niedziela, 20 września 2015

LINIA MAGINOTA




Linia, która przebiega przez te wątłe ciała, przez ciała trochę większe, zwaliste i tłuste, niewidoczne, bo przecież takie też są, takim jest moje ciało, gdy piszę o tym, ciała ludzkie i nieludzkie. Całe miasta, wsie, ulice i uliczki, skwery i parki, teatry i muzea, sale koncertowe i dyskoteki, przedszkola i szkoły, kościoły i burdele, autobusy, tramwaje i pociągi, schroniska, hotele. Wszystko ludzie. Zwierzęta. Nieludzie i niezwierzęta. Życia. Linia życia porusza kończynami, głowami, odwłokami, skrzydłami, ogonami, szczękami, aparatami, chujami, czymkolwiek. A linia, która nawleka na siebie - jak igła - martwe, bez żadnych oznak, ale za to pełne ciemnej, zimnej, smutnej i śmierdzącej. Jak ta linia się nazywa? Linia śmierci? Powiedz mi tu i teraz, po łacinie to będzie hit en nunc. Kto ma ci powiedzieć? Ten drugi, czy trzeci? Ja czwarty? Dziwny rytm. Kto go nadaje wszystkim ludziom w teatrze i skąd nagle teatr? Kto go nadaje, kiedy Krystyna Janda w Och! wypowiada żartobliwą kwestię, a widzowie jak na zawołanie śmieją się do rozpuku, klaszczą, po chwili milkną i wczuwają się, bo słychać dalej słowa aktorki. Kaszel. Odchrząknęła. Kichnął. Zapłaciliście za ten śmiech, to i się śmiejecie, i klaszczecie, i wstaniecie, i owacja, i wyjdziecie, a później zapłacicie za płacz i smutek, i nostalgię, i melancholię, ponieważ to nie te samy stany ducha, a linia się roztysięcznia, z was przejdzie na dzieci, mężczyzn, kobiety i dalej w miasto, w wieś, w ulicę i skwer jak cieniutka strzała, jak włócznia w bok Chrystusa, chociaż w nic nie wierzę, może za wyjątkiem w siebie. Chyba, że ten drugi ja, trzeci, czwarty, ale jeśli tak jest, to powinienem jakoś to poczuć, miłość Jezusa? Być może ta linia po drodze gdzieś zaniknie, bo zawał serca położy jej, jego ciało na ulicy, patrzeć będą zdumieni, przestraszeni ciekawi, patrzeć będą na powolną śmierć człowieka, jak najpierw kładzie dłoń na lewym sutku, potem klęka, a następnie patrzą twarze zdumionych, przestraszonych i ciekawych, odsuńcie się! Dajcie mu powietrza! Albo wypadek samochodowy, obcięta głowa przez blachę pojazdu, obcięta tak finezyjnie, tylko jedno oko pozostawione w twarzoczaszce, sklepienie odjęte i leży gdzieś, znajdą, włożą w czarny worek, zasuną. A ja się zrzygam, bo zobaczę w tym oku ciebie. Lub sztylet w plecy, wyjdzie zza rogu i wsunie ostrze jak w masło, zabierze portfel, ucieknie. Ucieka. Ale co wtedy? Gdzie jest linia życia?




Słychać skrzypienie łóżka, a stoję za drzwiami tego pokoju, w którym słychać skrzypienie łóżka, lecz nikt o tym nie wie, że widzę przez drzwi i nigdy się nie dowie. Brzydka, gruba, spocona prostytutka leży na plecach, nie ma twarzy, ale ma rozłożone nogi, o czymś myśli i o czymś krzyczy ta rdzawa wrona między jej nogami, ale ja tego jeszcze nie wiem, chociaż wiem o czym krzyczy wrona bezgłośnym krzykiem. Lecz nigdy nie poznam myśli już niemłodej kurwy, to już wiem na pewno, bo i ordynarne babsko to tylko epizod.
 
- To nie jest tak jak myślisz! Tak mówią żony do zdradzonych mężów, którzy przyłapują niewierne kobiety na gorącym uczynku I łka, bo w łkanie trzeba wpaść w tym właśnie momencie, tak byłoby najlepiej, łka oparta o ścianę z jedną nogą podniesioną w górę i zawieszoną na przedramieniu kochanka, nie wtedy jednak jeszcze nie łka, bo jest mocno zaskoczona, ale jest bliska płaczu, a on – mąż stoi bezsilny i patrzy jak penis tego pajaca mięknie w pochwie tej, która niedawno co przysięgała przed Bogiem, biorę sobie ciebie i że nigdy, nigdy, nigdy, a tymczasem Bóg poprowadził inną ścieżką. Czy to był Bóg? Co robi stres z człowieka? Więc działa w dwójnasób, dodaje skrzydeł i możesz połamać wtedy komuś szczękę, wyrwać rękę, zabić albo zupełnie odwrotnie odbiera moc. To już hormony, ich rola. Sprzężenia zwrotne, jedna substancja blokuje drugą lub wspomaga jej działanie.
A zatem burdel. Zagłębia się w niej chudy, nie spocony i niebrzydki mężczyzna. Ona gruba, spocona, brzydka. Twarz jest nieistotna, ponieważ również w nim jej nie ma, nie jest potrzebna twarz ani jemu, ani kurwie, więc zmiesza się z mordami innych, jak woda w wodę. Ale to kiedy już wyjdzie. A teraz kontrast. On suchy, ona gruba. On na niej. A ja stoję za drzwiami. Zanim to wszystko, to odbił po drodze z teatru Och!, kulturalny człowiek w ulicę, ulica w ulicę, w dom publiczny, w noc, nie, nie, w wieczór. Za chwilę jego nasienie wystrzeli w prezerwatywę, bo ona nie pozwoli mu skończyć tak zupełnie w sobie, jak kończą kobieta z mężczyzną, którzy mają się ku sobie nie tylko fizycznie. Ona kurwa. Mimo to musi coś oddzielać jej błonę śluzową, która wyściela miejsce, gdzie wsuwa się w nią i wysuwa, i trze, i śmierdzi gumą. Penis. Musi być gdzieś ta resztka godności. Ja jej nie odbiorę nikomu. Musi ją coś oddzielać od niego, musi zachować coś tylko dla siebie, jakby to miało jakieś znaczenie, choć teraz kopulują, są blisko. To nieważne. 




Ważne będzie za chwilę, kiedy on się ubierze, rzuci pieniądze na łóżko i wyjdzie w ciepły wrześniowy wieczór, nie, nie, to prawie noc już, bo trochę stałem przed drzwiami i nasłuchiwałem, jestem pewien, noc. Wyjdzie i przejdzie przeze mnie zupełnie nie zauważając, ja za nim, ona zostanie, poleży jeszcze chwilę, złapie oddech, wstanie, przejdzie naga przez całą szerokość pomieszczenia, na odrapanej z farby szafce paczka papierosów, podniesie, wyjmie, włoży do ust, zapali zapałkę. Nieważne. Mężczyzna jest zbyt głupi, żeby czuć czyjąś obecność, a może nie chodzi tu o głupotę, tylko o pewien rodzaj emocjonalnej wrażliwości, inteligencji, nadwrażliwości, czy po prostu daru, gdy wyczuwa się kogoś, kogo przecież tak naprawdę nie ma. A drugi ja trochę wcześniej, ale dzieje się to teraz, biegnie przez przedpokój do kuchni, mieszkanie nie jest duże, nie jest też małe. Mieszkanie wojskowe, ciemne, mundur ojca na wieszaku, wieszak na ścianie, a ja biegnę do kuchni zrobić sobie kanapkę, co jeszcze spotęguje moje napięcie, bo potrzebny jest czas, żeby wyjąć z lodówki, z chlebaka, z szafki a ja tego czasu nie mam, bo jest przeświadczenie, że zaraz ujrzę go. Ujrzy go ten drugi ja. Dziadka ujrzę. Umarł człowiek śmiercią szybką, udar mózgu, uklęknął jak ten od zawału serca i umarł. Jutro pogrzeb, zebrali się w domu, pogodzili, bo pokłóceni, śmierć zatem łączy, zbliża, drugi ja ma dwanaście lat i po raz pierwszy uwierzy w życie pozagrobowe, chociaż jeszcze nie wie, że uwierzył jedynie w opowieści o duszach zmarłych. Znowu ojciec do matki – mamo. Matka do syna – synu, na krótko, ale znowu. Ja do siebie – boję się, bo mnie zostawiliście samego z tą śmiercią, nie radzę sobie! Więc nikt nie słyszy mojego strachu, bo ja do siebie. To prawda, nie radzisz sobie, nigdy sobie z tym nie poradzisz, zawsze już będziesz się bał, że ujrzysz kogoś, kogo ujrzeć już się nie powinno, bo ktoś, kto umarł przestał istnieć na zawsze, a ty będziesz miał gęsią skórę na samo zgrzytnięcie klamki, która nie powinna zgrzytnąć. Ale nie mam wpływu, leżę przykryty gazetą i czekam na kolegę, kolega jest w jednej osobie, zawsze będzie w tej jednej osobie. Powiedział – muszę iść, ale zaraz Macieju, Krzysiu, Mikołaju (bo ja zawsze będę w kilku osobach, co najmniej w trzech, jak święta trójca, ale gdzie mi do niej, gdzie ci do niej chamie, świętokradztwo, złodzieju jebany?) przyjdę z powrotem, jak najszybciej, zobaczysz, ani mrugniesz, ale to nie prawda. Mrugam. Wiele razy mrugam, a mruganie trwa całą wieczność i czuję, że zaraz zobaczę ciało kogoś, kogo absolutnie nie powinno tu być,  a jeszcze wtedy nie wiem, że umarli do piachu lub w ogień, a tylko zarys ich widzi się, jeśli się w ogóle widzi kogokolwiek. Więc przykrywam się gazetą, Przeglądem Sportowym, Legia z Widzewem, Szombierki z Pogonią, gry kontrolne przed sezonem, a to nie ten czas. Nie ten, chociaż to ten czas, cały czas ten sam. Ktoś jeszcze teraz przemówił przeze mnie, jakieś przebicie, nakładanie się głosów. Bo Przegląd Sportowy, Wojciech Skupień w Turnieju Czterech Skoczni jednak zamiast piłki nożnej. Dzień po tej imprezie przyszła do nas śmierć, tak to właściwa częstotliwość nadawania, siódmy stycznia dziewięćdziesiąty czwarty, 07011994 kHz? Jak mnie słyszysz PapaLimaFox? Legia z Widzewem, Szombierki z Pogonią, w zimie, w śniegu i mrozie, ochujałeś Macieju, Krzysiu, Mikołaju? To jeszcze lata, gdzie piłkarze piją alkohol zamiast trenować, a może i trenują, ale piją ogromne ilości tłustej i pożywnej wódki, ortalionowe zbyt duże dresy na ich wysportowanych ciałach, więc nie widać, że wysportowane, wszyscy czarnobiałe „korki” „wkręty” Adidasa, Ryszard Staniek z włosami disco polo, gwiazda stołecznej drużyny, a jednak Wojciech Skupień siada na belce, klepie się po udach, po klatce piersiowej, w swoim za dużym kombinezonie, poprawia gogle, pluje, sprawdza wiązania nart, po czym wkłada je w tory na zjeździe, próbuje sobie dodać pewności i odwagi, tego w gazecie nie ma, ale ja to widzę, bo tak zapamiętałem tego najsłynniejszego skoczka narciarskiego Polski skaczącej na nartach, w okresie między Piotrem Fijasem, a Adasiem Małyszem. Na dole czeka Niemiec Jens Weissflog, ale jemu nasz Wojciech niczym nie zagraża, Niemiec walczy z kimś innym o zwycięstwo. Wojciech jest tylko tłem. Ale to nie ważne, ważne, że wtedy leżę przykryty Przeglądem Sportowym i otwiera się przede mną cała wieczność, czekam na kolegę w jednej osobie, który już zawsze będzie właśnie w tej jednej osobie i czekam też na zmarłego, ale przychodzi tylko ten pierwszy i już wraca do mnie życie, strach się kurczy jak wróbelek, ale czy wróbelek się kurczy? Nie on stroszy pióra. I wlewa się pod moją skórę spokój, chociaż w dalszym ciągu wodzę oczami po kątach pokoju. To minie, to nie minie, ale to minie na jakiś czas do następnej śmierci, jej, jego, kogoś. Grzegorza Wojalskiego, pilota myśliwca na przykład, był mi jak dziadek. Byłeś mi jak dziadek Grzegorzu Wojalski (…)