kolateralnymi stratami, i nie chcieliśmy mieć już z nią nic do czynienia. Ale gdy po pijaku żałośnie ciągnęliśmy „Gdzie są chłopcy z tamtych lat, gdzie się pogubiliii?“, tekst poruszał nas prawdziwie. Chłopcy opłakiwali chyba swoją ginącą w oczach młodość; my, dziewczyny, wiedziałyśmy dobrze, że tamtych chłopców już nie ma i że takich chłopców nigdy nie będzie.
Kończyła się era nie tylko humanizmu, ale i romantyzmu, egzystencjalizmu, i wszystkich innych izmów, jakie nam umknęły, a w jakich tak strasznie chcieliśmy mieć trochę udziału. Odszedł Humphrey Bogart, James Dean i Rafał Wojaczek, Cybulski wpadł pod pociąg, Dzwon bił nie nam. „Czterej pancerni“ naszego dzieciństwa to była ściema i o tym dobrze wiedzieliśmy. Nie ma takiego psa, nie ma takiej przyjaźni. Pozostał cynizm, jedyny nieśmiertelny przyjaciel.
Młodzi Amerykanie protestowali przeciwko wojnie w Wietnamie albo wracali do domu w blaszanych pudełkach, gdzieś rozkwitało i umierało prawdziwe kino, ginęli bohaterowie i gasły ostatnie rewolucje, ale to wszystko nas omijało. Mieszkaliśmy na dupie świata.

Cucurrucucú

Grzesiek pojawił się w Klubie z fujarką; oprócz niej i dyplomu Akademii Sztuk Pięknych nie zabrał wiele więcej z Krakowa, gdzie rozpadł się jego dom. Rzuciła go, a właściwie wyrzuciła żona, z którą miał dwóch kilkuletnich synów. Podobno jakaś dziewczyna popełniła przez niego samobójstwo, chociaż może były to plotki. Przygarnął go w swojej pracowni malarskiej Andrzej G., z którym przyjaźnili się jeszcze z czasów studenckich, ale prędko tego pożałował. Od tej pory imprezy po zamknięciu Klubu przenosiły się do Grześka, czyli do Andrzeja. Mimo iż Andrzej sam bywał w Klubie i świetnie się bawił, to o określonej godzinie wracał do domu, do żony. Miał zwyczaj pracować regularnie, również przed południem, wywiązywał się ze zleceń i był człowiekiem solidnym. Tymczasem w pracowni na poddaszu starej kamienicy zamieszkało piekło i szatani. Sąsiedzi skarżyli się na krzyki i kocią muzykę, Andrzej przychodząc rano znajdował swoje rzeczy w nieładzie, resztki po libacjach miedzy farbami, pety na podłodze i śpiących gdzie popadnie niedobitków imprezy, nie zawsze byli gotowi opuścić lokal. Najgorzej było z kobietami, bo Andrzej był dżentelmenem, więc gdy widział półnagą, zaspaną dziewczynę, wycofywał się taktownie i zamiast pracować, szedł na szachy do Klubu, ale coraz bardziej miał dość gościa. Przyjaźń przyjaźnią, ale życie Andrzeja również stanęło na głowie, a tego nie znosił.
Wreszcie ktoś – może on sam – załatwił Grześkowi własną pracownię, na strychu tejże kamienicy. Tylko że była to mała klitka, najwyżej 2 x 4 m, w której ledwie mieściło się zbite prowizorycznie z desek wyro i maszynka elektryczna. Ogrzewania nie było, toaleta na klatce schodowej, brakowało też szyb, a był środek zimy.
Któregoś dnia odwiedzając Grześka, znalazłam go z wysoką gorączką, telepały nim dreszcze, przez wybite okno wpadał śnieg. Przyniosłam z domu koce, coś do zasłonięcia okna, lekarstwa, jedzenie i termometr, pokazał 40 C. To było zapalenie płuc, okazało się, gdy następnego dnia Grzesiek zwlókł się do lekarza. Pogotowia nie pozwolił wezwać.
Zrozumiałam, że jest nieporadny i słaby, wbrew wrażeniu, jakie robił. Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, wydawał mi się zarozumiały, a jego prześmiewczy cynizm mocno mnie drażnił. Spięliśmy się natychmiast. Nie znosiłam go, wydawało mi się, że mnie prześladował. Wołał za mną „rudaa moje wejście do klubu anonsował po włosku, nawiązując do mojego nazwiska, głupią miłosną piosenką o gołąbku. Do szału doprowadzało mnie jego głośne zawodzenie „cucuruccucu, paloooma!“. Traktowałam go zimno. Ale jakoś się zaczęło między nami i trwało z małymi przerwami przez około trzy lata. Właściwie był to piękny romans, chociaż kłóciliśmy się i rozstawali co kilka dni. Pozował przede mną na twardziela, faceta, który doskonale panuje nad swoim losem, ale jego życiowa bezdomność była oczywista.
W dzień mieszkał w Klubie Dziennikarza, wieczorem wracał na strych. W Klubie, będącym dla niego domem i sceną, jadał, grał w szachy, załatwiał interesy, o ile takie miał, pił i czasami drzemał na wygodnych, pamiętających lepsze czasy kanapach. Już wkrótce stał się nieodłącznym elementem dekoracyjnym lokalu. Chyba nigdy nie widziało się go samego. Nie wchodził, lecz się zjawiał, czasem z wcześniej już opracowaną kwestią na ustach, i wszyscy na to jakoś czekali. Nie można było nie zauważyć jego wejścia, atmosfera stawała się elektryczna i podnosiło się natychmiast kilka głosów z pozdrowieniami, cieszących się z przybycia barwnej postaci. Wyglądał zresztą jak rasowy artysta, z tą swoją fujarką, a przede wszystkim z powodu bujnych, zupełnie białych, przedwcześnie posiwiałych włosów, zaskakującego kontrastu do młodej twarzy i żywych oczu – nie miał jeszcze czterdziestki. Słynna fujarka był to flet poprzeczny, z którym się prawie nie rozstawał. Przygrywał nam, intonował piosenki, czasem śpiewał dobrym, mocnym głosem, ale w sposób przerysowany, niepoważny, drwił. Tylko gdy upił się na smutno, grał pięknie i tęsknie solo z Orfeusza, rzadko jednak dawał uprosić się o nie na trzeźwo.
Załatwiłam Grześkowi pierwsze chyba jego zlecenie w K., w nowo powstającym salonie gier automatycznych, którego dyrektorką była moja matka, i gdzie aktualnie pracowałam. Wczesny Edward Gierek, Europa, panie, Ameryka. W sklepach pojawiła się pepsi cola, automaty przyjechały do nas też ze Stanów. Grzesiek zaprojektował wnętrze w jasnych, ostrych kolorach – seledyn, peerelowski pomarańcz - nie podobało mi się, ale cieszyłam się, że ma co jeść. Później koledzy podrzucali mu zlecenia, czy też raczej ich mniej atrakcyjne części. Ktoś z władz Związku Plastyków czy może Rysiek M. Z Wydziału Kultury zlitował się wreszcie i załatwił mu kawalerkę w nowym bloku. Grzesiek był bardzo dumny z tej kawalerki, przez jakiś czas dbał o nią pedantycznie, wydawało się, że zaczyna nowe życie. Sporządniał, rysował, nawet malował, kupił duży materac i zmajstrował biurko. Na ścianie zawiesił jedyny ukończony własny obraz i narty - wspomniał kiedyś, że w zimie jeździ z synami w góry. Chociaż jego tęsknota za nimi była nieudawana, nie bardzo w te wyjazdy wierzyłam. Miałam w pamięci wieczne obietnice ojca, który co roku zapowiadał, że zabierze nas wreszcie na narty, ale kończyło się to niezmiennie jego samotnym wyjazdem. Obrazek, z którego Grzesiek był bardzo dumny, przedstawiał słońce, zachodzące ze złamaniem praw perspektywy, jak mi tłumaczył, ale albo obraz mu się nie udał, albo ja byłam za dużą ignorantką, aby to rozpoznać.
Wszechstronnie utalentowany, był dobrym szachistą i grał w szachy z klubowymi mistrzami, fotografował, grał na kilku instrumentach, rysował udane karykatury nas wszystkich, które wisiały na ścianach Klubu – robił mnóstwo rzeczy, ale żadnej wytrwale i poważnie. Kiedyś zdradził mi, że pisze i że opisze nas wszystkich. Pewnie te zapiski zaginęły, gdy opróżniano jego mieszkanie.
W czasie, gdy byliśmy razem a ja pracowałam, zaglądał często do kasyna gier i przesiadywał od południa do wieczora, czekając na koniec mojej dwunastogodzinnej zmiany. Potem zabierałam go do domu, żeby mógł się wykąpać, i jedliśmy późny obiad, ugotowany przez babcię. Noce spędzaliśmy u niego. Zasypialiśmy, gdy szarzało; starszy o wiele i bardziej doświadczony Grzesiek wprowadzał mnie w tajniki erotyzmu, ale mimo, iż był świetnym i cierpliwym kochankiem, i stawał prawie na głowie, próbując za pomocą Kamasutry i własnych inspiracji zrobić ze mnie namiętną kobietę, nie opuszczało mnie poczucie kontroli, rujnujące zupełnie zdolność orgazmu. Oczywiście lubiłam się z nim kochać, ale tkwiła we mnie niemożliwa do przezwyciężenia blokada. Wiem, że moje ówczesne przyjaciółki miały podobne doświadczenia. Rewolucja seksualna zakpiła sobie z nas, nie spełniając obiecanego. Okazała się raczej demonstracją niż ujawnieniem, wyzwoleniem instynktu; w moim wypadku było jakby wręcz przeciwnie – im bardziej byłam niezależna, tym większą zachowywałam przytomność w łóżku, co doprowadzało Grześka do rozpaczy, bo jedyne, czego przed nim nie udawałam, to orgazmów.
Myślę, że należy się Rewolucji, żeby powiedzieć jej to w oczy: byłyśmy uwiedzionymi dzieciakami, które zamieniały się w niezaspokojone kobiety. Sypiałyśmy z tymi wszystkimi facetami, ale to była bardziej sprawa głowy niż ciała. Opowiadano nam bajki – że orgazm jest wynikiem określonej długości trwania stosunku, starań mężczyzny, wielkości jego penisa i pomysłów na sprzyjające figury; pojawiły się dociekania na temat orgazmu łechtaczkowego i jego domniemanej wyższości nad niekoniecznie w ogóle istniejącym pochwowym, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś wspomniał, że o doborze seksualnym decydują geny, zapach, pierwsze spojrzenie, i że orgazm można mieć po kilku ruchach, jeżeli samica naprawdę pragnie samca. Nie wyjaśniano też opartego na tych samych podstawach fenomenu miłości aż do zatracenia – to byłoby mało nowoczesne, nie dość wyemancypowane. Jeszcze dzisiaj krążą po świecie te wszystkie brednie.
Dlatego nasze miłosne maratony z Grześkiem pozostawiły we mnie coś w rodzaju wspomnienia zerwanej taśmy filmowej, obracającej się jałowo w kółko. Moja przewrotna pamięć reflektuje za to mocno dwie sceny: gdy obudził nas śnieg, padający na łóżko, bo wiatr wyrwał z okna dyktę, oraz chwilę, gdy Grzesiek wyjaśniał mi na wyciętej z papieru taśmie zasadę wstęgi Möbiusa, a jego twarz oświetlał ogień piecyka. Wyglądał pięknie i diabolicznie, a to ze wstęgą M. też było podejrzane.
Z natury niespokojny, może nawet hiperaktywny, tłumaczył mi wciąż na papierowych modelach tajniki geometrii przestrzennej, albo zmuszał do grania w różne gry, przeważnie w szachy. Jeśli nie chciałam z nim wyjść, zbyt zmęczona po alkoholowych ekscesach, wychodził sam. Zaczęło mnie nieco przerażać nasze życie toczące się głównie w Klubie, po którego zamknięciu jechaliśmy jeszcze przeważnie do kogoś na dalszą imprezę. Party trwało bez przerwy.
Wszyscy twierdzili, że do siebie pasujemy, trochę mnie to dzisiaj niepokoi. Byliśmy dość egzotyczną parą, ja młodsza od niego o kilkanaście, on – enfant terrible. Ale z Grześkiem nareszcie się nie nudziłam. „Organizowaliśmy imprezy”, jak to nazywał – nie chodziło o sam alkohol, ale żeby się coś działo. Z nim w Klubie częściej zdarzały się ożywione dyskusje, spontaniczne jam session muzyków, małe szaleństwa i drobne awantury. Siedziało się dłużej, do stolika dosiadali się obcy, których zaczepiał, lub którzy czuli się czymś do niego przyciągani, nawet personel miał lepszy humor i zapominał o zamykaniu lokalu. Miał mnóstwo zainteresowań i z każdym łatwo dyskutował na interesujące rozmówcę tematy. Mógł mówić godzinami o poezji, filozofii i sztuce, ale najchętniej wyciągał na zwierzenia i chociaż należało się liczyć z tym, że czasami powie o czymś głośno, to opowiadano mu o swoich najbardziej intymnych sprawach. Lubił, trzymając w ręku sznurki, napuszczać ludzi na siebie. Zaczepiał, podbechtywał, podjudzał do dyskusji. Bez Grześka życie w Klubie jakby przymierało. Szybko wrósł w życie K., stał się lubiany i popularny. Właściwie prawie z każdym się dogadywał, mimo krótkich jak fajerwerki kłótni.
Inteligentny i błyskotliwy, o niesamowicie ciętym dowcipie, fascynował mnie i liczyłam się z jego zdaniem, może był nawet jedynym, z którego zdaniem się wtedy liczylam. Liczyliśmy się prawie wszyscy, stał się dla nas kimś pomiędzy komentatorem wydarzeń, a arbiter elegantiarum; jedną celną uwagą mógł kogoś strącić lub wynieść, jak kapryśna królowa - ale w rzeczywistości był naszym nadwornym błaznem, i mimo że przyjaźniliśmy z nim naprawdę, to traktowało się go z przymrużeniem oka – sam dbał o to, aby nie wyjść nigdy z roli Stańczyka.
Ostatni rok z Grzeskiem był czasem względnej harmonii związku. Ale piliśmy zbyt wiele i zbyt wiele udawaliśmy przed sobą, aby była to dobra historia miłosna. Zakończyła się, gdy któregoś poranka po wspólnej nocy zostawił mnie samą i wrócił dopiero wieczorem w różowych, obcisłych spodniach znajomej popowej wokalistki. Wiedziałam, że mnie czasem zdradza i rewanżowałam mu się pięknym za nadobne, lecz tym razem przekroczył granicę. Mężczyzna nie powinien pokazywać się swojej kobiecie w różowych legginsach, naprawdę.
Wyszłam prędko za mąż, za Z., poważnego chłopaka, młodego poetę, który od miesięcy wiernie się przy mnie kręcił.

Cucurrucucú paloma, cucurrucucú no llores.
Las piedras jamás, paloma,
¿qué van a saber de amores?

- cóż dowiedzą się kamienie, gołąbku, kiedykolwiek o miłości?

My Pierwsza Brygada Piłsudskiego Dziada

Moje pierwsze małżeństwo trwało zaledwie trzy lata. Rozpoczęło się burzliwym weselem w małym mieszkaniu na Słonecznej, część gości była mi wcześniej nieznana. Rysiek M. sprowadził dwie damy z prowincji, bo właśnie się w jednej z nich zakochał. Grześka nie zaprosiłam, miał mi to złe. Pan młody upił się tradycyjnie błyskawicznie, zresztą prawie nikt nie pozostał trzeźwy. Moja przyjaciółka Baśka zrujnowała zaraz na wstępie nastrój, rzucając weselnym tortem, kunsztownym dziełem babci Heli – była wściekła z powodu zerwania z chłopakiem, z którym chodziła od sześciu lat. Mimo że bez Grześka, wesele było wystarczająco spektakularne. Przerażona rodzina opuściła je prędko, tylko Adam pełnił godnie do ostatka rolę świadka i wodzireja. Nad ranem skończyło się awanturą, właścicielka kamienicy zadzwoniła do babci, nastąpiło ogólne zgorszenie, bo mieszkanie było zrujnowane, życie oddały też wszystkie kwiaty doniczkowe.
Przyjaciele czuli się u nas dobrze, ciągle ktoś nocował, przyplątując się, gdy wracaliśmy z Klubu, albo najeżdżano nas w połowie nocy. Pojawiali się też ważni pisarze z Krakowa czy Warszawy, pewien Znany Krytyk i Mistrz Loży Masońskiej i kto tam się jeszcze zaplątał na naszą prowincję. W tym mieszczańskim, spokojnym lokalu, przekazanym mi przez babcię, która po śmierci dziadka wyprowadziła się do Hanki, od przedwojny niedotkniętym upływem czasu, zaczęły odbywać się teraz gorące debaty, rozbrzmiewały akowskie i legionowe piosenki, jakbyśmy szykowali się do powstania. Ale kończyło się to jedynie zwykłymi burdami i nieuchronną awanturą z Kowalską. Którejś nocy mój przyszły szwagier, Rysiek P., wraz z Jurkiem K., przyszłym cenzorem, z zemsty, że nie chcemy już z nimi pić, wytoczyli na nas, śpiących w małżeńskim łożu, wielką, przedwojenną szafę; obudziłam się nagle, gdy poważnie planowali morderstwo. Zamierzali ją na nas przewrócić, ale udało nam się uciec w ostatnim momencie.
Próbowaliśmy z Z. prowadzić normalne życie. Rano przychodziła sprzątaczka, którą można było mieć wtedy za grosze na godziny, i sprzątała po imprezie. W dni, w których nie przychodziła, Z. palił zimą w piecach; było to jego pierwsze domowe zajęcie, bo wcześniej nie potrafił nawet zagotować wody na herbatę, i nie jest to przenośnia. Jesienią prowadził sadystyczną walkę z myszami, buszującymi tam od lat po śmierci dziadka. W dzień pisałam swoją pierwszą powieść, przepisywałam dla zarobku teksty na maszynie i układałam krzyżówki, które drukował mi kolega w swojej zakładowej gazecie, bo postanowiłam, że nie będę nigdy więcej katować się praca w biurze. Z. studiował KO – kierunek kulturalno oświatowy, wytwór tamtych czasów, kształcący działaczy kultury i kierowników placówek. Ale wieczór przyciągał nas do Klubu, bo prawdziwe życie było tam. Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego mi się tak wydawało. Innego prawdziwego życia nie znałam.
Po nagłym, niezapowiadanym zamknięciu Klubu zrobiło się markotno. Ostatnie moje półtora roku w K. było nieciekawe, narastała we mnie nuda i zniechęcenie. Małżeństwo też więdło z podobnych powodów. Dusiłam się i w jałowym, podlewanym alkoholem związku, i w K.
Po wygonieniu nas z Klubu przenieśliśmy się wszyscy do teatralnej „Dziurki“ – była ciasna, zajmowała połowę powierzchni dzisiejszego Klubu Aktora, wpadało się tam wcześniej jedynie na pyszne pyzy i pojawiające się świeże dostawy lepszych gatunków piwa. Teraz musiała pomieścić tłum bezdomnych literatów, plastyków i dziennikarzy, ale koniec był z kabaretem, spotkaniami literackimi i balangami, nie było sceny ani pianina, w dymie można było się udusić. Młodych piszących nieco spacyfikował Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, podsuwając alternatywę dla nieistniejącego Koła Młodych Związku Literatów – tego u nas nie mogło być, bo oddział ZSLP też w K. nie istniał. Z większymi spotkaniami przenieśliśmy się do MPiKu, ale to już nie było to. Na nalegania kolegów zgodziłam się pochopnie pełnić funkcję przewodniczącej Klubu Młodych Pisarzy, ale po kilku miesiącach zrzekłam się jej publicznie, z awanturą, przed pełną salą – byłam wściekła po źle zorganizowanym spotkaniu przyjezdnego Prawdziwego Pisarza, za które odpowiadałam, a które okazało się wpadą tego politycznego sponsora. Zorientowałam się, że władza ma nas gdzieś, z tą całą literaturą i innymi fanaberiami, i tylko wykorzystuje nas do własnych celów. A na drugi dzień opuściłam definitywnie K., do czego dojrzewałam od dawna.
Pierwszy Prawdziwy Opozycjonista zjawił się w K. w 77-ym. Żadnej opozycji wcześniej K. nie było, a jeżeli, to tak znakomicie ukryta, że nie pozostały żadne namacalne ślady jej działalności. Po 89-tym moi dawni przyjaciele i znajomi opublikowali wiele książek wspominkowych, opisujących z dumą, jak to fajnie wodziliśmy Władzię za nos. W rzeczywistości większość z nich była w tamtych układach świetnie zaaranżowana ( „Żyć jakoś trzeba“) a Władzia patrzyła na nas pobłażliwym acz nieco lekceważącym okiem niańki.
Pierwszy Prawdziwy Opozycjonista w K. bawił też tylko przejazdem. Był nim mój kolega ze szkoły, Janusz, również piszący, już po błyskotliwym debiucie i zagranicznej nagrodzie. Po studiach pracował jako dziennikarz i jeździł sporo pomiędzy Warszawą, a Krakowem, gdzie mieszkał. Być może były to wyjazdy również konspiracyjne, bo odwiedzał często Radom, zahaczając przy tym o K. Ten J. to był niezły gagatek, z burzą jasnych loków i błękitnych, niewinnych oczach cherubinka. W szkole chodził długo z moją przyjaciółką, ale nie przeszkadzało mu to wgapiać się we mnie, czerwieniejąc jak dzieciak, gdy przechodziłam. Ignorowałam go, co chyba nie dawało mu spokoju przez wiele lat.
Wracaliśmy ze wspólnej imprezy we trójkę, odprowadzając pijanego Janusza na dworzec. Miasto upiornie puste, październikowa mgła spowijała Z. w nierealny tuman, razem z latarnią, do której się przytulał. Pod sąsiednią latarnią my z J. prowadziliśmy rozliczeniowe dialogi o życiu. „Jak ja cię wtedy kochałem, Gośka“ – wypowiedział w pewnym momencie skądś znaną mi formułkę. Koniecznie chciał mnie przynajmniej pocałować, upierał się, a najlepiej zabrać ze sobą, teraz, zaraz. - Ucieknij ze mną do Krakowa, nie pasujesz do tego miasta, przekonywał.
Namyślałam się. J. był atrakcyjnym mężczyzną, sama propozycja też była atrakcyjna. „Piwnica pod Baranami“ zamiast Klubu, prawdziwa opozycja zamiast dziadowskiej brygady. Prawdziwe życie, które zawsze toczyło się poza K. Koniec zsyłki, świat. Cały świat.

Resztki przyzwoitości obudziły się we mnie, gdy popatrzyłam na chwiejącego się pod nieopodal Z.
Nie mogę, teraz naprawdę nie mogę. - Musiałam przynajmniej doprowadzić Z. do domu. Poza tym nie opuszcza się nikogo bez uprzedzenia, w środku nocy, w bocznej ulicy - tak czułam.
J. miał przyjechać do K. ponownie w połowie grudnia. Krążyły też wieści, że przed Nowym Rokiem otworzą znowu Klub, a uroczystą inauguracją stanie się wielki, sylwestrowy bal maskowy. To mi się podobało – uciekłabym zamaskowana, jak romantycznie!
- Przyjedź w grudniu, najlepiej na SyLwestra, wtedy z tobą wyjadę – obiecałam, a on zapewnił, że przyjedzie.
Nie zjawił się jednak, pewnie zakochał się w kimś innym, bo J. był bardzo kochliwy. Klubu też nie reaktywowano. Ale w połowie grudnia przyjechał Prawdziwy Pisarz i powiedział:
- Porwę cię, nie pasujesz do tego miasta.
I uciekłam z PePe, w którym zresztą lekkomyślnie zakochałam się natychmiast; uciekłam, aby nie wrócić do K. już nigdy.

*

Dzisiaj trudno dociec, dlaczego zamknięto wtedy Klub. Krążą o tym najdziksze opowieści. Oficjalna jest taka, że wentylacja w historycznej kamienicy Smoleńskich okazała się niewystarczająca. Moim zdaniem miało to pewien związek z niepokojami, jakie ogarniały cały kraj, poza K.; z szykowaną przez rząd akcją podwyżek, której skutków się obawiano, i z powołaną przez Władzię akcją pogotowia Lato 76, w obliczu podgotowujących się już wypadków radomskich, które zresztą przeszły później w K. kompletnie bez echa. Wg historyków utworzono wtedy specjalne grupy śledcze, mające inwigilować potencjalnych inspiratorów publicznych wystąpień. Musiano widocznie uważać mnie za potencjalne zagrożenie, gdyż założono nam podsłuch w telefonie, o czym zresztą zaraz uprzejmie poinformował mnie ktoś z tzw. dojściami. Zdziwiłam się – nie czułam się potencjalnym publicznym zagrożeniem, przecież mówiłam tylko, jak jest, i opowiadałam głośno dowcipy polityczne, pilnując się, aby ich nie spalić. Opowiadaliśmy wszyscy dowcipy, a tajniacy śmiali się razem z nami, bo nasze życie to był jeden wielki, straszny witz. A z tą całą Opozycją było w K. podobnie jak z Rewolucją – pieprzyliśmy wszystko, tylko że nic z tego nie wynikało.
Wg wspomnieniowej książki Edka K. ostatni wieczór w Klubie był większą niż zwykle balangą, śpiewaliśmy chóralnie pieśni legionowe i Pierwszą Brygadę, a ja zrobiłam striptiz pod dźwięki fletu Grześka. Edkowi coś się pomyliło – nie ten striptiz, nie wtedy. I pewnie też nie z powodu Brygady, śpiewana była już tyle razy przy innych okazjach, często z nietypowym refrenem o Piłsudskim- Dziadzie. Władza, której uszy i oczy śledziły nas czujnie, bo znani wszystkim funkcyjni siedzieli przy sąsiednich stolikach, patrzyła na to pobłażliwie. Jednego z nich kiedyś spoliczkowałam i nie spadł mi za to włos z głowy. Pewne jest jednak, że z Klubu wyprowadził nas wtedy Grzesiek, grający na flecie, i pewne jest, że po tej nocy miasto zaczęło pustoszeć.