środa, 14 października 2015

ANTYTEZA

MIROSŁAW G. MAJEWSKI



Czerwonoarmiści wkroczyli do Gutedorfu tuż przed świtem. Większość Niemców dawno już opuściła swoje domy, uciekając tak, jak kto mógł, na wozach, rowerach a nawet pieszo. W kolumnie snującej się na zachód język niemiecki poprzetykany był z polskim. Co tam robili Polacy? Ano uciekali wspólnie ze swoimi nieprzyjaciółmi, przed ich wspólnym wrogiem, bolszewikiem! Ale nie tylko strach przed bolszewikami spowodował ich obecność w tej kolumnie, wielu z nich, po raz pierwszy w życiu znalazło swego rodzaju stabilizację, ekonomiczną pewność jutra. Wspólna praca w gospodarstwie ze starymi, porządnymi Niemcami w sposób nieoczekiwany ani przez jednych ani przez drugich cementowała ich relacje. Młodzi robotnicy z Polski z czasem stawali się dziećmi, a wręcz dziedzicami gospodarzy.
To nieprawdopodobne? Czyżby? Ale tak w wielu przypadkach było. Słyszałem na własne uszy relacje z pierwszych ust o tych sprawach. W całej tej brutalnej, wojennej zawierusze można było spotkać człowieka. Większość Niemców zwłaszcza tych starej daty miało w dupie nie tylko wojnę, na którą system wysyłał ich synów, ale przede wszystkim samego Hitlera.
No, chyba że ktoś kojarzy Niemców z roli Zygmunta Zintela, który wcielił się w postać grabarza volksdeutscha w filmie Czterej pancerni i pies.
Moi, nieżyjący już znajomi spod olkuskiej wsi, opowiadali mi, że na przymusowych robotach mieli lepiej niż u ojca i matki. Pracowali na dużym gospodarstwie w okolicach Wrocławia u Niemca, którego syn zginął pod Stalingradem…
Ale wróćmy do powieści.
Tymczasem czerwonoarmiści o egzotycznych, skośnych oczach bawili się we wsi. Ich wyczyny zapisują się teraz czarną kartą w historii wojsk sowieckich i ich sojuszników, ale nowy, polityczny podział świata, na jakiś czas przymknie na to oko, mimo że rabunkom i gwałtom przez jakiś czas nie będzie końca…
Marta Rojahn miała swój, co tu dużo gadać niepowtarzalny styl, uparła się na pianino. Nie żeby kupić, ale żeby wywieźć z pośpiesznie opuszczanego, rodzinnego domu. Pianino urosło do rangi być albo nie być. Johann był bezradny, znał Martę aż nadto… Z czegoś trzeba było zrezygnować. Ale z czego?
Tymczasem dzielni czerwonoarmiści, zaanonsowani hukiem artyleryjskich dział, byli już na rogatkach miasta, więc Johann machnął tylko ręką, wyrzucając z wozu przepiękny gdański kredens z całą jego kruchą zawartością.
Pianino zostało uratowane. Marta pocałowała wściekłego męża w czoło, a ten zrobił jedynie gest, jakby odganiał się od natrętnej muchy. Był piekielnie zły na żonę, złość tę wyładował strzelając z bata nad grzbietami nerwowo strzygącymi uszami koni. Te ruszyły natychmiast z miejsca, pragnąc uciec jak najdalej przed dudnieniem zbliżającego się frontu.
Ze wszech miar były to konie antywojenne, antyfaszystowskie i w ogóle anty.
Tymczasem wyposzczeni chłopcy o egzotycznie skośnych oczach, z czerwoną gwiazda na czapkach wkroczyli do miasta, rozpoczynając plądrowanie domostw, a cieszyli się przy tym jak dzieci, miasto zostało zdobyte z marszu. Praktycznie bez strat, a nawet bez jednego strzału. Było więc się z czego cieszyć.
W jednym z domów przy Blumenstraße 7, ku swojemu zdziwieniu zastali niemiecką rodzinę…
Nikt z tej rodziny nie pozostał żywy. Była tam dziewczynka z zespołem Downa, którą udało się uchronić przez cały ten okrutny czas przed hitlerowskimi siepaczami, ale niestety nie udało się przed siepaczami bolszewickimi, zanim jej poderżnięto bagnetem gardło, dzielni czerwonoarmiści zgwałcili ją na oczach przerażonych dziadków.
Ojciec dziewczynki zginął w Warszawie w czasie jednej z odwetowych akcji podziemia, a matka umarła na jakąś niezdiagnozowaną chorobę, zaraz po wejściu Niemców do Polski. Dziewczynka przez te wszystkie lata była oczkiem w głowie dla swoich dziadków, których zadźgano bagnetami zaraz po zbiorowym gwałcie na ich wnuczce.
Babcia zdążyła wypowiedzieć tylko jedno zdanie:
- Um meinen gut Gottes… – Po czym umarła tonąc w bezdennej rozpaczy. By, być może, chwilę później spotkać się już w innym świecie ze swoją kochaną wnuczką i mężem, który odszedł z tego łez padołu z cichym jękiem po 12-tej z 33 pchnięć zadanych bagnetami bawiących się świetnie mołojców..
Nasi dzielni czerwonoarmiści, po dokonanym gwałcie i mordzie, rozleźli się po domu, szukając dóbr doczesnych, tak bardzo pożądanych w ich kochanej, socjalistycznej ojczyźnie, dla której notabene walczyli, ginęli, gwałcili i rabowali, z akcentem na rabowali.
Chłopcy mieli po kilkanaście, lub co najwyżej dwadzieścia parę lat, wszyscy byli w dziwny sposób podobni do siebie, jakby byli dziećmi jednego ojca, może byli nawet potomkami samego Czyngis-chana, dzielnego, choć bezwzględnego okrutnika, twórcy imperium mongolskiego, takiego Führera o skośnych oczach, supermegalomana swoich czasów.
I znów wylazł problem. – Co z nimi! Co z tymi dziarskimi chwatami, którzy znaleźli się nie w tym miejscu i czasie co trzeba. Tak, tak, panie Marks, miał pan rację. Byt kształtuje świadomość. I jakie z tego wnioski?
Z jednej strony mamy SS-manów zabijających Aarona Sznajdermana, a z drugiej ruskich mordujących niewinnych Niemców. Jak to odkręcić? I czy w ogóle odkręcać.
Rzeczywistości nie da się wymodelować i mimo że zakłada wiele słodziutkich masek, wszyscy wiemy, że jest okrutna z natury!
I jeszcze zapewne dźwięczą nam w myślach słowa zamieszczone ileś tam akapitów wcześniej”
Nie zabijaj!
Nie kradnij!
Nie cudzołóż!
To są wędzidła zakładane na jej pysk.
Chociaż można mieć zupełnie inne spojrzenie na ten problem, takie, jakie miał Mahatma Gandhi:
Pośród śmierci trwa życie, pośród kłamstwa trwa prawda, pośród ciemności trwa światło. Stąd wnioskuję, że Bóg jest życiem, prawdą i światłem.
Jest w tym niesamowita głębia. Prawda?
Stąd i dobrzy Niemcy.
Muszą być inni Niemcy niż ci grani przez Zygmunta Zintela.
Niemcy uciekający przed złymi czerwonoarmistami.
Starzy Niemcy.
Poranieni stratą swoich dzieci, ledwie powłóczą nogami, zmuszeni do opuszczenia swojej ojcowizny, swoich domów stawianych przez ojców, wujów, stryjów, dziadów i pradziadów.
Musieli opuścić to, co nazywali Heimitem.
To tak, jakby wyrywano im żywcem serce.
Ale na pociechę mieli swoich Polaków, tych młodych chłopców w których rysach próbowali odnaleźć rysy swoich synów.
A może to byli ich synowie, przecież idą z nimi, nie opuszczają w biedzie…
Przynajmniej w świecie tej powieści.


Makary zerwał się z łóżka cały oblany potem, przez chwile łapał zachłannie powietrze niczym ryba rzucona na brzeg. Ponury brzeg, pełen suchych kości.
Gdzieś z dala dobiegały krótkie, urywane serie z erkaemu, przeplatane pojedynczymi strzałami z pistoletów. Tak jakby ktoś dokonywał bezlitosnej egzekucji, eksterminacji…
Pomieszczenie tonęło w ciemnościach, nie wiedział gdzie jest. Przez maleńkie okno wciskało się anemiczne światło księżyca. Makary podszedł do okna, odsunął zasłony… Noc…
- Gdzie ja jestem? – zapytał samego siebie widząc ponury widok na zewnątrz. – Śnię?
Na ulicy zobaczył jakąś skradającą się postać, właściwie cień. Cień liżąc ściany starych, czynszowych kamienic przesuwał się w kierunku oplecionego kolczastym drutem muru…
- Tak. Śnię! – uspokoił się, ale tak, jakby nie do końca. Pisał powieść o powstaniu w getto. O tych skomplikowanych, niczym gordyjski węzeł, relacjach żydowsko-polsko-niemieckich.
Śni mi się, że jestem Żydem Aaronem Sznajdermanem. Uśmiechnął się pod nosem. No Makary, czas się obudzić, czas wracać do bezpiecznej rzeczywistości.
Tak, czas wracać… Ale nie wracał, nie wiedział jak, czy nie chciał? Zwyczajnie nie potrafił wrócić? Nie teraz! I jeszcze ten cień. Wyostrzył wzrok, cień był już prawie przy murze, i wtedy Makary usłyszał stukot podkutych butów. Kilku SS-manów oświetlając sobie drogę światłem latarek podążało za cieniem.
Smugi światła nadały cieniowi ludzkich kształtów.
- Szybciej! - Makary zacisnął dłonie. - Uciekaj do jasnej cholery!
Odsunął się instynktownie od okna, kiedy światło latarek oświetliło twarz uciekiniera. To on! To przecież on, Makary Hanuszkiewicz. SS-mani otoczyli go, rycząc demonicznym śmiechem. Zaczęli najpierw kopać, a potem bić go kolbami karabinów. Makary, ten w oknie, czuł każde uderzenie, każde kopnięcie.
Jak tak można? Dziwił się. Przecież jestem człowiekiem, takim samym człowiekiem jak wy!
Takim samym? Czyżby! Nie, nie jestem takim samym. Jestem… No właśnie… Kim jestem? Nie pytaj, komu bije dzwon Makary. Bije on tobie. I wtedy padł strzał, który ognistym promieniem przeszył jego świadomość. I nie czuł bynajmniej bólu. A jedyne, co odczuwał, to bycie człowiekiem, człowiekiem złożonym w ofierze Bogu, którego nigdy tak do końca nie rozumiał. W ostatnim mgnieniu świadomości zobaczył swoją ukochaną żonę Sarę, i ten skarb, który mu urodziła, Martę.
SS–mani odeszli. Jeden z nich wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował kolegów. Chłopcy częstowali się korzystając z okazji, że w ogóle ktoś ich częstuje. Inny powiedział jakiś dowcip na temat Żydów i wszyscy zarechotali chłopięcym śmiechem. Dopiero teraz Makary zobaczył, że są w krótkich spodenkach. W takich tyrolskich czy bawarskich śmiesznych strojach.
Pod murem leżało ciało cienia, a właściwie były to już tylko suche kości. Chłopcy z SS zniknęli, zaszyli się w jakimś podrzędnym kabarecie, w którym podstarzałe prostytutki z obrazów Toulouse-Lautreca profanowały młodość i kankana.
Makary zbiegł po schodach, schodach, które wiły się w nieskończoność. Ale nie poddawał się tym zdradliwym schodom, wiedział, że musi uratować ten Cień usychający pod murem, że musi zebrać te uschłe kości i poprosić IHWH, aby tchnął w nie Ruah, ożywczy oddech. Dlatego biegł pokonując bezlitosną rzeczywistość niekończących się schodów.
I pokonał…
Kości oddychały spokojnie, ułożone zgodnie z symetrią gwiazdy Dawida. Gdzieś z dala dochodziły dźwięki rogu. Dźwięki napawające nadzieją.
Makary spojrzał w górę, w niebo, potem w dół, w ziemię.
Ale nic się nie działo. Czuł, że za jego plecami zbierają się inne cienie, ale nie obejrzał się. Nie bał się cieni, nie bał się demonów ani ciemności, którą sobie upodobały na mieszkanie. Bał się tylko tych ludzi - nieludzi. Bał się Kainów. Bał się Kainów wszech czasów! Cienie za jego plecami stroiły instrumenty, aby po chwili zalać getto smutną, klezmerską muzyką.
- No wstawaj! – powiedział suchym kościom.
I kości wstały, ubrane w ścięgna, mięśnie i skórę. I wtedy Makary przeżył iluminację! Zrozumiał, czym jest Mur. Czyż dwunastu braci, to nie dwanaście plemion Izraela, czyż to nie dwunastu apostołów, czyż to nie dwanaście miesięcy, dwanaście godzin, dwanaście…
A ten głos z poza Muru, czyż to nie głos Sary? A może to głos Marty. Trzeba to sprawdzić. Tak, koniecznie trzeba to sprawdzić. Z tym, że najpierw musi załatwić coś innego. Musi załatwić tych chłopców w tyrolskich czy bawarskich śmiesznych strojach. Tych chłopców, co mówią idiotyczne dowcipy na temat Żydów. Tylko gdzie oni są? Musi ich odnaleźć. Muszą ponieść zasłużoną karę.
Zostawił więc Aarona Sznajdermana i jego jedenastu braci, zostawił klezmerską kapelę i pobiegł w byle stronę szukać podejrzanej knajpy z obrazów Toulouse- Lautreca.


A więc to powieść! Jednak powieść, i tylko powieść. Wszystko jest umowne i zależne od kaprysów autora.
Ale czy on, Makary Hanuszkiewicz może jednocześnie być autorem i bohaterem swojej powieści?
Czy tak zwyczajnie i bezkarnie może przetransportować samego siebie z pędzącego pociągu życia w literacką, stateczną fikcję.
Fikcję, fikcję!
A kto i jakim prawem śmie twierdzić, że to tylko literacka fikcja!?
Czyż nie jest to jego wewnętrzny, naturalny świat? Czyż nie myśli, ba, nie troszczy się o swoich bohaterów?! Czyż nie spędzają mu oni snu z powiek, kiedy ich tak zostawia zastygłych w bezruchu, w zatrzymanej fabule. Czyż nie zrywa się w środku nocy, aby po kolejnej mocnej kawie, pchnąć akcję chociaż o kawałek?
Czyż nie ma mani boskości? Przecież oni wszyscy żyją, istnieją, czy nam się to podoba, czy nie, a ramy powieści czyż nie są ich wszechświatem?
Powieść…
- No właśnie. Kto dziś pisze jeszcze powieści?
- Ja piszę powieści - przyznał się przed samym sobą Makary.
Kiedy był w wieku Karla Gutmanna, jego ojciec dostał na imieniny pięknie wydany album Toulouse-Lautreca. Ze względu na akty w nim zawarte ojciec trzymał tę książkę wysoko na szafie, i to był błąd!
Błąd brzemienny w skutki. Z czasem okazać się miało, jak bardzo.
Makary postanowił zostać artystą.
Malarzem, pisarzem, grajkiem, wszystkimi naraz i z osobna jednocześnie.
Ale wiedział, że nie ma talentu. Miał to swoje śmieszne powołanie, ale nie miał talentu, a więc póki co, korzystał z każdej nadarzającej się okazji, aby uczyć się anatomii kobiet z kolorowych rycin w nim zawartych.
Tak, to była magiczna książka małego Makarego, i jak każdy zakazany owoc, była godna pożądania… Dlaczego w ogóle wziął się za pisanie powieści? Cóż to za idiotyczne pytanie? Nie potrafił malować ani komponować. Więc zostało pisanie.
Nie kombinuj Makary, uwolnij wreszcie Karla ze swojej głowy.
No dobra, wyłaź Karl!
Ale Karl nie wyłaził. Wolał błąkać się wraz z milionami innych myśli, które rozsadzały głowę Makaremu.
Karl, Karl, Karl, Karl…
- Wiesz co Karl? Wiesz co? Jak już wreszcie wyjdziesz, jak cię już oswoję, okiełznę odpowiednimi frazami, to cię ożenię z wdową. Z wdową z trójką dzieci. I żadne z nich nigdy cię nie polubi. Nigdy nie zaakceptują cię jako ojca. No, może tylko ten najmłodszy Gromek. Gromisław. Co ty na to Karl? Wchodzisz w to, czy nadal wolisz błąkać się jako embrion w chaosie, w oceanie myśli? I wiesz co ci powiem. Lepsze to niż bycie niewysłowioną ideą.
Powołuję cię do życia Karl, więc przestań się stawiać i wyłaź!
- O co ci chodzi człowieku? - To odezwał się jeden z chłopców w bawarskim stroju. Mógł mieć 10 -12 lat. Pod nosem miał wymalowanego wąsika a la Charlie Chaplin. - Jestem Karl Gutmann. Wołałeś mnie?
Makary jednym haustem wypił zawartość szklaneczki. Nie czuł smaku alkoholu, chociaż był świadomy tego co pije.
- Tak, to mógłbyś być ty Karl. Gdybym tylko tego chciał, byłbyś SS-manem. Ale nie chcę. Mam inne plany w stosunku do ciebie. Spolonizuję cię. Odetnę od niemieckich korzeni. Nie dbam o to czy ci się to podoba, czy nie. Zwyczajnie nie dbam o to Karl! Tak to już jest. To ja jestem pisarzem a nie ty. Więc siadaj teraz na dupie i przestań mieszać w fabule. No…
- To znaczy, że nie będę SS-manem? – Nie wierzył swojemu szczęściu.
- Nie. Nie będziesz. Nie będziesz żadnym pieprzonym SS-manem. Chociaż mógłbyś nim być. Miałbyś wtedy przesrane Karl.
- A oni? – Karl wskazał na kolegów.
Makary zastanawiał się przez chwilę, przypominając sobie ten ból, jaki mu zadali, kiedy był Aaronem Sznajdermanem. Widział śmierć na swoim ciele, a jej widmo na ciele Sary i Marty.
- Jeszcze jedną wódkę. – Zamówił zwlekając z odpowiedzią. Co zrobić z tymi młodocianymi SS-manami?
Chłopcy czekali w milczeniu na werdykt, który mógł diametralnie zmienić ich życie. Cisza stawała się nie do zniesienia. Chłopcy patrzyli to po sobie, to na Makarego. Ten przechylił szklaneczkę, przełknął tym razem gryzący gardło alkohol.
Wierzchem dłoni wytarł usta.
- Oni też nie Karl. Zostaną twoimi kolegami z podwórka. Myślę, że tak będzie lepiej. No to co? Teraz wyjdziesz Karl?
Bóg – pisarz łaskaw był tym razem bardziej dla chłopców z SS, niż tych skośnookich z czerwoną gwiazdą na czapkach...
Może innym razem będzie inaczej.