poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Filiżanka z epoki Ming





Sławomir Majewski

Mam nielichy pasztet do strawienia... Jeśli temat zmilczę, będę wściekły na siebie. I przez wiele dni nie będę się golić. Rozumiecie – lustro... Jeśli nie zmilczę, wielu Przyjaciół, szczególnie z kręgów literackich ale także obecnej władzy i opozycji parlamentarnej, będzie wściekłych na mnie. Skreślą z listy znajomych, zapomną adres, numer telefonu... Ale że w sprawach ważkich dla kraju od lat kieruję się zasadą wierności wyznawanym imperatywom, pozostanę im wierny. Czyli głupi.
Jest też inny problem. „Zero polityki” napisałem Lechowi M. Jakóbowi, Redaktorowi Naczelnemu Latarni Morskiej a propos założeń programowych Magazynu Literackiego. Ale jak uciec od polityki, gdy wszystko nią przesycone, nawet woda w trójmiejskich kranach, sprzedana Francuzom?
Nie ucieknę, stawię czoła. Z obrzydzeniem.



* * *



Wspaniały aktor, nieśmiertelny Gustaw Holoubek w roli pisarza "Zygmunta Sekułowskiego" w filmie „Szpital przemienienia” (reż. Edward Żebrowski ) wypowiada wiekopomną dla wspólczesnych nam kwestię:

- PROWINCJA TO ŚMIERĆ!

* * * 
 


Czy widzisz te sklepy na szczycie?

Od lat jem chleb prowincji
Obwodnica odetnie miastu tętnice
Zgasną oczy latarniom przy A -7
Dobrze że u nas nie ma ulicznic
Ani zakładów pracy. Bóg uchronił!

O życiu kulturalnym w Galicji wiem sporo
Albośmy to jacy-tacy?

Badacze próchna krzyżykami haftują
Amaranty spłowiałych sztandarów
Panie, racz nam zwrócić Ojczyznę wolną
Kiedyś od morza do morza dziś od Lidla
Do Biedronki z postojem w Inter-Marche...
Czy widzisz te sklepy na szczycie?

Prowincja... ta śmierć na raty po 40%
Codziennie, równo rozlewane między nas 
 

* * *



Pojedynki Pana Cogito

Rozmowa ze Zbigniewem Herbertem 
 


AP/AG - (…) Jaki jest wpływ wolnego rynku na sytuację pisarzy? Utracili mecenat państwowy, a instytucje takie jak fundacje - typowe dla krajów zachodnich - jeszcze u nas nie powstały. Czy nie obawia się Pan, że z tego powodu w polskiej literaturze nastąpi luka pokoleniowa?

Zbigniew Herbert: Zawód pisarza, czy, jeszcze gorzej, poety nie wiąże się dziś z wielkimi zarobkami. Ba, często nie wystarcza na utrzymanie. Mam przyjaciela - Marka Nowakowskiego, którego twórczość bardzo cenię i staram się dokładnie obserwować. Też mu bardzo ciężko, choć jest autentycznym pisarzem. Coś tam pisze czasem do gazet, podobno z tego żyje. Ale się nie skarży. Jestem za trudnymi warunkami, bo ci, którzy je przetrzymają, będą bez wątpienia najlepsi. Dziś nie wierzę w mecenat w Polsce. Naszym nowobogackim daleko do Medyceuszy. Mam jednak nadzieję, że nawiążemy do rodzimych tradycji, przecież w XIX wieku posiadanie pieniędzy zobowiązywało do wydawania ich także na szczytne cele.

Tygodnik „Solidarność” Nr 46 (321) 11 listopada 1994 r.
Rozmawiali: Anna Poppek i Andrzej Gelberg


* * *

Znakomity polski eseista i prozaik (dokładnie w tej kolejności), bydgoszczanin Marek Jastrząb, napisał m.in.

Dla tych, co do tej pory nie wiedzą, dlaczego tak uparcie mówię o upadku znaczenia kultury, którzy są zachwyceni jej kondycją, przydałoby się wydać specjalny podręcznik dla gamoni na okoliczność prawidłowego funkcjonowania rozwiniętych społeczeństw. Już pierwszy jego akapit zawierałby odkrywczą dla nich myśl, że bez twórczości niższego rzędu, nie ma twórczości wyższej.
Mówiąc językiem ogólnie zrozumiałym: bez klezmera przygrywającego w knajpie, nie możemy sobie pozwolić na wyprodukowanie artysty tej miary, co Lutosławski; aby twórczość była pełna, sensowna i wszechstronna, musi być grajek z oberży, by istnieć mógł np. Serocki. Podobnie z teatrem: farsa pozwala wyżyć teatrom awangardowym a niebagatelne dochody z książek zwanych „harlequinami” - utrzymywać wydawanie książek niszowych, trudniejszych, mało popularnych”

Marek Jastrząb; Bydgoskie memuary

Felieton „kupiłem” prawie w całości. Prawie w całości, bo powyższe skwitowałem znużonym i zniechęconym:

- Ojezu! A Marek znowu swoje!


* * *

Przydałoby się wydać specjalny podręcznik dla gamoni na okoliczność prawidłowego funkcjonowania rozwiniętych społeczeństw.”

Marek Jastrząb; Bydgoskie memuary


Nawet nie-gamonie wiedzieć powinni, że „prawidłowo funkcjonujące rozwinięte społeczeństwa” kierują się: a) długofalową strategią rozwoju ekonomiczno-gospodarczego; b) strategią krótkofalową; c) problemami obronności; d) odpowiedzią na pytanie dręczące wszystkich od chwili narodzin:
- Gdzie by tu pociupciać?

A kultura i sztuka? Cóż, zazwyczaj odgrywają rolę drugo- a nawet trzeciorzędną, ponieważ da się bez nich wyżyć. Kosztem mózgu.


* * *
Blowing in the wind...
Bob Dylan


Miłe, kochane ludzie, w USA nie ma ani Ministerstwa Kultury ani nawet Ministerstwa Sztuki. Słyszycie? Nie ma i nigdy nie było! Ale jest Metropolitan Opera, nowojorskie The Museum Of Modern Art czy American Museum of Natural History Jest największa na świecie biblioteka z 13 milionami wolumenów (Library of Congress), dostępna każdemu per pedes albo via Internet. Są niezliczone galerie, przebogate w dzieła największych mistrzów malarstwa i rzeźby, ufundowane i utrzymywane przez rzesze Guggenheimów, Johnsonów, Rothschildów, Rockefellerów.i Smithów.
Setki i tysiące mecenasów, osób absolutnie prywatnych, rokrocznie zasilają milionami i miliardami dolarów mrowie instytucji kulturalnych, w tym opery, filharmonie, teatry i (tak, tak) wydawnictwa. Te kapitalistyczne świnie łożą na ubogie szkoły podstawowe i college dla emigrantów, fundują szpitale i uniwersytety, stypendia dla studentów wybitnych a biednych, sponsorują rezerwaty zaćpanym i zapijaczonym Natives, ochronki dla dzieci, hospicja konającym. I z jednaką hojnością wspierają tabuny sportowców i artystów, w tym pisarzy i poetów. Jakby im znęcania się nad ludem było mało, futrują kasą także schroniska i lecznice dla kotów, psów i wszelkiej innej żywioły, wilków, grizzly, szopów i skunksów nie wyłączając. Nic dziwnego, Amerykanie to przecie krwiopijcy i defloratorzy wartości bliskich naszym sercom. W dodatku biją Murzynów.
Ale jak to jest, że mając w Polsce milionerów a nawet miliarderów, w tym bogate partie polityczne i bajecznie bogate instytucje religijne, obnoszących się ze swoimi „wartościami” po Częstochowach i Watykanach, nie mamy w nich dobrowolnych, hojnych mecenasów kultury i sztuki? Blowing in the wind. I Ojciec Święty.


Postscriptum

Zbigniew Herbert w wyżej cytowanym wywiadzie powiedział „Dziś nie wierzę w mecenat w Polsce. (…) Mam jednak nadzieję, że nawiążemy do rodzimych tradycji, przecież w XIX wieku posiadanie pieniędzy zobowiązywało do wydawania ich także na szczytne cele”.

Mistrz Herbert nie pamiętał, że w XIX wieku do pieniędzy „dochodzili” ludzie wywodzący się z warstw zubożałych lecz wykształconych, szlachty i mieszczaństwa, którzy dorabiali się majątku ciężką pracą lub dzięki szczególnym talentom. Można powiedzieć - „Wokulscy”. Dziś prawdziwych Wokulskich już nie ma, podobnie jak prawdziwych Cyganów. A i pisarzy jakby na lekarstwo... Za to jałowych politykierów w literaturze – jak łysych psów.
 
* * * 
Instytut Książki... Jego szef, Grzegorz Gauden agituje. Agituje pod hasłem „Wszystkie Książki Są Równe!”. Chce „na okres przejściowy”, powiedzmy rok, ustalić identyczną, niską cenę dla wszystkich książek dopiero ukazujących się na rynku. I to bez względu na ich objętość, rodzaj papieru, okładki oraz kolor druku: „czarny” jedynie czy też „czarny” + triada.
Byłem zecerem ergo drukarzem. Ja wiem, że taki pomysł bez subsydiowania przez MKiDN drukarniom i wydawcom różnicy kosztów produkcji, to ekonomiczny idiotyzm. Niezbędna więc będzie spec-komisja, rodzaj neocenzury, weryfikującej i kwalifikującej książki do druku czyli subsydiowania. Mój Boże, ileż to teczek pod stołem zmieni właścicieli, ileż kopert - kieszenie! Po co? Żeby łaskawcy z neocenzury zatwierdzili druk. Dla pisarzy, wydawców i drukarni zaprzyjaźnionych z „komisarzami”, biznes, że palce lizać! Ciekawe, kto ma chrapkę na stanowisko szefa takiej Komisji...
Szef Instytutu Książki nie był zecerem a więc jest niedrukarzem. Mógł nie wiedzieć, że jego pomysł to ChDiKK. * A może wie nazbyt dobrze?

Instytut jest, jak był nieboszczyk PIW, instytucją państwową. Komu on i do czego? Nikomu on. I do niczego. Czy nie lepiej śród pisarzów zrobić ogólnopolską ściepę na, powiedzmy, masowy odstrzał bobra? Też nikomu on. I też do niczego.

* Vide taśmy z knajpy „Sowa i Przyjaciele”


* * *
Ciemny naród wszystko kupi

Guru Jacek Kurski


Zapewniam rodzimych wyrobników pióra, że nie jest winą minionych i obecnych rządów III RP, iż płody ich umysłów nie są kupowane w stutysiącznych egzemplarzach, jeno na nieliczne sztuki a ich osoby nie są czczone, jak czci się tyłek Jennifer Lopez i cycki Sabriny. I że wydawcy okradają ich na wszelkie sposoby.
Nie kupuje, nie czyta i nie czci Was, Koleżanki i Koledzy, lud prosty, sól ziemi. TEJ ZIEMI! Lud któren żywi i broni. Ale spójrzmy prawdzie w kaprawe oczy: od zarania dziejów lud prosty wprzódy łaknął chleba a zaraz po nim igrzysk. Dodajmy, igrzysk najprymitywniejszych w formie i treści. Bowiem lud masse składa się w 50% z osobników o gustach mocno niewyrafinowanych lub całkowicie pozbawionych gustu a w 40% z C2H5OH. Co widać i czuć. Brakujące 10% wyemigrowało „dla chleba, Panie, dla chleba”. Bóg z nimi, niech ślifują języki.
Ciemny lud, który według najlepszej wiedzy Jacka Kurskiego „wszystko kupi”, książki nie kupi za nic. To zbiorowisko jednostek niedouczonych lub nieuczonych wcale, przedkładające Majteczki w kropeczki nad Ombra mai fu, ztanie i smaczne owocowe wina nad Bordeaux i Porto. Uwielbia grillować na balkonach, kocha liczebniki „szejset” i „pińcet”, oraz takie zwroty, jak „szłem” czy wykwintniejsze, brzmiące z francuska „żem szła” i „żem szed” a także, niepodobne do żadnego języka indoeuropejskiego „szlimy”.
Najważniejsze: typowy osobnik sans-gêne, zawodzenia o konduicie kultury w Polsce ma głęboko w dupie. Jemu wszelka kultura zwisa i powiewa, jak Marleyowi dredy.



* * *
Wielce mnie zaskoczyły wielce śmiałe słowa

Bez klezmera przygrywającego w knajpie, nie możemy sobie pozwolić na wyprodukowanie artysty tej miary, co Lutosławski”

Marek Jastrząb; Bydgoskie memuary


Tak sformułowane zdanie zmusza legiony gamoniów, w tym mnie kroczącego dumnie na ich czele, do postawienia przed jego Autorem zadania co się zowie:
- Skoroś chlapnął, teraz chlapnięte merytorycznie uzasadnij!
Pomijam socrealistyczny zwrot „wyprodukowanie artysty”, bo nie w nim problem. Problem, że teza o rustykalnych korzeniach kompozycji Lutosławskiego a kto wie, może Pendereckiego i Góreckiego, jest spekulacją a priori bezzasadną. Choć a posteriori z pewnością brzmieć miała uczenie, jak mantry tybetańskich lamów. Albo bek peruwiańskich guanako.
Lutosławski, proszę Koleżeństwa, wyrósł na Vivaldim, Bachu i Brahmsie, na Beethovenie, Chopinie i Messiaenie. Wprawiał się na Mozarcie, Haendlu i Haydnie a nie na Janku Muzykancie i żydowskich klezmerach z szynków na krakowskim Kazimierzu




Skąd wiem? Znam biografię. Podobnie, „Passio et mors Domini nostri Jesu Christi secundum Lucam” Pendereckiego, nie zrodziło się w głowie Mistrza Krzysztofa od słuchania „Hanki”, śpiewanej przez Mistrza Grzesiuka na znamienitej ulicy Czerniakowskiej. Skąd pomysł? Ani wątpię, iż pierwsi naiwni z miast, wsi, hut i uniwersytetów (ludowych) mogą te spekulacje łykać, jak z wysokiego dzbana bocian łyka kluchy suto omaszczone smalcem. Bo slogany o upadku polskiej kultury sprzedaje się dziś równie łatwo, jak zapewnienia szarlatanów o niebywałej potencji po zażyciu tabletki ze sproszkowanego dyszla. A kuśka i tak zwiśnie.
Melanż naiwności z niewiedzą czyni cuda, o Najmilejsi!


* * *
- Pierdu-pierdu!
Dekalog; scen. Krzysztof Piesiewicz


Podobnie z teatrem: farsa pozwala wyżyć teatrom awangardowym a niebagatelne dochody z książek zwanych „harlequinami” - utrzymywać wydawanie książek niszowych, trudniejszych, mało popularnych.”

Marek Jastrząb; Bydgoskie memuary

Proszę Autora, by szczodrze sypnął przykładami współczesnych właścicieli polskich teatrów i wydawnictw, którzy wystawiają farsy i drukują harlequiny po to tylko, by „mogły wyżyć teatry awangardowe” i wydawane były „książki niszowe, trudniejsze, mało popularne.”



* * *

Uraczono mnie politycznymi wishful thinkings, mającymi wskazać sprawców narodowego nieszczęścia, jakim jest

Ukatrupienie intelektualnego rozwoju państwa”, który to proces jest procesem trwającym od wielu lat.” (...) Byłby czas, byśmy uświadomili sobie, że nie tyko zabory i sowiecka okupacja, nie tylko PRL odpowiadają za ten stan rzeczy [Ukatrupienie intelektualnego rozwoju państwa - przyp. S. M.], ale my, głównie my i przede wszystkim my, bo dopuściliśmy do władzy durniów nie zdających sobie sprawy, czym dla narodu jest kultura, oświata, wyższa i niższa twórczość.”

Marek Jastrząb; Bydgoskie memuary


I powiało machejkizmem...  A do tego nie wiem i pojąć nie mogę, co to jest „intelektualny rozwój p a ń s t w a” ? „Intelektualny rozwój” państwowych urzędników, instytucji, budynków, autostrad, koszar, przejść granicznych, zasobów węgla, miedzi i cyny? A może sraczy w rezerwatach przyrody, kędy żubr popasa i popuszcza (na trawę żubrówkę), wszak one też państwowe? Hm... „Intelektualny rozwój państwa”... Ki diabeł?


 
* * *
- Pan płaci, pani płaci, my płacimy... Społeczeństwo
Rejs, reż. Marek Piwowski




Na temat upadku polskiej kultury i sztuki napisano od 1991 roku tyle, że po upływie ćwierćwiecza nieustannego biadolenia, szlochów i posmarkiwania malkontentów - z księgarni, bibliotek, domów kultury, wydawnictw i w ogóle – z kultury i sztuki w III RP nie powinno zostać ni śladu, jeno kamień na kamieniu i „głuchy, drwiący śmiech pokoleń”. A tymczasem?
A tymczasem niezliczone rzesze poetek, poetów i prozaików (circa 2 do 3 milionów!) piszą sobie w najlepsze i w najlepsze drukują to, co sobie napisali. Na dodatek hurtem produkują się w niezliczonych Internetowych witrynach i na Facebook, gdzie mogą ich czytać dziesiątki a nawet setki tysięcy czytelników, którym:
- Smacznego!
A jak się mają wspomniane „awangardowe” i „undergroundowe” teatry i teatrzyki, czy „wytwornie filmowe”, za cały sprzęt mające aparaty fotograficzne z możliwością nagrywania? Mają się nad wyraz znakomicie! Mnożą się jak coś, co z nakazu Stwórcy ma się mnożyć i dzielić po to, by się mnożyć z nakazu mnożenia i dzielenia się. A imię ich - Legion!
Te cudowne, samoistne byty dla bytów poza Polską nigdzie niespotykane, prawdziwe perpetuum mobile, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę wypełniają nasze oczy, uszy i mózgi mrówczym procesem tworzenia WWielkiego NIC. Bo nie ma tak, Kochani, żeby kilka milionów „pisarzy, poetek i poetów” egzystujących dziś w kraju nad Wisłą bez żadnej znajomości warsztatów - od literackiego, przez teatralny po filmowy - mogło stworzyć cokolwiek wartościowego. Przeto zalewa nas ocean kulturowego par excellence gówna, tylko przez semantyczne nieporozumienie zwanego „literaturą i sztuką”. I kto za to płaci? Wiemy kto.

* * *
- No to ładny pindel!
św. p. Jasio Maślak

Setki publicystów od lat utyskujących na „upadek” polskiej kultury, źle adresują. Gdyby w tej chwili jakiś wszechmocny KTOŚ skasował Internet, w tydzień-dwa wrócilibyśmy do tych sielankowych czasów, w których pisarzy i poetów liczono na dziesiątki, no może na setki, ale nie tysiące i miliony. A gdyby tak jeszcze z domów i punktów ksero zniknęły drukarki, ilość tomików z „poezjami” wróciłaby do czasów wczesnego Czerniawskiego, Wirpszy, Taborskiego, Herberta czy Różewicza, gdy rocznie wydawano ok. 300 autorów poezji a nie jak dziś - 50 tysięcy! Dodam jeszcze (co mogę udowodnić), że nawet tę śmieszną liczbę (300 autorów każdego roku drukowanych w PRL) ówczesne kręgi literackie uważały za haniebnie wysoką. Jaka ich zdaniem liczba autorów była „właściwa”? 100 autorów.
- No to ładny pindel! powiedziałby mój kolega, św. p. Jasio Maślak.
- Ano ładny, Jasiu, ładny...

* * *
Zapyta Ktoś:
- Co Gutenberg ma do rzeczy?


Gdyby w XV wieku Johann Gutenberg nie skonstruował prasy i ruchomych czcionek, zapewne ani Marek Jastrząb ani ja nie opublikowalibyśmy ni stroniczki, bowiem nie byłoby nas stać na edycję nawet jednego egzemplarza ręcznie pisanego i iluminowanego przez skrybów; wszak egzemplarz kosztował tyle, ile spora wiocha z duszami! Ale herr Johann ze wspólnikiem wymyślili co wymyślili i - poszło! Wprawdzie w lat niespełna siedemdziesiąt ukatrupili scriptoria, niejako przy okazji puszczając z torbami prywatnych kopistów, ale co tam; drukarski interes zakręcił się jak bąk i kręcił się aż do narodzin tego gnojka Internetu.
Zapyta Ktoś:
- Co Gutenberg ma do rzeczy?
Ktosiu, odpowiadam:
- Postępu się nie zatrzyma, Internetu i drukarek nie skasuje; nie ograniczy blisko trzymilionowej armii tylko polskich „poetów, poetek i prozaików”, odreagowujących kompleksy i poczucie niskiej samooceny, publikacjami swojej arcypłodnej grafomanii via Internet a częstokroć jeszcze - własnym przemysłem prokurowanymi. Na dodatek, w ogóle nie bierzemy pod uwagę faktu, że wiele osób pisze po to tylko, by móc podrywać panienki lub facetów, bo od zarania dziejów stąpanie w glorii natchnionych poetek czy poetów, na skróty wiodło do erotycznych wygibasów. Nie znacie takich? Kłamiecie.

* * *
- Czy jest w Ojczyźnie lekarz?
- Nie ma. Wyjechał do Irlandii.

Salmonella to zjadliwa bakteria. Odmiana tyfusu. Dlatego gdy nas zaatakuje lądujemy w zakaźniakach a nie na internie. Powiadają, że nie da się jej zabić gotowaniem, dezynfekcją ani płynami do mycia. Mówią, że to bakteria „ilościowa”. Ilościowa, czyli że jak jej zjemy np. 1000 „sztuk”, to nic nam. Ale jak 100 tysięcy, no to już po nas. I po naszych marzeniach o Noblu z literatury. I żona też – poooszła!
Skąd mi salmonella? Gdy rocznie widzę 20.000.000 „wierszy” i 1.000.000 „opowiadań i powieści” w Internecie a do tego w księgarniach blisko 30.000 tytułów (udój zeszłoroczny), czuję że mam typowe objawy zatrucia „Panną S:”: mdłości, wymioty i wyniszczającą sraczkę.
- Czy jest w Ojczyźnie lekarz?
- Nie ma. Wyjechał do Irlandii.

* * *

- Kultura nie jest obowiązkowa.

Marek Kraszewski, szef Stołecznego Biura Kultury
Warszawa k. Garwolina


Jeśli rząd jakiegokolwiek państwa deklaruje, że nie jego obowiązkiem jest dotowanie czy utrzymywania zasłużonych dla danego narodu instytucji kulturalnych, to rząd taki, bez względu na geograficzne położenie kraju którym zarządza i z jakiej palmy zszedł, jest rządem cynicznych chamów albo chamów zwyczajnych czyli niecynicznych.
Jak wiadomo wszystkim ludziom rasy kaukaskiej o białej lub różowej skórze, wychowanym w kręgu kultury Zachodniego chrześcijaństwa, mającym w genach wielowiekowe gêne, słowo „cham” to synonim osobnika sans-gêne, któremu wieś spokojna, wieś wesoła nie zdążyła odparować lub odparować spod czachy nie może. Jak mawia poeta? „Człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy nie wyjdzie”. Smutna prawda, Kochani...
I tak, na co dzień, tym okrągłym a filuternym słówkiem „chamy” najczęściej zwiemy polityków z opcji przeciwnych naszym lub przedstawicieli rozlicznych banków, którym nie spłacamy kredytów. Zazwyczaj jednak, obdarzamy nim naszych sąsiadów, którymi serdecznie, po chrześcijańsku gardzimy i z których plemiennych obyczajów i gwary natrząsamy się do rozpuku. Którym wprawdzie grzecznie kłaniamy się na trasie dom-kościół czy dom-sklep monopolowy, ale których przenigdy nie wpuścimy za próg domostwa z obawy, że nam atrament wypiją.
To także ci, którzy wykwintnie odginając mały paluszek potrafią wysiorbać herbatę z porcelanowej filiżanki z czasów dynastii Ming, ale też mogą do niej napluć, nasmarkać, nasikać a nawet nasrać, bo dla wielowiekowej kultury nie czują respektu a piękna nie pojmą, choćby ich okładano bykowcem.

* * *

Jestem żywo poruszony wiadomościami o przyspieszonym, zdecydowanym rzekomo, zlikwidowaniu PIW. Jako jeden z autorów piszących i wydających książki, a także jako redaktor i recenzent, ponadto były prezes Polskiego PEN Clubu, jako społecznik, inteligent i jako warszawiak od urodzenia, stwierdzam, że PIW należy do pereł w historii polskiej kultury. Jest przykładem ogromnej kreatywności i siły intelektualnej, która nawet w niesprzyjających warunkach potrafiła znaleźć drogę do zachowania trwałych wartości.” 

 Władysław Bartoszewski 
 Przegląd, 27 kwietnia 2015

 
* * *
I MKiDN „skasowało” PIW! Jak uprzednio Ossolineum czy bliskie mojemu gdańskiemu sercu Wydawnictwo Morskie. I niezliczoną ilość tutti quanti.
Niebawem, za psi pieniądz ktoś cwaniakom odda w pacht copyrighty do tytułów przez rzeczone drukowanych w latach PRL. Inni cwaniacy wezmą okazałą kamienicę przy Foksal. Bo dlaczego nie mają wziąć, skoro latami o to zabiegali?
Qui bono? Gdy zobaczymy kto wziął siedzibę po PIW, zrozumiemy qui bono. Zrozumiemy dlaczego ukatrupiono czcigodnego starca obwieszonego zasługami dla polskiej literatury, niczym Breżniew medalami. Cierpliwości.

* * *

PRZY URNACH DO GŁOSOWANIA PAMIĘTLIWI BĄDŹCIE I MŚCIWI JAKO ŚWINIE!


Sł. Majewski

Doskonale wiem i rozumiem, że utrzymywanie przez rząd wszystkich nierentownych wydawnictw jest ekonomicznym, bezzasadnym trwonieniem pieniędzy podatników. Rozumiem też bolesną konieczność likwidacji wielu księgarni, konieczność wynikającą z braku środków finansowych tychże, do opłacania kosztów najmu lokalu, mediów, płac i ubezpieczeń w nich zatrudnionych, przy jednoczesnym spadku obrotów czyli niedostatecznej ilości sprzedawanych (a więc - niekupowanych) książek.
Równocześnie zachodzę w głowę, dlaczego następujące po sobie władze co rusz rozważają bezczelny pomysł niektórych posłów, by dać im (posłom) ustawowe prawo do dożywotniej emerytury poselskiej? Nic, tylko pomysłodawcę wyciąć w chamski pysk i pogonić w rodzinne krzaki.
Co marzenia posłów o rentach mają do PIW? To mają, że ci sami posłowie ani się zająkną na temat obowiązku MKiDN do utrzymywania lub dotowania np. PIW czy innych zasłużonych wydawnictw i tytułów. A przecież Konstytucja RP nie tylko tego nie zabrania, lecz wręcz nakazuje! Bo nie jest tak, że utrzymywanie lub dotowanie instytucji kultury w dzisiejszej Polsce, jest sprzeczne z konstytucyjnie obowiązującym u nas systemem gospodarczym. 



 
Dzisiejszy Polak Mały wiedzieć powinien, że 


Od wyborów w 1991 roku
Polska ani przez chwilę nie była
 i nadal nie jest 
krajem kapitalistycznym!


Wedle Konstytucji, gospodarka RP, tak jak gospodarka Chin, opiera się na gospodarce rynkowej a nie, jak USA czy Szwajcarii - na wolnorynkowej




Czy kiedykolwiek mieliście Konstytucję w rekach?

Jeśli różnicy nie pojmuje MKiDN oraz Balcerowicz, który musi odejść, niechaj wezmą korepetycje inne, niż z Kapitału tego pijaka i facecjonisty Marksa. Zaś posłowie, którzy w obliczu likwidacji PIW jak ranny łoś nie ryczą „Veto!”, niechaj zostaną dobrze zakarbowani w pamięciach Wyborców. Dlatego przy urnach do glosowania pamiętliwi bądźcie i mściwi jako świnie!
Mimo że nigdy w życiu do żadnej partii nie należałem i że od 1980 roku nie brałem udziału w żadnych wyborach, zapamiętam tych „ojców” Ojczyzny. A także szczaw i mirabelki. I ośmiorniczki. I słowa, że Polska AD 2015, to "chuj, dupa i kamieni kupa" oraz "ruiny i zgliszcza."


* * *
Jeszcze a propos PIW

Przeczytałem z rozkoszą wspaniały bukiet wspomnień o Janie Himilsbachu, pióra Joanny Siedleckiej, pt. Jan Himilsbach. Wypominki”. 
 



Nawiązując do tęsknot moich kolegów po piórze, zacytuję fragmencik 
 
[Jan Himilsbach] zostawił również nie wydaną, zaginioną podobno w PIW, powieść „Żądam prokuratora” o komuniście Marianie Buczku, "człowieku, nie postumencie", o którą upominał się i awanturował. Na którą też lata całe ciągnął stypendia twórcze. I dlaczego niby miał tego nie robić, skoro brali wtedy niemal wszyscy? To były czasy, kiedy od literatów wymagano ale i dawano. Mieszkania, wyjazdy, domy pracy twórczej”.

Widzicie? A teraz nam tego wszystkiego nie dają, dranie!

* * *

Aby się wydać mądrymi pozornie, jak Zbigniew Hołdys i niektórzy absolwenci Instytutu Fulbrighta, autorzy felietonów zazwyczaj dopisują jakąś długą pointę. Moja jest krótka

Zła kultura i zła sztuka

wypierają
 
SZTUKĘ I KULTURĘ

.