sobota, 5 września 2015

FATUM


















Wanda Szczypiorska

Nigdy nie czułam się w tym domu dobrze, bo między mną a wujem Frankiem, ciotką też, nie było zażyłości, więc przychodziłam do nich rzadko, ot tak; interes jakiś, czasem prośba, żadne tam Święta, czy Wielkanoc, ale któregoś roku w dniu imienin wuja zastałam salon pełen gości. Był między nimi jeden taki, o którym pomyślałam; dziad obleśny, a okazało się, z KC. Reszta, jak mogłam się domyślić, koledzy wuja z ministerstwa, wiceminister, sekretarze i jacyś urzędnicy pomniejszego szczebla. Była też parka z innej paczki. On nietypowy jak na owe czasy. Przystojny, szyk francuski. Aktor. Pomiędzy nim a ciotką Helą coś iskrzyło, z jej strony wręcz na granicy uwielbienia. Dlaczego ja się tam znalazłam? Bo wuj mnie nie zaprosił. Widocznie przyszło mi do głowy, by złożyć mu życzenia i zostałam. Upiłam się i z kimś tańczyłam. Z członkiem KC? Być może. Wesoło było? Nie pamiętam.

Wujowi skończyła się kadencja na stanowisku radcy w ambasadzie i teraz musiał zadbać o to, by się ustawić w kraju. Nie było z tym trudności, miał już posadę na wysokim szczeblu. Był członkiem partii. Był ostrożny. W domu dbał o to, by nic się nikomu nie wymknęło nawet w rodzinnym gronie. Majątek? Willa? Cóż, nie jego. Nikt mu niczego nie zarzuci. Jego jest tylko goła pensja, bo dom odziedziczyła jego żona po nieżyjącej już teściowej wuja. To był podmiejski ładny dom. Nieduży, ale ładny. Nie wiem kto mi to opowiadał, dość że wiem z czego był zbudowany. Z popowstańczego gruzu. Cegły pod koniec lat czterdziestych zwożono furmankami. Musiał być na nich ślad pożaru, może bomb? I może jakieś piętno śmierci? Przebąkiwano tu i tam; nikt w takim domu długo nie pożyje, ale kiedy ich odwiedzałam byłam pewna, że powodziło im się znakomicie. Byli zadowoleni z życia obydwoje. 

Dla nich byłam ubogą krewną, kimś w znacznie gorszej sytuacji, kimś komu daje się jedzenie w kuchni, kiedy pojawi się niezaproszony. Przy mnie mówili do siebie półsłówkami, jakieś aluzje, jakieś żarty jedynie dla nich zrozumiałe. Często przedmiotem rozmów była tamta para. Aktor i jego żona. Przyjaciele domu. Podejrzewałam fascynację ciotki tym aktorem, być może była nawet zakochana. Wuj mnie natomiast onieśmielał. W duchu myślałam o nim; bonza, bo nie dopuszczał do poufałości. Na temat pewnych spraw, szczególnie jego osobistych, nie wypadało dyskutować. Za to załatwiał mi posady w biurze, na ogół na najniższym szczeblu. Zwalniałam się lub mnie zwalniano. Nikomu nie mówiłam czemu. Gdy wreszcie zaczepiłam się na dłużej, przestałam ich odwiedzać. Dla wuja byłam uciążliwym obowiązkiem, a ciotka miała swoje sprawy.

Kiedyś gdy wałęsałam się po mieście w czasie godzin pracy natknęłam się na ciotkę. Wydała mi się jakaś inna, nie wiem czemu. Jak gdyby zaniedbana. Już od pewnego czasu była siwa, ale w tym było jej do twarzy. I zawsze taka elegancka, a tym razem...? Nigdy nie traktowała mnie przyjaźnie, nie była przecież moją krewną, tylko żoną wuja, a tego dnia, jakby się ucieszyła na mój widok i chciała porozmawiać. Było mi głupio. Co się stało? Nie wypadało o to pytać. Sama powie. Chciała, żebyśmy gdzieś usiadły. O tu. Kawiarnia obok ministerstwa wuja. Mówi, że musi tu na niego czekać. Co dzień czeka. Potem wracają razem.
       - Muszę, wiesz przecież... mówi do mnie, jest jakaś dziwnie roztrzęsiona. A ja.? Skąd mogłam wiedzieć. Nie wiedziałam. Mówi, że musi go pilnować.
- Czemu? Przyznała się. Chce o tym porozmawiać.
Bo widzisz, wuj mnie zdradza. Od razu zaczęłam powątpiewać. Niemożliwe.
- A jednak. Dlatego trzeba go pilnować. Na oku przede wszystkim musi mieć samochód, nie wymknie się bez samochodu. Wiesz z kim? Z żoną aktora. Tego… Znasz ich. Znam, nie znam. Raz widziałam. Wiem tylko, że o nich często rozmawiali i bardzo zawsze podekscytowani. O niej i o nim ale tak, żebym nie rozumiała o co chodzi. 
 
Wtedy ciotka niczego jeszcze nie podejrzewała. Wuj wracał późno, ale to przecież zrozumiałe. Narady, posiedzenia. Przedtem dwa lata spędzili w NRD, a tam nudziła się, prawie nie wychodziła z domu. Cieszyła się z powrotu. Poodnawiali znajomości. Tamtych dwoje poznali na przyjęciu w jakiejś zachodniej ambasadzie. To była przyjaźń, fascynacja.
- Coś ci pokażę - powiedziała i przysunęła do mnie torbę. W środku były białe majtki.Znalazłam w samochodzie - szepcze. Wozi ją pod Warszawę. I wiem gdzie. Do pensjonatu nad Zalewem.
Było mi trochę głupio patrzeć na nią, bo oczy miała załzawione, twarz szarą, widać zmarszczki, ubrana jakoś niestarannie, jakby w pośpiechu. I jeszcze coś, czego bym się nie spodziewała po niej; szukała u mnie zrozumienia. A potem minął jakiś czas zanim się tam wybrałam. Tym razem chodziło o pożyczkę. Niewielką. Do spłacenia. Po wyczerpaniu wszelkich możliwości postanowiłam iść do wuja. Zastałam go. To było letnie popołudnie, siedział w ogrodzie na leżaku po drugiej stronie domu. Ogród wydawał mi się zaniedbany, z tarasu tynk odłaził. I widać było nadpalone cegły. Powinno na tym domu ciążyć jakieś fatum, choć śmierć teściowej tuż po tym jak się wprowadzili o niczym jeszcze nie świadczyła, była stara. Lecz teraz widok wuja mnie zaskoczył. Był również stary. I zmęczony. A przecież nie minęło znów tak wiele czasu, a on się zmienił. Całkiem oklapł. Kiedy widziałam go ostatnim razem wydawał mi się ożywiony. I znacznie młodszy. A wiec to prawda? Zakochany? Do mojej prośby odniósł się życzliwie i był zainteresowany, lecz kiedy wstał i szedł powoli w stronę domu wiedziałam, że jest chory.

Ciotka Helena była w domu, krzątała się po kuchni i przywitała mnie dość obojętnie, a o poufałości między nami nie mogło być już mowy. Ciotka przytyła i wyglądała całkiem dobrze, pogodna i spokojna, wiec nie liczyłam na to wcale, że mi się teraz z czegokolwiek zwierzy. Zresztą… wiedziałam już, tym razem było wszystko jasne, tak mi podpowiedziała wyobraźnia. Wuj zerwał z tamtą, musiał zerwać. I to go wykończyło. Ciotka wymogła na nim to zerwanie. Boże! Co tutaj się musiało dziać, jakie tu były straszne sceny. Zazdrości, pojednania.. Dramat. A rozejść przecież się nie mogli. Ten domek z popowstańczej cegły formalnie był własnością ciotki, lecz zbudowany za pieniądze wuja.

Nie odwiedzałam go przez dłuższy czas. To co mu byłam winna odesłałam. Umarł po roku, może dwóch w szpitalu podczas operacji. Pamiętam pogrzeb z honorami. Ciotka została sama. Niezupełnie; miała przyjaciół, krewnych. W przestronnym domu przyjmowała gości. Ja też ją odwiedziłam, czemu nie? Lecz wkrótce okazało się, że chora jest na raka i śmierć w szpitalu ją przeraża. Ci krewni poprosili mnie, żebym się nią opiekowała. Zgodziłam się i nocowałam tam, kiedy już było bardzo źle, robiłam przy niej co należy.