czwartek, 6 sierpnia 2015

CZŁOWIEK, KTÓREGO NIE BYŁO


MIROSŁAW G. MAJEWSKI




POCZĄTEK DRUGI


Jesteś człowiekiem którego nie było, którego nie ma...
Otwierasz oczy, rozglądasz się po swojej mansardzie, jakbyś widział ją po raz pierwszy w życiu...
W życiu? W życiu...
Życie, czyli co?
A może wszystko jest po raz pierwszy, może sam jesteś po raz pierwszy, po jakiejś nieopisanej tragedii, osobistym armagedonie, który rozmył przeszłość, rozbił na miliony kawałków uwalniając cię od tych wszystkich obrazów w muzealnej sekcji twojego jestestwa, obrazów których lepiej nie pamiętać!
Jesteś świadomy faktu, że masz teraz carte blanche, ale gdzieś w jej niezdefiniowanym tle, w otchłani niezmierzonych głębin, kotłuje się w popiołach bezkształtna przeszłość, z której za każdym razem otrząsasz się niczym pies wychodzący z wody.
Wstajesz. Dotykasz bosymi stopami zimnej podłogi. Zastanawiasz się, czy jesteś u siebie, i co to znaczy być u siebie? Świat jak to świat. Może być twój, kogoś innego i niczyj jednocześnie.
Wmawiasz sobie, że to twój świat, twoja pidżama, twoje ciało! Wszystko wydaje się być bezdyskusyjne, ale czy aby na pewno? Może to nic innego jak tylko wizualizacja zrozpaczonego umysłu, nagle wyrwanemu ciału?
Na wszelki wypadek prawą dłonią dotykasz swojej twarzy, opuszki palców wyczuwają kilkudniowy zarost, a gdzieś z tyłu czaszki pojawia się pojęcie, abnegacja...
Twój wzrok pada na znoszone kapcie, abnegacja na krótko rozbłyska pojęciem abnegata, po czym gaśnie.
Wsuwasz swoje stopy w znoszone kapcie abnegacji i ciężko wzdychając wciskasz się w 177 centymetrów swojego wzrostu.
Nazywasz się Zbigniew Leszczyński, lat 61, oczy szare, nos prosty, głowa trójkątna, włosy mocno przyprószone siwizną. Ble, ble, ble... Widzisz to zanim przejrzysz się w lustrze.
Jesteś literatem, poetą, parasz się też krytyką. Jakie to ekscytujące odkrywać tę wiedzę.
Wiedzę o sobie, czyli o kim?
Co to znaczy być literatem? Nie potrafisz znaleźć odpowiedzi. Prawdę mówiąc wcale jej nie szukasz, wiesz tylko tyle, że ta cała literatura jest jakimś twoim przekleństwem, fatum, czymś tak bardzo niekomercyjnym, że aż pasożytniczym. Przez chwilę próbujesz rozgryźć dlaczego w tym siedzisz, dopóki nie zrozumiesz, że jest to bez sensu.
Literatura i jej pochodne nieodwołalnie odcisnęły swoje piętno na twojej mentalności. Ale jakkolwiek by na to nie patrzeć to tylko stan mentalny, przejściowy, być może jakiś nie do końca zatarty ślad z poprzednich wcieleń, lub prolog tych, które dopiero mają nadejść. Dlaczego myślisz o reinkarnacji? Dlaczego teraz? Nie wiesz, nie wiesz....
Egzystencja. Czyżby literatura stanowiła kręgosłup twojej egzystencji? Była jej esencją?
Zawsze chciałeś być pisarzem, chociaż nie było ku temu najmniejszej przesłanki, no, może poza tą....
Wrzucasz kamyk w zastygłą toń twoich wspomnień, kręgi powiększają się w nieskończoność...
Widzisz kilkuletniego chłopca, który dopiero co nauczył się czytać. Chłopiec wyciąga z szuflady staromodnej toalety z trzema lustrami, książkę, jest to podrzędny, amerykański kryminał z listą bohaterów na pierwszej stronie, czytasz ich obcobrzmiące nazwiska, kapitan policji Arthur Mekjakiśtam, komisarz Brown, pani Taylor, podobają ci się te nazwiska, są z innego świata w którego istnienie nawet nie starasz się uwierzyć. Słyszałeś już co prawda o Ameryce, ale pojęcie to maszeruje w tym samym szeregu co Atlantyda. Bo tak naprawdę w twoich spostrzeganiu rzeczywistości, Ameryka nie istnieje, a twój wszechświat kończy się na rogatkach miasteczka w którym przyszedłeś na świat. Zapamiętujesz tylko kapitana Arthura Mekjakiegośtam, jako herolda innego świata i póki co, to najstarszy obraz, który wyłonił się z niebytu.
Odkładasz książkę, ustawiasz dwa skrzydła lustra toaletki tak, aby były naprzeciw siebie i odbijały twoją postać w nieskończoność. Zastanawiasz się, czy ten najdalszy „ty” to nadal ty? Czy żyjesz w tej najbardziej zanurzonej w lustrzanym odbiciu rzeczywistości?
Kręgi już dawno zniknęły, toń jest niezmącony niczym blat marmurowego stołu z epoki Ludwika XVI. Pamięć kryje się w niepamięci. A ty ponownie jesteś w swoim zakurzonym, zawalonym książkami pokoju. Ile tu tych książek? Prześlizgujesz wzrokiem po ich grzbietach. Tysiące...
Czujesz... No właśnie, co teraz czujesz? Niepokój? Święty niepokój, który obezwładnia każdego profana rzuconego w sam środek życia! Profana odzyskującego przytomność, odzyskującego pamięć w jego Sanktuarium, w miejscu Najświętszym! Co to za miejsce? To twoje mieszkanie, twoja mansarda, twój wszechświat, twoja złota klatka, twój chory umysł!?
Wszystko wiruje! Wirują regały, szafki, stoliki, a na szafkach, stolikach, półkach wirują tygodniki i miesięczniki społeczno–kulturalne! Wirują białe kartki papieru, wirują drukowane litery, wirują ściany, a na ścianach zamiast wirujących 14 stacji drogi krzyżowej wirują reprodukcje artystów pop – artu, Richarda Hamiltona i Andy Warhola!
STOP!
Przez chwilę zastanawiasz się, czy nie zażywałeś wczoraj jakiejś nielegalnej substancji. Cóż za niedorzeczne pytanie, jakby nie z twojego umysłu. Ale dzięki Bogu wszystko się uspokaja. To dobrze. To bardzo dobrze...
Nie wiadomo dlaczego przypomina ci się zdanie kolegi po piórze: Artyści to pijacy, narkomani i zboczeńcy... To Chyba powiedział Sławek, a może tylko kogoś cytował... Nie wiesz...
Czujesz się jakbyś był w cudzej skórze, więc zadajesz kolejne, banalne pytanie na które nie wymyślono odpowiedzi: Czy to moje życie?
Umywalka, kran, zimna woda na twojej twarzy. Nieznaczna ulga. Podnosisz wzrok, nad umywalką lustro, na szklanej półeczce pod lustrem pędzel do golenia, wyciśnięta do połowy tubka taniej pasty do zębów, obok mydło do golenia w sztyfcie. Takie mydło można kupić tylko w specjalistycznych sklepach dla koneserów. Dostałeś to kiedyś na urodziny od Heleny...
Uruchomiłeś jakiś proces.
Helena.
W lustrze widzisz twarz zmęczonego życiem mężczyzny. Mężczyzny, który w tej chwili zastanawia się, gdzie podziało się jego 61 lat?
A ty wraz z tym obcym mężczyzną z lustra zastanawiasz się nad odpowiedzią.
Cholera jasna! Kiedy próbujesz ogarnąć to wszystko co pamiętasz, możesz to upchać do 5-cio minutowego życia. W takim razie, co zresztą? Przecież te 61 lat to naprawdę szmat czasu, który nie powinien konkurować z tubką pasty do zębów w której mogłoby się pomieścić.
Wyciskasz resztę pasty do zębów chcąc zilustrować bezsens dywagacji nad sensem życia.
Nie ma nic gorszego niż nadawanie czemukolwiek sensu!
Nie było cię, nie ma i nie będzie. I żadne miejsce w którym byłeś, nie będzie pamiętało o tobie...
Odkręcasz kran, pozbywasz się pasty.
Trzymasz w dłoni wyciśniętą tubkę...
W takim razie czym jest życie? Iluzją, teorią strun, pustką, bezsensowym pędem w czasoprzestrzeni? Po kolejnej porcji banalnych pytań zdajesz sobie sprawę, że zawsze je zadawałeś. To twoja obsesja. Pomimo tej wiedzy nie potrafisz się uwolnić od pewności, że już cię nie było. Ale znów zaistniałeś. Dziwne to... Depersonalizacja?
Skąd do diabła biorą się takie pojęcia jak: „ja”, „moje”? Nie potrafisz przestać, uwolnić się od irracjonalnego zadręczania samego siebie.
Milczysz chwilę zastanawiając się co zrobić z pustą tubką po paście do zębów. Gdzie jest kosz? Dostrzegasz go przy zawalonym papierami biurku, postanawiasz zabawić się w koszykarza i rzucasz tam tubkę. Trafiasz! Jesteś z siebie dumny. Trafiłeś w sam środek kosza, wyczyn ten nadaje sens twojemu istnieniu, możesz przecież specjalizować się w rzucaniu pustej tubki po paście do zębów do kosza. Możesz napisać o tym pracę magisterską, albo powieść, a może nawet... Nie. Nie zapędzaj się w absurd, w groteskę, w tragifarsę, życie mimo wszystko jest reglamentowanym towarem...
I wtedy mówisz do swojego odbicia: Jestem człowiekiem, którego nie było, którego nie ma i którego nie będzie. A to, co definiuje twoje życie to zaledwie dym z gasnącego ogniska. I tyle!
Patrzysz na mydło do golenia w sztyfcie i nie potrafisz uwolnić się od myśli, że posiadasz świadomość istnienia mydła do golenia w sztyfcie. Zwykłe spostrzeżenia są takie niezwykłe.
Wyrzucona tubka taniej pasty do zębów przypieczętowuje twoje istnienie, ale czy aby to nie sztuczki jakiegoś kosmicznego demiurga, znanego również jako architekt wszechświata, albo Bóg?
Bóg? Słowo, które tak bardzo się zdewaluowało.
Skąd o tym wszystkim wiesz? Kto cię zaprogramował?
W górnym, prawym rogu lustra dostrzegasz odbicie zegara z wahadłem i dopiero teraz zdajesz sobie sprawę, że słyszysz jego charakterystyczne „tik-tak”, a może bardziej „bim – bam”, które odmierza upływ czasu. Brakuje tylko leniwego brzęczenia tłustej muchy aby podkreślić spleen sytuacji w której nie wiadomo z jakich powodów zostałeś umieszczony.
Umieszczony wbrew swojej woli.
Nie urodziłeś się, urodzono cię!
Wzdychasz...
Odchodzisz od lustra z przeświadczeniem, że jednak miałeś wpływ na swoje zaistnienie. Jakież byłoby to okrucieństwo rodzić bez zgodny rodzonego!
Reinkarnacja...
Okno. Otwarte okno. Otwarte okno wpuszczone w dach. Okno tak typowe dla wszystkich mansard świata. Na parapecie doniczka z czerwono kwitnącym kwiatem, którego nazwy nie znasz i nigdy nie znałeś. Nawet nie wiesz dlaczego tu stoi. Podchodzisz do okna, wychylasz się. Zdumiony kontemplujesz świat zewnętrzny z wysokości trzeciego piętra. Na dole wije się klaustrofobiczna uliczka, widzisz markizy sklepików z owocami, pamiątkami, parasolami i nakręcanymi sprężyną zabawkami z epoki której nie ma. Bruk lśni wodą. Padał deszcz lub przecisnęła się tędy przed chwilą miejska polewaczka. Jest południe lub północ, lub każda inna pora pomiędzy południem a północą Kocie łby lśnią niczym diamenty. Mleczarz wiezie bański z mlekiem. Bańki tłuką się o siebie. Kot płoszy parę gołębi. Z kamienicy naprzeciw dochodzi dźwięk harfy albo cytry...To gra żona tego zapijaczonego Walijczyka zakochana w celtyckiej muzyce. Helena...
Stare Miasteczko już dawno przestało być endemicznym miejscem. Martwi cię to odkrycie, chociaż nie wyrywasz sobie z tego powodu włosów z głowy.
A jednak to świt, Słońce z trudnością przebija się przez miejski smog zawieszony nad czerwonymi dachami naznaczonymi smukłymi kominami z których wydobywają się szare strużki dymu. Gdzieś, jakby z innego wymiaru dochodzi dźwięk przejeżdżającego tramwaju, jakieś strzępy rozmów, klakson samochodu. Ta kakofonia dźwięków jest jednocześnie w tobie i poza tobą, ponieważ możesz wygenerować z nich ciszę, ciszę w której można się zatopić, aby odpocząć od myśli - insektów, na które nie wynaleziono żadnego środka, aby się od nich uwolnić. Uwolnić raz na zawsze.
Nobla dla tego, który wskaże drogę do zbawiennego bezmyślenia!
Kawa. Poranna kawa. Ta myśl uwalnia cię od quasi filozofii. Przypominasz sobie prost rytuał jej parzenia. Z górnej szafki wyjmujesz pojemnik na kawę. Jest pusty. No tak, przypominasz sobie, że miałeś wczoraj rozpocząć nową paczkę arabiki. Kawa jest w dolnej szafce, jej półkilogramowa zawartość lśni czerwienią sześcianu. Z ociekacza wyciągasz potrzebny do rytuału mały nożyk którym nakłuwasz sześcian w którym uwięziona jest zmielona drobno kawa. Sześcian protestuje mdłym „pssss”, po czym flaczeje. Teraz, zgodnie z rytuałem próbujesz rozciąć brzeg, niestety, nie jesteś zbyt uważny i jakaś część kawy wysypuje się na podłogę. Odkładasz sflaczały sześcian na szafkę, rozglądasz się za kuchennymi nożyczkami, są tam gdzie być powinny, w drewnianym bloczku na noże. Tniesz równo, starannie, zgodnie z codziennym rytuałem, który trochę zepsułeś odchodząc od ustalonych reguł, próbując zastąpić nożyczki nożykiem.
Teraz przesypujesz kawę do pojemnika. Koniec. Tylko jedna wpadka, których śladów za chwilę się pozbędziesz. Sięgasz po zmiotkę i szufelkę, dokładnie sprzątasz brązowe drobinki, niestety, wiaderko na śmieci, te pod zlewozmywakiem jest pełne, z tak zwanym czubkiem, większość śmieci to byle jak zmięte, zapisane kartki papieru, na jednej z nich, tej niczym wisienka na torcie widzisz litery, czytasz, człowiek, którego nie było.
Nie chcesz tego widzieć, (czyżby jakieś traumatyczne przeżycia) wyciągasz wiadro i wkładasz w nie swoją prawą nogą, papier poddaje się bez oporu, historii pozostałych śmieci nie pamiętasz. Wyciągasz nogę, ale wiadro więzi znoszony kapeć, próbując go wyciągnąć, drugą nogą stajesz na odłożoną na bok szufelkę, ta podnosi się i wysypuje się z niej przed chwilą zmieciona kawa. Klniesz, bo co masz innego zrobić w takiej sytuacji. Uwalniasz zakleszczony kapeć, (do którego czujesz jakąś magiczną empatię) jeszcze raz zamiatasz kawę, którą wsypujesz do ubitego wiadra. Uf!
Człowiek, którego nie było...
Nie chcesz sobie zadawać więcej banalnych pytań, wiesz, że tam gdzie nie zadaje się pytań, nie udziela się też odpowiedzi. A ty, jak zawsze masz więcej tych pierwszych.
Odkręcasz wodę, namydlasz dłonie mydłem w sztyfcie. Chyba nie masz innego mydła oprócz tego. Przynajmniej nie ma go teraz pod ręką. Wycierasz dłonie w ściereczkę wiszącą na plastykowym haczyku przylepionym do szafki. Po czym nalewasz wody do czajnika. Jesteś oszczędny ponieważ nalewasz odrobinę więcej niż wypijesz, niż mieści się w szklance, do której sypiesz teraz dwie łyżeczki aromatycznej kawy. Woda zagotowuje się błyskawicznie i po kilkunastu sekundach twoja mansarda przepełniona jest aromatycznym zapachem tak charakterystycznym dla wszystkich kafejek świata.
Szklanka z kawą, niczym kadzidełko uwalnia przyjemny aromat. Czasem odnosisz wrażenie, że to przedsionek nieba, ale tylko czasem, tylko wtedy, kiedy budzisz się zresetowany, kiedy przeszłość nie obszczekuje cię niczym wiejskie kundle.
Przenosisz wzrok na wiadro ze śmieciami, przydałoby się wyciągnąć worek i założyć nowy, a stary wystawić za drzwi, potem, kiedy pójdziesz błądzić w labiryncie uliczek Starego Miasteczka wyrzucisz go na śmietnik. Ale najpierw poranny rytuał picia kawy? Śmieci wyrzucisz później. Tak, zrobisz to później, pewne czynności trzeba odłożyć na później, choćby takie, jak umieranie... Przyklejasz wzrok do szklanki z kawą, no tak, zapomniałeś przykryć ją szklanym spodkiem jak to robiła twoja mama, szybko naprawiasz swój błąd i teraz kawa zaparza się jak należy. Patrzysz jak fusy powoli opadają na dno. Na dno... Dno? Boisz się tego słowa. Wypierasz je ze swojej świadomości. I nie zadajesz więcej pytań, poza tym ostatnim, paradoksalnym – po co w ogóle zadawać pytania?


.