niedziela, 25 października 2015

PAN ZENEK

Kiedy twarz Piosenkarki niknie za kurtyną pan Zenek perkusista wstaje, idzie do bufetu gdzie wypija czystą polską wódkę zagryzając tartinką z łososiem w majonezie. Ocierając usta śmiało zmierza do kajuty-garderoby piosenkarki.

- Mam dosyć! Oświadcza stanowczo, zapalając papierosa. Mam dosyć ciebie, siebie i tego całego bajzlu... Zatacza ręką krąg, który ma wyobrażać cały ten bajzel, cały świat i całe życie, którego Pan Zenek ma dosyć. Piosenkarka przerywa wycieranie makijażu, patrząc na niego z uprzejmą obojętnością.

- Co proponujesz?

- W Gdyni schodzę i moja noga nigdy więcej nie postanie na żadnym pokładzie.

Zapada milczenie, więc pan Zenek wysuwa szufladę po prawej stronie Piosenkarki i wyciąga z niej butelkę.

- Nalać ci?

- Nalej.

Piosenkarka wraca do demakijażu.

- To rozumiem, że za cztery dni się rozstajemy? Pyta skwapliwie, co nie umyka oczom Pana Zenka. Bo ja, mój drogi, nie mam zamiaru rzucić pracy w Liniach.

- Twój wybór, twoja wola. Niech się stanie.

- Amen.

Nie rozmawiają o przyczynach. O przyczynach mówią ze sobą ludzie pragnący naprawienia zła, ratowania związku. Wzruszenie ramion jest dowodem śmiertelnej nekrozy uczuć: mów, co chcesz, mnie to...


Gdynia jest mglista, duszna i parna o poranku, w którym Pan Zenek ładuje perkusję do vana i odjeżdża z kolegą do Gdańska. Jest środa i wszystko odbyło się terminowo: przybili o czasie, przeszli odprawę i rozjechali się; Piosenkarka z ochmistrzem Ryśkiem, Pan Zenek z perkusją. Pan Zenek i Piosenkarka przemierzyli razem wszystkie oceany, morza i zatoki; przybijali do wysp Południowych i Południowo-Wschodnich. Grali i śpiewali Bahama, Bahama mama albo Broken hearts czy One-way ticket, albo ulubioną przez wszystkich Moja droga, ja cię kocham. Kąpali się nago w lagunach, żłopali pina-coladę pod palmami a piaski Tahiti nosiły ślady ich stóp. Wybaczali sobie małostkowość, drobne zdrady i duże kłamstwa; podbite oczy i podarte fotografie. Aż tu raptem kiedyś, gdzieś na jakimś równoleżniku coś pękło, jak pęka zużyta opona i wszystko bezgłośnie runęło nie wydając przy tym nawet pluśnięcia. Poszli na dno nie wyciągając rozpaczliwych dłoni, nie wołając pomocy. Ot, jeszcze jedna historia o budowaniu mostu, który okazał się molem...

Sen nie przynosi Panu Zenkowi ukojenia; drugi dzień siedzi na fotelu gapiąc się w ścianę, na której piękna kolekcja masek z Beninu, Togo i Dahomeju, oprawione w ramki rysunki prymitywistów z Czadu i Mozambiku; włócznie, strzały, łuki, krzywe drewniane miecze najeżone zębami rekinów. Pan Zenek, co naturalne, po powrocie zadzwonił do Jednej Takiej i przespał się z nią, w rewanżu oferując parę dolarów i tandetne koronkowe body. Kiedy Jedna Taka poszła, nagotował sobie „Baltonowskiego” rosołu z puszki, zjadł, pozmywał, wytarł ręce, znowu usiadł w fotelu i znowu zapalił papierosa. A ponieważ z kartonu wychylały białe główki butelki whisky więc sobie wyjął jedną, odkręcił, polał do szklaneczki i zaczął sączyć. I bezgłośnie szlochać. Pan Zenek nie ma koncepcji na to co robić od dziś do, powiedzmy, końca świata ale wie, co robić w czasie najbliższych kilku dni: pojedzie na wieś, do ciotki Heleny. Do sadu, pod grusze, śliwy i drzewko morelowe, to przy studni z zielonoomszałym daszkiem. Niech zapachnie zdziczałym koprem i butwiejącą słomą. Więc postanowione: jedzie na wiochę wieczorem, kiedy upał zelżeje i osłabnie ruch na dziurawych szosach. Kilkadziesiąt kilometrów asfaltu, to męcząca perspektywa dla wilka morskiego, mającego w nogach świeżutko przepłynięte transatlantykiem parę tysięcy mil morskich. Ale co tam!

- Zazuzizu-zu-zaaaaaaaaaaaa!

Nuci sobie Kolega prowadząc samochód a Pan Zenek śpi na tylnym siedzeniu, pochrapując leciutko, kołysany resorami i pienistymi falami wspomnień. Właśnie skręcają obok kapliczki strojnej we wstążki i farbowane błękitno hortensje. Gospodarstwo cioteczki Heleny jest okazałe: biały, czerwono kryty dom o wielu izbach, rozległy sad, ileś-tam ziemi pod szkłem, reszta - lasy i soczyste łąki. Psy witają samochód wyłaniający się z ciemności wściekłym ujadaniem hau-hau: przyjechali! Czekają u proga: ciotka Helena, kuzyn Witek z babą, inni kuzyni z babami:

- Zenek przyjechał!

No, a jak Zenek przyjechał, to będą dolary, bony Peweksowskie, wódka i suweniry; nieustający karnawał, fiesta, ochlaj i w ogóle - fajnie będzie, po hamerykańsku!

Zasiedli przy stole z pieczoną gęsią, wędzonym zadem świni, śledziami z cebulką, szczypiorem, ogóreczkiem kiszonym i majonezem; bateria whisky, berbeluchy, domowego wina stoją pośrodku. Kto nie ma, polewa, kto ma, ten pije! Oby nam się, kochani, oby nam się!

- No, a jak u was? Pyta ciotka i zakłada ręce na podołek. Pan Zenek gasi peta w spodeczku po grzybkach i uśmiecha się obojętnie,

- A nie ma nas, rozstaliśmy się.

- Ano, to i dobrze, Zenuś, to i dobrze. Ja tam nic nie mówię, ale...

- I niech ciotka nie mówi. Było, minęło.

- No, to zdrowie!

- Oby nam się, kochani, oby nam się!

Palą Lucky Strike, Astory, Camele. Sportów czy klubowych nikt nie tknie przez najbliższy tydzień - Ameryka!
Pan Zenek z dziewuchami czasami kotłował się na sianie, czasami siedział z ciotką i Kolegą pod gruszą, opowiadał o morzach i oceanach świata. Pokazywał zdjęcia. Wspominał to i owo, pomijając skrzętnie Piosenkarkę, ochmistrza i inne takie. Różne. Wieczorami z Kolegą zamykali się w pokoju, pili berbeluchę pod korniszony i minerałkę; szeptem gadali o wszystkim bez wyjątku. I kiedy padło tysiąc pytań, gdy postawiono zaporowe pola wątpliwości, kiedy ustalono w twardej, szczerej, męskiej rozmowie, że prawda o życiu jest, jaka jest, wtedy zrozumieli, że poszukując straconego czasu warto sobie postawić takie pytanie: po co szukać? Wprawdzie warto wszystko pamiętać, żeby nie zapomnieć ale czasami warto wszystko zapomnieć, żeby niczego nie pamiętać.
Jaka jest prawda prawd nie wiedzieli, bo odpowiedzi mogło nie być wcale albo tak wiele, że nie rozpoznasz, która prawdziwa, choćbyś na tym sprawdzaniu strawił całe życie. Całe życie strawić na babraniu się w pytaniach, wątpliwościach, niedopowiedzeniach, dociekaniach? Po co? Czego szukać? No, bo i po co szukać? Nie szukaj, Zeniu bo jeszcze, co nie daj Bóg, znajdziesz... Więc nie będzie mieć absolutnie żadnego znaczenia fakt, że Pan Zenek powiesił się w stodole pewnego ślicznego, słonecznego poranka, nie zostawiając pożegnalnego listu. Ani jednego słowa wyjaśnienia, potępienia, pogardy. Prawdopodobnie, owo Po co? było jedynym motywem.

Słucham w pamięci rozmów z Zenkiem nad jakimiś jeziorami, pośród Starówki, na kilku mostach i w paru lipowych alejach; przy piwku w parkowej pijalni Pod Kasztanami, na wódce w Starogdańskiej i Raduni. Tak, był Zenek, nie ma Zenka. Nie umiał żyć. Taka sprawa!


SŁAWOMIR MAJEWSKI


(Imiona postaci zostały zmienione)



Opowiadanie z tomu "Podręczny Zestaw Deja Vu",

publikacja m.in. w Kwartalniku Akcent nr 1/2010 i 4/2010


TRAMPOLINA


Marek Jastrząb

Maurycy usiadł w kątku, przy kontuarze, w pobliżu półotwartych drzwi, obok muzyka, którego zatrudniono w Klubie na etacie wirtuoza. Poprzez kawiarniane opary widział, jak wsysały do środka zastępy smakoszy kawy. 


Co pewien czas wykopywały - nasyconych, a brzuchaty szatniarz kłaniał im się cyklicznie, jakby miał czkawkę z dobrego humoru.
Lubił tu bywać, kochał być „w przyczajeniu i rozmodleniu”, jak nazywał ten swój kibicowski proceder, po cichu i anonimowo patrzeć na gwarny ruch toczących się, dyskusyjnych sabatów, intelektualnych podróży donikąd, wędrówek, w których jeszcze nie tak dawno brał udział. O czym niechętnie i niemal z rozżaleniem wspominał sąsiadom od kieliszka.
A między stolikami, po dywanowej wykładzinie, laskonogie kelnerki wystrojone w służbowe uniformy i przyszywane uśmiechy, zwijały się mechanicznie: serwowały temu rachunek, tamtej - wino, a wszystkim bez wyjątku – ciepławe „sorry”.
Rozdygotane paniusie, wystrojone jak choinki na Wielkanoc, z mężami zamiast breloczków, kładły dłonie na szklankach cieczy z herbatą, podczas gdy krępy baryton dawał popalić słuchaczom. Śpiewał co żwawsze kawałki z „pieśni do słów”, a ujeżdżający po klawiaturze pianista, zachwycony własnym talentem, wsłuchany w swoje wizje, nadal improwizował, nieprzerwanie rąbał solówkę i, by nie wypaść z roli artysty, wadził się z własną nieudolnością, zachęcał, prosił, szturchał klawiaturę grubymi kiełbaskami. Grał z nerwem, stroił wirtuozerskie grymasy nie zwracając najlżejszej uwagi na wyczyny śpiewaka, który omdlewająco dyszał w stronę zabłąkanych melomanów.
Wkrótce baryton przestał szlochać do słuchu, lecz, uparcie zachwycony własnym talentem, wsłuchany w swoje wizje, nadal improwizował, nieprzerwanie rąbał co rusz inne arie, aż kilku zniecierpliwionych ludzi wzięło się za kurtuazyjne brawka dając mu znak, że ma spadać i zapadła cisza przerywana mlaskaniem.
W części sali, tuż przy drzwiach do kibla, znajdował się stolik Klubu. Jak zawsze, siedzieli jego znajomi. Postanowił, że zanim wyjedzie z miasta, pożegna się z nimi, więc podszedł do siedzących i opadł na krzesło. Popatrzył na apaszkę Piotra, zamówił herbatę i spytał:
W czym rzecz?
A tak, mówimy o królach i wojnie - powiedział Franio – Niegdyś było oczywiste, gdzie żmija ma ogon, a teraz są na ten temat chytre koncepcje.
Z tego, co słyszał, wysnuł wniosek, że Franio, profilaktyczny cwaniak, radykał i wolny strzelec jakichkolwiek idei, złagodniał ostatnimi czasy, jakby obluzowały mu się szare komórki. Wycofał się z dotychczasowej agresji, przycichł i przestał odstawiać specjalistę od cudzego postępowania, co dla klubowiczów oznaczało, że się mentalnie rozcieńczył.
Krążyły nawet pogłoski, że dokonał w sobie przebudowy dotychczasowych mniemań. Nagle zmętniały mu poglądy, stały się płynne i trudno pojmowalne. Z taktycznym wyczuciem przegracował szare komórki i wskoczył w sam środek zawracania gitary. Z dnia na dzień zrobił się z niego uśredniony wyznawca nowych przekonań, propagator lichych pojęć, wolny strzelec jakichkolwiek idei, roztropny pieczeniarz, ubrany w komżę i jarmułkę na wypadek zmiany światopoglądowej warty.
Gdy przychodził do Klubu, gdzie czuł się dopasowany do tapety i uroczy po dawnemu, w prywatnych glanach i bez krawatowych poglądów, zachowywał się jak płyta, która zanim pękła, przestała się zacinać.
Odwracając się do Maurycego, Franio uzupełnił:
Mówimy, że równość w łóżku, to aktualne hasło wyemancypowanej baby. Popatrz na Jolę, prawomocną zdzirę Tadzia. Wiesz, co z niej zostało. Zastanów się, co wyrośnie z córeczek. Takie same, lub mniej więcej podobne, osowiałe „kreacje”. Ani się nasz Tadzio spostrzeże, jak znajdą wybranych jełopów, którzy pozwolą im na pomiatanie sobą. Awans w dół przypieczętował jego los. Jola tak go nakręciła, że nie ośmiela się myśleć na własny rachunek. Przysłoniła mu horyzont i jest jego refleksem. Kiedy nie ma jej w pobliżu, Tadzio kapcanieje, robi się wytarmoszony z wigoru.
Ona mu w glacę, a on dziękuje ze strachu – dorzuca Krystyna, nauczycielskie zjawisko. Jest tutaj brana za ciotkę-poczciwotkę, nieraz jednak rżnie błyskotliwą. Początkowo zagubiona w popisowych oracjach tutejszych mędrców, w ich swobodnym przerzucaniu się z tematu na temat, w uściślaniu, nawiązywaniu, abstrahowaniu i mówieniu śmiało i od rzeczy, bez sensu, lecz z przekonaniem, po przejściu erudycyjnej kuracji, nabrała stosownej ogłady, towarzyskiego poloru, szybkiej orientacji w tym, o co tu do cholery biega.
Owa sprytna mimikra pozwoliła jej być nie tylko niemą ozdobą klubowych pogawędek, ale pojednawczą negocjatorką. W razie potrzeby, kiedy stolik tracił animusz i należało przerwać nudę, gdy była przy rozumie, potrafiła Tadzia rozłożyć na czynniki pierwsze, zadać mu bobu, popędzić kota, umiała odrzeć go z objawionej prawdy i złachanych sentencji i nim zdążył doczołgać się do końca zdania, już, w ekspresowym tempie, wątlał i nikczemniał stając się jej łupem i ze wszystkich stron obśmianą padliną.
Tadzio, nawykły do zaprzeczeń i niewczesnych dygotów, przekonywał wtedy każdego, kto go słuchał, że został źle zrozumiany, a jego intencje - przekręcone. I w ten sposób osiągał cel, bo przez chwilę znajdował się w centrum stolikowego zainteresowania, był więc dla siedzących przy nim ludzi godny większej uwagi, aniżeli muchy stepujące po suficie. Gdzie może, niewinną odstawia, w koczku chodzi, nadgodziny ściboli, a do Klubu z powodu Piotra zagląda.
Piotr, naczelny Hamlecik stolika, jest przystojny, ma spojrzenie dogłębne, zaborcze. Pozuje na notorycznego uwodziciela. Tu i ówdzie bywały, z otwartymi ramionami przyjmowany, na zmiany gościnny, zipiący nowymi prądami, wesoły, jak trzeba, smutny, jak nie, obwołany arbitrem, zostawał nim: Frania przestawił, Tadziem potrząsnął, więc ze wszystkich stron podobał się Krystynie, a ona wiedziała, co dobre.
To dla niego wykierowała się na ludzi. Razem trafili na studia, wspólnie wojażowali po bagnach i przeręblach rozmów. Uważał ją za siostrzyczkę, traktował jak kumpelę, tylko jej zwierzał się ze swoich przebojów, podbojów, zgryzów i rozterek, przy czym, nieświadomie, druzgocze jej serce zachowując niczym lodołamacz serc; a osobne latka lecą: ani się człowiek obejrzy, jak wspólne życie będzie nieaktualne i tylko patrzeć, gdy przeistoczy się w mrzonkę.
Krystyna już linieje, Piotr będzie wkrótce zmurszały, stanie się lakoniczny, elokwentny z wysiłkiem, dla niepoznaki zębem błyśnie, brzuchem zaświeci, spocone cylindry przetrze i coraz częściej posłodzi twarz niepewnym uśmiechem z naftaliny. Co rusz dzieciństwo zacznie wspominać zapamiętując się w tkliwości, słaniając się z nostalgii: „hej! w góry, miły bracie, tam przygoda czeka na cię”. Ale jeszcze nadrabia miną, wciąż jest surowy, nieprzejednany, apodyktyczny, temat zmienia, senne oczy krótkowidza mruży, za rumianą przeszłością nostalgicznie wzdycha.
Tak, to dopiero nastąpi, przyjdzie znienacka, bez uprzedzenia.
- Tak, moja droga, żeby być idiotą, nie trzeba być nim ciągle - mówi. Nagle staje się zaduszkowy, zakłopotany, cylindry szmatką wyciera:
- Starczy poudawać mądrego - dodaje - czego żywy przykład siedzi przed tobą.
Popija łyczek. Milczy chwilę i powiada - nie, nie - mówi cichawo. Jest teraz bezradny.
- Skończyłem się, Krystyno...
Krystyno, wreszcie padło imię, na które czekała od dawna, od czasu, gdy odżywiała się nadzieją, że będą razem.
- Albo może nigdy się nie zacząłem - dorzuca - bo czy mam prawo mówić o sobie, skoro żyłem bez celu, odarty z indywidualności, która była zapożyczona, drętwa, skoro wiedziałem, że nie jest moja, że to jeszcze nie ja, tylko zarodek, wątłe pisklę rzucone na wodę.
- Pisklę? - wtrąca się Franio - każdy może tak powiedzieć!
- Ale ty masz za co być frajerem, masz za co się mylić – odpyszczył Piotr Franiowi - zaś ja jestem frajerem za darmo, bo nie miałem tatusia bałwana, który przymykał oko, spuszczał kurtynę, wyprowadzał na spacerek.
- Dosyć - mówi Franio - ludzie słyszą, a poza tym wszyscy mamy źle w głowie, co nie oznacza, że nikt nas nie kocha.
- Pax, pax - rzekła Krystyna - nie kłóćmy się, kto z nas ma większe parchy.
- Nie dramatyzuj, bo tobie wyszło - stwierdza Tadzio - w odróżnieniu ode mnie, miałaś całkiem różane życie.
- Zgadza się - rzuca Franio - syty z głodnym i całuj psa w nos.
- Franio wie, co mówi, a mówi mądrze - informuje Tadeusz i sączy lurę - mam czterdzieści lat i co ja takiego osiągnąłem, nieco wyrywkowych zwycięstw, ale chciałbym mieć ich więcej, zwłaszcza, że stara uważa mnie za etatowego nerwusa, któremu powiodło się psim swędem. Ma rację, bo czym tu zaimponować, żadnej przyszłości, podczas gdy małe rosną, z każdą chwilą, wyraźnie idą do przodu, powiększają przewagę, ponieważ mają do tego warunki, pomoce, szczęście w czopkach, wiedzę na klawisze ...
- Ale mendzisz - westchnęła Krystyna - przypomnij sobie Teofila i co mu zrobiłeś. Mógłby uzupełnić twoje poczucie winy. Nigdy nie był umięśnionym wieprzem, a ty o nim tak mówiłeś. Był zagubiony, zwłaszcza gdy Zofia puściła go kantem. A ty? Co jej dałeś w zamian, oprócz sterty dzieciaków i dodatkowych zmartwień? Twoje zasługi są rzeczywiście nijakie w porównaniu do gadania o świetlanej przyszłości, jakim ją omotałeś, zanim obwisło ci uczucie, a ona, bez spozierania na doraźne korzyści, uwierzyła w twoje bzdury, podczas gdy ja nie miałam okazji do gnębienia się poczuciem winy, hodowałam typka z wiecznymi pretensjami, żyłam konkretnym lękiem o wredną przyszłość i płaciłam za nią swoim systematycznym zanikaniem. Kiedy patrząc do lustra widziałam swoje pomarszczone marzenia, gdy kochałam i byłam kochana przez człowieka pragnącego zmienić ludzką mentalność, w tym też twoją, myślałam za pośrednictwem jego słów, wyrzekłam się miłości, by żyć w cieniu złudzeń, więc rację ma Piotr, rzeczywiście trzeba mieć zaplecze, trampolinę niezależności...
- Bo inaczej jest się tylko błaznem do potakiwania - wpadł jej w gadkę Piotr i znienacka rzekł:
- No dobrze, powiem wam, co mnie uwiera, co mnie skłania do wylewności, do ględzenia nie tyle o sobie, co o przypadku człowieczego bytu, choć, z drugiej strony, czy mam jakąś gwarancję, że mnie zrozumiecie? Żadnej! Wszystko, co się we mnie telepie, burzy, kipi i wycieka, co stanowi o mnie, przeleci przez moją głowę i zniknie w waszych.

Czasami mam wrażenie, że nawet dla mnie jest ona niedostępna, pogmatwana i zagadkowa, że nawet ja nie mogę przebywać w niej bezkarnie, jak u siebie, że nie umiem i nie potrafię sobie z nią poradzić, okiełznać, zmusić do posłuszeństwa, tak, jakbym sobie życzył, że nie jestem w stanie uczynić ją przystępną, otwartą, zachęcającą do zwiedzania, do tego, abym nareszcie został zrozumiany i by mówiono o mnie, „to ten, który usiłuje grać fair”. Mówiąc krótko, chciałbym dowiedzieć się: komu bardziej zależy na człowieku, wam, czy mnie?
Zacznę od pieca. Miałem starszego brata. Nauczono nas hipokryzji. Byliśmy wyszkoleni do potulnego przebywania w niemiłej atmosferze Ojca, który, jak nam się wydawało, był dzierżymordą. Doszło do tego, że było nam z tatusiem nie po drodze. Mając dwadzieścia lat, ciągle byłem spietranym gnojkiem, któremu w zamian za skrzętne zbieranie małych triumfów, zwycięstw i radości, płacono prychnięciami, upokorzeniem lub szyderstwem. Mając około trzydziestki, będąc w stanie pełnoletniego żółtodzioba, któremu wydaje się, że wie, co począć ze swoim żywotem, nadal miałem krótkie majteczki i wzorowe podkolanówki, dalej chodziłem z bananem w ręku, który miał mi zastąpić prawdziwe życie.
Z zazdrością patrzyłem na starszego; sprytnie wżenił się w okazały domek na urwisku, brnął w nieznany dla mnie obowiązek nałożnika. Trudno go było poznać. Zmężniał. Cierpki mydłek z naturką ugrzecznionego lokaja, nagle stał się apodyktyczny, niewzruszony, zaczął rządzić, pouczać i nakazywać.
Z wściekłą satysfakcją gnębił i pomiatał swoją babą z wystraszonym uchem, która ze skwapliwą pokorą spełniała jego rozkazy. Bratowa, przystojna cielęcina w szlafrokowym opakowaniu, trwała w nieustannej gotowości, w czujnym i rozśpiewanym pogotowiu. Pełna przeczuć i obaw, wierna jak pociągowy pies, zawsze w pobliżu, nie wyobrażała sobie innego życia, aniżeli w zaprzęgu z ukochanym.
Natomiast mój brat, jak było do przewidzenia, brał odwet; cieszył się swoją pańskością. Jego szarmancki serwilizm zapodział się, zniwelował w nowych przyzwyczajeniach. Wyparł się poprzednich przepisów, zwyczajów, dawnych sposobów fruwania nad problemami stworzonymi przez Ojca. Zaczął się od nich odżegnywać. Wstydził się za nie.
Ale wstydził się po swojemu; pod kołdrą, głuchą nocą, gdy nikt go nie obserwował, w pokoju zapełnionym rozmigotaną ciemnością i pijacką ciszą, podczas gdy ja, dużo od niego młodszy, zostałem daleko z tyłu, kuśtykałem za nim dźwigając jego kompleksy, frustracje i niepowodzenia.
A kiedy był przekonany, że jest sam na sam ze swoimi myślami, zaś jego „poddani” brykają po zielonych snach, gdy wydało mu się, iż rozbił bank z pomyślnością, że bezpowrotnie oderwał się od ojcowej gderliwości, nagle okazywało się, iż dysponuje szczerym uśmiechem, uśmiechem człowieka wyzwolonego. Uwolnionego od miazmatów poprzedniej epoki.
W istocie jego psychiczna tapicerka pozostawała tak samo nie do przyjęcia jak wtedy, gdy z butów wyłaziły mu wzniosłe ideały. Jawnie zrezygnował z nygusostwa. Okrzepł i przekształcił się w twardego przygłupa. Życie opierało mu się obecnie na spapranym i zaciekłym ignorowaniu takich, jak ja, którym wiatr zawsze wieje w oczy i wszędzie mają pod górkę (w trakcie skacowanej szczerości wyznał mi, że wobec Fortuny trzeba być ostrym, z orkiestrą i w girlandach wjeżdżać na szafot, ponieważ nie uchodzi być zabiedzonym wariatem w raju).
Jeżeli sądził, że nie dał się wykiwać i że zdążył się przestroić na lepszy ton tak dalece, że jego odnowiona, chitynowa skóra pokryła się nową łuszczycą, mylił się diametralnie. Gdy odwiedziłem go w urwiskowym królestwie, na próżno wytężał siły, by puszyć się swoim pozbawionym godności nuworyszostwem. Jak szydło z worka, wyłaziła z niego obawa przed zdemaskowaniem. Wyzierała z niego zalękniona twarzyczka „obwiesia na niby”.
Ale nareszcie dopadło go wiekuiste szczęście i kiedy bratowa, na poły zaskoczona, na poły rozradowana tym, że umarł, wysłała do mnie histeryczne zawiadomienie o pogrzebowej imprezce, stanąłem na wysokości zadania: pocieszyłem ją tak, że zobaczyła gwiazdy.
Wkrótce zapomniała, w jakiej sprawie zalewa się łzami. Za parę lubieżnych obietnic, kupiłem od niej domek. Brata nie żałowałem ani przez chwilę. Tak samo, jak wdowy po nim.
Myślicie o winie? Jeżeli o to idzie, skrupuły nigdy mnie nie prześladowały. Uważam, że kto nie uderzy pierwszy, zostanie łamagą, ciężkim frajerem z etykietą „dobrego człowieka”, któremu jest dzisiaj pisana śmierć.
Byłem podły, okrutny, czym tam chcecie. Być może z uczciwością też miałem na pieńku. Ale nie żałuję. Być kanalią, potrafi każdy. Lecz być kanalią profesjonalnym, to wyższa szkoła jazdy - rozżalił się.
- Ale twoje malownicze "skrupuły" podyktowane są chęcią usprawiedliwienia się w naszych oczach. Niczemu nie służą, nie tłumaczą twojej postawy wobec życia - powiedział Franio i dodał:
- Wyręczę cię, dokonam za ciebie malutkiego uzupełnienia - zamyślił się i zwrócił się do reszty:
- Jak wiecie, Piotr jeszcze nigdy nie zhańbił się szczerością. Przez długie lata żył samotnie, kontemplacyjnie. Kłamał bez przerwy na skruchę i czyni tak dalej. Matactwo jest jego druga naturą. Brata nie miał ani odrobinę. Roztkliwia się nad sobą, ale, że nie pamięta, co powiedział przed chwilą, wcale mu to nie przeszkadza wierzyć w swoją prawdomówność.
Mniej więcej tak to wygląda z zewnątrz. Jego czas dzieli się na pracę w domu i dorywczą, poświęconą zainteresowaniom. W domu zajmuje się noszeniem sprawunków, sprzątaniem i dbaniem o solidną cyrkulację banałów, które tak przyjemnie likwidują łupież, ujędrniają skórę, zwalczają hemoroidy i regulują stolec –
Naraz Maurycy poczuł się zmęczony. Rewelacje o Piotrze już od dawna nie były rewelacjami. Słyszał je wielokrotnie i za każdym razem nie mógł wyjść ze zdumienia, że choć pozostali w Klubie słuchają ich nadal, z zapartym tchem i kurtuazyjnym zaciekawieniem, nikt nie przerywał tokowania.
Z coraz większą, bezwzględną niechęcią wracał do tamtych kontaktów. Coraz chętniej bronił się przed nimi, coraz łatwiej przychodziło mu odmawiać uczestnictwa w rozmowie z kimś, kto mu przeszkadzał w pozostawaniu w snach. Zaczął wchodzić w hermetyczny świat swoich osaczeń i przeczuleń, w nieufną obserwację ludzi, którzy udawali, że cierpią, a chcieli wtłoczyć go w męczącą codzienność.
Już nie tolerował widoku przewlekle zgorzkniałych, tryskających obłudną energią; zakłócali smutek i rozpychali po lękach. W zabłoconym obuwiu szwendali mu się po myślach, udając, że ich cierpienia mają klasę, certyfikat i dobre pochodzenie, że są ekskluzywnymi przeżyciami, bardziej więc zasługują na zrozumienie, aniżeli jego.
Był rozczarowany miejscem, w którym, słowami spreparowanymi z dymu i puszek po piwie, grano w dyskusyjnego salonowca. I słyszał zdania zastępujące chustkę do nosa, ordynarną szmatę, w którą smarkano i oglądano jej zawartość pod światło.
Klub stawał się miejscem, w którym tramwaj w oku służył za olśniewającą metaforę, wyznaczał ślepym gadkom ślepą drogę. Działy się w nim „zbiegi okoliczności” i zdarzały „przypadki”, „wyjątki uzasadniające regułę”, „ewenementy”. One zaś pęczniały w nim na podobieństwo rozbrzmiewających, bukolicznych, pospolitych rżeń fircyków przykutych do sztampy, oblepionych w cierń.
Odważna jeremiada o naleśnikach ze śmietaną przynosiła im więcej satysfakcji, aniżeli sążnisty referat o bohaterstwie. Wyspiański nie miał takiego wzięcia, jak szczegółowa dysertacja o śledziach w oleju. Lowry bladł przy apoteozie szprotki, a Proust przegrywał na punkty z knedlami, toteż machnął im ręką na pożegnanie i wyszedł.

piątek, 23 października 2015

Wanda Szczypiorska EXODUS C. D.


EXODUS














2. Przetrwać



Nie były pewne co się z nimi stanie, lecz to, że dalej iść nie mogą, że muszą tutaj zostać było oczywiste. Na strychu było pomieszczenie kiedyś widocznie zamieszkałe, bo był tam piecyk z rurą do komina, sufit z desek i wypełnione słomą łóżko-skrzynia, a także okno. Może stół. Więc pozwolono im tam mieszkać. Jedzenie da im gospodyni. Kartofle gotowane i nic więcej. Zapłaci za to z konieczności szwagier. Dla Marii krepująca sytuacja. Ktoś tu sprzedawał chleb, więc Maria poszła się rozejrzeć i znów wróciła bez pierścionka, pozostał tylko ten ostatni z rubinem syntetycznym. Bez wartości. Na szczęście bochen duży. A w nim jakieś drobiny czarne. Może pchły? Tak sobie pomyślało dziecko, ale jadło. Siedzi przy oknie i je chleb.

Przez okno widać las. Podobno w lesie są jeżyny, kiedy odpoczną (może jutro)? trzeba tam iść, nazbierać, zjeść, chociaż, jak mówią, nie jest to bezpieczne, a jednak Maria bierze dziecko z sobą. Babka zostaje sama, ma spuchnięte nogi, z trudem porusza się na stromych schodach, mimo to będzie pożyteczna. Kiedy nadejdą chłody jej zajęciem będzie autodafe w płomieniu lampki wszy z ubrania. Maria też będzie tym zajęta. 
 
Lecz to dopiero zimą. Teraz trzeba pomyśleć o jedzeniu. Niech mała naje się tych jeżyn ile zdoła. Jednak nie wiedzą gdzie ich szukać. Powinny być na skraju lasu, ale nie ma. Muszą iść w głąb. Las nie jest gęsty, wygląda tak, jak gdyby był ogołocony. Leżą gałęzie ściętych sosen. Grunt jest piaszczysty, piasek zryty. To jednak nie okopy. Dziewczynka pierwsza zobaczyła rękę wzniesiona w górę w jakimś dziwnym geście, jak gdyby chciała się wydostać z piasku. Kobieca, męska? Nie wiadomo. I Maria nie chce wiedzieć. Ciągnie małą i uciekają. Przed czym? Dokąd? 
 
O takich sprawach się nie mówi. Kro zabił? Kogo? Nikt nic nie wie. To Niemcy oczywiście. Maria musi się z tym pogodzić. Do lasu trzeba będzie chodzić po gałęzie. Las jest niczyj. Zbiera gałęzie, wiąże sznurkiem, a potem wlecze na podwórko. Rąbie. Życie powoli się układa. Śpią razem w łóżku na tej słomie ( ktoś w niej zostawił wszy). W ubraniu. Robi się zimno,. jest październik. Jakieś pogłoski, jakieś wieści, Warszawa w gruzach mówią i szwagier musi się dowiedzieć, gdzie rodzice? Teraz wędrówka czeka szwagra, musi się dostać do Pruszkowa, bo tam jest obóz, tam są pewno i trzeba stamtąd ich wydostać. Zabiera plecak, ciepły płaszcz, ale nie musi iść daleko. Ktoś właśnie szedł do niego z wiadomością i on już wraca, on już wie. Z tamtego domu nikt nie przeżył. 
 
Do dziecka rozpacz starszych nie dociera. Ma swoje własne sprawy. Nie będzie dziadków? Nie rozumie tego. Bo nie jest sama. Na strychu ma przyjaciół. Królewicza, który Berewicz się nazywa i królewnę. Dostała kartki i ołówek. Rysuje wszystko, co im się przydarza. Mają we trójkę tyle przygód...
 
Maria powoli wychodzi z odrętwienia. Poradzi sobie jakoś sama. Szwagier ma przecież dziecko, żonę i teściową. Ograniczone możliwości. Bo jest zależny od teściowej, której podobno coś zostało. Miała dom mody, wiec gdzieś musiała schować futra, biżuterię, złoto? Lecz Marii nic do tego.. Maria dostała kosz kartofli. Teraz gotuje sama na piecyku. Cóż ma innego do roboty? Przywlec gałęzie i rozpalić. Obeszła strych w poszukiwaniu czegoś, co się przyda. Znalazła dużą skrzynię z ciężkim wiekiem, w której gospodarz przechowywał ziarno. Pszenica, na siew pewno, a może jednak w jakimś innym celu? Przecież to garstka, pomyślała Maria i wzięła sobie pół garnuszka ziarna. Ugotowała. Było dobre. Pszenica była bardzo smaczna. A więc postanowiły co dzień trochę uszczknąć. Gospodarz może nic nie zauważy. 
 
Przetrwać. Nadeszła zima i śnieżyca. Mróz. Ciągnąć gałęzie z lasu coraz trudniej . Strach. A Niemcy jednak jakby mniej widoczni. Ci których jeszcze się spotyka, są chyba w drodze gdzieś na zachód.. Na motocyklach, w samochodach. Nigdy pieszo. No i znikają gdzieś pewnego dnia, jak gdyby nigdy ich nie było. Rano na dole słychać głosy, hałas. Maria ostrożnie schodzi na dół. I co widzi? U gospodarzy są żołnierze. Dech jej zapiera. To Polacy!


środa, 14 października 2015

ANTYTEZA

MIROSŁAW G. MAJEWSKI



Czerwonoarmiści wkroczyli do Gutedorfu tuż przed świtem. Większość Niemców dawno już opuściła swoje domy, uciekając tak, jak kto mógł, na wozach, rowerach a nawet pieszo. W kolumnie snującej się na zachód język niemiecki poprzetykany był z polskim. Co tam robili Polacy? Ano uciekali wspólnie ze swoimi nieprzyjaciółmi, przed ich wspólnym wrogiem, bolszewikiem! Ale nie tylko strach przed bolszewikami spowodował ich obecność w tej kolumnie, wielu z nich, po raz pierwszy w życiu znalazło swego rodzaju stabilizację, ekonomiczną pewność jutra. Wspólna praca w gospodarstwie ze starymi, porządnymi Niemcami w sposób nieoczekiwany ani przez jednych ani przez drugich cementowała ich relacje. Młodzi robotnicy z Polski z czasem stawali się dziećmi, a wręcz dziedzicami gospodarzy.
To nieprawdopodobne? Czyżby? Ale tak w wielu przypadkach było. Słyszałem na własne uszy relacje z pierwszych ust o tych sprawach. W całej tej brutalnej, wojennej zawierusze można było spotkać człowieka. Większość Niemców zwłaszcza tych starej daty miało w dupie nie tylko wojnę, na którą system wysyłał ich synów, ale przede wszystkim samego Hitlera.
No, chyba że ktoś kojarzy Niemców z roli Zygmunta Zintela, który wcielił się w postać grabarza volksdeutscha w filmie Czterej pancerni i pies.
Moi, nieżyjący już znajomi spod olkuskiej wsi, opowiadali mi, że na przymusowych robotach mieli lepiej niż u ojca i matki. Pracowali na dużym gospodarstwie w okolicach Wrocławia u Niemca, którego syn zginął pod Stalingradem…
Ale wróćmy do powieści.
Tymczasem czerwonoarmiści o egzotycznych, skośnych oczach bawili się we wsi. Ich wyczyny zapisują się teraz czarną kartą w historii wojsk sowieckich i ich sojuszników, ale nowy, polityczny podział świata, na jakiś czas przymknie na to oko, mimo że rabunkom i gwałtom przez jakiś czas nie będzie końca…
Marta Rojahn miała swój, co tu dużo gadać niepowtarzalny styl, uparła się na pianino. Nie żeby kupić, ale żeby wywieźć z pośpiesznie opuszczanego, rodzinnego domu. Pianino urosło do rangi być albo nie być. Johann był bezradny, znał Martę aż nadto… Z czegoś trzeba było zrezygnować. Ale z czego?
Tymczasem dzielni czerwonoarmiści, zaanonsowani hukiem artyleryjskich dział, byli już na rogatkach miasta, więc Johann machnął tylko ręką, wyrzucając z wozu przepiękny gdański kredens z całą jego kruchą zawartością.
Pianino zostało uratowane. Marta pocałowała wściekłego męża w czoło, a ten zrobił jedynie gest, jakby odganiał się od natrętnej muchy. Był piekielnie zły na żonę, złość tę wyładował strzelając z bata nad grzbietami nerwowo strzygącymi uszami koni. Te ruszyły natychmiast z miejsca, pragnąc uciec jak najdalej przed dudnieniem zbliżającego się frontu.
Ze wszech miar były to konie antywojenne, antyfaszystowskie i w ogóle anty.
Tymczasem wyposzczeni chłopcy o egzotycznie skośnych oczach, z czerwoną gwiazda na czapkach wkroczyli do miasta, rozpoczynając plądrowanie domostw, a cieszyli się przy tym jak dzieci, miasto zostało zdobyte z marszu. Praktycznie bez strat, a nawet bez jednego strzału. Było więc się z czego cieszyć.
W jednym z domów przy Blumenstraße 7, ku swojemu zdziwieniu zastali niemiecką rodzinę…
Nikt z tej rodziny nie pozostał żywy. Była tam dziewczynka z zespołem Downa, którą udało się uchronić przez cały ten okrutny czas przed hitlerowskimi siepaczami, ale niestety nie udało się przed siepaczami bolszewickimi, zanim jej poderżnięto bagnetem gardło, dzielni czerwonoarmiści zgwałcili ją na oczach przerażonych dziadków.
Ojciec dziewczynki zginął w Warszawie w czasie jednej z odwetowych akcji podziemia, a matka umarła na jakąś niezdiagnozowaną chorobę, zaraz po wejściu Niemców do Polski. Dziewczynka przez te wszystkie lata była oczkiem w głowie dla swoich dziadków, których zadźgano bagnetami zaraz po zbiorowym gwałcie na ich wnuczce.
Babcia zdążyła wypowiedzieć tylko jedno zdanie:
- Um meinen gut Gottes… – Po czym umarła tonąc w bezdennej rozpaczy. By, być może, chwilę później spotkać się już w innym świecie ze swoją kochaną wnuczką i mężem, który odszedł z tego łez padołu z cichym jękiem po 12-tej z 33 pchnięć zadanych bagnetami bawiących się świetnie mołojców..
Nasi dzielni czerwonoarmiści, po dokonanym gwałcie i mordzie, rozleźli się po domu, szukając dóbr doczesnych, tak bardzo pożądanych w ich kochanej, socjalistycznej ojczyźnie, dla której notabene walczyli, ginęli, gwałcili i rabowali, z akcentem na rabowali.
Chłopcy mieli po kilkanaście, lub co najwyżej dwadzieścia parę lat, wszyscy byli w dziwny sposób podobni do siebie, jakby byli dziećmi jednego ojca, może byli nawet potomkami samego Czyngis-chana, dzielnego, choć bezwzględnego okrutnika, twórcy imperium mongolskiego, takiego Führera o skośnych oczach, supermegalomana swoich czasów.
I znów wylazł problem. – Co z nimi! Co z tymi dziarskimi chwatami, którzy znaleźli się nie w tym miejscu i czasie co trzeba. Tak, tak, panie Marks, miał pan rację. Byt kształtuje świadomość. I jakie z tego wnioski?
Z jednej strony mamy SS-manów zabijających Aarona Sznajdermana, a z drugiej ruskich mordujących niewinnych Niemców. Jak to odkręcić? I czy w ogóle odkręcać.
Rzeczywistości nie da się wymodelować i mimo że zakłada wiele słodziutkich masek, wszyscy wiemy, że jest okrutna z natury!
I jeszcze zapewne dźwięczą nam w myślach słowa zamieszczone ileś tam akapitów wcześniej”
Nie zabijaj!
Nie kradnij!
Nie cudzołóż!
To są wędzidła zakładane na jej pysk.
Chociaż można mieć zupełnie inne spojrzenie na ten problem, takie, jakie miał Mahatma Gandhi:
Pośród śmierci trwa życie, pośród kłamstwa trwa prawda, pośród ciemności trwa światło. Stąd wnioskuję, że Bóg jest życiem, prawdą i światłem.
Jest w tym niesamowita głębia. Prawda?
Stąd i dobrzy Niemcy.
Muszą być inni Niemcy niż ci grani przez Zygmunta Zintela.
Niemcy uciekający przed złymi czerwonoarmistami.
Starzy Niemcy.
Poranieni stratą swoich dzieci, ledwie powłóczą nogami, zmuszeni do opuszczenia swojej ojcowizny, swoich domów stawianych przez ojców, wujów, stryjów, dziadów i pradziadów.
Musieli opuścić to, co nazywali Heimitem.
To tak, jakby wyrywano im żywcem serce.
Ale na pociechę mieli swoich Polaków, tych młodych chłopców w których rysach próbowali odnaleźć rysy swoich synów.
A może to byli ich synowie, przecież idą z nimi, nie opuszczają w biedzie…
Przynajmniej w świecie tej powieści.


Makary zerwał się z łóżka cały oblany potem, przez chwile łapał zachłannie powietrze niczym ryba rzucona na brzeg. Ponury brzeg, pełen suchych kości.
Gdzieś z dala dobiegały krótkie, urywane serie z erkaemu, przeplatane pojedynczymi strzałami z pistoletów. Tak jakby ktoś dokonywał bezlitosnej egzekucji, eksterminacji…
Pomieszczenie tonęło w ciemnościach, nie wiedział gdzie jest. Przez maleńkie okno wciskało się anemiczne światło księżyca. Makary podszedł do okna, odsunął zasłony… Noc…
- Gdzie ja jestem? – zapytał samego siebie widząc ponury widok na zewnątrz. – Śnię?
Na ulicy zobaczył jakąś skradającą się postać, właściwie cień. Cień liżąc ściany starych, czynszowych kamienic przesuwał się w kierunku oplecionego kolczastym drutem muru…
- Tak. Śnię! – uspokoił się, ale tak, jakby nie do końca. Pisał powieść o powstaniu w getto. O tych skomplikowanych, niczym gordyjski węzeł, relacjach żydowsko-polsko-niemieckich.
Śni mi się, że jestem Żydem Aaronem Sznajdermanem. Uśmiechnął się pod nosem. No Makary, czas się obudzić, czas wracać do bezpiecznej rzeczywistości.
Tak, czas wracać… Ale nie wracał, nie wiedział jak, czy nie chciał? Zwyczajnie nie potrafił wrócić? Nie teraz! I jeszcze ten cień. Wyostrzył wzrok, cień był już prawie przy murze, i wtedy Makary usłyszał stukot podkutych butów. Kilku SS-manów oświetlając sobie drogę światłem latarek podążało za cieniem.
Smugi światła nadały cieniowi ludzkich kształtów.
- Szybciej! - Makary zacisnął dłonie. - Uciekaj do jasnej cholery!
Odsunął się instynktownie od okna, kiedy światło latarek oświetliło twarz uciekiniera. To on! To przecież on, Makary Hanuszkiewicz. SS-mani otoczyli go, rycząc demonicznym śmiechem. Zaczęli najpierw kopać, a potem bić go kolbami karabinów. Makary, ten w oknie, czuł każde uderzenie, każde kopnięcie.
Jak tak można? Dziwił się. Przecież jestem człowiekiem, takim samym człowiekiem jak wy!
Takim samym? Czyżby! Nie, nie jestem takim samym. Jestem… No właśnie… Kim jestem? Nie pytaj, komu bije dzwon Makary. Bije on tobie. I wtedy padł strzał, który ognistym promieniem przeszył jego świadomość. I nie czuł bynajmniej bólu. A jedyne, co odczuwał, to bycie człowiekiem, człowiekiem złożonym w ofierze Bogu, którego nigdy tak do końca nie rozumiał. W ostatnim mgnieniu świadomości zobaczył swoją ukochaną żonę Sarę, i ten skarb, który mu urodziła, Martę.
SS–mani odeszli. Jeden z nich wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował kolegów. Chłopcy częstowali się korzystając z okazji, że w ogóle ktoś ich częstuje. Inny powiedział jakiś dowcip na temat Żydów i wszyscy zarechotali chłopięcym śmiechem. Dopiero teraz Makary zobaczył, że są w krótkich spodenkach. W takich tyrolskich czy bawarskich śmiesznych strojach.
Pod murem leżało ciało cienia, a właściwie były to już tylko suche kości. Chłopcy z SS zniknęli, zaszyli się w jakimś podrzędnym kabarecie, w którym podstarzałe prostytutki z obrazów Toulouse-Lautreca profanowały młodość i kankana.
Makary zbiegł po schodach, schodach, które wiły się w nieskończoność. Ale nie poddawał się tym zdradliwym schodom, wiedział, że musi uratować ten Cień usychający pod murem, że musi zebrać te uschłe kości i poprosić IHWH, aby tchnął w nie Ruah, ożywczy oddech. Dlatego biegł pokonując bezlitosną rzeczywistość niekończących się schodów.
I pokonał…
Kości oddychały spokojnie, ułożone zgodnie z symetrią gwiazdy Dawida. Gdzieś z dala dochodziły dźwięki rogu. Dźwięki napawające nadzieją.
Makary spojrzał w górę, w niebo, potem w dół, w ziemię.
Ale nic się nie działo. Czuł, że za jego plecami zbierają się inne cienie, ale nie obejrzał się. Nie bał się cieni, nie bał się demonów ani ciemności, którą sobie upodobały na mieszkanie. Bał się tylko tych ludzi - nieludzi. Bał się Kainów. Bał się Kainów wszech czasów! Cienie za jego plecami stroiły instrumenty, aby po chwili zalać getto smutną, klezmerską muzyką.
- No wstawaj! – powiedział suchym kościom.
I kości wstały, ubrane w ścięgna, mięśnie i skórę. I wtedy Makary przeżył iluminację! Zrozumiał, czym jest Mur. Czyż dwunastu braci, to nie dwanaście plemion Izraela, czyż to nie dwunastu apostołów, czyż to nie dwanaście miesięcy, dwanaście godzin, dwanaście…
A ten głos z poza Muru, czyż to nie głos Sary? A może to głos Marty. Trzeba to sprawdzić. Tak, koniecznie trzeba to sprawdzić. Z tym, że najpierw musi załatwić coś innego. Musi załatwić tych chłopców w tyrolskich czy bawarskich śmiesznych strojach. Tych chłopców, co mówią idiotyczne dowcipy na temat Żydów. Tylko gdzie oni są? Musi ich odnaleźć. Muszą ponieść zasłużoną karę.
Zostawił więc Aarona Sznajdermana i jego jedenastu braci, zostawił klezmerską kapelę i pobiegł w byle stronę szukać podejrzanej knajpy z obrazów Toulouse- Lautreca.


A więc to powieść! Jednak powieść, i tylko powieść. Wszystko jest umowne i zależne od kaprysów autora.
Ale czy on, Makary Hanuszkiewicz może jednocześnie być autorem i bohaterem swojej powieści?
Czy tak zwyczajnie i bezkarnie może przetransportować samego siebie z pędzącego pociągu życia w literacką, stateczną fikcję.
Fikcję, fikcję!
A kto i jakim prawem śmie twierdzić, że to tylko literacka fikcja!?
Czyż nie jest to jego wewnętrzny, naturalny świat? Czyż nie myśli, ba, nie troszczy się o swoich bohaterów?! Czyż nie spędzają mu oni snu z powiek, kiedy ich tak zostawia zastygłych w bezruchu, w zatrzymanej fabule. Czyż nie zrywa się w środku nocy, aby po kolejnej mocnej kawie, pchnąć akcję chociaż o kawałek?
Czyż nie ma mani boskości? Przecież oni wszyscy żyją, istnieją, czy nam się to podoba, czy nie, a ramy powieści czyż nie są ich wszechświatem?
Powieść…
- No właśnie. Kto dziś pisze jeszcze powieści?
- Ja piszę powieści - przyznał się przed samym sobą Makary.
Kiedy był w wieku Karla Gutmanna, jego ojciec dostał na imieniny pięknie wydany album Toulouse-Lautreca. Ze względu na akty w nim zawarte ojciec trzymał tę książkę wysoko na szafie, i to był błąd!
Błąd brzemienny w skutki. Z czasem okazać się miało, jak bardzo.
Makary postanowił zostać artystą.
Malarzem, pisarzem, grajkiem, wszystkimi naraz i z osobna jednocześnie.
Ale wiedział, że nie ma talentu. Miał to swoje śmieszne powołanie, ale nie miał talentu, a więc póki co, korzystał z każdej nadarzającej się okazji, aby uczyć się anatomii kobiet z kolorowych rycin w nim zawartych.
Tak, to była magiczna książka małego Makarego, i jak każdy zakazany owoc, była godna pożądania… Dlaczego w ogóle wziął się za pisanie powieści? Cóż to za idiotyczne pytanie? Nie potrafił malować ani komponować. Więc zostało pisanie.
Nie kombinuj Makary, uwolnij wreszcie Karla ze swojej głowy.
No dobra, wyłaź Karl!
Ale Karl nie wyłaził. Wolał błąkać się wraz z milionami innych myśli, które rozsadzały głowę Makaremu.
Karl, Karl, Karl, Karl…
- Wiesz co Karl? Wiesz co? Jak już wreszcie wyjdziesz, jak cię już oswoję, okiełznę odpowiednimi frazami, to cię ożenię z wdową. Z wdową z trójką dzieci. I żadne z nich nigdy cię nie polubi. Nigdy nie zaakceptują cię jako ojca. No, może tylko ten najmłodszy Gromek. Gromisław. Co ty na to Karl? Wchodzisz w to, czy nadal wolisz błąkać się jako embrion w chaosie, w oceanie myśli? I wiesz co ci powiem. Lepsze to niż bycie niewysłowioną ideą.
Powołuję cię do życia Karl, więc przestań się stawiać i wyłaź!
- O co ci chodzi człowieku? - To odezwał się jeden z chłopców w bawarskim stroju. Mógł mieć 10 -12 lat. Pod nosem miał wymalowanego wąsika a la Charlie Chaplin. - Jestem Karl Gutmann. Wołałeś mnie?
Makary jednym haustem wypił zawartość szklaneczki. Nie czuł smaku alkoholu, chociaż był świadomy tego co pije.
- Tak, to mógłbyś być ty Karl. Gdybym tylko tego chciał, byłbyś SS-manem. Ale nie chcę. Mam inne plany w stosunku do ciebie. Spolonizuję cię. Odetnę od niemieckich korzeni. Nie dbam o to czy ci się to podoba, czy nie. Zwyczajnie nie dbam o to Karl! Tak to już jest. To ja jestem pisarzem a nie ty. Więc siadaj teraz na dupie i przestań mieszać w fabule. No…
- To znaczy, że nie będę SS-manem? – Nie wierzył swojemu szczęściu.
- Nie. Nie będziesz. Nie będziesz żadnym pieprzonym SS-manem. Chociaż mógłbyś nim być. Miałbyś wtedy przesrane Karl.
- A oni? – Karl wskazał na kolegów.
Makary zastanawiał się przez chwilę, przypominając sobie ten ból, jaki mu zadali, kiedy był Aaronem Sznajdermanem. Widział śmierć na swoim ciele, a jej widmo na ciele Sary i Marty.
- Jeszcze jedną wódkę. – Zamówił zwlekając z odpowiedzią. Co zrobić z tymi młodocianymi SS-manami?
Chłopcy czekali w milczeniu na werdykt, który mógł diametralnie zmienić ich życie. Cisza stawała się nie do zniesienia. Chłopcy patrzyli to po sobie, to na Makarego. Ten przechylił szklaneczkę, przełknął tym razem gryzący gardło alkohol.
Wierzchem dłoni wytarł usta.
- Oni też nie Karl. Zostaną twoimi kolegami z podwórka. Myślę, że tak będzie lepiej. No to co? Teraz wyjdziesz Karl?
Bóg – pisarz łaskaw był tym razem bardziej dla chłopców z SS, niż tych skośnookich z czerwoną gwiazdą na czapkach...
Może innym razem będzie inaczej.