niedziela, 9 sierpnia 2015

CZĘŚĆ I Rewolucja seksualna w K.





Dorastałam. Pochłaniałam książki - nic się nie zgadzało. Zapytałam wreszcie babcię Helę o to, o czym nawet wspominać nie było wolno.
- Zaraz tam pogrom. Nie możesz wierzyć we wszystko, co ludzie opowiadają. Kilku chuliganów pobiło kilku Żydów. Jaki tam antysemityzm. Przecież ciągle się coś takiego dzieje. A ten rencista, co go niedawno zabili za 10 zł w Małpim Gaju, bo więcej nie miał przy sobie? Polak przecież.
Nie, nigdy nie usłyszałam w tej rodzinie nic antysemickiego. O pewnych sprawach się po prostu nie mówiło, jak o seksie.
Rewolucja seksualna w K. nadeszła nagle jak letnia burza. Była spóźnionym efektem wyładowań marcowych, o których w K. nie mówiło się również, przeminęły bez większego echa. Podobno w zakładach pracy podpisywano listy masowego potępiania, i tyle. Nie pamiętam, skąd wiedziałam, co naprawdę dzieje się w Krakowie, chyba już wtedy słuchałam Wolnej Europy. Walczyli tam z ZOMO i milicją studenci o naszą przyszłość i wolność, a ja tkwiłam jak kołek w płocie dziadkowego ogródka w tym zaspanym mieście! Chciałam pojechać do Krk, demonstrować, dać się zabić, ale matka nie dopuściła do tego. Sama nie mogłabym tam dotrzeć, nie miałam na bilet. Jeszcze wtedy nie jeździłam autostopem, straszne bajki, którymi karmiono nas od dziecka, o Czarnej Wołdze, porywającej dzieci i młode dziewczęta, wywarły oczekiwany efekt. Mój piętnastoletni ojciec poszedł w 44 do lasu na piechotę, ale miał bliżej.

Kawałek stricte nostalgiczny czyli
Czi mnie jeszczie pamientaszsz?

Nadeszła i została, nagle była. Jeszcze w zeszłym roku szczytem buntu obyczajowego było nienoszenie przeze mnie fartucha i tarczy szkolnej, toczyłyśmy honorowe i z góry przegrane walki z dyrektorką – sadystką, która zaciągała dziewczyny do toalety i zmywała makijaż, a tu nagle zdjęto obowiązek noszenia mundurków szkolnych nawet w klasach o kilka roczników młodszych. Gdy ulice, a w tym nasze postarzałe matki, opanowała bez reszty długość mini, wyparła ją chwilę potem maxi, długie włosy, sztuczne rzęsy, dziwaczna biżuteria, buty na koturnach. Wyglądałyśmy jak bandy hippiesów, chociaż ten ruch praktycznie w K. nie istniał. Nie nosiliśmy pacyfek, nie znaliśmy angielskiego, w przeciwnym wypadku krzyczelibyśmy pewne - Peace & Love; mówiliśmy wiele o wolnej miłości z naciskiem na wolność, zachłystywaliśmy się tą nagle uzyskaną wolnością, chociaż żyliśmy na końcu świata, w najciemniejszej, socjalistycznej dziurze, w środku reżimu, z którego istoty nawet nie zdawaliśmy sobie pojęcia. Kontrolowano nas na ulicy, panowie z komendy czuwali; niektórzy z moich przyjaciół, jak homoseksualista Alek, barwny, rudowłosy, w kwiecistych koszulach, był przez nich regularnie prześladowany. Byliśmy pod specjalnym nadzorem, ale pozwalano nam się wyszaleć. K. było grzeczne i nie sprawiało dużego kłopotu. Nie dotarły też tu narkotyki, na szczęście, bo wielu z nas nie dożyłoby zapewne trzydziestki, i tak alkohol zebrał kilka lat później obfite żniwo. Ktoś wpadł pod samochód, ktoś wyskoczył z okna, zabijano się z miłości i braku miłości, i jej nadmiaru. Albo koledze, który trzy dni wcześniej zdobył w środku upalnego lata solidne buty na zimę w składnicy harcerskiej i obnosił je z dumą po mieście, wzbudzając kaskady śmiechu, spadł nagle głaz z wystawy w miejscowym, socrealistycznym pałacu kultury. Te pierwsze wypadki śmierci napawały nas egzystencjalnym smutkiem. Na swój sposób lubiliśmy ten stan.
Ja i moje koleżanki wyszłyśmy ze szkoły po maturze prawie wszystkie dość zielone i nieporadne w sprawach męsko – damskich, byłyśmy zdaje się ostatnią żeńską klasą w tym liceum. Stale zakochane, za każdym razem fatalnie. Wiele z tych, które dostały się w dużych miastach na studia, zamieniło się z grzecznych dziewczynek w akademikowe materace. Odreagowywały prowincję.
Jeszcze w zeszłym roku dostać pozwolenie na „wieczorek taneczny“ było szczytem wolności wywalczonej w rodzinie – teraz zapełniłyśmy kluby i kawiarnie. Kolorowe, krzykliwe, ostentacyjnie swobodne dziewczyny. Te wieczorki taneczne, organizowane zwykle przez szkoły i domy kultury, były najnudniejszym rodzajem spędzania czasu, a jednak pchałyśmy się wszystkie, przyciągane jak ćmy muzyką na żywo, naśladującą nieśmiertelnych już wtedy Beatlesów i Rollingstonesów, którzy dołączyli do klasyka Presleya. To był prawie Zachód, tutaj, w K. Urozmaiceniem były szlagiery Czerwono-Czarnych i Niebiesko- Czarnych, przynajmniej rozumieliśmy słowa, bo angielskiego nie łapał nikt. Wokalista przy charczącym mikrofonie miał zazwyczaj straszną dykcję, fałszował i mylił się w tekstach, ale nikomu to jakoś nie przeszkadzało. Zajmowano nas tak zwykle w soboty, od przyjemnej 18-tej do 22-giej, pod czułym okiem wychowawcy lub KO-wca; zbieraliśmy się punktualnie, bo przy spóźnieniu można było nie dostać biletu, i tkwiliśmy w osobnych, męskich i damskich rzędach pod ścianą, przeważnie nie tańcząc, do samego końca, aby przy ostatnim kawałku, „Dom wschodzącego słońca“ piszczeć biiiis i jeeeeszcze, aż do histerii, chociaż każdy był już zamęczony nudą. Jedyną atrakcją towarzyską były wymowne spojrzenia, rzucane z rzędu chłopców do rzędu dziewczyn i odwrotnie. Na tych spojrzeniach budowały się całe historie miłosne, które gasły zwykle do następnego wieczorku. Chłopcy prawie wszyscy nie umieli tańczyć, nieliczni tancerze musieli obtańcowywać wszystkie dziewczyny, i byli to zazwyczaj dobrzy kumple, w nich się nie kochano. Adorowano powszechnie solistę grającego zespołu oraz chłopaków podobnych do Ringo Stara czy Jaggera, wielu było podobnych. Czasami tańczyłyśmy same ze sobą, ale to był trochę obciach. Miałyśmy wszystkie bezbłędnie wyćwiczonego motylka, czyli rock’n’rolla z figurami rodem z Koziej Wólki, i chłopcy nam go strasznie zazdrościli, ale za nic się do tego nie przyznawali, robili wzgardliwe miny i pozowali na intelektualistów.
Era wieczorków tanecznych zniknęła wraz z nadejściem Rewolucji. Na jej miejsce weszły prywatki, organizowane tam, gdzie akurat była wolna chata i magnetofon. Był to niedrogi rodzaj rozrywki, paliliśmy najtańsze papierosy „Sporty“ a wino ‚patykiem pisane‘ dostępne było nawet dla uczniowskiej kieszeni. Na prywatkach leciały taśmy, do naszych głów wchodził powoli nowy rodzaj muzyki, wczesna psychodelia, długie, pościelowe kawałki. Kotłowaliśmy się w parach i w oparach tego najtańszego tytoniu na kanapach, fotelach i podłodze, ale przeważnie ograniczało się to do przedłużonej i zaangażowanej gry wstępnej, w modzie był amerykański petting, o miłości francuskiej mówiło się jeszcze tylko na ucho i z rumieńcem, rzadko były z tego dzieci, orgie – nigdy. Zamroczeni, upojeni dorosłością i nie bardzo wiedzący, co z nią robić, i dokąd ma nas zaprowadzić, spędzaliśmy swoją młodość, najlepszy okres w życiu, z pewnym niedowierzaniem, że to tylko tyle. Aż wracali rodzice i wyganiali nas z tego lasu.


Czarna Wołga i biała Nyska


Chwilę potem byliśmy już naprawdę dorośli. Zaczęto wpuszczać nas do klubów i kawiarni, w których prawie codziennie były dancingi, podniecające i bardzo egzystencjalne. Obok nas na wysokich stołkach siedziały miejscowe prostytutki i patrzyły na nas z nienawiścią. Naszych chłopaków nie zauważały i nie szanowały, czekały na jeleni, nas traktowały jako potencjalną konkurencję. Przychodzili prywaciarze i stawiali nam i naszym facetom, bo chcieli się wkupić do środowiska artystów - już wtedy kręciliśmy się wszyscy przy Klubie Dziennikarza i Klubie Aktora. Piliśmy, tańczyli i rozmawiali o życiu i śmierci. Dialogi jak z włoskiej nowej fali, jak z amerykańskich i francuskich powieści, sceneria – Hopper, okres późny socrealizm. Nic, że takiego Hoppera nie było. To było nasze kino, nasz wielki świat, brakowało cygar i szampana, ale bywały koniaczki i ich podróby, lody melba, łosoś i dewolaje. Ale jak długo miało to jeszcze trwać? Odczuwałyśmy wszystkie pewien niepokój, nie bardzo było wiadomo, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym życiorysem. Rysiek, mój przyszły szwagier wyśmiewał się z nas, że za dużo się naczytałyśmy, uwierzyłyśmy, że tak wygląda prawdziwe życie, i że jeżeli wypijemy pięćdziesiątkę przy niklowanym barku, niczym za tatusia i mamusię, za Hemingwaya i drugą za Remarquea, to nie przeniesiemy się automatycznie na Zachód. Jesteśmy w K. i zostaniemy w K., czyli nigdzie. A nasze przeznaczenie to i tak 3 x K, czyli Kinder, Küche, Kirche. O czym niektóre z nas przekonały się bardzo szybko. Nieoczekiwanie mnożyły się wczesne śluby, za którymi następowały niezawodnie narodziny. Nikt nie nauczył nas korzystania ze środków antykoncepcyjnych, a nie każda chciała się skrobać, choć zdarzały się rekordzistki, po sześciu i więcej skrobankach.
Nie ma się co czarować, byłyśmy wszystkie towarem, nowym, świeżym, łatwiej czy trudniej dostępnym mięsem, ale atrakcyjnym i stosunkowo tanim. Mężczyźni nie musieli wiele inwestować - Rewolucja zrobiła za nich prawie wszystko, rozminowała pola oporu. Aby wywrzeć na nas oczekiwane wrażenie, zakończone wytyczonym sukcesem, wystarczyło im trochę pogadać o uwolnionej sztuce i miłości, coś zacytować, nosić we właściwym czasie właściwe dzwony czy rurki, a nieraz tylko być na właściwej imprezie. Ci, z którymi spałyśmy, zostawali najczęściej naszymi przyjaciółmi, bo małżeństwem gardziłyśmy wszystkie gorąco, a te, co ubywały z tego klubu, robiły to po cichu. Ci, z którymi nie chciałyśmy spać, opowiadali o nas brudne plotki, ale i tak kręcili się w pobliżu, czekali na okazję. Jej teoretyczna łatwość wzbudzała wzmożoną produkcję testosteronu i narastało we mnie przekonanie, że prawie wszyscy oni mają obsesję na punkcie seksu. Skrycie nimi gardziłam. Byłam dość narażona na niechciane zaloty, bo od piętnastego roku życia, przy prowokującej figurze 94-65-94, moje piersi nie dawały się ukryć, a bardzo długie włosy budziły sensację i stale byłam zaczepiana nawet na ulicy. Szybko przekonałam się, że nie mogę mieć zaufania nawet do dobrych kumpli. Zdobywałam przykre, zaskakujące doświadczenia. Kolega, który odprowadził mnie do domu, chłopak mojej koleżanki, tworzący z nią od kilku lat ładną i bardzo zakochaną parę, rzucił się nagle na mnie w Małpim Gaju i musiałam szarpać się z nim prawie godzinę, zanim dał za wygraną. Dojrzali, żonaci mężczyźni, znajomi artyści, zapraszali mnie do siebie, aby pokazać mi swoje obrazy lub pod innym pretekstem, na miejscu okazywało się, że żony nie ma, bo wyjechała na urlop albo właśnie rodzi w szpitalu. Takich historii z rodzącą żoną, podczas gdy mężczyzna zaprasza przypadkową dziewczynę w jednoznacznym celu, przeżyłam trzy. Byłam oburzona i nie przyjęłam propozycji wspólnej nocy. Zostało mi po nich przekonanie, że męża rodzącej należy przywiązać, zamknąć i nie wierzyć mu jak psu, bo musi być wtedy wyjątkowo niepoczytalny.
Znajomi artyści rwali nas na wiersze, głębokie rozmowy i pozowanie do obrazów, czułyśmy się ważne. Pozostali próbowali wyciągać inne atuty – stawiali szczodrze w Klubie całemu towarzystwu, dobrze widziane były też samochody, którymi wszyscy przenosili się do pobliskich moteli w górach, gdzie trwała nadal szampańska zabawa. Własny samochód był rzadkością i bardzo dodawał splendoru mężczyźnie, świadczył o jego zaradności, mieli je zresztą prawie tylko prywaciarze i ich synowie, wykorzystywano też samochody służbowe, co w PRL-u było powszechnie tolerowanym nadużyciem. Już do szkoły woziła mnie czarna Wołga ojca mojej koleżanki, mieszkającej w sąsiednim bloku – był sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego. Zdarzało się więc, że jechaliśmy do modnego motelu w Świętej Katarzynie nawet milicyjnym pojazdem, bo ktoś miał kumpla w MO. Uważaliśmy to za bardzo zabawne, wyrafinowane. Te eskapady dawały nam złudzenie światowego życia, ale czasami kończyły się nieciekawie. Kiedyś przesiedziałam całą noc z nożem do drobiu w ręku, bo wszyscy padli i rozeszli się parami po pokojach, a mnie chciał wziąć siłą pewien plastyk, mężczyzna sukcesu, przystojny i zarozumiały, któremu nie mieścił się w głowie mój opór. Pojąć, że sypiam tylko z tym, z kim chcę i sama wybieram, nie był w stanie i próbował wygrać wielokrotnie, ale zawsze tylko do pierwszej krwi, która sprawiała, że trząsł się jak kurczak. Nie żartowałam, dostał parę razy tym nożem po rękach. Czułam strach i obrzydzenie, byłam kompletnie zdeterminowana. Dopiero ranek i pierwszy autobus do K. wyzwolił mnie i jego z tej paskudnej sytuacji.
Innym razem wyskoczyłam w trakcie jazdy z samochodu, na moście Herbskim, za którym był niedaleko tylko las. Przytomnie zorientowałam się, że koledzy w białej Nysce, należącej do niejakiego Witka S., aktualnego faceta mojej koleżanki, nie mają czystych zamiarów i wyjeżdżamy właśnie z miasta. Zwabili mnie do samochodu pod pretekstem, że Witek chce ze mną porozmawiać, ma jakąś pilną sprawę. Poczułam dreszczyk emocji, bo w Witku niedawno przez chwilę nieco się podkochiwałam, jak wiele dziewczyn. To była wprawdzie postać dość podejrzana – duży, bardzo atrakcyjny mężczyzna o rosyjskim nazwisku I wschodniej urodzie, szastający pieniędzmi i żyjący nie wiadomo z czego w okazałej willi, bardzo popularny w środowisku prywaciarzy. Otaczał się gromadą młodych chłopaków, wiernych mu jak psy, pozwalał im jeździć swoim samochodem. Jego zachowanie było skrzyżowaniem manier mafioza i romantyka, to robiło na nas wrażenie, prawie bez wyjątku. Utykał na jedną nogę, podobno trzymała się tylko na śrubach, ale świetnie tańczył. Tańczyć z Witkiem przy pełnej knajpie znaczyło ściągać na siebie uwagę, na parkiecie rozstępowano się przed nami. Zawsze odczekiwał do powolnego kawałka i zamykając partnerkę w ramionach stawał się zadumany, czuły, a gdy muzyka umilkła, dziękował jak za szczególny przywilej, ale to my czułyśmy się wyróżnione. Witek był pierwszym, który powiedział mi: „jak ja cię wtedy kochałem, Gośka“. Wtedy to było gdy miałam piętnaście lat, a on zjawiał się codziennie na mojej długiej trasie do szkoły, czego nawet przeważnie nie zauważałam, nie interesowali mnie jeszcze ‚tacy starzy‘ mężczyźni. Teraz ja byłam już stara, po maturze. Aktualnie chodził z moją młodszą koleżanką, miała dopiero piętnaście lat, ale była wysoka i malowała się tak wyzywająco, że nie pytano jej o dowód osobisty przy wejściu do knajpy.
Dość prędko zrozumiałam, że ponad trzydziestoletni Witek jest pedofilem, chociaż samo pojęcie nie było jeszcze wtedy w użyciu, i że jego chłopcy to po prostu naganiacze. Biała Nyska jeździła powoli po K., śledząc dziewczęta, krążyły plotki o gwałtach, ale żadna sprawa nie trafiła nigdy do sądu. Dzisiaj nie wykluczam możliwości, że był też dobrze ustawionym tajniakiem. Ale wtedy się tego nie dociekało, bo i po co, i tak niewiele rozumiałyśmy, chociaż zaczynałyśmy już wsiadać do tych samochodów.

Lalka

Drugie lato po maturze było wyjątkowo upalne i nudne, miasto wyludnione. Miałam niewiele ponad osiemnaście lat. Niedawno rzuciłam pierwszą pracę i drugiego ‚stałego‘ chłopaka, a wraz z nim decyzję, aby nie zdawać razem z nim na kielecką WSI. O, dzięki ci losie, za ten splot okoliczności! Ten idiotyczny pomysł przyszedł mi bowiem do głowy, gdy rodzice chłopaka z pomocą moich, po wcześniejszym niż oczekiwany powrocie z urlopu i dramatycznym nakryciu nas in flagranti, po wielu przerażonych ochach, zdecydowali wreszcie, że nie będą utrudniać nam spotkań, pod warunkiem, że będziemy się przygotowywać na studia. W poprzednim roku nie dostałam się na psychologię w Krakowie, on też gdzieś się nie dostał, zabrakło nam po jednym, znaczącym punkcie. Uczyliśmy się więc razem fizyki i matematyki, teorię Einsteina miałam już w małym palcu. Poza nią nigdy nie wyszłam.
W lipcu pojechałam ze znajomymi na żagle na Mazury, skąd wróciłam po raz pierwszy (i ostatni) w życiu opalona, chociaż okupiłam to ranami skóry, schodzącej w malowniczych płatach. Rozpaczałam, że skończył się wspaniały rejs. Mój aktualny, całkiem nowy romans ze starszym ode mnie dwukrotnie aktorem został chwilowo zawieszony, obiekt uczuć wyjechał do Sielpi na wakacje z żoną i dziećmi. Wyznawał mi miłość i nazywał swoją jesienną dziewczyną, ale zniknął bez skrupułów. Podkochiwałam się w nim naprawdę i trochę nawet tęskniłam. Wielu znajomych siedziało w Sielpi, był tam sosnowy las i wielki zalew; niezobowiązująco umówiłam się z kilkoma z nich wcześniej, że też wpadnę po Mazurach, ale jakoś nie znalazłam nikogo do wspólnej wyprawy. Pogoda była jak nad Morzem Śródziemnym, miasto rozlewające się w asfalcie, wytrzymać dało się tylko w starych murach, a w moim betonowym, wystawionym na południe bloku trudno było nawet zasnąć. Chodziłyśmy z siostrą nago po mieszkaniu, ku rozpaczy babci. W kuchni nie było zasłon i mieszkańcy sąsiedniego wieżowca mogli nas zobaczyć, ale było nam to obojętne, miałyśmy się za bardzo nowoczesne, wyzwolone z durnych konwenansów. W nocy wybierałyśmy się na pobliski zalew, o tej porze kompletnie pusty i ciemny jak z horroru, gdzie pływałyśmy nago przy niewyraźnym świetle księżyca. Za każdym razem umierałam ze strachu o młodszą siostrę, która pływała lepiej niż ja i wypuszczała się na środek, były tam zimne wiry. W dzień i wieczorami włóczyłam się z nową przyjaciółką Lalką, bo inne wyjechały na wakacje, przesiadywałyśmy więc często we dwie w Klubie Dziennikarza lub w kawiarniach. Lalka była dziewczyną spokojną i małomówną, o sobie nie mówiła prawie nic, a ja jej nie pytałam, bo czuło się, że taka rozmowa sprawia jej przykrość. Była ładna, o szerokiej twarzy i ciemnych, długich włosach, to imię bardzo do niej pasowało. Wiem tylko, gdzie mieszkała, i że miała jakieś nieciekawe układy w domu, bo wspominała o tym niechętnie; musiała wracać wieczorem o określonej godzinie. Włóczyła się razem ze mną i chłopakami, tak cicha, że nieraz zapominano o niej, a w Klubie przeważnie siedziała obok, w ożywionych rozmowach nie biorąc w ogóle udziału, jak dla dekoracji. Podrywano ją, ale słabo na to reagowała, a nikogo stałego chyba nie miała. Wydawała się dziwnie niczym nie zainteresowana, ale lubiłam ją, bo była łagodna, miała zawsze czas i słuchała z uwagą. Przed dwudziestką nazywa się takie układy przyjaźnią.
Pewnego wieczoru była impreza w Klubie, czyjś wieczór poezji, po którym grał ktoś na pianinie, kilka par tańczyło. Wyszłyśmy z Klubu z całkiem nowymi chłopakami, jednego z nich przedstawiono mi jako poetę z Końskich. Był filmowo przystojny i zakochałam się natychmiast. To był najpiękniejszy poeta, jakiego kiedykolwiek poznałam, wysoki blondyn, z tych bardzo jasnych, skandynawskich typów, miał półdługie włosy, szerokie barki, duże, delikatne dłonie i niski, sugestywny głos. Rozmawialiśmy o poezji, mówił swoje wiersze, szeptał mi je jeszcze do ucha, gdy wyszliśmy z Klubu przytuleni. Atrakcyjny samiec, alfa na obcym terenie. Tacy interesowali mnie najbardziej, gwarantowali coś nowego, urozmaicenie, wnosili nowe prądy, powiew z innego niż tutejszy świata, choćby było to tylko miasteczko Końskie.
Razem z nami wyszła Lalka z mniejszym i brzydszym kumplem Adama; w euforii wieczoru postanowiliśmy, że pojedziemy zaraz, w nocy, autostopem do Sielpi. My z Adamem chcieliśmy po prostu być ze sobą, wszystko jedno gdzie – w namiocie, w lesie, na trawie i sosnowych igłach, gdziekolwiek, byle razem, i teraz, bo przecież prawdziwa miłość rodzi się w pierwszych kilku sekundach i jest nie do odparcia. Tamci – nie wiem. Ludzie podejmują czasami dziwne decyzje.
Postanowiliśmy, że rozłączymy się, aby łatwiej złapać okazję, i że spotkamy się w Sielpi jutro na plaży, po określonej stronie jeziora.
My z Adamem dotarliśmy do Sielpi prędko i bez przeszkód. Nocni kierowcy ciężarówek podwieźli nas prawie pod samo jezioro. Ale było już wszędzie ciemno, po północy, nie paliły się żadne światła i trudno było znaleźć jakikolwiek punkt orientacyjny. Adam wciągnął mnie ze śmiechem do niedomkniętej stodoły przy najbliższym gospodarstwie, stała nieco oddalona i nikt nas nie zauważył, nawet pies nie zaszczekał, cała wieś spała. Postanowiliśmy przeczekać do rana. Było w niej niewiele pachnącego siana, przez szpary stodoły zaglądały gwiazdy, ale noc zrobiła się nieoczekiwanie zimna, pierwsza zimna noc tego sierpnia. Nad ranem marzliśmy już mocno, mimo, że zakopaliśmy się w sianie, okrywał mnie, nagą, swoją koszulą i mówił mi wiersze, kochaliśmy się, marzli, znowu kochali, znowu wiersze, do świtu.
Nie sztuka kochać Orlanda Szalonego, w strzemionach i w łożu szalonego, sztuką jest kochać inkasenta w kratkę, człowieczka w płaszczyku podszytym wiatrem" – recytował z wiersza Kubiaka, i odtąd ten wiersz zawsze mi się już z nim kojarzył. Adam był szalony w strzemionach i w łożu, był moim Orlandem, nareszcie wiedziałam, o co chodzi z tą całą miłością. Wpadłam po uszy. Rano powiedział, że musi na krótko wpaść do rodziców, to nie było daleko od Sielpi, przywiezie też swoje rzeczy i namiot, i żebym na niego zaczekała nad jeziorem. Nie przyjechał i nigdy się już nie zobaczyliśmy.
Czekałam na niego do następnego rana, nie dojechała też Lalka z tym jego kolegą. Byłam smutna, zaskoczona, zdeptana, ale przed spotkanymi znajomymi udawałam pogodna, luźną, roześmianą. W sercu miałam wielką dziurę. Na plaży zobaczyłam mojego kochanka – aktora, szedł z ładną, jeszcze młodą żoną i trzymał za rękę dwie śliczne dziewczynki. Nie widział mnie, zresztą zaraz się schowałam.
Wróciłam do domu, weszłam pod prysznic i długo, pedantycznie wymywałam piasek spomiędzy palców stóp. Postanowiłam o tym wszystkim natychmiast zapomnieć. I może by mi się udało, gdyby nie mój dawny, nieco starszy kolega z liceum, starszy o dwie klasy, Śliwa. Masz gościa, powiedziała babcia, która już zdążyła go ugościć i czarować, zanim wyszłam  łazienki. Śliwa czekał grzecznie, ale był bardzo zaaferowany. Wiedziałam o nim tylko, że skończył szkołę oficerską milicji, że pracował w MO a może w UB, i że robił błyskawiczną karierę. Powiedział, że musimy koniecznie i natychmiast porozmawiać, żebym ubrała się i zabrała dokumenty. Śliwa był taktownie w cywilu, ale pod domem czekała biało - niebieska Warszawa.
- Jest morderstwo i jesteś w to zamieszana, powiedział mi tylko w drodze, ale nie chciał zdradzić żadnych szczegółów. - Szukamy cię od wczoraj.
Na komendzie przejął mnie inny oficer, a właściwie dwóch, ale też nie mogłam się od nich niczego dowiedzieć, poza tym, że zabito kogoś, i że jestem ważnym świadkiem w tej sprawie. Wypytywali mnie, co robiłam w ciągu ostatnich dwóch tygodni, o każdy detal i do zmęczenia. To była pewnie taktyka, ale zachowywali się, jakbym to ja była podejrzana. Najpierw musiałam sobie długo przypominać ostatnie dni przed Adamem, a po przyjeździe z Mazur. Były do siebie podobne, daty myliły mi się, byłam zdenerwowana. Dali mi papier i coś do pisania, i polecili to wszystko opisać. Pracowicie odtwarzałam czwartki, piątki, godziny. Ciągle nie byli zadowoleni, pytali po wiele razy o imiona i nazwiska ludzi, z którymi się w tym czasie spotkałam, nawet przelotnie. Wielu nazwisk nie znałam w ogóle, tylko imiona albo ksywki.
Najdłużej wałkowali ostatnie trzy dni. Nie byli zadowoleni z tego, co spisałam, musiałam pisać bardziej szczegółowo, od nowa. W międzyczasie wychodzili gdzieś, telefonowali, zostawiali mnie samą na kwadranse, nieraz godzinę, zawsze przychodził potem ten drugi i pytał o to samo. Zwolnili mnie dopiero pod wieczór.
Śliwa czekał przy wyjściu i odprowadził mnie kawałek, pod Klub Dziennikarza.
- Przepraszam, ale nic nie mogłem zrobić, żeby tego uniknąć. Została zabita kobieta, wszyscy jesteśmy na nogach od dwóch dni.
- Kogo zabito?
- Nic nie mogę ci powiedzieć, śledztwo jeszcze trwa, sama rozumiesz.
- Ale co ja mam do tego? Ja nic nie wiem!
- Nigdy się nie wie, w co jest się zamieszanym. Wszystkie nici gdzieś się łączą, czasami to dla nas nie do pojęcia. Trzeba tylko znaleźć ten punkt. Rozumiesz?
Nie rozumiałam, ale przytaknęłam. Czytało się w końcu też Agatę Christie.
- A tak w ogóle, to może chciałabyś dla nas pracować? Jesteś inteligentna, potrzebujemy takich ludzi. Z twoją pracą chyba nie za ciekawie, nie studiujesz, marnujesz swoje możliwości. Taka zdolna dziewczyna. A u nas są naprawdę duże szanse na karierę, no i bardzo dobre warunki.
Patrzyłam na niego. Śliwa, zwykły chłopak, kolega ze szkoły. Żaden tam obrzydliwy typ. Oficer, dobry glina.
- Nie nadaję się do tego. Zupełnie. – powiedziałam to uprzejmie ale dobitnie.
- Nadajesz się, właśnie takich ludzi jak ty nam potrzeba.
- Nie nadaję. Rozumiesz? Nie.
Przestawił się natychmiast:
- Szkoda, ale doskonale cię rozumiem. Jakby co, to daj znać. Czekamy na ciebie. Trzymaj się i jeszcze raz przepraszam za kolegów.
Weszłam do Klubu. Gdzie indziej mogłabym pójść po tym wszystkim? Kiedy otworzyłam drzwi, z mrocznego wnętrza wylał się na rozprażoną ulicę dźwięk fletu, słodkie tony, jak z innego świata.
Sprawa wyjaśniła się na drugi dzień: w kronice gazety, małym drukiem, w notce o rozmiarach „ogłoszenia drobnego“ przeczytałyśmy z babcią, że w lasku podmiejskim została zamordowana kobieta lekkich obyczajów, i że milicja jest na tropie mordercy. Zdarzyło się to tej nocy, kiedy pojechaliśmy do Sielpi. Zastanawiałam się, co miałam z tym do czynienia, byłam przecież zupełnie gdzie indziej, a z prostytutkami nie utrzymywałam kontaktów towarzyskich. Znałam wprawdzie z knajp grubą Kruszynkę, ciemną, wredną Marzenę z zezem, i jeszcze parę innych, z widzenia. Wszyscy je znali. To musiała być któraś z nich, jakieś porachunki, może z cinkciarzami albo pokerzystami, bo kręcili się przy nich. Obstawiałabym Kruszynkę, bo była czasami nie do zniesienie – arogancka, wulgarna, kiedy się upiła, królowała przy barze, zajmując połowę blatu swoim tłustym ciałem, wylewającym się z ciasnych sukienek, i próbując rządzić całą knajpą. Pewnie ktoś nie wytrzymał i zabił to babsko, pomyślałam bez współczucia. Ale w gazecie było też coś o motywach seksualnych. No tak, jak prostytutka, to i motyw seksualny, normalne. Wyjaśni się. Tylko dlaczego wypytywali mnie o kumpli i znajomych – Andrzeja, Jacka, Cześka, Adama, TEGO Adama?
Od wielu dni dni nie widziałam Lalki, byłam wprawdzie trochę obrażona na nią, że nie dojechała do Sielpi, ale zaniepokoiło mnie, że nie pojawia się też w Klubie, nikt ze znajomych też jej nie spotkał. Przemogłam się więc i poszłam do niej do domu, mieszkała na ostatnim piętrze brudnej kamienicy w rynku. Otworzyła mi kobieta w średnim wieku, wzięłam ją za jej matkę, ale musiał to być ktoś obcy, bo tego, co powiedziała i sposób, w jaki powiedziała, suchy i beznamiętny, nie mogła powiedzieć matka:
- Lalki nie ma.
- A kiedy będzie?
- Nie będzie. Umarła.
- Jak to umarła?
- Umarła.
- Czy mogę wiedzieć, co się stało?
- Umarła na zakażenie.
- Jak to? Tak nagle? Kiedy? Jakie zakażenie?
- Zakażenie, normalne. Zacięła się.
- Czym?
Popatrzyła na mnie z nieukrywanym lekceważeniem i czułam, że to już ostatek jej cierpliwości:
- Nożem. Obierała rybę. Zacięła się, przyszło zakażenie i umarła. Nie ma jej.
- Czy mogę wiedzieć, kiedy jest pogrzeb?
- Pogrzeb już był.
I zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.
Nie mogłam otrząsnąć się z szoku i niedowierzania. Czułam, że ta kobieta kłamała. Może Lalka gdzieś wyjechała, może chcieli ją odsunąć od środowiska, które na pewno uważali za złe i demoralizujące. Może się wszystko jeszcze wyjaśni. Ale nie zobaczyłam Lalki już nigdy. Nie łączyłam tej historii z zamordowaną „młodą kobietą lekkich obyczajów“. Jakże bym mogła? Lalka nie miała nawet chłopaka i nie słyszałam, żeby sypiała z wieloma. Była taka spokojna i nikomu nieprzeszkadzająca. Ale nie mogłam się pozbyć do końca lekkiego cienia wątpliwości. A co, jeżeli to Lalka była jednak tą zamordowaną? Kto i kiedy miał to zrobić? Czy nie było w tym trochę mojej winy, że zostawiłam ją z obcym chłopakiem? I jeżeli ona, Lalka, bierna uczestniczka naszych eskapad i imprez, była według policji lekkich obyczajów, to co z resztą nas, głośnych, rozpasanych dziewczyn, wybierających sobie nieraz chłopaka na jedną noc, żyjących w kompletnej niezgodzie z moralnością naszych babek i rodziców? Byłyśmy wszystkie lekkich obyczajów?
Zagadka nigdy się nie wyjaśniła. O Lalce zapomniano natychmiast, bo przecież nikt jej dobrze nie znał. To była druga Lalka w moim życiu, ale nie miałam szczęścia do tego imienia.

Historia z Adamem znalazła nieoczekiwane zakończenie trzydzieści lat później. Po moim spotkaniu autorskim piliśmy w Klubie Związków Twórczych z Adamem O., moim wieloletnim przyjacielem, i z jego znajomymi. Adam gdzieś wyszedł na chwilę a ja zostałam przy stoliku z obcym mężczyzną, który nikogo mi nie przypominał, i którego nazwisko i imię zapomniałam natychmiast po tym, jak mi go przedstawiono jako znajomego z dawnych czasów. Po trzydziestu latach zapomina się prawie wszystkich. On za to znał mnie dobrze i był mocno zmartwiony, że go nie kojarzę.
- Naprawdę mnie nie pamiętasz, Małgosiu? A ja pamiętam cię doskonale. Pamiętam nawet sukienkę, w której tańczyłaś na tarasie w Klubie NOT-u.
- Którą sukienkę? – zaciekawiło mnie to.
- Taką białą, bez ramion, w drobne, czerwone kropeczki, marszczoną, z szarfą w pasie.
Zgadzało się. Uszyłam sama tę sukienkę i było to moje największe osiągnięcie sztuki krawieckiej, ale nie nosiłam jej później, bo wydawałam się sobie w niej zbyt blada. Kompletnie o niej zapomniałam. Plus dla niego, bo mało który mężczyzna potrafi po trzydziestu latach opisać sukienkę.
- Ślicznie wglądałaś.
- I ty tam też byłeś? – nie bardzo mu wierzyłam, przetańczyłam cały wieczór z pewnym dziennikarzem i nie pamiętałam innych osób.
- Byłem. Byłem na wielu imprezach, też u Dziennikarzy. Spotykaliśmy się często.
- Sorry, naprawdę bardzo mi przykro. Może dlatego, że wyjechałam z K., zapomniałam większość, taki głupi rodzaj pamięci – dane niepowtarzane traktuje jako nieużyteczne i spycha do niższych folderów – próbowałam obrócić w żart.
- A pamiętasz może Adama z Końskich, którego przywiozłem kiedyś do Klubu?
Coś mi zaświtało. To musiał być ten niższy, niepozorny kumpel Adama.
- O tak, teraz wiem – ucieszyłam się, że wreszcie mam jakiś punkt zaczepienia.
- Adam bardzo się w tobie kochał, Małgosiu. Opowiadał mi o tym.
Spojrzałam na niego spod oka, ale nie był jeszcze pijany i mówił poważnie.
- Eee tam. W ogóle się we mnie nie kochał. Spędziliśmy jedną noc w stodole w Sielpi, umówił się ze mną i nie przyjechał. Nigdy się z nim więcej nie spotkałam. Gdyby mnie kochał, to dążyłby do spotkania.
- Nie mógł. Ja też straciłem go wtedy z oczu.
Co z nim? Widujesz go teraz?
- Powiesił się.
- Jak to?
Adam, powiesił się? Taki piękny, delikatny, zrównoważony mężczyzna? Nie mogłam uwierzyć. To się przecież nie zdarza, to się zdarza zupełnie innym typom, nieudacznikom, alkoholikom, przegranym.
- Siedział w więzieniu, bardzo długo, wyszedł, zaczął pić i powiesił się.
- Mój Boże! Za co siedział w więzieniu?
- Za morderstwo.
- Jakie morderstwo?
- Nie wiem, morderstwo. – popatrzył bardzo niewinnym wzrokiem, za bardzo. - Spotkaliśmy się dopiero, kiedy wyszedł. Był wrakiem, pił strasznie. Mówił dużo o tobie. Naprawdę nie mógł wtedy przyjechać, bo został aresztowany. Taki pech.
- Pech, w istocie.
Wrócił mój przyjaciel i zmieniliśmy temat. Było dużo alkoholu tego wieczoru, ale z rozmowy pamiętałam każde słowo. Mój rozmówca wyjaśnił jeszcze, że nie dotarli wtedy do Sielpi, bo nikt nie chciał ich zabrać i że Lalka wróciła do domu.
Wyjaśniła się tajemnica zniknięcia Orlanda Szalonego, ale tak naprawdę nic się nie wyjaśniło. Oto w ciągu tych samych trzech dni została zabita prostytutka, Lalka wróciła do domu i zakłuła się brudnym od ryby nożem a Adama aresztowano za morderstwo. Coś tu śmierdziało. Gorączkowo kombinowałam, ale wychodziło na to, że aby ją zabić, Adam musiałby wrócić z Sielpi do K. jeszcze tej samej nocy, to było niemożliwe, spędził ją ze mną. To zresztą zeznałam w śledztwie, i w tym właśnie śledczym coś bardzo nie pasowało, bo pytali wielokrotnie. Na żadną rozprawę sądową w związku z tym morderstwem nie zostałam nigdy wezwana. Musiał to więc być przedziwny zbieg okoliczności. Adam zabił kogoś w drodze z Sielpi do rodziców? Bzdura, był spokojny, szczęśliwy, gdy jechał do domu. Poza tym taki mężczyzna nie zabija, a już na pewno nie kobietę. Mógł mieć każdą i miał takie delikatne ręce.
A Lalkę zostawiłam przecież z tym drugim chłopakiem i nigdy już jej nie zobaczyłam. Może jednak próbowała dostać się sama do Sielpi i wsiadła w nie ten samochód, co trzeba? I wywieziono ją do tego lasku? Przyszła mi na myśl biała Nyska Witka S. Przez chwilę przemknęło mi też przez głowę, że może niedawno siedziałam przy stoliku z prawdziwym mordercą, i że wtedy z jakichś powodów (milicja? UB?) zdecydowała się zataić moje zeznania i przypisać winę Adamowi. Ale to był chory, donikąd prowadzący konstrukt myślowy. Otrząsnęłam się, Lalkę zabrała po prostu Czarna Wołga, biała Nyska, czy niebieska Warszawa – jakie to ma dzisiaj znaczenie? Babcie miały rację, nie powinnyśmy były wsiadać do tych wszystkich, obcych samochodów.

Małgorzata Köhler